Idę ścieżkami, dróżkami…

 10 sierpnia 2023

Dziś w nocy przyplątały mi się dawno zapomniane obrazki z dzieciństwa. Idę wąziutką ścieżką pomiędzy polami dojrzałych zbóż.

(znalezione w sieci, ale zachowane w mej pamięci)

… Wieje lekki wiatr, wśród dojrzałych kłosów chwieją się czerwone maki i niebieskie chabry. Nie wiem nawet jak zapamiętałam nazwę tych kwiatków.. Tyle lat ich nie widziałam.

Jest wczesny ranek. Cisza. A właściwie nie! To nie cisza. Ta cisza ma swoje dźwięki. Słychać przecież  bzyki trzmieli, bąków, brzęczenie pszczół. 

W przyrodzie jest przecież wielki ruch. Zwłaszcza o letniej porze roku. Pola jeszcze nie skoszone, prezentowały swą pełną okazałość. A ja byłam małą dziewczynką. Dziewczynką z miasta, która spędzała wśród wiejskich pól swoje wakacje. 

Inny obrazek. Chodzimy po lesie. Znamy ten las. Znamy polanki, gdzie zazwyczaj rosną prawdziwki i takie miejsca, gdzie mogą być czerwone kozaki. Jesteśmy dziećmi z miasta, ale przez kilka latach wakacji na tej samej wsi nauczyliśmy się ścieżek i dróżek, którymi nawet sami nie boimy się chodzić. 

Borówki moich leśnych miejsc dzieciństwa (zdjęcie niestety – z sieci 😄)

Są miejsca z zielonym wilgotnym mchem, gdzie rosną całe połacie granatowych i słodkich  czarnych borówek. Tak, dla mnie to były borówki! (tak jak kiedyś pisała w swej książce „Na jagody” Maria Konopnicka. Jagody, to według niej były wszystkie owoce, które rodził las!) ).

Nie jagody!  W mojej krakowskiej rodzinie chodziliśmy na borówki. My, dzieci zbieraliśmy je prosto do kubeczków, a potem przesypywaliśmy do kobiałki, jeśli już było za dużo i niewygodnie było nam je utrzymać. Ale nie lubiliśmy tej “wspólnej” kobiałki, bo nie wiadomo było kto ile tego dnia nazbierał, a przecież to dla nas było ważne. 🙂

Gdy wracaliśmy do domu, nasza gospodyni wyciągała z piwnicy pod schodami zimną gęstą śmietanę i zjadaliśmy te prawdziwe pachnące jeszcze lasem borówki, ze śmietaną i z cukrem. Boże! Co za rarytas!! Nikt nie liczył kalorii, nikt nie był “za gruby”, gdy tylko jakaś borówka rozgniotła się w miseczce, śmietana zabarwiała się na piękny fioletowo-bordowy kolor. 

Dziś kupuję w każdym sklepie, bez wysiłku duże “blueberry”, które wcale nie są fioletowe w środku i wcale nie mają smaku borówek… Ale mogę jej mieć przez cały rok. Tak naprawdę amerykańska borówka to zupełnie inny owoc niż ta moja dawna polska leśna.

Na grzyby wyprawialiśmy się w niedzielę, z rodzicami i zapuszczaliśmy się w nieco bardziej odległe części lasu. Każdy miał swój koszyk, kalosze. Las był wtedy dziki, ludzi prawie nie spotkaliśmy. Czasami pojedynczych tubylców. Po powrocie rozkładaliśmy na gazetach nasze “skarby” i przechwalaliśmy się jeden przed drugim, kto ma więcej, a przede wszystkim kto ma ładniejsze okazy. Byłam małym dzieckiem a jednak te rodzinne rytuały pamiętam dość dobrze. Rodzice, ciocie wujkowie przekomarzali się, kto tego dnia został królem i znalazł najpiękniejszego grzyba,  a my już tylko niecierpliwie czekaliśmy na pierwsze upieczone na blasze grzyby, gotowe do zjedzenia. Dalsze obieranie i czyszczenie juz pozostawaliśmy dorosłym. 🙂

 A gdy byliśmy sami, chodziliśmy ścieżkami, które znaliśmy, zaglądaliśmy na polanki, pod drzewka i krzaczki, które traktowaliśmy niemal jak nasze własne “domowe” miejsca. Nie mieliśmy żadnego poczucia strachu, zagubienia. Umieliśmy sobie poradzić, zawsze  znajdując drogę powrotną do domu. A teren nie był płaski, las znajdował się na górkach, zmieniał się, był liściasty i iglasty, nieregularnie porośnięty.  Jego części miały nadane przez tubylców nazwy, których i my szybko nauczyliśmy się. Na jednym ze szczytów gór był nawet domek zwany domkiem “Baby Jagi”. Pamiętam dzień kiedy wybuchł tam pożar. Chatka spłonęła doszczętnie, bo o pomocy straży pożarnej nie było mowy, nie miała szans dojechać. 

Grzyby mojego dzieciństwa – prawdziwki, kozaki, gołąbki, kurki, rydze…

Mieliśmy tylko po 8-10-12 lat, a opanowaliśmy wiedzę “terenową” w tym  lesie całkiem dobrze. Nikt się nie przejmował, że biegamy tam sami. Była nas spora grupa, czasami czworo- pięcioro, a czasem dołączały się dzieci gospodarzy i byliśmy paczką około dziesięciu dzieciaków. 

Niektórzy znali się na grzybach całkiem dobrze, ja raczej średnio, ale i tak zawsze pani gospodyni albo rodzice sprawdzali, co przynieśliśmy. Najbardziej lubiłam, gdy pani Marta czyściła “duśki albo gołąbki ” (znacie takie grzyby?) albo nieco później,  już w sierpniu – rydze i kładła je prosto na rozgrzaną blachę pieca kuchennego.  Posypywała tylko lekko solą i za kilka minut grzyby były gotowe do jedzenia. Miały w kapeluszach taki pyszny naturalny sosik!  Ach, palce lizać! Pychota! 

Lubiłam też świeże grzyby, najbardziej kurki i rydze, duszone na masełku. No i oczywiście już później te marynowane zapasy otwierane zimą.

Ścieżki mojego dzieciństwa…

Przez wieś prowadziła droga, chodziliśmy nią aż do wiejskiego sklepu. Był tam “spożywczak”, taki typowy wiejski sklep gospodarstwa domowego czyli ze wszystkim – bo oprócz artykułów spożywczych były tam różności!: gwoździe, garnki, sprzęt i narzędzia potrzebne do  podstawowych napraw domowych, środki czystości, jeśli jakieś wtedy już były 🙂. Nie pamiętam co jeszcze, ale pachniało w nim żelastwem i proszkami i “mydłem i powidłem” – jak to mówili.  Była też wiejska restauracja i bar wiecznie pełne wiejskich gospodarzy pijących piwo.  Wszyscy oczywiście świetnie się znali. 

My, dzieci lubiliśmy te wyprawy do sklepu, choć ja zapamiętałam je jako bardzo długie i dalekie, a pewnie tak nie było.  Chodzi mi po głowie takie wspomnienie, że dorośli mówili, iż do sklepu było  ponad kilometr a może dwa.. Ale tak naprawdę to nie mam pojęcia! Zaraz obok tej “aglomeracji usługowej” był oczywiście też kościół. 

Najczęściej zrywaliśmy orzechy laskowe takie jeszcze niedojrzałe, trochę białe. Ale i tak były bardzo dobre!

W sklepie można było kupić cukierki, lizaki więc  taka wyprawa, choć dla nas trwała pół dnia, zawsze była nagrodzona. Znaliśmy każdy fragment tej drogi, rozpoznaliśmy co będzie każdy metr dalej, wiedzieliśmy gdzie będą krzaki ostrężyn, gdzie rosną orzechy laskowe itp.  

Teoretycznie można było dojść do sklepu szosą i potem przejść przez rzekę. W późniejszych latach na rzece była już kładka, ale często, przy dużych opadach deszczu w górach, co nie było rzadkością, woda wzbierała i podnosił się jej poziom. Wtedy kładka “znikała” w rwącym nurcie i po jakimś czasie znów budowano nową. Ta trasa była to krótsza a droga czystsza asfaltowa, bez kurzu.   Ale dzieciom nie wolno było samym tamtędy chodzić. 

Nasza więc droga a właściwie drożyna wiejska, bo trudno było ją nazwać drogą, prowadziła przez pola, czasem przez błota, duże kałuże, pagórki. Wszystko to pewnie dziś ma inny wymiar albo może i wtedy miało zupełnie inny.  Może dziś nie istnieje, może błąka się tylko w mojej wyobraźni? Ale pamięć dziecięca tak zapamiętała szlak wielkich wypraw – atrakcji zakupowych w wiejskim sklepie. Wracaliśmy obładowani torbami a raczej siatkami o dużych oczkach, bo takie wtedy były w użyciu.  Pewnie nie były to wielkie zakupy, ale bochen chleba, kilogram cukru czy soli i co tam jeszcze było na karteczce zapisane – to dla 8 czy 10-latka duży ciężar w upalny dzień na trasie kilometra, zwłaszcza, że jeszcze tyle ciekawych rzeczy działo się po drodze..  

Zawsze kochałam morze. Urodziłam się na południu Polski, w Krakowie. Uwielbiam to miasto do dzisiaj, wracam do niego zawsze z wielka radościa i czułoscią. A jednak do morza ciągnie mnie jakaś niewidzialna nić, magnes tak silny, że za każdym razem, gdy znajdę się w pobliżu morza odczuwam dreszczyk  emocji przeszywający mnie  od stóp do czubka głowy. Szum morza działa na mnie kojąco, leczniczo.  Potrzebuję tego dźwięku, zapachu, powiewu wiatru jak najcenniejszej terapii.  I w zasadzie nieważne, gdzie to morze się znajduje, które to jest morze, na której półkuli, w jakim miejscu świata. 

Oczywiście, pierwsze moje zetknięcie z morzem, to był polski Bałtyk. Tam  mieszkała rodzina mojej Mamy i tam często spędzałam jakąś część wakacji. Pierwsze moje nadmorskie wspomnienia – tłumne plaże,  walka o każdy centymetr miejsca na koc, ręcznik, parawan. Zimna, nawet bardzo zimna woda i marzenie – by udało się, że właśnie wtedy, kiedy jesteśmy nad morzem, pogoda dopisze i złapiemy słoneczne dni na plaży. 

Później już morze zaczęło mieć dla mnie inny wymiar. Jako nastolatka jeździłam z przyjaciółmi w miejsca bardziej odludne, szukaliśmy pustych plaż, spacer brzegiem morza miał większą wartość niż opalanie się na plaży.  Stosunkowo szybko poznałam plaże i inne morza – Śródziemne,  Czarne, Karaibskie, Północne, a później Ocean Spokojny i Atlantycki. Gdziekolwiek znalazłam się blisko wody morskiej, czy było to miejsce bardziej “cywilizowane” czy też puste dzikie – każde zawsze sprawiało mi taką samą przyjemność. Spacer brzegiem morza, wzrok wbity w jego horyzont, przestrzeń, którą do końca nie jestem w stanie  objąć umysłem i swoją wyobraźnią.. To daje mi poczucie niewyobrażalnego spokoju. Poczucie, że wobec tej przestrzeni, jestem maleńką cząstką, drobinką i wszystko jest “na swoim miejscu”.  Nie muszę się denerwować, szarpać, spieszyć, martwić, bo głębia tej nieograniczonej przestrzeni i tak zapanuje nade mną. I to w jednej chwili wycisza mnie dogłębnie. 

Polski Bałtyk, 2021

Morze w Zatoce Meksykańskiej w Galveston o kolorze szaro-brązowym, bo w swoich  głębinach ma bogate pokłady ropy, przez co wydaje się prawie nieprzeźroczyste, albo to zielone ciemne w Bałtyku, albo bardzo ciemno-granatowe Śródziemnomorskie. Lub piękne cudowne błękitne czy jasno- zielone… Ileż różnych odcieni, ileż kolorów mórz! Każde zmieniające swą  powierzchnię w zależności od pory roku, od pory dnia. Fale, które dopływają do brzegu raz cichutko, z lekkością baletnicy, a w innym momencie z siłą furiata i szaleńca w jednej postaci. Dziś morze nieokiełznane, morze nieopanowane. Jutro morze otulające i przynoszące ulgę, uspokojenie. 

Maine, Cliff House 2022
Chana, Grecja 2021
El Zonte, Salvador 2021

Ile razy wędrowałam, spacerowałam  takimi ścieżkami brzegiem morskim!  I zawsze było i jest mi dobrze, Nawet jeśli – jest mi źle… Nawet jeśli jest mi ciężko..

Szukałam, znajdowałam i znajdę kiedyś ten ostatni spokój..

Bywają brzegi morskie niedostępne, kamienne, górzyste. Wtedy patrzę na morze z góry, z daleka. I nadal podziwiam jego moc i piękno. Mimo wielkich fal odbijających się z hukiem o ogromne skały i nieprzyjazne kamienie, czuję ciszę i spokój.  Melodia fal ma w sobie coś niezwykle kojącego. 

Ile jest dróg w naszym życiu… Wybranych świadomie i przypadkowych.  Nie zliczymy. Nie zawsze mamy wpływ na ich wybór. 

Bywają chwile, że drogi są dróżkami i pojawiają się w naszym życiu na krótko, ale i tak bywają szczęśliwe i pamiętamy je do końca życia. 

Bardzo dawno temu byliśmy na wakacjach w maleńkiej miejscowości Mechelinki, gdzieś w okolicach Gdyni. Nad morzem. Tuż nad brzegiem Bałtyku. Mieliśmy niewiele ponad 20 lat, jedno małe dziecko, drugie “w drodze”, przyjaciół, którzy byli na tych wakacjach z nami… Jakaś droga zaprowadziła nas do tej wioski rybackiej, a właściwie były tam też ogródki działkowe, choć chyba nic “ogródkowego” na nich nie rosło.  Kilka biednych domków, z których jeden zajmowaliśmy na czas wakacyjnego pobytu.  Było pusto, za to każdego dnia słonecznie.  Dzień zaczynał się od ustawiania nocników dla dzieciaków (mieliśmy ich razem trójkę) i naszego prostego śniadania na małej plaży nad morzem… i tak już było do zachodu słońca. 

Zapomniana droga, zapomniany zakątek świata, codzienny wschód i zachód słońca nad Bałtykiem. I my – szczęśliwi, zagubieni na kilka tygodni, gdzie mała droga kończyła swą rolę “przewoźnika”. 

Nasze małe wakacje w 1978 roku.. 

Ile dróg pokonujemy w swoim życiu?  W jakie dziwne miejsca los nas rzuca. Nie zawsze plany idą w parze z przypadkiem. Los jest niespodzianką i chwała mu za to! 

Nieprzewidywalność wydarzeń, potrzeba błyskawicznych decyzji, szaleństwo dobrego i “złego” – to dla wielu wyzwanie, często trudne do wykonania. Ale pobudzające do działania. Do szukania nowych dróg. Zazwyczaj daje to pozytywny efekt. 

Ale są i tacy ludzie, którzy nie lubią niespodzianek i bardzo precyzyjnie czuwają nad każdym elementem swego życiowego programu. Boją się nagłych zmian, poplątania ścieżek, nieznanych zakrętów.  I ja to rozumiem. Szczególnie, gdy jesteśmy starsi, gubimy się łatwo w szybkich zmianach, coraz rzadziej czujemy się w “szaleństwach” komfortowo. 

Chciałabym moje ścieżki życia ocalić od zapomnienia. Ocalić ślady moich stóp w mej pamięci. Obraz maleńkich ścieżek i tych dróg “ważniejszych”, przecinających miasta i kontynenty. 

Widzę oczami mojej wyobraźni wielka mapę Świata “rozoraną” dróżkami i szosami, wielopasmowymi autostradami i maleńkimi ślepymi uliczkami miejskimi, wiejskimi drogami błotnistymi i ścieżkami nadmorskich szlaków. A wszystkie są poplątane, pokręcone, fantazyjne. 

I nikt nie potrafi ich rozplątać. 

Bo one należą tylko mnie. 

                     Mój “bank” życiowych dróg. Moich – ale nie samotnych…

***********************

Mój „bank wspomnień” wygrzebuje z pamięci piosenkę „Spacer dziką plażą” stary przebój Stana Borysa. Postarzało się nasze pokolenie, postarzał się wykonawca, zagubiła się gdzieś piosenka wśród nowych rytmów, a ja i tak zatęsknię do plaż dzikich i spacerów.

..”Idziemy brzegiem ku jesieni…”


BACK

3 myśli na temat “Idę ścieżkami, dróżkami…

  1. Bardzo oryginalny pomysł takie dzielenie się zapamiętanymi historyjkami z dzieciństwa, i jeszcze uporządkowanie ich w jeden temat. Masz wspaniałą pamięć: fakty, zapachy, szumy, kolory – wszystko to pamiętasz przez lata. To wyjątkowe. Ja chyba nie mógłbym napisać takiego wspomnienia, bo w mojej pamięci nia ma dziur – jest jedna wielka dziura. Ale Mechelinki pamiętam, nawet wiem, jak się tam znależliśmy i jak zostalismy dowiezieni. A przecież było to 45 lat temu.
    Jak zwykle, Twój wpis jest wzruszający i dobry, taki dobry dla ludzi.
    Tylko rozważania o przewidywalności, nieprzewidywalności i niespodziankach jakoś odbiegają od tematu. A może muszę przeczytać raz jeszcze?
    Szkoda, że Stan Borys nagrał, bardzo zresztą piękną i świetnie zaśpiwaną piosenkę „Plaża, dzika plaża” na deskach pomostowych, a nie na plaży. Na plaży pewnie nie byłoby łatwo tak wspaniale tańczyć, jak robią to ci młodzi ludzie na deskach, ale byłaby to plaża.
    A tak w ogóle, to bardzo dziekuję za te wynurzenia z przeszłości. Bardzo wzruszające i aż chce się tęsknić to tych borówek i grzybów. I czasem może o tym pogadać z kimś, kto pamięta…
    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Masz lepszą pamięć od mojej! szczególnie tą dawną „starą”, bo z tą wczorajszą to rożnie bywa😀. Ciągle ci to powtarzam, że mógłbyś z łatwością moje zapiski uzupełniać. A.. właściwie to juz je uzupełniasz!
      Komentarze są takie cenne, gdy pisze się blog taki jak mój. Komentarze każdego, kogo cokolwiek przy okazji czytania porusza, kto cokolwiek własnego wspomnie, uzupełni, przez moment znajdzie się w swojej przeszłości czy rozmyślaniach.
      Cóż – dziś przeplatają się myśli różne. Te z przeszłości z pytaniami o jutro. Te lękliwe i te, które juz się niczego nie boją.
      Stan Borys.. pewnie też chciałby przejść się po piasku na plaży ale może po pomoście łatwiej?..

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi