Sportretować – by pamiętać

10 stycznia, 2024

Moje miasto Kraków. Ma swoje miejsce w sercu. Ma więcej miejsca niż Polska. Kraków, gdziekolwiek bym była, jest mój. I choć ma czasową konkurencję z Houston, to emocjonalnie, swoje miejsce ma niepodważalnie ważne. 

Wracam więc wspomnieniami do czasów mojego dzieciństwa i młodości. W różny sposób. Czasem nawet bolesny. Przecież każdy wie, że życie to nie ciastko z kremem. Bywa, że ma smak gorzki, że boli od niego żołądek i serce. 

Miasto to dom. Rodzinny dom. Miasto to ludzie. Ludzie są najważniejsi. 

Wiem, powtarzam się. I zawsze będę o tym przypominać. Życie bez ludzi, bez rodziny traci sens. Samotność czyni nasze istnienie bezsensownym. I nie myślę tu o chwilach, kiedy na krotki czas potrzebujemy się wyciszyć i pobyć w samotności. Bo taka samotność leczy i jest potrzebna. 

Tego roku nasze  krakowskie odwiedziny trwały bardzo krótko, zaledwie niecały tydzień. Niby nic nowego, bo już wiele razy tak bywało. A jednak.. 

Zorganizowałam wszystko perfekcyjnie, każde spotkanie, każdą minutę pobytu w tym mieście. Pisałam, telefonowałam, rozmawiałam, umawiałam się, jeździłam taksówką, uberem, tramwajem, spacerowałam dobrze znanymi mi od dziesiątek lat ulicami. A mimo to – przysięgłam sobie, że to już ostatnia taka podróż. Już nigdy więcej nie przylecę do Krakowa na tak krotki czas! To, że byliśmy z mężem  zmęczeni fizycznie, to nic nowego. Zawsze tak było. Ale tym razem uświadomiłam sobie, jak wielkie jest moje wyczerpanie – i fizyczne i emocjonalne.

Bardzo potrzebuję zorganizować swój czas spotkania z miastem i ludźmi – inaczej. Spokojniej. Potrzebuję perspektywy, by im się przyjrzeć, by powiedzieć, zapytać to, co naprawdę bym chciała.  Ta ogromna radość spotkania każdego, która wybucha we mnie, gdy po miesiącach, latach spotkam się z bliskimi ludźmi, nie pozwala mi powiedzieć tego, co dla mnie ważne. Wyjeżdżam z niedosytem. Wyjeżdżam z poczuciem, że nie “wyrzuciłam” z siebie tego, co potrzebowałam…

“Królestwo” Krakowa to Rynek i ten od lat jest piękny, pełen tłumów ludzi siedzących przy stolikach restauracji i kawiarni ulicznych, tonących w kwiatach. Wokół Rynku krążą dorożki powożone przez śliczne dwa koniki i woźnicę. Na środku stoją od zawsze Sukiennice, z jednej strony otoczone stoiskami kwiatów i pomnikiem “Adasia” (Adama Mickiewicza) a z drugiej – Ratuszem i wielką rzeźbą Głowy położonej w poprzek.  Wszędzie ludzie, wszędzie stoliki i kolorowe parasole, gwar młodych i starszych. Pulsujące serce miasta. W dzień i w nocy. 

Tym razem dorzucam kilka fotek nie z Rynku a z mniej popularnych miejsc Krakowa, choc równie „krakowskich” i równie pięknych: ściana prac artystów malarzy pod Barbakanem urzeka świeżym kolorytem na tle starego muru, na ławeczce na Plantach można „podyskutować” (co niniejszym usiłował uczynić mój mąż) z dwoma wybitnymi matematykami polskimi – Stefanem Banachem i Ottonem Nikodymem. Ich historia odkryć i dyskusji matematycznych została upamiętniona w tej rzeźbie. Podobno jeśli student tuż przed maturą z matematyki przysiądzie pomiędzy profesorami i z nimi podyskutuje – szczęście na egzaminie murowane! Na innym zdjęciu – „Cafe Mini” – kawiarnia, przy Grodzkiej w pobliżu ulicy Kanoniczej, w której serwują pyszne śniadania i lunche. I zaraz obok tego dnia odbywały się Targi Starej Książki, gdzie za 2 złote można było kupić książki z przeróżnych dziedzin. Niezwykle ciekawe tytuły i wydania! I co mnie bardzo przyjemnie zdziwiło – wielu zainteresowanych przeglądających, szukających i kupujących! A jednak – książka jest wciąż ŻYWYM towarem. I kawa w „Nowo-rollu” – to wielki sentyment – ulubiona kawiarnia mojej Mamy, miejsce spotkań jej z przyjaciółkami. 😄

Nasz apartament tym razem znajdował się na rogu ulicy Św. Jana i Rynku. Widok z okna był imponujący – wprost na fragment Rynku z Kościółkiem Św. Wojciecha i małą częścią Sukiennic, także na dorożkę czekającą na turystów chętnych na przejażdżkę po nocnym (albo dziennym ) Krakowie.    

Widok z okna naszego apartamentu. Z lewej – w nocy, z prawej – w ciągu dnia.

Ta część Krakowa jest w mej pamięci od niemal urodzenia (w końcu mój dom rodzinny, gdzie mieszkałam pierwsze 21 lat znajdował się 10 minut drogi od Rynku🤗). Rynek był i jest. Teraz inny niż 60, 40, czy 20 lat temu. Nowocześniejszy, piękniejszy, zeuropeizowany! Nic w tym dziwnego. Europa stała się jedną wielką otwartą krainą. Przynajmniej turystycznie… 

Tuż przy naszej bramie do apartamentu znajduje się mała kawiarnia RIO. Ktoś, kto nie jest Krakusem pewnie nawet nie zwróci na nią uwagi. Niepozorna, jeden czy dwa stoliki na zewnątrz. W środku stoły – ławy, dość wysokie, krzesła równie wysokie, okrągłe bez oparć. Wystrój bardzo minimalistyczny, nowoczesny. Bar – dobrze zaopatrzony. W szklanej witrynie widać wspaniałe kremówki, znane mi z czasów młodości szkolnej i studenckiej. Były też inne ciastka jak sernik, szarlotka, ale te kremówki ! od razu rzuciły mi się w oko i w smakowe pożądanie!

Wystrój wnętrza kawiarni RIO.W dali widać szklaną witrynę a w niej pyszne ciastka, w tym doskonałe słynne kremówki.
Moja poranna kawa z bitą śmietanką i kremówka w RIO

Kawiarnia RIO była od zawsze! To kultowe miejsce, pełne duszy krakowskich artystów! To właśnie w RIO przesiadywał Tadeusza Kantor, wpadał niemal każdego dnia na kieliszek „czystej” Piotr Skrzynecki. Uwielbiali to miejsce muzycy i uwiecznili je w swoich piosenkach: Maciej Muniak, Sikorowski, Kora. Do tej kawiarni – malutkiej, zawsze tłumnej, szarej od dymu papierosowego przychodzili wszyscy WAŻNI w świecie krakowskich artystów, obojętnie w jakiej dziedzinie. To była wizytówka Piwnicy Pod Baranami, Teatrów Krakowskich, Klubów Śpiewających. Właśnie tam od 1959 r. się bywało, jeśli nosiło się w sobie serce i duszę Artysty! Nie wiem czy kiedykolwiek RIO było nieczynne dla swoich specjalnych klientów..

Podobno ostatnimi laty obawiano się, że RIO zniknie z mapy Krakowa, ale nowy właściciel w 2022 r. przywrócił jej dawny charakter.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy już drugiego dnia rano wychodząc z naszego tymczasowego mieszkania, zobaczyliśmy siedzących przy stoliku na ulicy kilku Panów pijących małą czarną kawę i usłyszeliśmy w porannej ciszy ulicy piękną rzeczową i wielce zaangażowaną dyskusję o… Różewiczu, Herbercie. Aż podskoczyłam z wrażenia, bardzo chciałam przystanąć i podsłuchać dalej.. Trochę nie wypadało, zwłaszcza, że mój mąż zauważył, że Panowie do porannej kawy zamiast ciasteczek mają po kieliszku „czystej”…

Postanowiliśmy następnego dnia także iść do RIO na poranną kawę (bez wódeczki) ale za to z kremówką! Znów to samo towarzystwo siedziało przy swoim stoliku, tym razem z nimi była elegancka kobieta, także mocno zaangażowana w literacką dyskusję. Byłam oczarowana. Jeden z mężczyzn miał siwe rozwiane włosy, inny lekki, pewnie jedwabny szalik, nonszalancko przerzucony przez ramię.. Wewnątrz było kilka osób, tam w dyskusji prym wiodły panie.

A my całkiem miło i ciekawie pogaworzyliśmy z panem obsługującym w barze. Chętnie opowiedział nam co dzieje się w RIO teraz, zachwycony, że jesteśmy zaznajomieni z legendą tego miejsca. To był fantastyczny poranek! A dla mnie dodatkowa „literacka” nutka krakowskich odwiedzin.

Drobne i większe zmiany zachodzą wokół niemal codziennie. Krakowianie już nawet nie zauważają tego. Taka ciekawostka – śmiesznostka! Zaraz pierwszego wieczoru moja szwagierka powiedziała mi, że zlikwidowano sklep z torebkami, bardzo eleganckimi, który na ulicy Grodzkiej pamiętam od czasów, gdy byłam jeszcze w liceum.  Torebki z tego sklepu były obiektem moich marzeń, westchnień przez dziesiątki lat. Potem, gdy wyprowadziłam się z Krakowa do Sosnowca, w czasie powrotów zawsze przechodziłam tamtędy i zaglądałam na wystawę. Torebki zmieniały styl, kolory, piękne gatunki skóry, ale zawsze były! I były cudne! Ceny były jak z kosmosu, ale później, gdy zamieszkałam w Stanach, trochę się już “zmniejszyły”… Nie pamiętam, czy kiedyś w końcu kupiłam sobie torebkę z tego sklepu czy po prostu przestały mnie tak bardzo fascynować.  Ale przyznam, że gdy dowiedziałam się, że to tylu dekadach sklep zniknął, zrobiło mi się smutno. To był taki “ważny” element mojego Krakowa. 🤔🙂

Ja wybrałam torebki skórzane włoskiej produkcji. Przyznaję – miałam duży problem z podjęciem decyzji, wszystkie były ładne, wszystkie mi się podobały! 😀

Ale już następnego dnia inna moja przyjaciółka zabrała mnie do nowego sklepu z torebkami na tej samej ulicy, który okazał się bardzo ciekawy w ofercie. Całkiem (dzisiaj!) dostępny cenowo na moje możliwości, choć nie tani. Jedyny problem jaki miałam, to zdecydowanie się, które torebki (i ile ?!) wybrać. Czyli – próżni być nie może, nawet w takiej kwestii. Na Grodzkiej znalazł się dla mnie nowy sklep torebkowy, który serdecznie paniom polecam 😉 (panom też- świetny prezent dla pań). 

W tym roku dwie zmiany krakowskie zwróciły moją uwagę. 

Całe moje (“pierwsze krakowskie życie”) mieszkałam na Łobzowskiej, a okna wychodziły na studencka bursę – tak wtedy nazywał się stary akademik ze stołówką, gdzie ruch studentów mieszkających tam i przychodzących tylko na obiady był przez całą dobę. Zawsze lubiłam obserwować przez okno, co tam się dzieje.. 

Nieco dalej, tuż za murem był ogród kościoła Karmelitów i widać było kościół a właściwie jego tylną ścianę. To właśnie do tego kościoła przez wiele lat chodziliśmy każdej niedzieli całą rodziną na niedzielną poranną mszę, dopóki nie wyrosłam na tyle, by chodzić do kościoła już w innym towarzystwie. Była to tylko jedna przecznica od naszego domu. Kościół znajdował się na rogu ulicy (także) Karmelickiej i Garbarskiej. To był rytuał rodzinny każdej niedzieli.  Ulica choć nie była szeroka, była ruchliwa, środkiem jeździły tramwaje.  Po drugiej stronie była ulica, a wzdłuż niej koszary wojskowe. Pamiętam, że w lecie w pootwieranych oknach zawsze jacyś młodzi, świeżo upieczeni wojskowi zaczepiali dziewczyny zagadując do nas w rozmaity sposób. 

Jestem dumna, że mogłam stanąć pod ścianą niedaleko mojego rodzinnego domu, z takim oto tekstem poetyckim…

Wyjechałam z Krakowa mając 21 lat i jakoś już nie kojarzę, co działo się później w tamtej okolicy, choć w czasie powrotów często przechodziłam okolicznymi ulicami. Podobno koszary już dawno zburzyli, potem był jakiś parking, jakaś budka z kebabem.. ogólnie nieciekawie. 

Kilka miesięcy temu, chyba na początku lipca, na tej przestrzeni sięgającej od Karmelickiej, tuż na przeciwko Kościoła, wzdłuż ulicy Rajskiej czyli na miejscu gdzie kiedyś (w mojej pamięci) były koszary aż do następnej przecznicy stworzono Park imienia laureatki nagrody literackiej Nobla, krakowskiej poetki, Wisławy Szymborskiej. Park jest niesamowity! Tuż po przeciwnej stronie Kościoła Karmelitów wykorzystano wielką skośną  ścianę domu, a na niej umieszczono mural ze słowami jednego z najpopularniejszych wierszy Poetki “Nic dwa razy się nie zdarza”. Mało tego, wokół znajdują się powiększone kopie rysunków samej Szymborskiej, którymi własnoręcznie ozdobiła kiedyś jeden ze swoich tomików. Mało kto o tym wie, że Szymborska oprócz pisania, także trochę rysowała. 

PARK, który mnie zachwycił- pomysłem, emocjami i wykonaniem.

Park już nowy, zieleni w nim dużo, ale bardzo świeżej dopiero zasadzonej. Pierwsze rozkwitnięte kwiaty, pierwsze lilie wodne w oczkach wodnych. Za rok pewnie rozkwitną, rozrosną się. Pomiędzy nimi są ławeczki, na których z przyjemnością przysiadają przechodnie, by odpocząć w atmosferze poezji. 

Tu i ówdzie wystaje duży kamień, a na nim wyryte… kilka słów rzuconych luźno z jakiegoś kolejnego wiersza… To tak inspirujące słowa, trzy-pięć, że natychmiast musiałam znaleźć resztę tekstu wiersza. I natychmiast wiedziałam, że nieprzypadkowo się tam znalazł.. Każde zdanie przekazuje nam coś istotnego. Cały ten Park przemawia do nas jak książka, jak poezja wyzierająca “się niechcąco” spomiędzy kwiatów, zza krzaka i z  trawy. 

Ludzie siedzą na trawie pod parasolami i wchłaniają w środku miasta atmosferę poezji i literatury. Na końcu Parku, jest jeszcze jeden mural, a na nim młody Człowiek unoszący splecione kwiaty jak latawiec. Przesłanie poezji biegnie w Świat.. Takie moje odczucie 🤔.

Nowy „kawałek” (ze starym poetyckim duchem) Krakowa. Pięć, może siedem minut od mojego rodzinnego domu… Czy mogłam kiedyś zamarzyć o takim literackim prezencie? 

I jeszcze inne miejsce krakowskie, które dzięki naszym Przyjaciołom zobaczyłam w całkiem nieznanym mi wizerunku. Zakrzówek, bo tak nazywał się od zawsze ten kawałek podkrakowskiej ziemi.  Od dawna ta część Krakowa była w mojej pamięci miejscem, które należało omijać z daleka. Niby jeziorka/stawy blisko miasta, trochę zieleni, ale zawsze tak zaniedbane, zarośnięte, opanowane przez “meneli” – zwykłych chuliganów, pijaczków, że strach było pokazać się w okolicy. A już w jesieni czy wczesną wiosną to nikt rozsądny w te okolice się nie zapuszczał.

Przyjaciele i świadkowie ślubu nigdy nie zawodzą (nawet po 49 latach…) – śniadanie- niespodzianka!!

I oto tak po prostu – w dzień 49 rocznicy naszego ślubu, zupełnie niespodziankowo, po pysznym i pięknym wspólnym śniadaniu nasi Aniołowie zabrali nas na dawny Zakrzówek!  Oczom nie wierzyłam! Czułam się jak na południowych wyspach w okolicach eleganckich “Resorts “ – Spa, plaż, tras do biegania, spacerów pięknymi zadbanymi ścieżkami, alejkami wśród kwiatów, ładnie zagospodarowanych trawników, ławek dla tych co, życzą sobie chwilę odpocząć. Obszar tego Parku Natury, który ma służyć Krakowianom “do rekreacji kontemplacyjnej i fizycznej” (tak napisano w opisie Parku) jest ogromny, położony na  górkach Tynieckiego Parku Krajobrazowego. W dole rozciąga się wielkie jezioro, zagospodarowane z kilku stron i przystosowane jako kąpieliska, miejsce kajakowe, plaże itp. 

Widok z góry jest imponujący!!  Trasa, którą można dookoła całego obiektu  przejść spacerkiem, przejechać na rowerze, desce, jest długa i pięknie przygotowana, zabezpieczona. Już nikt nie musi się bać, że spadnie ze skały wprost do wody, jak to się zdarzało  często w czasach mojej młodości. 

To było miejsce strachu. Tam się NIE chodziło!! 

Jestem oczarowana taką zmianą! Podobno Park otwarło w czerwcu 2023 roku a my byliśmy tam na początku września.  Przez pierwsze tygodnie sprzedawano tylko po dwa tysiące biletów na wejście i to na dwie godziny, bo tak dużo ludzi było chętnych. Wcale się nie dziwię. Miejsce jest fantastyczne. No i póki co – czyste, świeże, zadbane. Miejmy nadzieję , że tak zostanie. 

Na dole nie byłam, plażowe miejsca widziałam z góry, z daleka, ale resztę Parku obeszliśmy z przyjemnością i z DUMĄ, że tak wiele dobrego może “wyrosnąć” na miejscu, które w mojej pamięci było skazane na niedotykanie, niekojarzenie go z miastem Kraków.   

A jednak – są ludzie, którzy zmieniają świat na lepszy. Mój Kraków staje się piękniejszy nie tylko na Rynku.  I to mnie cieszy ogromnie! 

Trzy POKOLENIA: nasi bracia, żony, moi bratankowie, ich żony, dzieci… Jakże życzyłabym sobie, by świadomość tej więzi pozostała w młodym pokoleniu naszych rodzin po obu stronach Oceanu…

Mój Kraków to także i przede wszystkim  LUDZIE. To galleria tych, którzy są dla mnie ważni. To układanka spotkań, rozmów,  uścisków, uśmiechów, wspólnych obiadów, wypitych kaw, kieliszków wina, pytań i łapania na nie odpowiedzi – jak żyją, jak ich rodziny, jak dzieci, jak zdrowie… Chciałoby się zapytać o wszystko, zapamiętać każde słowo. 

Nie da się. Jest za mało czasu, za dużo emocji, za wiele chaosu.  Ale zawsze są spotkania. 

Ludzie, których spotykam w Krakowie są dla mnie jakby z różnych “kręgów” czasowych. Łączą mnie z nimi różne – inne relacje.  Rodzina. Przyjaciele od młodości do dzisiaj. Przyjaciele z “ławy szkolnej” z którymi wciąż udaje mi się trzymać kontakt.  Każdy z nich, na swój sposób odpowiada na moje zawołanie: “Hej, będę przez kilka dni w Krakowie! Czy się zobaczymy?”  

Jak spotkać się z 25-35 osobami, z których każda jest inna i ma inne motywacje, by mnie zobaczyć. Jak ułożyć sześć dni życia, by moje serce znalazło dla każdego to, co chciałabym im przekazać i dać..

Przyjaciele, których poznałam w końcówce lat 60-tych. Przyjaciele ze studiów męża i wspólnych lat mieszkania w Sosnowcu, przyjaciele z Houston i Krakowa.. Setki wspomnień, które łączą na zawsze.
Z moją Chrześnicą Olą i jej rodziną. Najmłodsza, Helenka ma dopiero miesiąc.
Przyjaciele ze szkolnej ławy przewijają się w moich wspomnieniach często. Niektórych znam jeszcze z podstawówki. Aż dziw, że życie wciąż przecina nasze ścieżki życiowe! 😀

Zamazane portrety. Nigdy w pełni i nie do końca wyraziste.  Nigdy nie ma czasu na wypełnienie całego planu, który miałam w sobie. Znów – następnym razem…

Następnym razem, choć nie wiem kiedy pojadę na dłużej, może na długo. 

Następnym razem – będę miała dla siebie czas. Będę rozmawiać, niekoniecznie tylko w restauracjach i spiesznie przy kawie. Może na spacerze, może pojadę w góry, może odwiedzę Sanok. Może usiądę na ławce na Plantach. I nie będę miała trzech spotkań dziennie, gdzie kochane twarze mieszają mi się w głowie, zamazują mi się rozmowy z nimi. Może nie pamiętam tego, co było ważne. Mam wyrzuty sumienia, że nie postarałam się bardziej. Ale – przecież to ja przyleciałam do Krakowa, to ja zorganizowałam te wspólne chwile. Dlaczego więc czuję się “niespełniona”? Jakbym nie dokończyła jakiegoś planu emocjonalnego, który we mnie siedział i oczekiwał pełnego spełnienia…

Rozumiem, że to być może, tylko mój punkt czucia. W końcu moi bratankowie czy dawni koledzy z klasy cieszą się, że spotkaliśmy się, że mieliśmy okazję chwilę razem pobyć. Rozchodzimy się, bo każdy ma swoje życie i jest dobrze.  I miło. Tak miało być. 

Jest jeszcze coś innego. Coś głębszego. Czego nie udało mi się spełnić. Nie dopracowałam moich portretów. Nie wszystkie. Coś zostawiłam na później… 

Tylko, że to później może być już daleko. A ja chciałabym galerię portretów bliskich memu sercu poukładać sobie tak, ja jak potrzebuję..

************************

Z sentymentu do przeszłości (znów nie mogę się opanować🤔) przypomnę piosenkę „Mglista piosenka o moim Krakowie” – o krakowskiej kawiarence RIO (i nie tylko) w wykonaniu Andrzeja Sikorowskiego


BACK

4 myśli na temat “Sportretować – by pamiętać

  1. Slicznie napisane Malgosiu. Krakow jest miastem MAGICZNYM. Byl jest i bedzie. Zgadzam sie z Wackiem, ze do Krakowa to chocby na chwile. Ale to miasto wciaga i zawsze jest za malo czasu.
    Zawsze. Pare lat temu solennie przyzekalem sobie wyjazd do Wiednia ( lacza mnie z nim wspomnienia a poza tym jest to przeciez dla nas Krakauerow Stolica ! ) I co ?! I guzik !
    Krakow mnie „wessal ” . Wychowalem sie na rogu ul Florianskiej i sw.Marka i wloczenie sie po Plantach i ulicach bylo i jest nadal jedna z moich ulubionych form spedzania w Krakowie czasu.
    No i oczywiscie ludzie. Ci , ktorzy zyja i ci , ktorych odwiedzam na Rakowicach czy Salwatorze.
    A czy jest cos bardziej pieknego niz siedziec w pogodny dzien w ” Szale ” i sluchac hejnalu ?
    Bylem ostatnio w Rio ,rzeczywiscie pieknie odnowione ( Piotr Skrzynecki i reszta popijali w Kolorowej na Golebiej a pozniej w Zwisie. W Rio gorzalki nie bylo. Wierz mi .) Wstapilem do Jaszczurow ale to juz nie ten sam vibe . Chociaz przypetalo sie troche wspomnien o tym co tam sie dzialo i o paru dziewczynach tez . Strasznie mi szkoda Jamy Michalikowej. Straszliwie zapuszczona i pusta ! A kiedys dostac tam miejsce to byl wyczyn . Bylem na Zakrzowku .To bylo modne miejsce nawet po wyjsciu w srodku nocy z Jaszczurow. A teraz to Francja- Elegancja i tlumy. Coz, zmiany sa nieuniknione i oby ich bylo jak najmniej na gorsze.
    A my ? Kiedys piekni I mlodzi a teraz juz tylko piekni !

    Polubione przez 1 osoba

    1. Oczywiście ze nic nie może być takie same przez 30 lat i więcej! Oprócz naszych wspomnień i miłości do miasta w którym urodziliśmy się i wychowaliśmy sie. Tak, jesteśmy z tej samej „paczki” niemal z tej samej ulicy. – choc dziś dużo nas rożni to tamta cząstka łączy nas silnie. Myślę ze dobrze mieć w życiu poczucie przynależności – wspomnienia dobre, do których z chęcią i bez smutku sie wraca- choc przecież nie były to najlepsze czasy dla Polski.😀
      Dziękuję za komentarz i za to, że nasz „klub Krakusów” wciąż ma się dobrze👍

      Polubienie

  2. No własnie! Ja też zdziwiłam się, że nikt nie odezwał się na moje po-krakowskie „portretowanie” tegorocznych a właściwie już zeszłorocznych wakacyjnych spotkań. Nie tylko spotkań, bo i miejsc dawnych i nowych świeżo odkrytych, wrażeń – zapamiętanych i zapomnianych. Zupełnie nowych, nieznanych w starym Krakowie. I ludzi – zawsze najważniejszych . Rodzinę i przyjaciół. Młodych i „starych” ja my😂. I tych którym już tylko zapalamy znicz na cmentarzu..
    Może po prostu moje pisanie ma niewielu czytelników, może ludzie nie potrafią dodać w komentarzu własnych odczuć. To przecież nie zawsze jest łatwe.
    Choć mój zamysł był taki – by „pamiętać” I nie tylko o sobie myślałam… Bo jak napisałeś – za kilka miesięcy będzie 50 lat, od kiedy opuściliśmy Kraków. Ale pamięć i cząstka serca nigdy go nie opuści

    Polubione przez 1 osoba

  3. Gdzie te Krakusy?

    Tu powinno być mnóstwo wpisów i komentarzy, całe setki. Ja przeżywałem to samo, o czym piszesz, Nie podtrzymuję jednak tej przysięgi: „A mimo to – przysięgłam sobie, że to już ostatnia taka podróż. Już nigdy więcej nie przylecę do Krakowa na tak krotki czas!” Ja mogę jechać tam, do Krakowa, choćby teraz, i choćby na kilka godzin. Byłem tak wiele razy, i mam nadzieję, że jeszcze będę, a raczej – będziemy. I jeszcze w Gdańsku, w Sanoku, w Warszawie, w… Ale Kraków jest najważniejszy. Ja się tam urodziłem. I chcę tam bywać.

    Wiele miejsc i tras jest dla mnie nieznanych, ale póki ludzie są tam znani, jest dobrze.
    Próbowałem znależć SPATiF – nie ma. Tam, w piwnicach, w aktorskiej restauracji, było nasze wesele. Już niedługo, za kilka miesięcy – 50 lat temu. Może SPATiF jest gdzie indziej, nie wiem. Wiem jednak, że jest RIO. I że byliśmy tam teraz, we wrześniu, i że było to wspaniałe. Niby nic takiego, ale przecież jakie to wielkie. Wtedy, kiedy mieszkałem (mieszkalismy) w Krakowie, teraz to już 50 i więcej lat temu, Rio nie było takie ważne. A obecnie jest.

    I wiele innych miejsc w Krakowie. Ale najważniejsi są ludzie. Jedno z najbardziej wzruszających wydarzeń z moich wszystkich pobytów w Krakowie – wspaniałe dwa spotkania z BRATEM, takich nie mieliśmy od dziesiątków lat. Właściwie pamiętam każdą sekundę tych kilku godzin. Mam nadzieję, że zapamiętam na całe życie.

    Dzięki Małgosiu, za takie zaplanowanie pobytu w Krakowie. Pamiętaj, że zawsze jest za mało. Ale oby tych „za mało” było jeszcze jak najwięcej.

    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do Marek Kowalski Anuluj pisanie odpowiedzi