Wczoraj, dzisiaj – może jutro 

1 września 2023

Wczoraj..

Byłam zła. Byłam bardzo zdenerwowana. Byłam zmęczona. Już tak mam. Jak mnie coś dopadnie w głowie na “nie”, to nie może się odczepić. Nie mam umiejętności łatwego zdystansowania się od problemów, na które i tak nie mam wpływu. To fatalna cecha. To niemoc, którą dorosły, prawie stary człowiek powinien dawno pokonać. 

Dzisiaj

Słońce. Upał. Taki upał jak tylko potrafi być w Houston. Do upału można się przyzwyczaić. Nawet do tutejszego, ze stuprocentową  wilgotnością. Do komarów rano, w południe i wieczorem – nie! Houstońskie komary są maleńkie, niewidoczne i chyba nikogo więcej nie lubią, tylko mnie. Mnie uwielbiają. Uwielbiają pożerać albo raczej podżerać! Obojętnie o jakiej porze dnia wieczoru i nocy. Są upierdliwe, obrzydliwe i moje ustawiczne walki z nimi przegrywam do zera!!  Sprowadziłam już wszystko co możliwe i co miało je do mnie zniechęcić i NIC. Po wyjściu do mojego ogródka na poranna kawę z radosną intencją, że dziś już będzie lepiej, bo kolejny nowy płyn anty-komarowy zadziała, jest tak samo albo gorzej! 5 minut i bąble wielkości przysłowiowej “złotówy” mam na rożnych częściach ciała w zależności od inwencji panów komarów (pań komarzyc??).  

Najlepsza kawa okazuje się być przerwana szybką ucieczką w ulubiony (na szczęście) kącik domowy. 

Wczoraj…

Kraków, szkoła podstawowa nr.2 Jakoś zawsze “dwójki” mi się plątały wokół.  

Byłam dzielna i od pierwszych dni maszerowałam sama do szkoły. To znaczy sama, ale szybko znalazłam sobie towarzystwo. Jak to w Krakowie – wszystko było blisko, zwłaszcza w centrum. Przez pierwsze cztery lata do szkoły chodziliśmy na 1.30 w południe, dopiero od piątej klasy na 8 rano. Przed lekcjami przychodziłam do świetlicy a raczej do stołówki, żeby zjeść obiad przed lekcjami. 

W czwartej klasie poznałam tam koleżankę. O rok młodszą ode mnie. Miała na imię Iwona. Od razu pokochałam to imię. Ta dziewczyna oczarowała mnie od pierwszego spotkania. Zawsze uczesana inaczej niż pozostałe uczennice, fartuszek nietypowy, z falbankami, zupełnie inny niż ten „klasyczny, który wszystkie nosiłyśmy, krótszy niż nasze, o wiele zgrabniejszy i ładniejszy. Wychowywała ją tylko mama. Była trenerką gimnastyki artystycznej. To mnie fascynowało dodatkowo. Iwona miała “drugą rodzinę” swojego ojca, która mieszkała bardzo blisko mnie. Jej dwójka przyrodniego rodzeństwa – maluchy chyba jeszcze w wieku przedszkolnym, chłopczyk i dziewczynka uwielbiały Iwonę a ona ich. Nie pamiętam imienia chłopca, ale dziewczynka miała na imię Adrianna.  To imię później długo “kręciło” się koło mnie jako moje ulubione.  Te dziwne rodzinne relacje, tak nieznane w tamtych czasach, o których Iwona zawsze swobodnie opowiadała zachwycały mnie. Chodziłam z nią często do jej „drugiej” rodziny. Dla nich to było takie normalne – mnie wydawało się zupełnie „innym” życiem…

Byłyśmy przyjaciółkami na dziwnych zasadach. Na zasadach zupełnie nietypowych dla małych dziewczynek. Nie chodziłyśmy do tej samej klasy. Nasz wspólny czas był bardzo ograniczony, a tematy rozmów zupełnie inne niż rozmowy dziewczynek w tym wieku. Byłyśmy blisko, aż do momentu kiedy ja odeszłam ze szkoły do liceum, oczywiście nr.2 ( do Sobieskiego) 

Iwona poszła rok później do innej szkoły . Nie wiem do jakiej. Nigdy więcej jej nie spotkałam.

Nigdy nie szukaliśmy siebie…

Dzisiaj

Są różne smaki tęsknoty.  Takie, które nazwałabym “codzienną”, z którą nauczyłam się już żyć.  I takie, które pojawiają się rzadko i nagle, ale bolą tak mocno, że ciężko je znieść. Nie wiem, które z nich są lepsze – te wieczne i nieustępujące, czy te chwilowe, ale przeszywające spazmem nie do zniesienia. 

Ani jednych ani drugich nie można się pozbyć. Są i robią z nami co zechcą. 

Wczoraj…

Rodzina ze strony mojej Mamy, to ogromna część mojego życia. Ciocie, kuzyni, cudowny Gdańsk, choć nosi tuż po Krakowie imię “miasta numer 2” i zawsze kochane Morze Bałtyckie. Wiele wspomnień, wakacji, spotkań rodzinnych… 

 Do dziś magnes ogromnego rozrośniętego drzewa rodziny “G” przyprawia mnie o głośne i szybkie bicie serca. 

A jednak…  Są chwile, gdy krakowskie wspomnienia rodzinne dzwonią w głowie jak ciche natarczywe dzwoneczki. Nie ucieknę od przeszłości! 

Nikt nie ucieknie. Każdy człowiek ma swoje korzenie.  Pamiętajcie o cmentarzach! To miejsca święte i nietykalne. 

Krakowskie bardzo wczesne dzieciństwo to dwie kuzynki- Ela i Ewa. 

Moja kuzynka Ela i ja. 1955-56 ??

Kuzyn Kazik, Marek i Wojtek.  Kazik wciąż jest i jest bliski. 

Wojtek i Ewa – nie wiem nawet jak dziś wyglądają. Marka już nie ma nie zapamiętam go.

Ela – pozostała tylko dawna fotografia. Jakby to było wczoraj..

Dzisiaj

Mam cudownych wnuków. Trójka – każdy inny. O każdym babcia mogłaby napisać osobna książkę. Nie, nie zacznę ich wychwalać, bo nie zatrzymam się nawet po stu stronach!  

BRACIA

Gdy urodził się Luki, Christoph przytulał go i obrazki braterskiej miłości były piękne. Kiedy mijały miesiące i lata, wszystko się komplikowało.  Niby razem, a coraz trudniej. Niby jednakowo, a nie zawsze tak jest… Patrzyłam na to z dystansu i z pozycji “babci” i czasem nachodził mnie głęboki smutek… Wciąż krążyło pytanie: 

Ile trzeba włożyć pracy, wiary, cierpliwości, miłości, dobroci, zrozumienia, serca, by MIŁOŚĆ rodzicielska zamieniła się w głęboką miłość i przyjaźń braterską?? 

W tym roku Christoph i Lukas pojechali SAMI na pierwsze wspólne wakacje do Japonii. Całkowicie samodzielne.  Byłam pełna obaw i pełna nadziei. 

KUZYNI

Dziś wiem, że wszystkie “klocki” są na swoim miejscu !

Mam nadzieję, że kuzynowskie relacje również tak samo ułożą się  mądrze i dobrze.  Rodzina na pierwszym miejscu. 

Tego ich nauczyli rodzice. Tego wszyscy ich uczymy. 

Wczoraj…

Moskwa, lato 1997. Wtedy myśleliśmy, że i tam zmieniło się  wszystko. Polecieliśmy na zaproszenie pani profesor z Uniwersytetu Moskiewskiego. Zamieszkaliśmy w akademiku dla gości – obcokrajowców. 

Łazienka- zdjęcie górne,Kuchnia – zdjęcie środkowe i urodzinowy szampan i ciasto – zdjęcie trzecie.😂

Kuchnia- różowe ściany, kuchenka o dwóch palnikach, stolik byle jaki, zlewozmywak z otwartą szafką pod spodem. 

Łazienka z deską – półką na wannie, niebieska umywalka i okropny ręczny prysznic…

Na moskiewskim Arbacie – 1997 r.

 3 sierpnia przypadały urodziny mojego męża.Poszliśmy do  nowoczesnego marketu spożywczego.  Kupiliśmy ciasto, które wyglądało jak amerykański pie i szampana – oczywiście “russkoje igristoje” Takiego jak zapamiętaliśmy z dawnych lat 70- tych.  Wróciliśmy do domu i… okazało się, że piecyk kuchenny zamiast piekarnika miał tylko drzwiczki (atrapa!) więc ciasto musieliśmy UGOTOWAĆ, co okazało się beznadziejne w smaku i konsystencji, a szampan  w żaden znany nam  sposób nie chciał się otworzyć.  Niestety, nie miał ani jednego “bąbelka” jakie zwykle miewają szampany i nie przypominał nie tylko dawnego “Igristoje”, ale nawet żadnego innego szampana świata.  

To była nasza ostatnia wizyta w Moskwie. Zapamiętałam jeszcze przed eleganckimi sklepami zachodnich znanych firm elegancko ubranych facetów z … karabinami w ręku.  I słynny deptak Arbat pełen artystów i atmosfery rosyjskiej bohemy, gdzie powstał również i mój portret. Nawiasem mówiąc – niezbyt mnie przypominający 🙂 

Dzisiaj

Zazwyczaj chodzę spać bardzo późno. Zawsze tak było, a teraz kiedy nie muszę wstawać wcześnie na dźwięk budzika, czas około północy jest naturalnym momentem układania się do snu. Pól tabletki dla uspokojenia “głowy”, wiatrak który wzmaga cyrkulację powietrza w sypialni – powinnam zasnąć. Ale – często nie zasypiam.   Patrzę w cień kręcącego się wiatraka albo w smugę światła ledwie wpadającego przez okno. Myśli, myśli, myśli.  Jeśli przyfruną delikatne i nie podrażniają mojej wyobraźni – pozwolą wyciszyć się i zasnąć. Gdy jednak atakują znienacka ostro i szybko, zaczną przepychać się, zadawać pytania, straszyć, krzyczeć, niepokoić, ostrzegać, alarmować… nici ze spania. 

Morfeusz – bóg snu opuszcza mnie i pozostawia z demonami moich własnych przemyśleń. 

Pewnie to nie jest nikomu obce. Czarna noc wspomaga moje wariacje myślowe. Logika je odpycha. Instynkt zapętla. Dopiero powoli nadchodzący wczesny poranek uspokaja szaloną wojnę umysłu. 

Przysypiam. Dzień wyrówna rachunki.  

Wczoraj…

Od Krakowa, Sosnowca do Ameryki. A potem – już drzwi się zamknęły…

Są przyjaciele na zawsze. Nawet jeśli życie rozdzieli nas na wiele lat, spotkanie po latach jest ścieżką, na której potknęliśmy się, by znów podnieść się i iść dalej razem. 

Są także przyjaźnie, które są jak wulkan i zostawiają wiele dobrych wspomnień. Kończą się nagle i na zawsze. Zupełnie bez sensu. Smutno i nie do naprawienia… 

Życie zabiera nam coś ważnego. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. 

Nie mam żalu, nie mam pustki, nie mam złości w sobie.  Mam dużo ciepłych radosnych wspomnień. I tak to zachowam.   

Dzisiaj

Czy my się kłócimy? Czy to tylko mocne dyskusje?  Czy jesteśmy tak różni, czy tak mało tolerancyjni w naszym wieku? 

 Cokolwiek to jest, to nie obrażamy się na siebie. Nie jest tak, że się nie odzywamy, że zrywamy kontakty ze sobą, że omijamy się całymi tygodniami czy miesiącami. Mamy różne zdania, mówimy, wypowiadamy je głośno. I to dobrze.  Zazwyczaj nie kłamię. Tak, mówię w swoim imieniu! Może to jest trudne dla innych do wysłuchania, ale uczciwsze i łatwiejsze, bo tak naprawdę to i ja i mój słuchacz mamy prawo do dwóch różnych zdań. Do wymiany różnych poglądów, niemiłych zdań, nawet na “ostro”.  

Potem jednak myślimy, analizujemy, opadają gorące emocje. Lubimy siebie. Kochamy siebie, szanujemy. MAMY siebie. 

Tutaj jesteśmy rodziną. Bliższą i dalszą. Nie muszę otaczać się ludźmi toksycznymi. Wybieram tych, którzy są ważni w moim życiu. 

Jeśli z tobą dyskutuję, kłócę się, przepraszam cię, wracam do ciebie każdego ranka z ciepłym “dzień dobry” – to znaczy, że jesteś dla mnie ważny/a.

Wczoraj….

Przez 12 lat moja rodzina brała udział w wielkiej akcji rowerowej MS 150. Rajd rowerowy z Houston do Austin. W różnej konfiguracji osobowej, w różnych drużynach, po wielu wielu miesiącach przygotowań, bo regulamin tego rajdu był bardzo określony i specyficzny. Były miesiące, że w naszej rodzinie był to temat numer jeden!. Szaleństwo zaczęło się od rowerowego zamiłowania Billa, potem dołączyła Kasia i Wacek i wielu ich znajomych i przyjaciół. Kasia międzyczasie urodziła dwójkę dzieci, częściowo więc rower zastąpiła Maluchami w torbie przewieszonej na plecach albo w wózku składanym. A ja –  każdego roku dojeżdżałam w połowie drogi (baza noclegowa La Grange )  by “witać” ich na półmetku i następnego dnia na mecie w Austin  niedaleko Kapitolu. 

Kwiecień – rodzinny miesiąc „rowerowy”

Najpierw z jednym Maluchem, potem z dwoma. Ktoś zawsze pomagał. Każdego roku coś się zmieniało, dzieci rosły. Oglądały Kapitol wewnątrz, bawimy się w ogrodzie wokół niego. Grzebały patyczkami w brudnym piasku oczekując przyjazdu rodziców. Tłum, upał, oczekiwanie, zmęczenie, emocje… a potem długie rozmowy z przyjaciółmi, czekanie, pizza, winko i jeszcze dłuższy powrót do Houston. Każdego roku, przez 12 lat.

To nie było łatwe. Dla rowerzystów. Dla kilkunastu tysięcy uczestników. 

I dla mnie też nie.  Choć nie miałam roweru, choć nie osiągnęłam żadnego sukcesu, nie spałam w namiocie i nie wstawałam o 5 rano…

 Ale dobrze pamiętam ten rowerowy fragment rodzinnego życia. 

Inaczej, ale wspólnie. 

Jutro?? …

Może być więcej “wczoraj”. I jeszcze może być dużo szczęśliwego “dzisiaj”

Będę miała o czym pisać, wspominać. 

Może też być JUTRO… bez następnej kartki kalendarza.


BACK

2 myśli na temat “Wczoraj, dzisiaj – może jutro 

  1. 3 dni temu
    Rano byłem w pełni zdrowia, u szczytu swoich możliwości fizycznych jak na siedemdziesięcidwulatka, miałem jeszcze godzinę do rozpoczęcia pracy, ale już na miejscu, pogoda piękna (78F), lekki wiaterek i wschodzące słońce. Plan: 10 tysięcy kroków. Przed pracą 6, resztę się domaszeruje pożniej. Moj zegarek, odziedziczony po wnukach Garmin pokazuje 3,600 kroków. Chodnik wzdłuż parkingu. Betonowy, równy, płaski, szeroki. Nagłe potknięcie. Lecę na lewa stronę ciała. podpieram się lewą ręką i walę o beton. Dzwięk spadających okularów. Nie mogę się ruszyć. Ktos podchodzi, pomaga mi wstać. Nie mogę ustać na nogach, opieram się o jakiś stojący na parkingu samochód, ten ktoś podjeżdza, zabiera do budynku, gdzie są nasze gabinety i sale wykładowe, macha mi na pożegnanie i idę. To nie jest marsz. To czołganie się w oparciu o prawie 100 metrów ściany aż do naszych głównych drzwi. Tam już zajmują się mną koleżanki i kolega, który wozi mnie na biurkowym krześle. Jedziemy na pogotowie. Tam poruszam sie na wózku inwalidzkim. Nie moge stanąć na lewą nogę. Ból w skali 1-10 mam 25 albo więcej. A przy 3,599 krokach było tak cudownie, ból w skali 1-10 miałem 0. JEST BARDZO, BARDZO ŹLE.

    Przedwczoraj
    Dzwonię do swojego lekarza podstawowej opieki medycznej. Zostawiam długą wiadomosć na telefonie prosząc o jakąś interwencję medyczną. Do końca dnia nikt nie zadzwonił. Jestem w potwornym bólu. Pracuję z domu siedząc na biurkowym krześle na kółkach, które służy mi też za wózek inwalidzki. Gładko przyjeżdża po parkiecie i kafelkach, niechętnie po ich połączeniach z dywanami, po dywnach bardzo opornie. Siedzenie na krześle to jedyna pozycja, w jakiej moge wytrzymać. Ustać na lwej nodze nie mogę nawet sekundy. Do ubikacji od krzesła czołgam się pościanach i meblach. Zażywam środki przeciwbólowe. Silne. Jeszcze nie morfina ale bardzo silne. Pod wieczór zaczynają pomagać. Ale nie na tyle, bym mógł spać w masce na bezdech senny. Już drugą noc nie mogę. Poprzedniej nocy budziłem sie z bólu niemal co godzinę. Czołganie do ubikacji to koszmar. Tej nocy spię lepiej, więc mniej koszmaru czołgania się. Jeszcze zdążyłem zamówić w wypożyczalni wózek inwalidzki. Będzie na następny dzień. Zegarek pokazuje 274 kroki. JEST BARDZO ŹLE.

    Wczoraj
    Jest lepiej. Wstawałem tylko dwa razy. Rano mogę dojść do ubikacji, z ogromnym trudem, w naszej skali 1-10 jest 10, ale da się. Mogę zrobić kilka kroków bez podparcia, wciąz na skali jest 10. Umawiam sie telefonicznie na dowiezieni mi wózka inwalidzkiego. Małgosia idzie na smutna uroczystość zspominek o niedawno zmarłej Wandzi. Przywoża mi wózek. Jest dorbry. Łatwo wspina się na nierówności między parkietem a dywanami. Będę miał mniej utrapienia w docieraniu do kibela, jak mówił Lukas gdy miał 2-3 lata. NIE JEST ŻLE.

    Dzisiaj
    Rano jest gorzej niż było wczoraj. Ale przecież nie może się cofnąć. W ciągu dnia czuję się lepiej. Musi sie poprawic!!!

    Jutro
    BĘDZIE JESZCZE LEPIEJ. Bo jutro będzie.

    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jak ładnie i gładko wpisałeś się w styl mojego wpisu! Komentarz wygląda jak część druga – kontynuacja!😀😀 Tak, tak były trudne dni. Tak dziś jest lepiej. I jutro będzie jeszcze lepiej. Niestety, życie to taka sinusoida-w dół i w górę i znów w dół… A nam jak widać łatwo spada się w dół. Ale się podnosimy i idziemy dalej. dopóki BAL życia trwa!

      Polubienie

Dodaj komentarz