Żyję i wciąż mam pytania..

30 września 2023

Mam w sobie coś z niespokojnego ducha. Moja głowa wciąż zadaje sobie wiele pytań i szuka na nie odpowiedzi.  

Jeśli jednego dnia życie wydaje się jasne i spokojne, już następnego dnia piętrzą się dziwne wątpliwości, problemy do rozwiązania i pragnienie, by coś zmienić. Ciągle mam wrażenie, że nie nadszedł czas spokoju, że mam przed sobą dużo spraw do poukładania. Takich zupełnie moich – własnych, o których tylko ja wiem i o nich rozmyślam.

Nie wiem, czy wszyscy tak mają ? Większość ludzi w moim wieku jest zadowolona z tego, co osiągnęli w życiu. Cieszą się tym, co w tej chwili co robią. Są “spokojni” w swojej głowie. Jeśli się  martwią, to ewentualnie dopadającymi ich zdrowotnymi przypadłościami, bo w końcu w tym wieku wszyscy boimy się takich problemów. 

pytania, pytania, pytania…

A ja? Mnie „biega” po głowie coś zupełnie innego… 

  • Czy żyję teraz bardziej świadoma moich potrzeb niż dziesięć lat temu? 
  • Czy nauczyłam się wystarczająco asertywności życiowej, by być szczęśliwą? 
  • Co dziś chciałabym powiedzieć sobie, gdybym była młodsza o 15-20 lat?
  • Czy mam w sobie wystarczająco dużo pokory wobec życia, by być szczęśliwą? 
  • Czy mam jakieś skrywane talenty, o których wiem, a ciągle wstydzę się o nich głośno powiedzieć? 
  • Co w sobie najbardziej lubię? 
  • Czego nie lubię w sobie i dlaczego tego nie zmieniam?! 
  • Czego naprawdę się boję w wieku “starczym”? 

I tak mogłabym codziennie dodawać nowe pytania, przemyślenia i szukać na nie odpowiedzi. I co jest pewne – wiem, że moje odpowiedzi będą zmieniać się w zależności od dnia, pogody, nastroju – czyli wszystkiego, co charakterystyczne dla przybywających wciąż dni i miesięcy będzie miało wpływ na moje “zadanie domowe”.

Po tylu latach życia wiem, że nie ma złych pytań i złych odpowiedzi…

Kiedy byłam nauczycielką w Liceum Medycznym w Sosnowcu (a było to tysiąc lat temu 🤣) każdego roku przez 17 lat zasiadałam w komisjach maturalnych. Jak wiadomo, zestawy pytań pisemnych z języka polskiego otrzymywaliśmy rano, w dniu  rozpoczęcia matur pisemnych. Otwieraliśmy koperty przy młodzieży siedzącej już pojedynczo w ławkach, przed kartkami papierów i w nerwowym oczekiwaniu, podobnie jak my – nauczyciele, jakie tym razem będą tematy, czy nas zaskoczą, jak bardzo itd. Moment ten przez wszystkie lata pamiętam równie dobrze jak wszyscy kolejni maturzyści. I jak ja kiedyś na swojej własnej maturze. W tamtych czasach były to trzy tematy z literatury, z różnych epok, często łączących i porównujących myśl wiodącą na podstawie przeczytanych lektur i własnych przemyśleń uczniów. Czwarty temat był zazwyczaj tzn. tematem wolnym, w którym uczeń mógł skorzystać z większej dowolności i wyboru lektur, dodać inne przykłady jak filmy, przykłady literackie spoza programu szkolnego, własne doświadczenia itd. W naszym liceum niewiele uczennic korzystało z wolnych tematów, najwyżej dwie – trzy osoby. 

Piszę o tym, bo przychodzi mi na myśl zagadnienie pytań – własnych samodzielnych, odważnych. Nie była to popularna “działka” w owych czasach w szkole średniej. Odwaga w zadawaniu pytań a jeszcze większa – w odpowiedzi na nie, nigdy nie była mocną stroną naszego pokolenia.. Pisałam juz o tym niejednokrotnie. 

Okazuje się, że człowiek nie tylko publicznie boi się pytać i odpowiadać.  Równie często boimy się pytać samych siebie. 

Zadanie sobie pytania, które być może niejeden raz ułatwiłoby nam życiowe decyzje jest tak trudne, że nawet w głębi siebie, po cichu i do siebie nie chcemy go “wyartykułować”.  Nie powiem już o odpowiedziach. Szczerych, też tylko dla siebie.  Oceniamy siebie tak, jakbyśmy byli obcą osobą. Boimy się własnego JA. Unikamy siebie.  Nikt nas nie słyszy, nikt nas nie widzi “w środku”, nikt nas nie ocenia. A jednak – sami dla siebie czujemy się zagrożeniem. 

Dlaczego tak się dzieje?  Bo człowiek z natury jest tchórzem! 

Zasady wpajane nam przez lata wychowania w szkole komunistycznej – “siedź cicho, nie wychylaj się, bądź posłuszny.. “ – wszystko to stworzyło pokolenie ludzi dobrych, ale często “nijakich”, bezbarwnych, którzy nie mieli gdzie i jak nauczyć się indywidualności, odwagi i wyjątkowości. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że pokolenie naszych rodziców wybitnych postaci nie wydało. Każdy naród ma wśród siebie ludzi fenomenalnych i wyjątkowych. Każde pokolenie wydaje na świat geniuszy. Ale też zawsze każdy reżim zadaje ciosy i ograniczenia, które najbardziej niszczą prostych ludzi. 

Tata – czy był szczęśliwy? tak wcześnie odszedł. nigdy go nie zapytałam (jedno z bardzo niewielu zachowanych naszych wspólnych zdjęć)

Istotą zadawania pytań jest to, aby mieć na nie odpowiedź. Nie wiem, czy moi rodzice zadawali sobie pytania, czy byli ludźmi szczęśliwymi. Czy mieli czas i sposobność na analizę mijającego życia? Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek na takie tematy w domu rodzinnym rozmawiali. Był dom, rodzina, dzień za dniem toczył się lepiej lub gorzej, nikt nie pytał nas ani naszych rodziców czy jesteśmy szczęśliwi.  My nie pytaliśmy rodziców o takie psychologiczno-egzystencjalne odczucia. Szkoda. Może dziś moglibyśmy coś więcej powiedzieć czy byli naprawdę szczęśliwi? 

Ilu z nas nad tym się dzisiaj zastanawia?… 

AUTOREFLEKSJA- klucz do emocjonalnej wolności. (znalezione w sieci)

Autorefleksja. Taka niby zwykła refleksja, tylko że tym razem poświęćmy czas na głębsze zastanowienie się nad sobą. “Zbadajmy” swoje własne przemyślenia, doświadczenia, emocje.  Spróbujmy zrozumieć swoje decyzje i relacje. Przeanalizujmy jak naprawdę umiemy sobie radzić z przystosowaniem się do trudnych, niewygodnych sytuacji. 

Tak, wiem. To nie jest proste. I większość ludzi nie lubi tego robić. Auto-analiza ogromnej pracy, niemal całego życia! Bo w gruncie rzeczy zaczyna się już od wczesnych lat, gdy tylko zaczynamy świadomie kreować nasze zachowania. No a potem juz niemal każdego dnia dokonujemy wyborów, ważnych decyzji, które mają/muszą nam odpowiedzieć na przeróżne pytania. Też takie, jakie przykładowo postawiłam sobie na początku tego wpisu. 

Nie jestem pewna czy taka auto-analiza jest zawsze dla nas sprawiedliwa. Czy nie popadamy zbyt surową ocenę siebie? Przecież i tak może się zdarzyć. A może wpadamy w sidła samouwielbienia? – jeszcze gorzej. 

Mam jednak nieodparte poczucie, że jeśli postawię sobie dobre pytania, odpowiem na nie uczciwie i nie oszukam siebie, to znajdę właściwe odpowiedzi. Dziś już chyba mogę i potrafię..

Odpowiem, sobie, że mam w sobie wiele życiowej pokory, żeby czuć się szczęśliwą, bo moje doświadczenia mnie już tego nauczyły.  Życie nie głaskało mnie po głowie, ale też nie mogę na to życie gniewać się. Wszystko czego doświadczyłam – trudne i niemiłe, lepsze i bardzo kochane – było  pozytywnym balastem, by dziś chylić głowę pokornie i powiedzieć; nie żałuję! Nie żałuję nawet tego, co bolało. Wiem, że wszystko działo się po coś i miało swój sens. 

Odpowiem, że  dziesięć lat temu nie udzieliłabym nikomu tak otwartej odpowiedzi, jak robię to dziś ! Dziesięć lat temu nie umiałabym wyrazić tak jasno swoich uczuć i opinii, nie powiedziałabym tak odważnie światu, czego dziś potrzebuję, czego chcę, a czego nie. Nie opowiedziałabym tak prosto o moich wadach, poczuciu winy czy czymkolwiek, czego nie lubię lub przeciwnie, co lubię, a inni może nie. 

Dawno temu w młodości, dekorowałam ręcznie kroniki harcerskie – wczesne lata 70-te😂

Odpowiem, że nie mam w sobie ukrytych talentów, bo pisanie już ujawniłam, a zresztą to taki pół-talent, bo gdzie mi do tych, co naprawdę piszą!! Trochę jeszcze lubię malować, ale to też pseudo-talent, jakich jest wiele na tym świecie. Tyle tylko, że sprawia mi to dużą przyjemność i teraz mogę już o tym głośno powiedzieć.

A teraz maluję.. np. doniczki do mojego ogródka 😀

Jak już jestem przy malunkach – to przypomniała mi się taka  historyjka sprzed ponad 30 lat. Kiedy przylecieliśmy do Stanów,  wszystko było nowe i niewiele wiedziałam o obyczajach, w tym także przedświątecznych.  Na początku grudnia 1990, w mojej 1-szej pracy (kilka godzin w tygodniu) zostałam zaproszona na świąteczne party, jakie tutaj są powszechną tradycją. Jedna z koleżanek szybko wprowadziła mnie, że mam zrobić jakiś prezent sama (“własną rączką”), zapakować go i przynieść na party. Wtedy jeszcze NIE wiedziałam, że “zrobić” coś, to nie znaczy wykonać go całkowicie samodzielnie. To znaczy po prostu kupić/przygotować/zapakować – najlepiej w jak największe efektowne świąteczne pudełko i dużą kokardę.  Ja – biedna, naiwna i nieświadoma co i jak i po co – męczyłam się przez tydzień, aż wreszcie namalowałam akwarelami nieduży, może 20 cm na 20-25 cm obrazek  polskiej zimy z całkiem ładnym zarysem kościoła w tle. Oprawiłam go  i zapakowałam w papier, wprawdzie z motywem świątecznym, ale raczej, jak na prezent świąteczny, prezentował się dosyć ubogo..  Szczególnie, gdy wszyscy wyłożyli swoje super bogato wyglądające prezenty w pudłach, w torebkach świątecznych z kolorowymi papierami i wstążkami. Nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak gra “White Elephant”, gdzie każdy uczestnik losuje numerek, a potem wybiera jeden prezent (oczywiście każdy “rzuca” się na ten największy, najładniej zapakowany..) a potem jeszcze można zabierać sobie wzajemnie prezenty (do trzech razy).. Mój biedny mały prezencik-kopciuszek nie zwracał niczyjej uwagi i ostał się na sam koniec. Otwarła go przedostatnia osoba. I natychmiast powstał wielki krzyk “oh-ów i ah-ów !! bo było to coś zupełnie innego i zaskakującego i…naprawdę się SPODOBAŁO!  Tak bardzo, że ostatnia osoba natychmiast ten obrazek odebrała, a ja po skończonej zabawie musiałam się przyznać, że jestem (prawdziwą) autorką prezentu. 🙂

I proszę sobie wyobrazić, że mimo, iż się opierałam, MUSIAŁAM namalować “pierwotnej” właścicielce podobny obrazek, a ona uparła się, że mi za ten niego zapłaci. No i w ten sposób  jedyny raz w życiu zarobiłam (symboliczne, ale jednak!) pieniążki za moje “malarstwo” 😀. Pieniążki miały być na szczęście, na dobry początek, ale jakoś się nie spełniło. Może dlatego, że więcej już na sprzedaż nie malowałam. 😂 😂   

W 2016 r. w czasie świątecznego spotkania u mnie w domu, powtórzyłam podobną zasadę gry „White Elephant” Jedna z moich przyjaciółek Basia K. wylosowała obrazek namalowany przeze mnie. Tym razem opakowałam go zdecydowanie staranniej i ładniej! 😂

Odpowiem jeszcze, że lubię w sobie szczerość, choć nie jest łatwą cechą i nie zawsze lubianą przez innych. Ale taka już jestem i nie zmienię się. I lubię siebie za to, że sprawia mi radość “dawanie” i jak tylko mogę, to robię coś dla innych. Cieszy mnie zawsze, gdy  ludzie są szczęśliwi wokół mnie i gdy się do tego przyczyniam. 

Odpowiem też, że NIE lubię w sobie nadmiaru nerwów, których gdy mnie dopadną, nie mogę opanować mimo, że zdaję sobie sprawę, iż powinnam. Jestem “choleryczką” i mam to po tatusiu.🙂 Wiem to nadto dobrze i choć się często staram (naprawdę się staram!) to czasem nie umiem sobie z tym poradzić. Ale może sobie poradzę, jak się już wykrzyczę na stare lata 🤔.

No i nie lubię tego, że muszę co pewien czas kupować większe rozmiary spodni. 😬

A czego się boję? Oj, chyba już nie odpowiem, bo nie jestem pewna czy ktoś chciałby to wiedzieć. Poza tym o strachu pisałam, po co więc gadać za dużo i znów się powtarzać?


BACK

2 myśli na temat “Żyję i wciąż mam pytania..

  1. Najbardziej zaskoczył mnie Twój optymizm, bijący właściwie z każdego słowa tego wpisu. Takie pogodne potraktowanie wieku „starczego”, którego granice się zmieniły, już w naszym życiu, i życie ludzi naszego pokolenia znacznie, a może nawet zasadniczo też. O dziwo – na lepsze, choć ten „termin” w ostatnich czasach nie często sie słyszy.
    Stawiasz sobie piękne i trudne pytania i równie pięknie na nie odpowiadasz. Kiedy ja stawiam sobie, choć niechętnie, podobne pytania, zwłaszcza co do tego, co będę robił na emeryturze, jeśli w ogóle taki czas w moim życiu nastąpi, to odpowiedzi widzę tylko rozpaczliwe. Jak zmienić to podejście? – to chyba główne pytanie mojego „starczego” życia.
    Ale Twój wpis można czytać w nieskończoność, bo jest taki radosny i dobry.

    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ogólnie to mimo dni lepszych i gorszych, jak u każdego z nas, uważam siebie za optymistkę. Może dlatego też, że zdaję sobie sprawę z upływającego szybko (zbyt szybko) czasu. Kiedyś o tym się nie myślało, teraz coraz częściej takie myśli przychodzą do głowy. Optymizm jest więc sposobem na odsunięcie tych ponurych. A jak odsunie się jedną trudną i nieprzyjemną myśl to potem już łatwiej cieszyć się życiem. Myślę, że twój problem polega na tym, że z jakiegoś powodu ciągle boisz się naturalnych zmian, jakie w życiu starszego człowieka zachodzą. I nie ma „zmiłuj się” – muszą zajść! Dlaczego więc nie poddać się im z własnym planem przyjemnym i radosnym, a nie ze strachem! Bo ty się ciągle czegoś boisz. Tylko czego? Tego, co musi się zmienić? Nie da się być wiecznie młodym i wiecznie pięknym i wiecznie silnym..Własna odpowiedź pozytywna pomaga starszemu człowiekowi być zadowolonym a nawet… szczęśliwym. Ucz się!😄

      Polubienie

Dodaj komentarz