Przeziębienie czy grypa – jesienne zawirowania

17 listopada 2023

Ziemniaki w folii pieczone w popiele w żarze ogniska jesiennego.

„Złote jesienie” mojego dzieciństwa były  bardzo piękne. Słoneczne, bajecznie kolorowe, ciepłe i.. krótkie. To był przeważnie fragment października, na Plantach spadały dojrzałe brązowe kasztany, w niedzielę wyjeżdżaliśmy na wycieczki, by upiec na ognisku tradycyjne „Pieczonki” albo chociaż ziemniaki w popiele ogniska. Nawet w szkole były dwa dni wolne na jesienne prace społeczne albo “wykopki”. Wyjeżdżaliśmy z klasą gdzieś za miasto, dogadywaliśmy się z jakimś gospodarzem, że będziemy pomagać przy wykopkach ziemniaków. A później po dobrze wykonanej pracy układaliśmy grube polana na ognisko, piekliśmy na długich patykach kiełbaski i cierpliwie czekaliśmy na ziemniaki pieczone w żarzącym się popiele, posypywane potem grubą solą z odrobiną masła. Ile było w tym młodzieńczej radości i szaleństwa!

Wszystko to trwało bardzo krótko, może dwa, trzy tygodnie, bo złota polska jesień zazwyczaj nas nie rozpieszczała. 

Jesień w okolicach Ustronia i Wisły. Szlak na Czantorię, szlak spacerowy w okolicy Ustronia. Niestety, nie zachowały się nasze rodzinne zdjęcia z wycieczek rodziców. Zdjęcia zapożyczyłam z sieci.

Moi rodzice bardzo starali się w tym czasie trafić na wczasy w góry Beskidu; do Szczyrku, Ustronia, Wisły. Uwielbiali te okolice. I uwielbiali właśnie tę porę roku! Każdego roku jesienią podziwiali bogactwo kolorów w czasie niezliczonych spacerów tamtejszymi szlakami. Pamiętają to także moje dzieci, które przez kilka lat  towarzyszyły im w tych jesiennych wypadach. 

W mieście nie było aż tak pięknie. Jednak większość czasu jesiennego to pora deszczowa zamglona i ponura. Choć i taka, przydymiona i smętna, też potrafi nastroić nas pozytywnie i ..wyczekująco. Wiadomo – listopad i grudzień, to czas oczekiwania na radosne wydarzenia. Na nadchodzące tradycyjne Andrzejki, Mikołajki, przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, wreszcie same Święta. 

Ale nie o tańcach i swawolach chcę dziś napisać. Wiem, że wstęp nastroił do  przyjemnych rozważań, ja jednak zejdę na bardziej przyziemne tematy. 

Mało kto myśli o jesieni jako o porze roku, która przynosi nam drastycznie zmieniające się  anomalia pogodowe, a co za tym idzie – czas, który uruchamia w wielu ludziach dużą wrażliwość (albo nawet nadwrażliwość) na te zmiany. Te z kolei odbiją się mocno na naszym zdrowiu. I to w dwóch aspektach – psychologicznym, gdy przy deszczowej wietrznej aurze czujemy smutek, niechęć do pracy, apatię, typowo jesienną chandrę. 

Schemat podobieństw i różnic pomiędzy przeziębieniem a grypą

Jeszcze gorzej jest, gdy równocześnie pogarsza się nasze fizyczne poczucie. Zaczyna się od bólu głowy, kapie nam z nosa, męczy brak normalnego oddechu. Zaczynają boleć wszystkie kości naraz i już właściwie boli nas wszystko! Temperatura ciała szybko się podnosi i już wiadomo -dopadło nas jesienne przeziębienie lub grypa! 

Jedna i druga choroba bardzo męczy, przebiega podobnie, ale tak naprawdę jest inna. Właśnie.. Jeśli dobrze pamiętam z rodzinnego domu, z moich dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń, nikt nigdy nie rozróżniał przeziębienia od grypy. No, może jak przebieg choroby był lżejszy, to mówiło się, że  przeziębiliśmy się. Jeśli wyglądało to poważniej, a gorączka utrzymywała się przez kilka dni, to znaczyło, że mamy grypę. Lekarstwa? Chyba mama podawała nam aspirynę, syrop na kaszel (najbardziej pamiętam Tussipect ) i może coś jeszcze, czego zupełnie nie pamiętam.. Czy w tamtych czasach ktoś przejmował się przeziębieniem czy grypą tak na poważnie? 

Najbardziej „lubiany” przez dzieci syrop na kaszel mojego dzieciństwa

Dzieci zawsze chorowały w czasie jesieni (i w czasie przedwiośnia). Są to choroby wirusowe, przenoszą się łatwo metodą kropelkową, stąd szybko można zarazić się w dużych skupiskach np. w przedszkolach, szkołach, w pracy. 

Jako dziecko, wcale nie przejmowałam się kiedy byłam chora na jedną z tych chorób. Wręcz przeciwnie.  Choć pierwsze dni były dokuczliwe, to jednak po trzech dniach samopoczucie wracało do normy, a rodzice nie pozwalali jeszcze iść do szkoły. Trzeba było “odleżeć” co najmniej tydzień. I nie trzeba było mieć zwolnienia lekarskiego, bo każdy wiedział, że w tym jesiennym deszczowym, mglistym i nieprzyjaznym pogodowo czasie łatwo się zaziębiamy i swoje musimy odsiedzieć w domu. Lubiłam te przymusowe chorobowe wakacje. Nie zastanawiałam się wtedy jakie mogą mieć konsekwencje dla mojego organizmu. Na co powinnam uważać, co naprawdę dzieje się ze mną i we mnie. 

A przecież takie choroby dopadały mnie nie raz w roku i nie dwa.. 

Gorzej było, gdy nagle występowała bardzo wysoka gorączka i ból gardła. Wtedy wiedziałam, że to najprawdopodobniej angina i że bez lekarza sie nie obejdzie. Zapamiętałam na zawsze lekarza dziecięcego w Krakowie na pl. Sikorskiego. Z jednej strony na parterze było wejście do przychodni dla Dzieci Chorych, a z boku budynku wchodziło się na  pierwsze piętro do Przychodni dla Dzieci Zdrowych. Musiałam bardzo długo korzystać z tej przychodni, bo pamiętam, że byłam chyba w ósmej klasie i chodziłam do lekarza sama. Też ciekawe… Przychodnia znajdowała się jakieś 30-40 minut marszu od mojego domu.  

Angina była zmorą mojej młodości.  W pewnym momencie, gdzieś pod koniec podstawówki miałam już lekarza laryngologa w przychodni dla “dorosłych” i tam chodziłam jak tylko pojawiały się objawy anginowe. Dopadały mnie tak często, że sama je rozpoznawałam, a po pewnym czasie doktor stwierdził, że bez operacji wycięcia migdałków się nie obejdzie. Gdy już zaczęłam mieć ciągłe zapalenia ucha środkowego, jakieś bóle reumatyczne, coś tam z sercem, po wielu badaniach, jak na tamte czasy skomplikowanych i męczących (byłam w pierwszej klasie liceum) zdecydowano usunąć mi migdałki. Zresztą nie bez powikłań…   Takie to były czasy polskiej medycyny, że nawet proste usuwanie migdałków było zabiegiem “skomplikowanym”. W szpitalu trzymano mnie przez prawie dwa tygodnie.

Za to problemów anginowych pozbyłam się na zawsze!! 😀

Wracając do jesiennych przeziębień czy grypy, gdy po trzech pierwszych dniach choroby już czułam się znacznie lepiej, moje najbliższe koleżanki przychodziły do mnie zaraz po szkole i siedziały koło mnie, nawet na moim łóżku i nikt z nas nie myślał o tym, że przecież można się zarazić..  Przynosiły mi zeszyty z notatkami, opowiadały co działo się w klasie, donosiły plotki i ploteczki.  A rodzice byli zadowoleni, że mam kontakt z rówieśnikami i że jestem na bieżąco z tym, co dzieje się w szkole. W liceum nierzadko też odwiedzali mnie koledzy.

Rodzice pracowali do 16.00, więc niezbyt kontrolowali to, co robią w tym czasie “chore” dzieci. 😆

Dzieci – od małych do tych starszych w szkole podstawowej i średniej – chorowały często. Rodzice biegali z nimi do lekarzy. Lekarz wypisywał lekarstwa i.. zwolnienie tzw. L-4. Pięć dni – tydzień.  Matki na okrągło dostarczały swoim pracodawcom zwolnienia, bo przecież ktoś musiał opiekować się  w domu małym dzieckiem. Te starsze mogły już zostawać same. Tak było i tak jest do dzisiaj…

Czemu o tym piszę??  Przede wszystkim dlatego, że przez 17 lat mojego dorosłego życia małżeńskiego w Polsce byłam pracującą nauczycielką i matką dwojga malutkich dzieci. Oboje wychowały się w żłobkach i przedszkolach. Ja – “matka- potworzyca” nigdy nie wzięłam urlopu wychowawczego, a macierzyński przypadł mi tylko na Syna i to w czasie wakacji i skończył się na początku września czyli jak zaczął się kolejny nowy rok szkolny.  (Córkę urodziłam będąc na studiach, więc urlopu macierzyńskiego nie miałam).

Byłam młoda, ale za to bardzo odpowiedzialna. I ambitna. Gdy więc moje dzieci chorowały, dokonywałam cudów organizacyjno-koleżeńsko-kombinatorsko-zwariowanych, by tylko nie brać zwolnień z pracy, bo “maturzyści muszą mieć lekcje, bo nie mogą mieć z „mojego powodu” zaległości, bo nikt tego nie zrobi tak jak ja… itd. 

Moja doktor – pediatra otwierała szeroko oczy ze zdziwienia, że trafia jej się matka, która nie chce zwolnień, by “posiedzieć w domu”…

Może to bardzo głupio dziś brzmi, bo dziecko jest i zawsze było dla mnie najważniejsze!! Ale – gdy dziś patrzę na ten obrazek z dalekiej przestrzeni czasowej i wiedzy, którą dziś posiadam, to myślę, że wcale nie popełniłam wielkiej „zbrodni”.

Gdy dzieci były naprawdę chore byłam z nimi. Gdy zostawały w domu, bo trzeba było dopełnić 7-10  dni przetrzymania dziecka, nawet jeśli już czuło się całkiem dobrze, moje dziecko bawiło się z opiekunką, koleżanką, moją przyjaciółką i było zupełnie szczęśliwe. A ja – robiłam to, co powinnam była robić.. 

Kiedy przyjechałam do Stanów, jesienne przeziębienia dzieci nagle objawiły mi się zupełnie inaczej. Oczywiście, że tu także dzieci chorują. Ale.. jakoś mniej, jakoś inaczej. Rodzice wiedzą jakie leki im podać, dzieci są szczepione przeciw grypie. Nikt nie trzyma ich całymi tygodniami odizolowanych od świata tylko dlatego, że mają katar czy kaszel. 

Nie zamierzam porównywać czasów leczenia chorób sprzed 40 czy 50 lat i to w tak różnych krajach jak Stany Zjednoczone i Polska. Oczywiście, że w owych czasach były to dwa różne  światy. Ale nawet dzisiaj, w dobie internetu, wiedzy, którą łatwo zdobyć, porównać i zastosować – mentalność wciąż jest jednym z wiodących aspektów decyzji. 

Moja wiedza o przeziębieniu, a przede wszystkim o grypie dziś jest jak „wielka rzeka” w porównaniu do tej sprzed kilkudziesięciu lat.  

Oczywiście, rozumiem dlaczego powinnam szczepić się każdego roku na grypę. Ale zdaję sobie sprawę, że jest wielu ludzi, którzy tego nie rozumieją i uważają to za całkowicie niepotrzebne. I to ludzie, którzy są mi bliscy. Ludzie, którzy z zasady są przeciwni szczepieniom. 

Mając dużo lat, jestem świadoma jak bardzo niebezpieczna może być dla mnie grypa. Po niespodziewanych doświadczeniach COVID-owych, zamknięciu normalnego życia dla niemal całego świata, sparaliżowaniu wszystkiego, co człowiekowi potrzebne jest do codziennego funkcjonowania – wszyscy wiemy, jakie rozmiary może przyjąć powikłana grypa czy jej niecodzienne i nagłe mutacje. Przeziębienie czy tym bardziej grypa to NIE drobna niedogodność organizmu i przerwa na odpoczynek czy kilkudniowe wylegiwanie się w łóżku. 

Naukowcy próbują nam przekazać obraz wirusów w najbardziej logiczny i ekspresyjny sposób. Wyglądają nawet .. ładnie, ale są naprawdę bardzo niebezpieczne!

Coraz trudniej wydostać się z dopadających mnie od czasu do czasu takich niedomagań. Coraz częściej obawiam się złapania wirusów, skutecznego ich unikania. Ale nie należę do osób histerycznie przewrażliwionych na punkcie profilaktyki.

Ciągle przecież jesteśmy z ludźmi, pośród ludzi, wokół ludzi. Miliony wirusów krąży nieustanne wokół nas. Przekazujemy je sobie drogą kropelkową, przez przyjazny pocałunek, dotyk nosa, dotyk wspólnych przedmiotów… Nawet nie wyobrażamy sobie jakie to łatwe.  Na szczęście dziś już wiemy, że szczepionki uodparniają nas na wiele z tych wirusów i organizm potrafi się sam bronić.    

Grypa, zaziębienie – nasz wygląd i samopoczucie jest wtedy okropne!

Nie ma nic gorszego niż gdy dopada nas poczucie osłabienia, trzęsą nami  dreszcze, a zaraz  potem pojawia się ból zaczerwienionych oczu i męczący katar. Następnego dnia już mamy problem z normalnym oddychaniem, łamie nas w kościach i w ogóle świat wydaje się beznadziejny!  

I nawet jeśli dziś  mamy całą gamę dobrych leków na takie objawy i nie muszą być nawet przepisane na receptę przez lekarza, to i tak  w przypadku ludzi starszych proces dojścia do “normalnego” zdrowego samopoczucia trwa długo.

Po kilku dniach sytuacja zdaje się opanowana, a jednak… wciąż organizm jest  zbyt słaby, by funkcjonować normalnie. Do tego dochodzi brak apetytu, niechęć do robienia rzeczy, które zazwyczaj codziennie wykonujemy bez oporów. Wszystko idzie powoli, jakby to nie było nasz ciało, jakby ręce, nogi wcale nie chciały nas słuchać.

Kiedyś –  przeziębić się to był “drobiazg” nie choroba. Kiedyś mówiło się: “A, mam grypę! Poleżę w łóżku trzy dni, wypocę się, wygrzeję i będę zdrowa jak ryba!” 

Dziś: przeziębić się, złapać grypę – to brzmi złowieszczo. 

Choroby nie zmieniły się. Na szczęście zmieniła się nasza wiedza, metody badawcze, doświadczenie, świadomość zagrożeń. Uległo przemianom wszystko to, co może uchronić nas przed trudnymi albo nawet tragicznymi konsekwencjami tych pozornie zwykłych “jesiennych” chorób. 

Właśnie kilka tygodni temu dopadło mnie jesienne przeziębienie (bez temperatury) ale za to ze wszystkimi innymi bardzo nieprzyjemnymi objawami. Pogoda była słoneczna, ciepło, żadnych zimnych wiatrów, ani deszczu. Nikt nie może powiedzieć, jak to mówi się popularnie w Polsce, “że mnie zawiało”. 

Organizm wyraźnie wyczerpał naładowane przez lato baterie, zmęczenie dało znać o sobie i jakiś wirusik zaplątał się i ułożył sobie we mnie wygodne gniazdko. 

Walczyłam ostro przez niemal tydzień i myślałam o tym, jak 50 lat temu  łatwo było przetrwać z takim „niepożądanym gościem” w swoim organizmie. Niedawno zaaplikowana szczepionka pewnie pomogła mi zwalczyć tę chorobę bez gorszych konsekwencji.

Kiedyś temat grypa, przeziębienie był tylko niewygodną jesienną (rzadziej zimową bądź wiosenną) przeszkodą.  Nie wywoływały we mnie strachu, nie znęcały się tak bardzo fizycznie, nie dokuczały tak nieprzyjaznym kłuciem w płucach czy brakiem sił. 

Dzisiaj widzę i czuję jak bardzo upływający czas zmienia  proporcje realiów „prostej” choroby…


BACK

4 myśli na temat “Przeziębienie czy grypa – jesienne zawirowania

  1. Były takie czasy, jeszcze gdy mieszkaliśmy w Polsce, że lekarze przychodzili do domu. Nie wiem, jak to było w moim dzieciństwie, ale gdy już mieliśmy swoje mieszkanie w Sosnowcu, no i małe dzieci, w przypadku ich zachorowań chodziliśmy do osiedlowej przychodni i pani doktor (chyba nazyawła się Dyrka) przychodziła do dzieci po swojej całodniowej pracy w przepełnionej przychodni. Płaciliśmy za to z kieszeni, ale być może był też system oficjalnych wizyt domowych. Nie wiedzieliśmy nawet, czy był, bo raz zapoznana lekarka czy potem lekarz byli już „na zawołanie” na wszystkie przypadki. Co się z tymi wizytami dzieje teraz – nie wiem, ale dla chorych i ich rodziców było to cudowne rozwiązanie.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Faktycznie- dr. Dyrka.. Czyli były też dobre strony w polskiej służbie 😀 Szczególnie dla matek, które tak często bywały całymi tygodniami same z małymi dziećmi bo mężowie byli gdzieś.. np. w Moskwie, w Leningradzie, w Oxfordzie, w Niemczech, w Hollandii..🤔🤗😀 🤔🤗😀

      Polubienie

  2. A ja pamiętam tego lekarza z placu Sikorskiego. To był dostojny starszy mężczyzna o białej jak śnieg czuprynie i takiej samej brodzie. Nosił nazwisko rodem wprost od niemieckiego cesarza. Jak to dawno było.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Pamięć jest wybiórcza. Ale ty masz czasem lepszą niż moja. Ja tego lekarza nie pamiętam.. Choć miejsce wbiło mi się w pamięć głęboko. Jak to fajnie jak jedno wspomnienie pobudza drugie i kolejne i powstają duże uzupełniające się obrazy naszej młodości. Było dawno, ale jednak odgrzebujemy w zamierzchłej 😉

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi