Przybiegły do mnie o poranku – migotki wigilijne..

30 grudnia 2023

Jest prawie 5 rano, 24 grudnia, 2023 roku.

Obudziłam się i spojrzałam na sufit, tam mój nowy budzik wyświetla godzinę czerwonymi numerkami. Nie muszę nawet podnosić głowy. Ledwo drgną mi powieki i już wiem, która jest godzina. Zazwyczaj tak wcześnie nie zaczynam dnia od rozmyślań. W ogóle nie zaczynam dnia tak wcześnie. To nie mój czas na rozpoczynanie nowego dnia, nawet gdyby to miała być pierwsza kawa. 

My- rodzina – wigilia 2023

Ale dziś jest ten jeden wyjątkowy dzień w roku. Jak śpiewały w swej piosence “Czerwone Gitary” – …Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku..”  

Taki, który znamy wszyscy od kołyski, w którym gasną wszystkie spory.. I w którym chcemy być wszyscy razem.

WIGILIA

Dla mnie to dzień rozmyślań, wspomnień, łez tych dobrych i tych smutnych. Dzień, w czasie którego zbiera się we mnie dużo niepokoju i nadziei – nieograniczonej i niewypowiedzianej wdzięczności. I żalu, że coś minęło, a ja najprawdopodobniej przeoczyłam coś bardzo ważnego..  

Mam za sobą 70 wigilii i oczywiście nie pamiętam wszystkich. I nie pamiętam szczegółów. A jednak dziś o świcie naszły mnie migawki chwil wigilijnych z mojego długiego już życia, które zapamiętałam bardziej niż inne. Widocznie te szczegóły wigilijne były emocjonalnie specjalne. Choć każda wigilia jest w naszym życiu ważna, to jednak coś maleńkiego, jakiś szczegół, jakaś chwila, ciepła emocja albo odwrotnie – nieudana i smutna – była tak silna, że utkwiła w pamięci jak wstrząs zadany silnym porażeniem prądu, na wieki. 

Pamiętam wigilie, kiedy padał śnieg i było zimno. W domu pachniało świeżą choinką. Nie było światełek, tylko świeczki w metalowych podstawkach przyczepianych na gałązki. Rodzice zapalali świeczki tylko na czas trwania kolacji wigilijnej i pilnie obserwowali, żeby choinka się nie zapaliła. Właściwie to używaliśmy słowa “drzewko” nie choinka.. Cukierki, które wisiały na drzewku były opakowane w cieniutką kolorową bibułkę pociętą na paseczki na końcach. Środek był opakowany w “złotko”. Były bardzo dekoracyjne. Czekoladki natomiast – jeśli rodzicom udało się takowe zdobyć na święta, były wieszane już bez dodatkowego opakowania.  Złotko oryginalne wystarczyło, by dawać ładny odblask w migoczących świeczkach. 

Przez cały grudzień robiliśmy ozdoby choinkowe. Uwielbiałam te wieczorne chwile. Jeżyki, pajacyki, łańcuchy…

Pamiętam wigilie, gdy przyjeżdżali do nas goście z Gdańska. Rodzina ze strony Mamy. Czasem jedna ciocia, czasem inna. W małym dwupokojowym mieszkaniu, przy stole, który dziś wydaje mi się, że ledwo mieścił cztery osoby, spędzaliśmy radośnie wigilijną kolację w osiem, dziewięć osób i wcale nie było nam ciasno!

Mało tego – spaliśmy wszyscy w dwóch pokojach, bo nikt wtedy nie pomyślałby nawet, żeby ktoś z rodziny szedł nocować do hotelu! Rano szykowaliśmy świąteczne śniadanie, biesiadowaliśmy cały dzień, szliśmy na długi spacer wokół krakowskich Plant. Potem znów zasiadaliśmy do obfitego obiadu, zjadaliśmy ogromną ilość słodkości upieczonych przez Mamę. I jeszcze trzeba było wymyć naczynia, bez gorącej bieżącej wody.. Jak to wszystko było możliwe? 

Pamiętam wigilie, które po tradycyjnej rodzinno-domowej, kończyły się długim spacerem z przyjaciółmi harcerskimi. Szliśmy wszyscy razem do kościółka na Bronowicach w Krakowie, na pasterkę o północy. Nie wiem jaki to naprawdę jest dystans, ale maszerowaliśmy na piechotę chyba około godziny. Śnieg iskrzył się i skrzypiał pod nogami. Nigdy nie pamiętam, żeby NIE było śniegu…

A po pasterce udawaliśmy się do pobliskiego lasu, a tam stawaliśmy w kręgu wokół małego ogniska, które chłopcy szybko rozpalali z przyniesionych w plecaku drewien. Przyciszonym głosem śpiewaliśmy kolędy i stosowne do okoliczności piosenki harcerskie. Każdy z nas przynosił jakiś malutki kąsek z wigilijnego stołu i tym dzieliliśmy się w kręgu przyjaźni. Najbardziej pamiętam pokrojone jabłka z miodem i kutię. 

Potem wracaliśmy długo i powoli do domu, już w małych grupach. Te noce wigilijne to jedne z najpiękniejszych moich wspomnień czasów młodości. Mimo zimy, mrozu, śniegu czuliśmy w sobie rozpalający ogień przyjaźni, radości 🤗

Pamiętam wigilie, gdy już byliśmy „świeżym” małżeństwem i zamieszkaliśmy w Sosnowcu. Nasze rodziny przyjaźniły się, spotykały się od czasu do czasu. Na święta zawsze przyjeżdżaliśmy do Krakowa, co zwłaszcza jak już dzieci pojawiły się na świecie, nie było łatwą wyprawą. W grudniu, z pieluchami, butelkami, zapasem ubranek itd. Pewnego razu zaproponowaliśmy rodzicom,  żeby zrobić wspólną wigilię, bo ułatwi nam to bardzo  bieganie pomiędzy dwoma domami.  

No i mimo, że sens i cel był wspólny – z jakiegoś powodu wigilia się nie udała. Rodzice byli niezadowoleni, a my następnego roku wróciliśmy do dwóch osobnych tradycji i biegania z jednego domu do drugiego, jedzenia podwójnych potraw i nigdy (zwłaszcza u moich rodziców) nie mogliśmy posiedzieć spokojnie i dłużej na ich wigilii.

Ale dziś rozumiem, że nic nie jest bez powodu. Nie wiedzieliśmy wtedy, że tak szybko wyjedziemy z Polski i już nigdy takich wigilii nie będziemy mieć.  To co pozostało mi w pamięci z tych nocnych “maratonów” na sankach pomiędzy wigiliami w dwóch rodzinnych domach – to krótka historia, która miała się szybko i na zawsze skończyć. 

Nie mam żadnego zdjęcia z wigilii ale zachowało się kilka (bardzo kiepskich zresztą ) zdjęć z pobytu w Wiedniu. Rok 1985

Pamiętam wigilię, kiedy na zaproszenie mojego szwagra i jego żony,  pojechaliśmy z mężem do Wiednia. W tamtych czasach wydawało nam się to wielką okazją i piękna szansą zobaczenia tego miasta. Rzeczywiście Wiedeń w Boże Narodzenie jest magiczny. Dla nas, Polaków w czasach komuny, wypad w „wielki świat” w porze świątecznej to była niezwykła chwila. Dzieci były jeszcze małe, mogły zostać z rodzicami – jednymi i drugimi dziadkami – w Krakowie. Dziadkowie się zgodzili, zrobili wigilię i święta z wnukami, a my – choć spędziliśmy fantastyczny czas w Wiedniu z rodziną brata męża – nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca w wigilię! 

Czułam się okropnie! Choć wiedziałam, że moje dzieci są pod dobrą opieką, że nic im nie brakuje, to do dziś  nie mogę sobie wybaczyć, że wybrałam siebie, a nie rodzinę i dzieci. 

Tak, wiem, że byliśmy też z rodziną, że nic złego się nie stało.. A jednak – do dziś dźwięczą mi w uszach słowa mojego teścia, gdy po naszym powrocie powiedział: “już nigdy nie zostawiajcie dzieci z nami i nie wyjeżdżajcie na święta! “   Może ktoś powie i to całkiem logicznie, że w życiu bywa różnie i wcale nie musi być zawsze tak samo. Ja to wszystko wiem i rozumiem. A jednak – coś zgrzytnęło, coś zostało w pamięci niemiłego. I tak już pozostanie..

Taką wigilię – z czołgami na ulicach też przeżyłam w swym życiu.

Pamiętam wigilię w 1981 r, w mroku stanu wojennego. Był karp i choinka, którą Mama przywiozła pociągiem z Krakowa (bo choinka musi być!! 🙂) Wciąż nie wiem jak ona to zrobiła, przecież był zakaz podróżowania i opuszczania swoich miast…

Siedzieliśmy w Sosnowcu sami, chyba pierwszy jedyny raz bez rodziny w czasach, kiedy przez 16 lat mieszkaliśmy w Sosnowcu. Dziś wydaje mi się, że tę wigilię spędziliśmy z przyjaciółmi, bo ciężko było wysiedzieć w domu samym. Udawaliśmy “normalność” a daleko było do tradycji, radości i spokoju wewnętrznego. Wiedzieliśmy, że tak samo czują nasi najbliżsi, że to samo myślą i przeżywają ten wieczór tysiące Polaków w tysiącach innych domów. Nie mówiąc już o tych, co znaleźli się w obozach internowanych. To była bardzo smutna i trudna wigilia. 

Pamiętam śmieszną wigilię (przed-wigilijną!) – pierwszą naszą w Ameryce. Na kilka dni przed wyjazdem na święta do Indiana State, gdzie wówczas przebywał brat mojego męża ze swoją narzeczoną (i właśnie po świętach miał się odbyć ich ślub) zamieszkaliśmy w Houston na krótka chwilę w “pożyczonym” od znajomych apartamencie.  Po zaledwie czterech miesiącach pobytu w Stanach byliśmy wciąż zagubieni, nie znaliśmy zbyt wielu ludzi, obyczajów a bardzo chcieliśmy mieć coś “naszego- polskiego”. I podzielić się tym z kimś bliskim. Wymyśliłam wigilię – z malutką choinką ubraną wstążeczkami z kolorowego papieru. Kupiłyśmy jeden sznurek światełek w sklepie spożywczym „Fiesta”, moja córka jakoś dogadała się na temat karpia (który okazał się być zupełnie INNYM  karpiem niż ten nasz polski..) Ale pan nam rybę wypatroszył, wyczyścił, pokrajał i wyszła całkiem dobra. Ugotowaliśmy jakiś barszczyk i coś tam jeszcze i wymyśliliśmy drobne prezenty, sama nie wiem co to mogło być – bez pieniędzy, bez możliwości jeżdżenia autem (mieliśmy wtedy jedno auto, którym mój mąż pojechał tego dnia do pracy, a nam została okoliczna spożywcza Fiesta i może jeszcze jakieś sklepy do których można było zawędrować na nogach.🙂 Rozumiem, że wiele osób nie zwróci na to poprzednie zdanie uwagi, ale ci co mieszkają w Houston wiedzą, że tutaj się NIE chodzi! Tu trzeba pojechać autem, żeby dojechać do sklepów, by kupić normalnie, jak ludzie kupują – zwłaszcza prezenty, na które trzeba mieć trochę czasu i pomysłu.  

Zaprosiliśmy  wówczas jedynych bliskich ludzi, z którymi zdążyliśmy się zaprzyjaźnić i chcieliśmy się z nimi podzielić opłatkiem. Ciekawe jest to, że mieliśmy opłatek, choć dzisiaj absolutnie NIE pamiętam skąd ja go mogłam mieć! Ale miałam. I pamiętam dokładnie, że było to dla nich wielkie zaskoczenie i dla nas też wielkie wzruszenie.  Całe to spotkanie było w stylu polskim, spontaniczne, bez planowania, bez umawiania się wcześniej. Nasi goście nie mieli pojęcia, że to będzie namiastka wigilijnej tradycji. I chociaż zdarzyła się kilka dni przed 24-m grudnia, wbiła mi się mocno w pamięć. I myślę, że nie tylko mnie. 

Szkoda, że nie upamiętniliśmy tamtego spotkania ani jednym zdjęciem😒

Pamiętam wigilie z moją Mamą tutaj w Houston. Cieszyła się zawsze z gotowania, dekoracji, wielkiej choinki, nowej sukienki, gości. Z inności tutejszych świąt a równocześnie z ich polskości. Uwielbiała nasze towarzyskie spotkania kolędowe. Zaprzyjaźniła się szybko z naszymi przyjaciółmi i znajomymi. Była z nami szczęśliwa. 

Pierwsza wigilia z moją Mamą – rok 1991- kilka miesięcy po śmierci Taty.
Wigilia w 1992r. Mały apartament, tymczasowe byle jakie meble. I goście polscy z San Francisco. I babcia HELENKA Bardzo szczęśliwa wigilia!

Gościliśmy też moich Teściów. Raz jeden udało nam się ich ściągnąć tutaj. Myślę, że los był dla nas łaskawy, że mogliśmy przeżyć taką wigilię z nimi w Houston. Był rok 1995 

Zwłaszcza, że była to już ostatnia wigilia i ostatnie święta Taty..

Kilka lat temu mieliśmy dwie wigilie – jedną 10 dni wcześniej , bo Córka z rodziną wylatywała na święta do Tajlandii. Oczywiście, rozumiem, że to długa podróż. Jeśli się pracuje, dzieci chodzą do szkoły – trudno jest wygospodarować czas inaczej na zorganizowanie takiej wycieczki. 

Ta wigilia odbyła się 16 grudnia 2019 roku, u Kasi w domu. Wszystko było wigilijne.A jednak.. 24 grudnia – kilka miejsc przy stole było pustych... 🙁

Byliśmy więc razem, były wigilijne potrawy, była polska tradycja, była rodzinna atmosfera. Były prezenty i wszystko co powinno. 

Jedyna amerykańska wigilia w zmniejszonym gronie

A .. 24 grudnia – tradycyjnie – świętowaliśmy wigilię z Synem i jego rodziną. Brakowało jakby pół rodzinnego ogniwa… Ja wiem, że to się musi kiedyś stać! Jestem normalnie zdrowo myślącą starą kobietą. Wiem, że chłopcy kiedyś założą swoje rodziny, że dzieci mają już inne plany, że przyjdą lata kiedy naturalnie wigilie będą w innym składzie i może będą zupełnie inne, a może nawet samotne… Wiem i – godzę się z tym. W głowie. Ale czy moje serce jest gotowe?..

Wciąż jednak ogromnie cieszę się kiedy zasiadamy przy stole wszyscy razem! Gdy krążymy z opłatkiem i mówimy sobie i tylko sobie kilka ważnych słów. Gdy objadamy się, jak każe tradycja, dwunastoma i więcej potrawami, choć pękamy “w szwach”. 

A potem  chłopcy biegają na zewnątrz domu udając, że szukają na niebie sań z pędzącym Mikołajem, a my w pośpiechu wykładamy „setki” prezentów pod choinkę. 

I Santa- Wnuk w czerwonej czapeczce ogłasza imiona obdarowanych i bawimy się, że na pewno w tych największych pudłach to jest .. “toothbrush” a w tych małych to zapewne “Whisky”.. Wszyscy się cieszą, zajadają desery – najlepiej małe ciasteczka, te zawsze mają największe powodzenie. No chyba, że wybiera Dziadziuś – to wtedy kutia jest na pierwszym miejscu! 

Zdjęcie z wigilii „osiedlowej” – było nas tak dużo że młodzież miała swój stół. Ale weranda domu Ani i Rysia była tak duża, że mieściła nas wszystkich razem!

Były wigilie tłumne, w gronie przyjaciół, gdy chciało nam się z wielkim rozmachem organizować i gotować na dwadzieścia i więcej osób. Takie spotkania też miały swój urok. Nazywaliśmy te wigilie „osiedlowymi”. Mieszkaliśmy w kilka rodzin blisko siebie i przyjaźniliśmy się. Później, gdy dzieci dorastały, rozsypywały się do różnych szkół, każda rodzina powoli miała swoje plany i nieco inne priorytety.

Bywało i u nas dużo gości. Miejsce tradycyjnie przygotowane dla zbłąkanego gościa niejeden raz było zajęte, choc niekoniecznie gość był „zbłąkany” (a może zabłąkany?!) 😀. Na wigilię nikt nie powinien być sam. Zapraszaliśmy polskich studentów, zapraszaliśmy przyjezdnych tymczasowo profesorów z Polski, koleżanki i kolegów naszych dzieci, znajomych.. Wszystkich, którzy w takiej chwili potrzebowali ciepła rodzinnego i przyjacielskiej dłoni. Niektórzy byli z nami na wigilii przez wiele lat.

Boże! Daj mi szansę zapamiętać  jeszcze wiele wigilii. Nawet jeśli nie pamiętam ich ze szczegółami. Nawet jeśli każdego roku powtarzamy tak wiele tych samych wigilijnych elementów..

Dobre Życie, spraw proszę, by moja rodzina – gdziekolwiek kiedyś będzie, miała własne wigilie, równe piękne i wartościowe. Równie ważne dla nich i ich rodzin. 

To jest moje życzenie wigilijne 2023 – dla mnie i dla wszystkich moich BLISKICH.

                💕🎁🌟

Po takim życzeniu aż ciśnie się „na ucho” ciepła wigilijna piosenka. Jest ich bardzo wiele. Najpiękniejsza i wszystkim znana, to wspomniana juz na początku piosenka Czerwonych Gitar ” Jeden dzień w roku” – uwielbiam ją! ( odsyłam do mojego wpisu z 4 grudnia 2021 roku 😀🎶) Dziś wybrałam nieco mniej popularną ale równie wzruszającą:

Feel- „Gdy wigilia jest!” miłego słuchania!


BACK

2 myśli na temat “Przybiegły do mnie o poranku – migotki wigilijne..

  1. To jest rzeczywiście dzień, na który się czeka cały rok. Ale jak warto. Tak się wydaje, że przy życzeniach z opłatkiem myślimy o tym, żeby nie było w przyszłości tego, co było w ostatnim roku złe albo zwyczajnie nie pomyślne. Więc jakby myślimy o czymś złym, ale w dobrym, czarodziejsko-bożenarodzeniowym nastroju, żeby to się już nigdy nie powtórzyło. W życzeniach mówimy więc sobie o czymś naprawdę dobrym. Bo to dobro, które się dzieje w dzień wigilijny, a zwłaszcza w przedwieczerzowy moment, ma się dziać przez cały rok. I oby tak było zawsze.

    Wacek

    Polubienie

    1. Wiara w wigilijne dobro to wielka i dobra siła. Może dlatego wigilia od rana jest raka wyjątkowa i zawsze..dobra. Nie wiem czy we wszystkich domach ale tego bym wszystkim życzyła. Ja zawsze tak czułam w naszym domu. Od rana pachniało wyjątkowo. Od rana było inaczej niż każdego innego dnia.. To niezwykłe „napięcie dobra” jest takie przyjemne” i niesie w sobie tyle nadziei. Masz rację – oby tak zawsze.. i dla wszystkich💕

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi