18 lutego 2024
Motywacje? Silna wola? Chcieć to móc… Każdy potrafi… I takie tam trele-morele!
Gadanie na temat, który zawsze i wszędzie jest na czasie. A najbardziej i najczęściej “używany” jest przez wszystkie media i każdego z nas w styczniu, tuż po Nowym Roku. Wiadomo – słynne i modne “New Year Resolution”.
Kilka dni temu, w jakimś mignięciu telewizyjnym usłyszałam, że tylko JEDEN procent ludzi jest wierny swoim postanowieniom noworocznym i dotrzymuje obietnic (głównie danych sobie). Nie wiem, skąd takie statystyki, ale jestem skłonna w to uwierzyć! I wcale mnie to nie dziwi. Nie dziwi – nie dlatego, że jestem z tych, co nie mają i nie robią postanowień noworocznych, głównie dlatego, że przeżyłam różne fazy w swoim życiu i wiem z własnych doświadczeń, jak to było ze mną albo wokół mnie.
Wszyscy pamiętamy takie scenki, gdy rodzice chcieli od nas-maluchów uzyskać jakąś obietnicę, pytali: “Obiecujesz?” i uczyli nas w tym samym momencie gestu podniesienia w górę dwóch palców. Znak przyjęty od wieków, zarówno wśród dorosłych w podniosłych i ważnych chwilach, jak i przez dzieci w przedszkolu.
Każdy z nas wiedział, że taki znak to “pieczątka” do słów przysięgi i że to zobowiązuje nas do jej dotrzymania. Tyle tylko, że obietnice bywają chwilowe, ich sens i ważność czasem mijają, a my zapominamy, że w ogóle takie coś miało miejsce w naszym życiu.
Takie doświadczenia mają jednak swoją logikę, gdy uczymy się co obietnica powinna oznaczać. Przyrzeczenia, obietnice są przeciwieństwem kłamstwa, uczą odpowiedzialności, lojalności i wszystkiego, co potem w dorosłym życiu liczy się naprawdę.
Aby przysięga czy obietnica była ważna trzeba jej nadać odpowiednia oprawę. Musi mieć swój „moment” emocjonalny. Inaczej trudno takie słowa kontrolować, przejmować się nimi więcej niż innymi.
Chyba na początku drugiej klasy szkoły podstawowej zetknęłam się z drużyną zuchową. Nigdy nie chodziłam do przedszkola, dlatego od początku szkoły ciągnęło mnie do zajęć grupowych i Mama szybko zapisała mnie do zuchów.
Drużyna nazywała się “Szarotki”. Nosiłyśmy takie ładne szafirowe bereciki z paskiem pod brodę, a na obwódce białą plastikową szarotkę. Chusta była czarna (albo szafirowa?) do tego biały kołnierzyk i chyba na chuście, w trójkącie na plecach była biała szarotka, taka sama jak na berecie.
Kiedy już dostałam szary mundurek harcerski i wszystkie oznakowania, byłam szczęśliwa i dumna, że przynależę do jakiejś grupy. Zbiórki odbywały się w sali, która w ciągu dnia była pracownią zajęć prac ręcznych czy plastycznych (tak to zapamiętałam..) a ok. 17.00 zaczynały się tam zajęcia zuchowe i harcerskie. Warunki nie były najlepsze, dopiero dużo później zobaczyłam jak mogą wyglądać prawdziwe izby harcerskie przeznaczone tylko na zajęcia drużyn.
Pamiętam wyraźnie kilka migawek z tych zbiórek. Wiem, że mieliśmy małe grupki, które nazywały się “szóstkami” i chyba już po niecałym roku zostałam “szóstkową”, czyli zaczęłam pełnić pierwszą w życiu funkcję w machinie mojej (chyba dość długiej) kariery harcerskiej.
Byłam przejęta każdym zadaniem, każdą nową piosenką i każdym poleceniem druhny drużynowej.
Któregoś dnia… było już ciepło, czyli pewnie był to maj lub czerwiec i rok szkolny zbliżał się ku końcowi. Przy szkole było boisko – jedno cały czas otwarte i dostępne dla wszystkich, a drugie otoczone murkiem z płotem z żelaznych prętów. Na to podwórko można było wejść tylko przez szkołę. Drzwi zewnętrzne przy końcu płotu były niemal zawsze zamknięte.
Zbiórka zaczęła się jakoś nietypowo, zasłonięto nam oczy i ktoś nas wyprowadził z sali zbiórek na zewnątrz. Szłam powoli po schodach do góry (pracownia była w “piwnicach” szkoły), ktoś prowadził mnie ostrożnie i nakazano nam milczenie. Bałam się a równocześnie byłam ogromnie ciekawa i przejęta, co będzie dalej… Na tym znanym mi podwórku, gdzie wypuszczano nas w dni ciepłe na “dużą” czyli 20 – minutową przerwę, ktoś ułożył drewienka w kształt ogniska, a w środku paliła się latarka pod czerwonym papierem (a może cienką bibułką?). Potem - działo się coś bardzo ważnego, innego niż na zwykłych zbiórkach.
Ktoś nas sprawdzał, zadawał niezwykłe pytania, przechodziłyśmy jakieś próby… Nie pamiętam co i jak. Ale pamiętam napięcie i zdenerwowanie małej dziewczynki. I powagę tej niezwykłej sytuacji. Bo w końcu, po przejściu i zaliczeniu różnych “przeszkód” druhna drużynowa uroczystym głosem powiedziała, że pomyślnie przeszłyśmy wszystkie próby i zasłużyłyśmy na złożenie obietnicy zuchowej. Pamiętam moje pierwsze świadome słowa: „Obiecuję być dobrym zuchem i zawsze przestrzegać prawa zucha”.
Prawo zucha miało sześć punktów, omawialiśmy je na zbiórkach, mówiliśmy co oznaczają i jak prawdziwy zuch powinien dochować obietnic. Do dzisiaj je pamiętam…
Minęło tyle lat, że aż trudno je policzyć, a wciąż pamiętam ten wieczór i wielkie przeżycie mojej pierwszej świadomej obietnicy.

Dlaczego to wspomnienie jest dla mnie takie ważne do dzisiaj?
Bo właśnie to wydarzenie nauczyło mnie na całe życie, że obietnica to coś niezwykłego, coś co ma wymiar nie tylko wypowiedzianych słów, ale wszystkiego co z tymi i za tymi słowami idzie.
Po latach, już jako harcerka, składałam Przyrzeczenie Harcerskie, zapewne było to też ważne wydarzenie. Później przez wiele lat, jako drużynowa zuchowa, instruktorka harcerska, drużynowa harcerskiej drużyny żeńskiej, byłam twórcą, współorganizatorem i świadkiem niejednej imprezy, podczas której inni przysięgali, składali obietnice.
Istnieją różne typy obietnic. Każda powinna być istotna w momencie ich składania, ale nie wszystkie są “na całe życie”. Okoliczności są zmienne, istnieją sytuacje, które zwalniają nas z obietnic. Czas i zmieniające się życie po prostu “rozmywa” niektóre z nich. Z czasem ulegają one przedawnieniu, przestają “istnieć”, nie mają odnośnika do sytuacji po latach. Nic w tym złego.
Mimo, że obiecać coś komuś czy nawet sobie oznacza dotrzymanie przyrzeczenia, to jednak nie szłabym w “zaparte” – na siłę i na zawsze. Nawet przysięgi powinny być logiczne. Nie ignoruję, nie wykręcam się i nie zmieniam ich wagi. Ale z drugiej strony wiem, że nie należy iść i jak to mówią “tłuc bezmyślnie głową w mur”. Skutek dotrzymania dawno dawno danej przysięgi może stać się kamieniem i ciężarem na dalsze życie…

Jest jedna przysięga, która dla mnie ma nieprzemijające znaczenie. To przysięga małżeńska. Słowa: “..I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci”… są dla mnie przysięgą, której nic nie powinno zmienić. W moim przekonaniu – tych słów żadne przeciwności na zakrętach życia nie powinny zakłócić i zniszczyć …
Oczywiście jestem realistką i niezależnie od powyższego akapitu, wiem że życie potrafi przynieść takie zagmatwania i zapętlenia, że nawet najpiękniejsze intencje dotrzymania przysięgi nic nie pomogą. Rozwód to NIE katastrofa, choć na pewno traumatyczny moment życia. Przeżyło go tysiące par małżeńskich, przetrwało rozstania – niekoniecznie z powodu złamania przysięgi. Czasami trzeba dać sobie w życiu drugą szansę. Gdy składamy przysięgę małżeńską wierzymy, że jesteśmy „dwoma połówkami tego samego jabłka”. Czas weryfikuje nas i nasze uczucia i bywa, że z różnych powodów nie możemy dotrzymać tej pięknej przysięgi.. To jeszcze jeden dowód na potwierdzenie, że “kij ma dwa końce”.


Dwa śluby – ONI – nasi Przyjaciele przysięgali w lutym 1973 r – wytrwali 50 lat! My – mając ich za świadków, przysięgę składaliśmy we wrześniu 1974 r. Wierzymy, że nasze słowa dotrwają również 50 lat. To już za kilka miesięcy...
Bywa różnie. Miłość, marzenia, dobre intencje, próby naprawy, kolejne obietnice… Wszystko to ma swoje dobre strony i jak wszystko – jak ten przysłowiowy “kij” – miewa “ostre zakończenia”, ciemne zaułki, smutne konsekwencje i drastyczne niepożądane skutki.
Nikogo nie osądzam. Nie potępiam. Nie lubię takich ostatecznych stwierdzeń – obietnice są po to, by ich dotrzymywać! Trzeba być konsekwentnym. Wszystko jednak ma rozsądne granice! Obietnica nie może być kamieniem, który przytłoczy cię i będzie uwierać na zawsze.
Obiecujemy i to nas zobowiązuje. Obiecujemy, ale nie zawsze na całe życie, bo czasem jest to zwyczajnie… niemożliwe.
Obietnica jest niesłychanie ważna w przyjaźni, bo jest jedną z mocnych podwalin związku dwojga ludzi. Bywa, że słowa obiecane kiedyś drugiemu człowiekowi, w jakimś innym momencie życia mogą obie strony uciskać, przeszkadzać – wręcz być szkodliwe.
Przykładów można by podać wiele. Każdy z nas taką indywidualną sytuację przeżył. Zaglądnijcie w swoje serca, a znajdziecie potwierdzenie moich słów..

Obiecywać można publicznie, przysięgamy szeptem tej jednej jedynej najważniejszej osobie, obiecujemy swoim dzieciom, wypowiadamy obietnicę sobie – w myśli i głęboko w sercu..
Przysięgi są nieodłączną częścią nauk kościoła, przysięgę składa żołnierz, przysięga jest istotnym elementem każdej miłości. Przysięgamy czasem w głębokich emocjach i wydaje nam się, że dotrzymanie obietnicy jest naturalną konsekwencją. A potem.. okazuje się, że była potrzebą chwili, zawieruchy w sercu i nie wiemy jak się wycofać, jak naprawić przysięgę, która jest dziś nieprzemyślaną pomyłką z niedobrymi konsekwencjami.
Może powiem teraz coś, co nie będzie przychylnie odebrane… ale myślę, że nie zawsze i nie każda obietnica ma sens “do końca świata”. 🙂
Tak, tak! Wiem co mówię i mam nadzieję, że niejeden z was też mnie zrozumie.
Już dawno przestałam układać sobie listę obietnic i przyrzeczeń, zwłaszcza tych noworocznych, których prawie nikt nie dotrzymuje! Nie będę się oszukiwać, że nie zjem już żadnych słodyczy, nie dotknę czekolady albo nie będę jeść mięsa, bo jak siebie znam, to wytrzymam tydzień albo dwa i potem nici z obietnicy. Ale mogę postanowić o ograniczeniu złych nawyków, o innym podejściu do tego, co wreszcie należałoby zmienić. Może takie wyglądające na “półśrodki” obietnice, są zdrowsze, realne i uczciwsze??
Bardzo cenię ludzi, którym udało się dotrzymać postanowień, zwłaszcza tych niezwykle trudnych. Bo bywa, że to samo postanowienie dla jednego człowieka jest łatwe do zrealizowania, a dla innego jest „murem” nie do przeskoczenia! To ogromna umiejętność i niezwykła siła woli!! Tacy ludzie są wśród nas! Dopóki istnieje w tym rozsądek, dopóki… nie robimy sobie sami fizycznej czy psychicznej krzywdy – przyrzeczenie ma piękny wymiar!
Ja – niestety- chyba nie mam takich predyspozycji. Ale kto wie – gdybym naprawdę musiała czegoś się wyrzec, bo to byłby z mojego punktu widzenia jedyny konieczny wybór – może znalazłabym w sobie więcej sił niż myślę..
Są w życiu motywacje wyjątkowe, na których zależy nam bardziej niż na sobie samym. I wtedy niezwykła, nieznana nam siła uskrzydla naszą obietnicę! Wiem na pewno, że tak jest. Takich momentów też w swoim życiu doświadczyłam.
Bądźmy więc dobrzy dla siebie i traktujmy przyrzeczenia i obietnice jak wszystko inne ważne. Bo nie chodzi o słowa, o tekst na papierze, o chwile zapomnienia.
Obietnica to czucie w sercu i zgoda na wypełnienie jej, by wypowiedziana, pomyślana w danej chwili, nie uleciała z wiatrem…



Jest rok 2024. Co mają robić harcerki i harcerze, którzy składali Przyrzeczenie Harcerskie w latach 1957-1990:
Przyrzeczenie harcerskie (1957 r.)
Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Polsce Ludowej, walczyć o prawdę i sprawiedliwość społeczną, nieść chętną pomoc każdemu człowiekowi, być posłusznym Prawu harcerskiemu.
Przyrzeczenie harcerskie (1964 r.)
Przyrzekam całym życiem służyć Tobie, Ojczyzno, być wierny sprawie socjalizmu, walczyć o pokój i szczęście ludzi, być posłusznym Prawu harcerskiemu.
Byli drużynowi, szczepowi, Komendanci, którzy modyfikowali te teksty, usuwając Polskę Ludową i wiernośc sprawie socjalizmu z faktycznie powtarzanej przez przysięgających formuły Przyrzeczenia, bo przecież nawet najlepiej wyuczeni kandydaci na „prawdziwych”, czyli zaprzysiężonych harcerek czy harcerzy nie byli w stanie w czasie tego niezwykle emocjonalnego, najbardziej emocjonalnego w ich 11-sto, 12-sto lub 13-stoletnim życiu momentu stwierdzić, że wydrukowane Przyrzeczenie jest nieco inne. A dla tych odbierających Przyrzeczenie zasadniczo inne.
Obietnica (jak ta zuchowa, ale nie tylko), Przyrzeczenie (jak to harcerskie, ale nie tylko), Przysięga (jak ta wojskowa, ale nie tylko) to słowa, które w pewnym okresie naszego życia są tak samo ważne, jak te pozostałe w innym okresie. To pewnie dobrze wiedzą ci, którzy przyrzekali na każdym z tych poziomów. Ja przeszedłem tylko dwa takie wydarzenia (nie byłem nigdy zuchem), ale nic nie dorównuje tym emocjom, jakich doznałem podczas Przyrzeczenia harcerskiego. Z przysięgi wojskowej na przykład nie pamiętam ani jednego słowa.
Czy te emocje, jakich zaznałem w 1963 roku znaczą, że w pełni dotrzymywałem tego, co przyrzekałem? Nie na pewno. Ale przynajmniej wiedziałem, że nie dotrzymuję. Bo teść była, i wciąż jeszcze jest – ważna.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
A więc – przysięgę nosimy w sercu i w głowie. Rozumiemy i wypełniamy ją przede wszystkim wobec własnej uczciwości a potem wobec tych, którym przysięgamy.
Dalej – przysięgę kształtuje czas i okoliczności. Uczciwość i lojalność wobec siebie samego.
Przysięgałam ci- znaczy tyle samo dla mnie co przysięgałam sobie i dotrzymam słowa, bo jestem uczciwa wobec siebie samej..
Tak “z grubsza” czuję i rozumiem.
PolubieniePolubienie