ALASKA – ogrom i przestrzeń, jestem tylko małym punkcikiem

12 lipca 2024

Płynę wielkim statkiem. Po Oceanie. 

Nie wiem nawet czy tego wielkiego pięknego potwora można nazwać statkiem. To  pływające miasto.  Ma dziewiętnaście pięter. Jest długi na 330 metrów i ogromnie szeroki.  Wewnątrz jest wszystko, co potrzebne jest (i jeszcze więcej!!) do funkcjonowania idealnego wakacyjnego życia dla 3500 pasażerów i prawie 1800 ludzi obsługujących turystów przez tydzień czy dwa  luksusowego, fantastycznego pobytu na nim. 

Nie jest jednak moją intencją opowiadanie o słynnych cruise-ach, które szczególnie dla Amerykanów są popularną formą wakacyjnych podróży. To zupełnie inna działka, która organizacją, technologią, pomysłami i precyzją funkcjonowania takiego kolosa, jest niemal nieprawdopodobna do wyobrażenia sobie przez przeciętnego człowieka. 

Cruise na Alasce jest wyjątkowy. Inny niż te, które pływają po morzach ciepłych, dopływają do wysp czy miejscowości letnich, tętniących gorącym życiem. Tu wszędzie są lodowce i przez większość podróży wpatrujemy się w dalekie brzegi uformowane przez naturę z lodowatego śniegu, który nigdy nie topnieje. I choć po drodze mijamy zielone i skaliste góry, z prawie czarnego kamienia, ogrom i kolor lodowca natychmiast można odróżnić od reszty ziemi.

Ocean… to tylko woda. A jednak – ma dziesiątki różnych obrazów, kolorów, wizerunków. O każdej porze dnia i nocy

Budzę się rano i pierwsze co widzę przez okno balkonu, to bezmiar wody morskiej. Każdego dnia innej. Dzisiaj – szare lekko unoszące się fale, cicho, prawie bez szumu poruszające się i odbijające od ścian statku. Za kilka godzin woda morska zmienia swój kolor na ciemnozielony, marszczy swą powłokę, bije coraz mocniej ściany statku. Czasem tak mocno, że ten wielki kolos nie potrafi się oprzeć falom i bijące z niesamowitą wielkie “góry” wody  kołyszą statkiem jak małym jachcikiem w przybrzeżnej przystani. 

Innego dnia wody oceanu błyszczą srebrzystą powłoką i odbijają promienie wschodzącego lub zachodzącego słońca. Kolory zmieniają się błyskawicznie, a przecież ocean wciąż jest ten sam. 

Patrzę się prosto przed siebie. W dal. W linię dalekiego horyzontu.

Uwielbiam wpatrywać się w tę przestrzeń wodną. W niekończącą się dal, bez pewności, gdzie jest koniec bezkresnej głębi. W ciszę, której naprawdę nie ma. W ciszę, którą “słyszę’.. W ciszę, która swoim szumem przemawia tylko do mnie, tylko mnie znanym językiem. Tak jak ja tego pragnę i potrzebuję. 

Lubię zmrużyć powieki, przymknąć oczy i “spojrzeć” w zachodzące słońce.. Poczuć lekkie kołysanie. Takie, które uspakaja, wycisza. 

Mam świadomość, że ten sam ocean może stać się nagle groźną i przerażającą nawałnicą, złowieszczą siłą, która w jednej sekundzie może zamienić się w piekło strachu. Z tak nagłą zmianą nie poradzimy sobie nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim nasza psychika znajdzie się w potrzasku horroru i szaleństwa. Woda jest żywiołem! Ale .. żywioł morski ma w sobie coś pociągającego, silnego, co działa jak magnes. Gdy zdarzy nam się obserwować rozwścieczone szalejące morze z miejsca, w którym my jesteśmy bezpieczni – obraz morskich fal, wysokich, uderzających o skały czy o puste plaże, szarpane wszystkim, co nagle znajduje się na ich drodze..  dla mnie jest zachwycającym obrazem siły natury.

Tak jak lubię ciszę i spokój wody, jej “terapeutyczne” kojące działanie, tak równie panicznie boję się szalejącej wody. Tej, w której  “rozwścieczony Neptun” ukazuje ludziom swoją moc, rozbija wielki ocean na tysiące poszarpanych fal, spienionych, rozpryskujących się na wszystkie strony. Fal, które mają moc niszczenia, rozbijania, zabijania.. I niezrozumiałej do końca, ale silnej emocjonalnej… fascynacji.

Jestem przecież tylko zwykłą turystką. Urodziłam się w Krakowie, a jednak jakieś niewidzialne, “nieuzasadnione” 🙂 geny ciągną mnie nad wielkie morza. 

Czuję się jak mała kropelka, która dzięki  “pływającym” wakacjom znalazła się w zasięgu wielkiego oceanu.  I na moment w moim życiu jestem maleńką częścią  tego oceanu.

Ach, już słyszę  ironiczne komentarze: co ma wspólnego przepych życia na statku cruise-owym z prawdziwym życiem “marynarskim” na wodach morskich?..  Może i nie ma. Ale – przecież każdy ma swoje odczucia, wrażenia, które powstają w głowie, w sercu i stają się ważne dla nas. Nie każdy chce i umie o tym opowiedzieć, ale każdy ma swoje ciche głęboko skrywane uczuciowe powody, by być w wybranym miejscu. 

Dlaczego jedziesz na wakacje w góry? Z jakiego powodu wybierasz wędrówki w dzikie puszcze i nieznane nikomu szlaki? A może właśnie uwielbiasz nieustający tłum ludzkich głosów i głośnej muzyki. Motywacja, zresztą często zmieniająca się, jest w twojej głowie.

O tym często nie mówimy. Z bardzo wielu i bardzo różnych powodów… 

Mój obraz Alaski w dzieciństwie kształtował się na takich właśnie książeczkach..

Cruise nie jest moją najbardziej ulubioną formą wakacji. Ale czasem fajnie jest coś zmienić, zwłaszcza gdy jest wygodnie, (a nawet aż za wygodnie!😂) no i można to łatwo połączyć z tak trudnym miejscem dla starszych ludzi, jakim jest ALASKA. 

Słowo „Alaska” z czasów mojego późnego dzieciństwa czy młodości kojarzy mi się z rzucaniem go w przypadkowych  rozmowach dotyczących czegoś bardzo nierealnego dalekiego i… absurdalnego.  Oczami wyobraźni widziałam wtedy zaśnieżone połacie niekończącej się przestrzeni,  ludzi – Eskimosów zakręconych w czapy z ogromnego futra, sanie z psim zaprzęgiem. Obraz jak z filmu, bo przecież nic więcej o Alasce nie wiedziałam.. 

Zawsze biało, zimno i niewyobrażalnie trudno, by mogło być tam normalne życie. 

I jeszcze igloo.. Jakie to wszystko okazało się nieprawdziwe, prymitywne i niedouczone.. 

Czyż mogłam sobie przez moment wyobrazić (tak! Jeszcze w tym samym MOIM życiu!) że kiedyś będę podróżować po Alasce i ten kawałek Świata okaże się zupełnie… realny!? 

Nie potrafię oddać tych ogromnych przestrzeni na maleńkich zdjęciach. Wierzę, że wyobraźnia oglądającego wyolbrzymi głębię tych obrazów.

Jedyne,  co naprawdę zgadza się z moimi dawnymi wyobrażeniami to  fakt, że Alaska jest ogromna! Jest wielka i przeciętnego człowieka może przerazić swoją bezkresną przestrzenią. To, co widzimy w czasie podróży po Alasce, to tylko malutki fragment tej ziemi. To część zagospodarowana rękami człowieka, dostępna i przystosowana do jego życia. Tak naprawdę Alaska to ogromne niedostępne dla turysty przestrzenie. Także dla przeciętnego człowieka, który nie jest turystą, ale przez lata mieszka na Alasce, zna tę krainę i ma znacznie większą wiedzę niż każdy z nas. Niewielu zaplątało się w głębokie zakątki Alaski. Tam gdzie tajemne ścieżki poznają tylko zwierzęta albo być może i one jeszcze tam nie dotarły.. 

Człowiek ma wielką wyobraźnię i może sobie taki obraz w swej głowie stworzyć. Czy jednak będzie prawdziwy? Nie wiem.. To co widziałam na turystycznej wycieczce robi wrażenie. To jaki obraz Alaski  starałam się wytworzyć w swojej wyobraźni, to zupełnie inna kraina. Alaska zapewne nigdy nie pozwoli mi spojrzeć na swoje prawdziwe wnętrze. Może właśnie dlatego, że jest tak niedostępna, wciąż fascynuje i przyciąga ludzi…

Jest czerwiec. Alaska powitała nas właśnie rozkwitającą wiosną. Choć przez dwa dni w National Denali Park padał deszcz – mniejszy czy większy – co nie przeszkodziło nam zrealizować planów naszych wycieczek i spacerów, byliśmy otoczeni świeżą niemal buchającą zielenią! I właśnie rozkwitającymi wszędzie kwiatami, drzewami nowych liści. 

Bogactwo flory jest zaskakujące! Nie miałam pojęcia, że Alaska oferuje tak kolorowe i piękne kwiaty rośliny i drzewa. Cudowne!!

Wiosna tu podobno trwa bardzo krótko i zaraz zaczyna się lato. Wtedy, jak podają statystyki, odwiedza  Denali Park dziennie ok.6 tysięcy turystów!! Teren Parku jest tak ogromny, że żadnego tłoku się nie odczuwa. I bynajmniej nie jest to “Park”  w wyobrażeniu polskim! Jeśli podpowiem, że Alaska jest pięciokrotnie większa niż Polska, to proszę sobie wyobrazić jak wielki jest powierzchniowo Narodowy Park Denali!! 🤔

Za to po lecie i równie bardzo krótkiej jesieni, od mniej więcej połowy października wszystkie te miejsca turystyczne i te bez-turystyczne stają się miejscowościami duchów!! Puste ciche bezludne.. Trudno sobie wyobrazić, że przez kilka długich miesięcy w takim miasteczku żyje 30-40 osób i to w jednym domu (apartamencie). Dziś noc trwała tam 3 godziny (dwie pierwsze noce były dla mnie bardzo trudne, gdy o 23.00 wciąż było jasno😊) a w zimie noc trwa i trwa i ciężko dojrzeć odrobinę jasności i słońca. 


Ach, co ca smaki, zapachy! wykwintne i wymyślne serwowanie ich klientom. Nie można się niczemu oprzeć!!

Warto jeszcze dodać kilka słów o jedzeniu. 

Wiadomo, że na statku-cruisie stoły uginają się od pomysłów kulinarnych, różnorodności, sposobów przyrządzania, podania. Ten temat to zawsze mocna część takich wakacji. Warto pamiętać że wiodącym tematem smakowym są przysmaki morza: oczywiście łosoś w dziesiątkach postaci i sposobów, halibut, pstrąg, kraby, krewetki i wszystko, co możliwe z oceanu😊. 

Staraliśmy się spróbować lokalnych produktów i przysmaków, także doskonałych. 

Wszystko to jest jakby inne w smaku, mimo że nam znane. Ale wystrój tych knajpek, widoki obserwowane z okien lub bezpośrednio na zewnątrz sprawiają, że jedzenie smakuje.. zupełnie INACZEJ 😉

Lista piw do wyboru jest niekończąca się, a jeszcze dłuższa jest oferta rodzajów whisky. Doprawdy, nie wiem czym tak bardzo mogą się różnić w smaku, ale pewnie ci co ją piją – wiedzą. 

Ameryka to wielki kraj, to ogromny kontynent. Alaska wydaje się jeszcze większa choć wiemy, że geograficznie jest tylko częścią Ameryki.  Ma w sobie jakąś siłę, która rozpiera nas od środka. Daje poczucie, że wobec wielkich gór, bezkresnych połaci morza, lodowców, potężnych lasów, człowiek jest tylko  małym punkcikiem pośród otaczającego go świata. 

Nie poczujesz tego na cruise-owym statku, w przepychu wytworzonym dla naszej wygody i luksusowych wakacyjnych chwil. Ale gdy wejdziesz na najwyższe deck statku, staniesz twarzą do Oceanu, dojrzysz w dali lodowy zarys gór łączących się z linią nieba, otoczy Cię cisza, w której usłyszysz tylko szum fal morskich… poczujesz bezmiar, bezkres tej części Świata. I zrozumiesz, że choć jesteś maleńką kropką, to w tym jednym – jedynym momencie i ty należysz do tego obrazu!

Wciągam głęboko zimne ostre powietrze i czuję łączność z miejscem, którego jestem na tę chwilę nie tylko gościem. 

Wiem, że ta ulotna chwila minie, ale ja chciałabym ją zapamiętać na długo! Na zawsze, bo pewnie już tutaj nie wrócę..

Podobna myśl naszła mnie w Denali, gdy wypatrywaliśmy najwyższej góry w USA, McKinley ( wymiennie zwanej Mount Denali, wys. 20 310 stóp czyli 6190.48 metrów) . Mieliśmy szczęście, że udało nam się “złapać” dzień, gdy widoczność była na tyle dobra, iż w bardzo dalekiej perspektywie – za linią drzew, skał, dalej szczytów gór, chmur.. wreszcie gdzieś w dalekim zarysie ukazała się “BIG MOUNTAIN” …jak jeszcze jedna biała ledwie widoczna chmura.

BIG MOUNTAIN – Mount McKinley or Denali wys. 20 310 stóp

Gdyby nie nasz przewodnik i jego precyzyjny opis, nie jestem pewna czy sami potrafiliśmy dostrzec ten szczyt. Trudno zwykłemu turyście uwierzyć, że widzi czubek wielkiej góry z odległości ponoć ok. 85 mil (czyli ok. 137 km), jeśli wierzyć naszemu przewodnikowi. Góra przypomina raczej puszystą watę cukrową delikatnie zarysowaną za wieloma pasmami innych kolorów i kształtów.. Ale wiem, że ci którzy nam o tym opowiadali byli profesjonalistami i entuzjastami tej ziemi i zjawisk tam zachodzących. Nie można im nie wierzyć!  Czuło się, że znają tę część świata, opowiadają o niej z wielką pasją i szacunkiem dla tej ziemi. 

Pierwszego wieczoru w Anchorage, słońce świecące o 10.45 wieczorem bardzo mnie zaskoczyło, choć przecież teoretycznie widziałam, ze tak właśnie tam jest o tej porze roku..

Człowiek, niemal zawsze, gdy stoi na szczycie góry, gdy poczuje siłę wiatru i wolności, doznaje uczucia swojej “małości” wobec sił natury. Wtedy ma wrażenie, że zbliżył się  do chmur, do nieba. I nieważne czy jesteśmy na Kasprowym Wierchu, czy na górze bez nazwy, na Machu Picchu czy na Mount Everest. Poczucie wielkości Świata, którego jesteśmy malutką, ale zarazem ważną  cząstką – jest niesamowite!! 

Mogłabym długo i kolorowo opowiadać o Alasce. O tym, co zaskoczyło mnie, że jest tam zwyczajne jak w wielu innych miejscach. I co ze zdziwieniem obserwowałam, że jest zupełnie inne np. słońce, które pięknie świeciło o 10.30 wieczorem. Przecież wiedziałam o tym – a jednak.. każdego wieczoru mnie zaskakiwało 🙂

Chciałabym zobaczyć prawdziwe zimowe życie na Alasce, chociaż wiem, że jego surowość już teraz w mojej wyobraźni mnie trochę przeraża. Taka zimowa, mroźna i skuta lodem Alaska na pewno nie jest tak łaskawa jak ta, którą poznałam na naszej wyprawie. 

O Alasce można snuć opowieści w nieskończoność i na różne sposoby. Ja wybrałam taki – o Oceanie z lodowcami i szumie fal. O wybuchu wiosny w Denali Parku i o wielkiej McKinley Mountain vel Denali. O tym, co poczułam, będąc na krótko cząstką ogromnej ALASKI.  

Jestem wdzięczna życiu, że Alaska zbliżyła się do mnie na wyciągnięcie ręki. Nie pozostała tylko obrazkiem z pamięci dzieciństwa. Choć troszkę pozwoliła mi spojrzeć na swoje lodowce, morskie przestrzenie, zielone potężne lasy i i na “WIELKĄ GÓRĘ”.

Mam dużo szczęścia w życiu. Jestem małym, wędrującym szczęśliwym punkcikiem!  


B A C K

2 myśli na temat “ALASKA – ogrom i przestrzeń, jestem tylko małym punkcikiem

  1. Wybraliśmy się na Alaskę. Nie na zaliczenie kolejnego stanu, bo w tym celu moglibyśmy się wybrać do … właściwie nie wiem gdzie, jako że chyba byliśmy już jakoś w każdym stanie, przejazdem lub docelowo, ani też na nic takiego konkretnego „kolejnego”. Może dlatego, że kiedyś, jeszcze przed pandemią umawialiśmy się wstępnie z naszą koleżanką Łucją, która odwiedziła nas w 2018 roku, że następnym razem pojedziemy razem na Alaskę, ale przecież ten następny raz nie nastąpił; może dlatego, że szukaliśmy jakiejś odmiany od miast i plaż – trudno powiedzieć, ale w każdym razie pojechaliśmy. Zasugerowaliśmy ogólnie kilku znajomym parom, żeby się do nas dołączyli, i Basia z Markiem podchwycili pomysł, tyle, że tylko na część wodną, podczas gdy my zaczęliśmy od części lądowej.

    Długi lot linią United z Houston do Anchorage nie był bardziej nużący niż właściwie coroczne podróże do Europy, toteż mieliśmy jeszcze siłę na połażenie po mieście, zjedzenie kolacji z egzotycznym mięsem, pomęczenie się w hotelu, w którym akurat wysiadła klimatyzacja i krótkie pospanie, bo niekończący się dzień nie chciał ukoić nas do snu. A na następny dzień już prawdziwa podróż, dzień po dniu od Anchorage, przez McKinley Lodge, Denali National Park Lodge do pociągu wiozącego nas z powrotem do Anchorage, a właściwie jego wycieczkowego portu Whittier, gdzie zaokrętowaliśmy się na ogromnym statku Royal należącym do kompanii Princess. Tam spotkaliśmy już będących na pokladzie Basię i Marka i rozpoczęliśmy nasze morskie życie.

    Zobaczyliśmy coś zupełnie nieoczekiwanego. Bezmiar lądu i niekończący się obszar zawsze zakończony wysokimi górami z zaśnieżonymi szczytami, przepiękne i znakomicie zorganizowane hotelowe kompleksy nastawione na udostęnienie turystom przepysznej przyrody Alaski, a szczególnie Parku Narodowego Denali, no i ustawiczne polowanie na możliwość ujrzenia samego Majestatycznego Szczytu, który po wielu utarczkach z pogodą i chmurami wreszcie udało nam się dojrzeć i sfotoografować z odległości bliskiej 100 milom. Rozkwit kwiatów i innej roślinności podczas krótkiej, ale akurat kształtującej się wiosny – to tyle na lądzie. Niestety, zwierzaków nie widzieliśmy zbyt wiele, może też zaszyły sie gdzieś by podziwiać wiosnę i się nią nacieszyć.

    A później, już na oceanie – również bezmiar, tyle, że wody i również niekońcżacy się obszar, tyle, że wody z zarysującymi się na odległym horyzoncie wysokimi górami z zaśnieżonymi szczytami. I lodowce, potężne i mniejsze, jak lodowe rzeki spływające do oceanu. I przeurocze miasteczka na lądzie, właściwie osady nastawione na turystów, ale z możliwością łażenia po górach i po parkach, pełne lokalnych atrakcji. I płynięcie szalupą ratunkową, która sama w sobie była statkiem na ponad 200 osób, a która wiozła nas z jednego z portów do naszego statku, który musiał zakotwiczyć sie w pewnej odległości od nadbrzeża. I poszukiwanie morskiej fauny, z której raz udało nam sie namierzyć wieloryba igrająego w wodzie przy samym dziobie naszego pływającego „miasta”. I bezustanny brak czasu z powodu przebywania na koncertach, w retauracjach, włóczenia się po różnrodnych pokładach statku, w dobrym towarzystwie i świetnych humorach.

    Dziękuję Małgosiu, za współudział w pomyśle wyjazdu na Alaskę i za ideę zaoferowania tej podróży przyjaznym duszom Basi i Marka. To był wspaniały wyjazd.

    Wacek

    Polubienie

    1. Twoje komentarze to jak “blog w moim blogu”! To dopełnienie rozdziału, uzupełnienie wrażeń, radości naszych podróży. Bez tych komentarzy mój blog byłby jak “świeży obrus na stole- bez kwiatów w wazonie “.. Jak tort bez przysłowiowej wisienki.

      Mam zawsze nadzieję, że moje blogowe myśli docierają także do innych czytelników, ale dzięki twoim komentarzom wiem, ze warto je pisać. Warto – dla samej siebie i jeszcze dla kogoś..

      Mam nadzieję, ze kiedyś i nasze dzieci trafią na ten blog. Na moje myśli i na twoje.. Dziękuję.

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi