Czy przyjaźnie gasną? a może nie.. 

3 czerwca 2024 

Kiedyś w harcerstwie, przy wieczornym ognisku, śpiewałam i wierzyłam…”Nie zgaśnie tej przyjaźni blask..” 

Nic w tym złego. To była piękna przyjaźń. Blask młodości, szczerości. Moc i energia. Wszystko, co nas otaczało było prawdziwe. I młode. Trwało przez miesiące i  lata. 

Ninuś- ta przyjaźń to klasyczny obraz : od ławki szkolnej przez góry doliny zycia po dziś dzień – niestety na odległość… Ale nadal blisko, ciepło i z otwartym dla siebie sercem w każdym momencie

Były wspólne cele, kochałyśmy tych samych chłopców, a chłopcy te same dziewczyny.  Kręciliśmy się wokół się siebie niemal każdego dnia. Było tak dobrze, że nikt nie wyobrażał sobie, że może być inaczej. 

Tak właśnie wygląda szczęśliwa młodość!!  Wystarczyło ktoś, kto patrzył na świat podobnie jak ja. Mogliśmy gadać ze sobą całymi godzinami i zawsze mieliśmy wspólne tematy. Śmiać się z byle jakiego powodu. I myśleć, że to się nigdy nie zmieni! 

 Bo dlaczego miałoby się zmienić ?  Było nam tak dobrze razem. Tak świetnie się rozumieliśmy…

Było nas cztery. Było fajnie. Ale ta jedna – najważniejsza..😀

O, nie! Stop!! Nie tak idealnie! Przyjaciółka musiała być ta JEDNA, jedyna!  Trójkąty, a nawet czworokąty, to już było nie to..  Mogło być miło, wesoło. Ale ta jedna musiała być naprawdę MOJA – przyjaciółka. Taka “mała zazdrość”, która jednak miała wtedy DUŻE znaczenie. Bo uczucia w życiu nastolatków są buzujące i wcale niełatwe do pokonania w sercu i ułożeniu ich w głowie. 

To był czas łez, złości, zazdrości, niemocy, rozmów od serca, uścisków i…przykrych słów, których potem długo żałowało się, że wypowiedziało się je głośno.

Dziś, gdy patrzymy na swój długi życiorys – wszystko staje się bardziej jasne i zrozumiałe.  

Po latach szkoły, które zbyt szybko minęły, przyszedł czas studiów i świat wirował w zupełnie innym rytmie. 

Mnie własnie tak zawirował.  Zwariował nagle i niespodziewanie!  Niby- ten sam chłopak, ta sama miłość… A pierwszy “kop w tyłek” – jako jedyna z grupy harcersko-przyjacielskiej nie dostałam się na studia za pierwszym razem. 

I mówcie co chcecie, ale… nagle stałam się wyobcowana, inna. Moi przyjaciele, moja przyjaciółka SĄ studentami! Ja – nie.. Ta inność odpycha. Może nawet jeśli nie w ich głowach, to na pewno w mojej. Pierwsze niepowodzenie życiowe, pech. Wtedy to było dla mnie  – nieszczęście i wstyd. Niby wokół pełno rówieśników, którzy nie dostali się na studia, ale co to mnie obchodziło! Mnie dotknęło tylko to, że ja się nie dostałam, a oni TAK. Bolało.  I od tego czasu bolało już każde niepowodzenie coraz mocniej. 

Bo tak się to wszystko razem złożyło, że wraz z  faktem niedostania się na studia, posypały się niektóre koleżeńskie i przyjacielskie drogi, jak na szachownicy przekładały się nasze układy. 

Miałam chłopaka i poważne plany. Ślub w tych planach. To jakoś balansowało moje „zrozpaczone” uczucia. Po roku, za drugim podejściem dostałam się na studia. Polonistyka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Moje marzenie. Spotkałam nowych ludzi, głównie dziewczyny. Ale był jeden facet, zrobił na mnie duże wrażenie. Zaprzyjaźniliśmy się. Wszyscy byli mili, ciekawi. Czas mijał i młodzieńcze „tragedie” też 😀.

Szybko  zgraliśmy się jako  grupa, nie tylko na zajęciach. To był tylko pierwszy rok studiów, a my włóczyliśmy się często i dużo razem. W Krakowie zresztą nie było to trudne… 

 Cywilny (pierwszy – bo ten drugi, kościelny był później we wrześniu)) ślub wzięliśmy w maju (17-go), na który ( o ironio losu!) przybyła cała moja grupa polonistyczna z I roku !!😀 a nie dawni wieloletni przyjaciele harcerscy… Ale – przed tymi najbliższymi nie ukryliśmy tego faktu, choć ogólnie do września miala być to tajemnica…   

Teresa- właściwie to przyjaciółka mojego męża z czasów studiów w Krakowie. A potem.. spotkaliśmy się na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu i tak przyjaźń trwa do dzisiaj!

Zaraz po 1-szym roku wyjechaliśmy do Katowic/Sosnowca, gdzie znów otoczyła mnie kolejna, nowa grupa ludzi. 

Tak zaczęła się nowa era przyjaźni. 

Nowe środowisko. Ludzie pracujący na uczelni. Asystenci, profesorowie. Starsi i młodsi.  A ja wciąż studentka i młodziutka żona, zagubiona w obcym, nieznanym mi mieście.  Tak niepodobnym do mojego kochanego Krakowa. Do Rynku Krakowskiego i miejsc, które na każdym kroku nie przypominały mojego domu. 

Łucja- przyjaźń „akademikowa”. Przeszła wszystkie etapy – beztroskie i trudne. Rozsypała się na trochę, poprzestawiała „pionki osobowe” a jednak trwa już 1975 r…

Boże! Jak ja cierpiałam!  Bardzo powoli ( ja, taka otwarta i łatwo zawierająca znajomości..) wchodziłam w nowe koneksje koleżeńskie, choć wszyscy byli mili i nie pamiętam wielkich zgrzytów. Podobnie znajomi mojego męża, który zaczął pracować na Uniwersytecie Śląskim jako asystent na wydziale Filologii Rosyjskiej. Pracy i zajęć było dużo. Ludzi wokół również. Łatwo było wplątać się w życie towarzyskie. 

Krążyliśmy po akademikach, szukaliśmy swojego miejsca do życia.. 

 Nie będę o tym pisać kolejny raz. Już gdzieś o tym wspominałam. 

Chcę tylko powiedzieć, że im bardziej ciężko, tym więcej ludzie zbliżają się do ciebie. A młodość ma to w sobie, że ludzie nawzajem potrzebują podpory, dobrych słów i wzajemnego wspomagania  – szło nam więc łatwo i przyjaźnie zawiązywały się szybko.  

Te przyjaźnie, to już nie były takie same związki jak z czasów szkolnych. Miały charakter bardziej otwarty, dojrzały. Oczekiwaliśmy od siebie innej pomocy i zrozumienia. Niemal każdy z nas był już w osobistym związku i rozumieliśmy, że przyjaźń, to nie uczucie “ na wyłączność”  

Dużo było w nas ironii, sarkazmu, zabawy, a jednak na tych właśnie elementach budował się silny związek emocjonalny. Dużo później, uwikłani w “Solidarność”, gdy dotknął nas wszystkich stan wojenny potrafiliśmy sobie wzajemnie pomagać mądrze w tych trudnych momentach.  

Po 16 latach , w 1990 roku wyjechaliśmy do Stanów. Nasze kontakty z ludźmi były różne. Jak to w życiu. Jedne rozmyły się całkowicie. Inne jeszcze trwały przez lata ale osłabły, drogi rozeszły się, każdy z nas poszedł w swoją stronę. Niektórzy już odeszli na zawsze. Ale nie z naszej pamięci… 

Z Aniołami (tu Ania) znamy się ” od wieków” – właściwie mój mąż jeszcze dłużej niż ja.. To do naszej czwórki tak bardzo pasują słowa piosenki Grechuty !!

Są i tacy, z którymi wciąż jesteśmy blisko. Zawsze chce nam się opowiedzieć, co nowego u nas. Co u nich – u dzieci, u wnuków. Gdzie jadą na wakacje, jaka dziś pogoda, jaką książkę czytają.. Co zakwitło w ogródku i czy uda nam się zobaczyć w tym roku?…

Chciałoby się powiedzieć słowami piosenki  Grechuty: : Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie..”  Tak, to jest przyjaźń. A może jest i ziarenko ludzkiej dobrej miłości, która zostaje z najlepszych lat długo długo trwającej przyjaźni. Nic  w tym dziwnego. Ludzkie dobro..

Mijamy w swym życiu niezliczoną ilość osób.  Niektórych w ogóle nie zauważamy.  Inne są z nami związane na  chwilę, szkolnie, służbowo, łączy nas jedna, kilka rozmów – miłych, ale nic nie znaczących, choć dla danej chwili ważnych. Na szlaku naszego życia zaznaczają się osoby, które zapamiętujemy, ale z kolei one nie zapamiętują nas, bowiem relacje ludzkie nie są równoważne.  

Musi naprawdę dużo się wydarzyć pomiędzy ludźmi, żebyśmy siebie wzajemnie i jednakowo zapamiętali. By nasze uczucia były podobne. By po latach chcieć ze sobą wciąż utrzymywać kontakty.

 Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wiele wspólnego wypracowaliśmy przez minione lata.  Życie nas rozdzieliło na wiele lat, nie mieliśmy  okazji spotkać się, nawet nie myśleliśmy o sobie. . . 

Przyjaźń z Córką ma inny wymiar. Często trudny i nierówny ale bezcenny.!! Uczymy się jej nawzajem każdego dnia.

Więc skąd i jak zachowuje się więź??  Istnieje coś, czego człowiek nie jest w stanie czasami określić, nazwać, pojąć.  Coś, co najprawdopodobniej wydarzyło się w jakimś ważnym wspólnym momencie, co nas scaliło i związało. 

I to jest w nas – prawdopodobnie ważne dla nas obojga. Przez lata przygasa, tli się małym płomyczkiem. Zapominamy, nie czujemy.  Aż obojętnie kiedy i w jakich okolicznościach – pojawi się, by przypomnieć nam, że mamy coś wspólnego.  I że nić zawiązana kiedyś nie przerwała się na zawsze…

Przyjaźnie minione bezpowrotnie też są ważne. Na pewnym etapie życia były wartościowe, potrzebne. Uzupełniały nasze potrzeby emocjonalne i  stanowiły istotną część tamtych chwil. Niezależnie z jakich przyczyn się skończyły, rozluźniły, zniknęły – były “ cegiełką” budującą nas. 

Dużo już przeżyłam i wiem doskonale, że bywają także przyjaźnie toksyczne. Takie, które niszczą się wzajemnie. Albo niszczą tylko jedną stronę.  I tak bywa. O przykładach nie będę mówić, bo  są bolesne. Ale musiały się wydarzyć, bo takie też uczą, doświadczają nas i pozwalają docenić te dobre, pozytywne i piękne przyjaźnie.  

 Musi być czasem źle, żeby  było lepiej i byśmy umieli docenić dobro. 

Nie ma lepszego nauczyciela jak życie. Doświadczenia, które  zdobywamy „ na własnej skórze” są najlepszym źródłem wiedzy. A że czasem boli tyłek, gdy spadamy całą siłą na niego.. Cóż, spadanie z wysokości nie jest przyjemne… 

Kiedy dorośliśmy przyjaźń nabrała smaku dojrzałego owocu. 

Trzeba z niej czerpać smak i soki, ile się da! Nie czekajmy na układy, na lepsze momenty, na wygodniejsze sposoby. 

Od wielu lat trzymamy się razem. Blisko i trochę dalej. Żyjemy razem i obok. Połączyło nas wiele dobrego. I dużo trudnego. Wszystkie te więzy, to doświadczenia ważne i znaczące w naszym życiu.

Nasza „babska brydżowa” tradycja trwa już ponad dwie dekady- to nasza terapia, relaks, fun. Uwielbiamy!!!

Nie rozważajmy, że kiedyś coś może nam się nie udało.. Młodzieńcze przyjaźnie przeminęły albo stały się solidne i twarde jak skała.  Te dorosłe, sprawdzone, dojrzałe trwają od lat. Są spokojniejsze, mniej wrażliwe na burze, mniej zachłanne. Za to opierają się niejednemu życiowemu zachwianiu…

Czasem waham się czy każdą osobę w minionym etapie mojego życia powinnam nazywać przyjacielem czy tylko kolegą. Przyjaciółką?… I myślę – jak wartościowy związek nas łączył?  

Bo jeśli przyjaźń, to dlaczego odeszła, rozmyła się w czasie, przestrzeni? .. Nie przetrwała próby czasu, choć była nam wtedy tak potrzebna. Taka ważna. Losy ludzkich uczuć są pogmatwane…

Od przyjazdu do Houston – różne chwile. Różne przeżycia. 34 lata..

Dziś już rozumiem, że wtedy czułam inaczej. Wtedy potrzebowałam od przyjaciółki czegoś innego niż dzisiaj. Choć przyjaźń wydaje się mieć jedne zasady, to tak naprawdę wcale tak nie jest.  Nic nie jest wieczne. Nic nie jest nam dane na zawsze. My  ludzie biegnąc w życiu w różne strony zmieniamy nie tylko warianty życia i nasze potrzeby. Także partnerów, współpracowników, zakładamy rodziny. Także zmieniają się nasze priorytety, do których między innymi należą… przyjaźnie.   To instynkt obustronny. To przyciąganie, to “chemia”. Podobnie jak w miłości. Przyjaźń i miłość są blisko. I często a właściwie zawsze są w parze.

To COŚ niezwykłego, co czyni związki międzyludzkie tak bardzo silne i bogate z bardzo różnych powodów.  

Było tak pięknie. Miało być na zawsze.. A życie urządziło nam inny los. Inny rodzaj przyjaźni 💔😟

Przyjaźnie gasną, a może tylko przygasają.  Przyjaźnie starzeją się. I odchodzą  w siną dal… I wreszcie – przyjaźnie łamią się, bo okazują się za słabe. Czasem są odrzucone, czują się niepotrzebne,  porzucone..  Oszukane. 

A czasem – umierają niechcący, ulegają bezsensownemu „wypadkowi”, uciekają nam jeszcze za życia, przestają nas potrzebować, rozumieć… bo i tak się zdarza. I niczyja w tym wina 😢

I nie myślcie, ze przyjaźnie to tylko dziewczęce, kobiece. Są przyjaźnie męskie – szorskie i twarde. Czasem nawet wydają się ironiczne i zabawne. Ale pracują na równie wspólnych „falach” jak nasze – kobiece. Są różne poglądy – ja uważam, że istnieją przyjaźnie między kobietą i mężczyzną. Miałam i takie doświadczenia w życiu i do dziś sobie cenię te wspomnienia.

Bo przyjaźń to Człowiek. I jak Człowiek – jest wrażliwa i delikatna. Silna i twarda. Odporna i  uparta. Bywa zła i smutna. Nie zawsze wytrzymuje próbę czasu i  trudności życiowych. 

Ta przyjaźń to coś wyjątkowego. Jesteśmy inne – a bliskie i..obok siebie

Zaglądnij głęboko do swojego serca, dobrze pomyśl i zastanów się zanim wypowiesz słowo “Przyjaciel” 

Dla mnie to ma duże znaczenie. Kolega, koleżanka to cała plejada bardzo dobrych, kochanych osób. Pojawiają się i znikają. Lubimy się, spędzamy ze sobą czas. Śmiejemy się i kłócimy. Pomagamy sobie w różnych trudnych momentach , wspieramy się albo po prostu – jesteśmy obok…

Przyjaciel, Przyjaciółka – zostawiam sobie i  każdemu z was puste miejsce ……….

Włóżcie słowa, uczucia, myśli – dla tych, którym “ przyjaźni blask nie zgasł” całkowicie.. 💖💕

**********************

Na podsumowanie tematu przyjaźni, która przez całe życie, od podwórka do ostatnich chwil emeryckiego życia jest nam potrzebna, a przecież zmienia się i dorośleje wraz z nami -przychodzi mi na myśl ostatnia sztuka Polskiego Teatru pt. „Chłopcy z naszej ulicy czyli okruchy z zycia mężczyzny” (2012 r). Pozwolę sobie przypomnieć finałową piosenkę. Kiedyś jeszcze powrócę do tematu teatralnego i „Chłopców z naszej ulicy..” a tu posłuchajcie jak jak „Okruchy” wspomnień z ulicy dzieciństwa łączą nas czasami aż do wieku seniora! Przyjaźń potrzebna jest w życiu wszystkim – dziewczynom i chłopakom, starszym panom i paniom też…😂


BACK

5 myśli na temat “Czy przyjaźnie gasną? a może nie.. 

  1. Z mojego doświadczenia wynika, że każda relacja ma datę ważności. Miałam w swoim życiu osobę, którą uważałam za przyjaciela. Znaliśmy się dokładnie 22 lata, a potem ta osoba wbiła mi nóż w plecy.

    Polubienie

Dodaj komentarz