Herbatka czy filiżanka kawy? 

13 czerwca 2023 

Powszechnie wiadomo, że człowiek powinien wypijać dziennie około dwóch litrów wody czyli 8 do 10 szklanek. 

Niestety, nie należę do tej grupy. Nigdy nie lubiłam wody. Nigdy nie lubiłam pić dużej ilości płynów.  Widocznie mam dziwny organizm, ale moje zapotrzebowanie na płyny znacznie odbiega od średniej normy. I w dodatku od dzieciństwa nie lubiłam i nie szukałam smakowych napojów, które naprawdę bym polubiła.  

Nie znam zbyt dużo podobnych mi ludzi, ale spotkałam i takich, co nie szaleją na punkcie noszenia przy sobie butelek z wodą i nawadniania się co minutę. 

Ale moja dzisiejsza opowiastka nie będzie o wodzie i zdrowiu. Pokręcę się we wspomnieniach, których motywem będą moje historyjki herbatkowo-kawowe z własną “duszą”.  

Mniej więcej tak to wyglądało..

Co piliśmy w Polsce w czasach mojego dzieciństwa? Mleko było popularnym napojem, przynoszono je szklanych litrowych w butelkach pod drzwi (to naprawdę był regularny serwis tamtych czasów). Od 5 rano słychać było tłukących się mleczarzy na klatkach schodowych. Zbierali wystawiane wieczorem przez mieszkańców puste butelki i zamieniali je na pełne. My jako dzieci nie lubiliśmy pić mleka!!  Mama uparcie gotowała nam grysik na śniadanie (też NIE lubiliśmy!) albo mleko potrzebne było do naleśników, racuchów itp. Nigdy jednak jako napój. Czasem w lecie piliśmy kwaśne mleko do młodych ziemniaczków i takie lubiliśmy. 

Wody “kranówy” w żadnym wypadku pić nie było wolno! Wody mineralnej w sklepach nie było (albo bardzo rzadko). Soków też nie było.  Za to czasem Mama robiła swoje soki domowe – najlepsze były malinowe. Nadawały się do herbatki zimowej i były lepsze niż czasem ciężko zdobyte cytryny. Były też soki jagodowe, soki z wiśni, ale żaden nie był tak pyszny jak malinowy. Niektórzy robili soki warzywne do picia bezpośrednio, bez mieszania go z wodą, ale u mnie w domu nigdy takich prób Mama nie podejmowała. To już uchodziło za wyższą “szkołę jazdy” w dziale przetworów.   

Herbata paczkowana, herbata w szklance, herbata w szklance z koszyczkiem, herbata w torebce.

A tak naprawdę to najpopularniejszym napojem przez wszystkie lata mojego dzieciństwa i młodości, także jeszcze tej studenckiej była HERBATA. Co pamiętam? Z domu pamiętam herbaty: Gruzińską, Ulung, Madras, Yunnan. Te herbaty były w wiórkach pakowane w pudełkach. Wiórka zaparzaliśmy w małych czajniczkach i potem były nalewane do szklanek (mniej więcej 1/6 szklanki) i resztę dopełnialiśmy wrzątkiem.  Prawie każdy wtedy słodził, dlatego cukier był tak ważnym produktem. Czasem, ale bardzo rzadko dodawaliśmy plasterek cytryny. 

Nikt nie używał filiżanki na herbatę, natomiast zawsze szklanka miała swój spodeczek. Łyżeczkę należało po zamieszaniu cukru wyjąć ze szklanki, ale byli i tacy, co pili z łyżeczką w środku, co przyprawiało mnie o zgrzytanie zębów.  

Z czasem zaczęto sprzedawać herbatę w torebkach. To był hit. Nikt jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy, że wtedy był to najgorszy gatunek herbaty. Ale za to wygodny, no i inny, niż dotychczasowe.

Piliśmy herbatę wszędzie, do wszystkiego i o każdej porze.  Wpadało się do przyjaciół, znajomych “na herbatkę”. To był jedyny element poczęstunku, na który zawsze można było liczyć.  Wtedy nie bardzo odróżnialiśmy herbatę czarną od zielonej, miętową czy jakąkolwiek inną. Herbata i już! 

Kawa dotarła do Europy dużo wcześniej (XVII wiek) i była napojem elitarnym.  

Za moich czasów, choć wiadomo komuna nas nie rozpieszczała, kawa zaczęła się pokazywać w mieście. Oczywiście nie był to żaden tajemny produkt. W czasach mojej młodości mieliśmy już w Krakowie fajne kawiarnie, przytulne miejsca z dobrymi wyrobami słodkimi, małymi przekąskami i kawą, ale herbata wciąż była królową napojów. Kawiarnie studenckie również oferowały kawę. Zaparzaną po turecku czyli popularnie zwaną “plujką”. Kawa nasypana do szklanki (O Boże, ty nie grzmisz?!! do szklanki!) i zalewana wrzątkiem. Czasem, ale bardzo sporadycznie zdarzało się, że gdzieś już pojawiała się filiżanka.. 

W sklepach było znacznie gorzej. Kawy raczej NIE było. To co nazywano kawą było jakąś ohydną podróbką – kawa zbożowa, kawa Marago, taka polska  kawa rozpuszczalna.. Ale kawa prawdziwa pojawiała się z krajów zachodnich i dzięki coraz częstszym podróżom zagranicznym Polaków była już dostępna coraz częściej.  

Wciąż jednak kawa była artykułem luksusowym, służyła głównie do  “załatwiania” ważnych” trudnych spraw, podziękowań itd. Tak, kawa mogła załatwić wiele..  

Ale muszę się pochwalić, że nasz ślub odbył się w 1974 r. I jednym z prezentów był ekspres do kawy, całkiem nowoczesny i robił bardzo dobrą kawę. Ponieważ po ślubie zamieszkaliśmy w akademiku, więc staliśmy się wielce popularnym pokojem, do którego schodziło się towarzystwo “na KAWĘ” a nie “na herbatkę”. I o dziwo, już wtedy mieliśmy kawę i to całkiem niezłą jak na owe czasy.  Często ktoś jeszcze dorzucał jakieś własne datki, więc ekspres do kawy miał pełne “ręce” roboty. 

Nie mogę sobie przypomnieć jakie mieliśmy wtedy filiżanki, choć jestem bardzo bliska pewności, to były filiżanki typu “duralex”. Dostaliśmy takie naczynia w prezencie ślubnym, były wtedy modne i pamiętam, że były tam też takie ładne zgrabne brązowe przeźroczyste filiżanki ze spodeczkami.  Używaliśmy ten zestaw przez długie lata.

Herbatę piliśmy nadal, wody nie dotykaliśmy, ale coraz częściej podróżowaliśmy zagranicę i bywało, że piliśmy wodę mineralną. Czasem udało nam się trafić na sok pomarańczowy.  W polskich sklepach, głównie w Hortex-ie pojawiały się inne soki jak z czarnej porzeczki, jabłkowy i mieszane. Ale nie kupowaliśmy ich do domu, później sporadycznie bardzo rzadko kupowaliśmy soki dla dzieci.

Kawa natomiast zaczęła powoli wypierać ilość wypijanej herbaty i stawała się w naszym domu napojem równie ważnym jak herbata… Albo ważniejszym.

I nadszedł rok 1990.  Houston. Klimat jakiego nie znaliśmy. Nie, żebym narzekała, ale trzeba przyznać, że nawet najbardziej szczegółowe opisy nie mogły oddać wilgotności tego miejsca, a co za tym idzie konieczności picia wody i nawadniania organizmu. Wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu zobaczyłam jak wielką wagę ludzie przywiązują do picia płynów. No i że wszyscy piją ogromne ilości zwykłej wody z kranu! I ta woda jest dobra! W każdej restauracji pierwsze, co podają na stół, to ogromne ilości zimnej wody z lodem. Mimo to mój organizm nie zmienił swoich upodobań. Przez ponad 33 lata wody nie polubiłam. Piję czasem i trochę, bo.. muszę. Ale nie dlatego, że chcę, lubię i potrzebuję.  

Za to kawa stała się napojem numer 1 w naszym rodzinnym domu. 

I tu właśnie rozpocznie się właściwa historyjka o kawowych “instrumentach” mojego domowego kącika. Wstęp był, owszem, przydługi, ale musiał być,  bo inaczej nie można byłoby odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule. 

Niektórzy ludzie malują piękne obrazy i oddają w nich to, co jest istotą ich myśli i marzeń. Czymś ważnym. Bez słów. I te ważne momenty bywają czasem bardzo  ulotne, niezauważalne dla innych. A nam się wydają warte zapamiętania i uwiecznienia. Pozostawienia po nich śladu. 

Ludzie mają różne sposoby przekazywania pamięci. Zdjęcia, pamiętniki, przesyłanie kartek z cytatami, które tylko ten jeden jedyny odbiorca zrozumie. Inni piszą wiersze, jeszcze inni piszą powieści, blogi, listy.  Są i tacy, którzy swe ulotne piękne chwile zamykają w muzyce, w malarstwie… Jeśli bardzo chcesz, by pozostawić po sobie ślad – znajdziesz sposób. I to będzie twój sposób! Nie obiecuję, że ktoś na pewno zwróci na to uwagę, bo tego nie możemy być pewni. Ale dajemy szansę sobie i innym na ocalenie naszych myśli, emocji, skrawka naszego istnienia.

Pierwsze komplety naczyń w naszym amerykańskim domu. Ten górny, to prezent od moich przyjaciółek na 50-te urodziny.

Od pierwszego dnia w Houston kawa stała się podstawowym elementem, od którego zaczynał się każdy dzień. Tak wiem! Nie jest to nic wyjątkowego i nie jestem w tym oryginalna. Ale – mimo, że w Ameryce oczarowało mnie wiele rzeczy i naturalnym było, że wiele elementów codziennego życia dość szybko przyswoiliśmy sobie, to kawy amerykańskiej i sposobu jej picia NIE! W domu jednak szybko pojawiły się zestawy śniadaniowe i obiadowe a wraz z nimi amerykańskie filiżanki do kawy!

Kawa jest tu wszędzie, a przede wszystkim w każdej pracy, w każdej poczekalni lekarskiej, dentystycznej, prawniczej itd. Duża lub mniejsza maszyna. Kawa w ogromnych ilościach, bardzo słaba (według mnie po prostu lura). Ale wcale mnie to nie dziwi, bo Amerykanie piją kawę cały dzień. Od rana do nocy. W kubkach plastikowych, styropianowych albo w dużych grubych kubkach, które na stałe mają “przypisane” do siebie w miejscu pracy. To była pierwsza rzecz, która mnie do takiej kawy zniechęciła. 

Nie znoszę kawy w kubkach!! Choćby miały najwymyślniejsze najbardziej sympatycznie dedykowane napisy. Owszem, doceniam napisy i chętnie je trzymam z tego powodu, ale NIE dla kawy! No i ta kawa tak “cienka”.. 

Dawno temu, gdy kupowałam i robiłam w pracy kawę (tylko dla nas – personelu ) pewnego dnia dziewczyny poprosiły mnie, żebym nie robiła kawy, bo jest… stanowczo za mocna! A ja wciąż starałam się tam robić dobrą, ale nie za mocną… 

Za to kupiłam dla siebie filiżankę dość dużą, a wszystkie dziewczyny miały kubki. W ten sposób nikt nie dotykał mojego jedynego personalnego naczynia. 

W domu – przez 33 lata mój kawowy kącik zmieniał swój wygląd.  Najpierw był express z naczyniem szklanym na 10-12 kaw, który działał bardzo dobrze i pozwalał wybierać jak mocną kawę chcemy, ale mleko trzeba było robić osobno (lekko podgrzewać) no i nie mieliśmy jeszcze wtedy maszyny do spieniania mleka. A ja uwielbiam cappuccino.  Potem przewinęły się inne expresy, inne sposoby parzenia kawy.

Aż wreszcie kilka lat temu kupiliśmy maszynę KEURIG i kawy porcjowane. Wbrew pozorom jest ich ogromny wybór. Po miesiącach testowania wybraliśmy kilka, które nam pasowały i najpierw tylko takie używaliśmy, a teraz wracamy do nich od czasu do czasu. Wszystko dlatego, że od kilku lat mamy maszynę NESPRESSO połączoną z częścią do spieniania mleka i ja osobiście uwielbiam tę “kawiarkę” Wiem, że już jest co najmniej kilka nowszych generacji i bardziej skomplikowanych , usprawnionych, ale nasza spisuje się bardzo dobrze i nic więcej mi na razie nie potrzeba. Kawę zamawiam z tej samej firmy Nespresso  przez internet, w kilku wariantach wielkości, mocy kawy, rodzaju kawy i to jest mój kawowy świat. 

Picie kawy trzeba celebrować! Na kawę i dla kawy trzeba mieć czas. Nigdy tego czasu nie miałam. Kawa zawsze była ostatnią rzeczą, którą łapało się w pośpiechu, tuż przed wyjściem z domu. Kawę trzeba było wypić, ale nigdy na nią i dla niej nie było czasu. W pracy, gdy jeszcze pracowałam w szkole, w czasie przerwy zalewaliśmy kawę (plujkę oczywiście!) wrzątkiem i zanim naprawdę dobrze się zaparzyła już był dzwonek oznajmiający początek kolejnej lekcji. Z czasem, mając swoją własną polonistyczną pracownię zrobiłam sobie mały kącik kawowy i tam zaparzałam kawę, którą piłam w czasie prowadzonej lekcji. Może i było to nielegalne, ale praktykowane przez wielu nauczycieli i nikt na szczęście się do tego nie czepiał. No i dzięki temu kawa była przynajmniej ciepła. 

Mój najlepszy kącik w domu !

Teraz, od wielu lat kawa ma swoje własne miejsce w moim życiu. Najpierw to najważniejsze – poranne. Spokojne. Po prysznicu, wciąż na luzie (no, czasem bywają szybsze poranki, ale bardzo staram się żeby to nie zdarzało się zbyt często) idę do kuchni. Podchodzę do mojego kącika kawowego.  Dziś już mam zgromadzoną całą kolekcję kolorowych (oczywiście!) filiżanek i patrzę na nie w nastroju mojego poranka. Czy mam ochotę na spokojny jasny niebieski kolor czy nieco bardziej wyrazisty ciemniejszy? Czy może słoneczny żółty lub pomarańczowy, ciepły i jaskrawy budzi mnie dziś do życia? A może ciemny granat – uspokaja i wycisza?.. Biały – rzadko… Pośrodku wisi filiżanka dodana niedawno. Prezent od gościa z Polski. Wielkością bardzo pasuje do mojej kolekcji, za to jest wielokolorowa, bardzo krakowska i ożywia jednolity kolor pozostałych filiżanek. Co kilka dni ta właśnie filiżanka jest wyznacznikiem mojego porannego nastroju i tę wybieram. 

Ale to nie koniec. Może to dziwne, ale mój sposób podania kawy (głównie dla mnie samej, ale także dla mojej przyjaciółki Ani) która poznała moje wymysły i świetnie się w nie wpisała, może wydawać się dziwny – ale dobrze działa. 🙂.

Ponieważ moje filiżanki są dokładnie na ilość kawy, którą robi maszyna, a ja dodaję do niej kropelkę “Kahlua” do smaku, spienione mleko i troszkę cynamonu (modny dziś kardamon nie bardzo mi smakuje), więc żeby można było pić ją komfortowo robię ją dodatkowo w drugiej malutkiej filiżance, która jest jakby kontynuacją tej porcji.  (Takie: Mama i Baby.. ładne skojarzenie, prawda?)  

Rysunki czeskiego artysty Alfonsa Muchy na naszych filiżankach

Te dwie małe filiżanki mają też swoją piękną historię. Są dla mnie bardzo ważne.  Są prezentem od naszych krakowskich Aniołów i pochodzą z firmowego sklepu artykułów z kopiami malunków słynnego czeskiego malarza i artysty-grafika przełomu XIX i XX wieku, Alfonsa MUCHY.  Będąc kiedyś na wycieczce z Aniołami w Pradze byliśmy w jego muzeum i oglądaliśmy wiele jego prac. Kiedy w Krakowie powstał taki sklep, Anioły nasze kochane zadbały, byśmy my Muchy mieli kilka ciekawych i miłych akcesoriów związanych z artystą, Alfonsem Mucha!  Tak więc mamy filiżanki do kawy (w codziennym użyciu!) i trzy ładne miseczki na czekoladki, ciasteczka – dodatek do kawy. 

Moja kawa jest zawsze ze spienionym pięknie uformowanym mlekiem i dodatkiem szczypty cynamonu (czasem czekolady). Chyba, że nachodzi mnie ochota na małą bardzo mocną kawę.

Kolorowe espresso

Double Espresso. Wtedy zmieniam filiżanki na inną kolekcję, także krakowską. Kupiłam ją wiele lat temu, gdy w Krakowie powstał sklep o ładnej filmowej nazwie “Pożegnanie z Afryką”.  Właściwie to była urokliwa kawiarnia z niesamowitym wyborem różnych kaw, świetnie zaparzanych i pięknie podawanych, na stolikach z beczek  i w afrykańskiej atmosferze. Wtedy można było kupić tam też różne nietypowe kawy i filiżanki. Kupiłam, dowiozłam do Houston  i od tego czasu ciągle służą mi tutaj. Bardzo je lubię. 

Filiżanki greckie

A obok – dwie filiżanki, które dostaliśmy w Gdańsku w 2021 roku od cioci Lili, wyciągnięte z naprawdę imponujących zbiorów. Z ładnym wzorem greckim i złoceniami z 24-karatowego złota. Cenna pamiątka.  Ciocia za kilka dni miała obchodzić swoje 90-te urodziny, była pełna radości i chęci przekazywania nam rodzinnych opowieści. I oczywiście ogromne ilości sernika, jagodzianek i innych polskich słodkości.

Mam też kolorowe filiżanki, przywiezione z Polski, w czasach gdy nie było takich ograniczeń “kilogramowych” o nowoczesnych wzorach, takie jak lubię. Niestety, jedna już się rozbiła. Obok tych filiżanek stoi sobie jeszcze, trochę podobna kolorem, ale w kształcie zupełnie inna. Za to w moim ulubionym kolorze, jaskrawo-seledynowym. Dostałam ją dawno temu, od dziewczyny, z którą pracowałam u dr ortodonty-chirurga (bo i tam mnie na jakiś czas życie rzuciło).  Była to dziwna, ale bardzo sympatyczna relacja. Utrzymywałyśmy ją tylko w pracy, ale naprawdę polubiłyśmy się. Nigdy potem już jej nie spotkałam. Pozostała mi tylko ta filiżanka – wspomnienie.  

Filiżanki „Mateuszowe” Moja ta od lewej 😀

Gdy odwiedziłam Polskę w 2019 roku wybrałyśmy się z moją przyjaciółką Łucją do Sandomierza. Byłam wtedy na etapie oglądania niektórych odcinków serialowych  “Ojca Mateusza” i miło było zobaczyć Sandomierz, miejsce akcji filmu a zarazem bardzo ładne miasteczko, które znałam tylko ze słyszenia. Okazało się, że jest tam filmowy sklep i na pamiątkę naszego pobytu kupiłam sobie oczywiście filiżankę z nadrukiem tytułowym, a Łucja dokupiła drugą dla mojego męża. Teraz od czasu do czasu w niedzielny poranek wracam filiżankowym sposobem do wspomnień z wycieczki do Sandomierza i nie tylko. To była nasz “babski” relaksowy wypad do spa, na długie wspólne wieczory, na nasze pogaduszki w miejsca, których ani nie pamiętałam, ani nie znałam z moich czasów młodości.  A filiżanki z Sandomierza są jednym ze wspomnień z tej podróży. 

Ulubione kubki kawowe mojego męża

W kuchni , obok mojego kącika kawowego, gdzie nad maszyną NESPRESSO wiszą “dzienne filiżanki” – jak je zwykłam nazywać, a nieco niżej leżą kawy tej samej firmy, wiszą też KUBKI kawowe mojego męża. Tak, tak!  Nie ma pomyłki, bo mój mąż odwrotnie niż ja – używa kubków na kawę. Ale tylko dwóch. Przynajmniej w domu. Dwóch ulubionych i ważnych. Jeden jest prezentem urodzinowym od wymienionych już wyżej Aniołów na jego 70 urodziny i jest ważny, bo został wymyślony i zrobiony przez nich w Polsce i ma dwie ważne informacje: z jednej strony herb Krakowa i rok 1951 a po przeciwnej stronie znak NASA i rok 2021 a pośrodku imię Wacek i liczbę 70.  Czyli jest  bardzo urodzinowy, pamiątkowy i ma swoje wyjątkowe miejsce! Drugi kubek ma też swoja historię, bo został “podmieniony” za kubek, który się rozbił (zupełnie nie mogę przypomnieć sobie dlaczego on był taki istotny!!?..) ale wiem na pewno, że te damskie super wysokie szpilki całkowicie rekompensują stratę tamtego kubka. I tu też zadziałały Anioły…

Ostatni prezent od mojej Beatki

A jak już rozglądniecie się po kuchni, bo bardzo macie ochotę na dobrą kawę, to zobaczycie jeszcze dwie małe niepozorne filiżanki – jedna stoi sobie samotnie z napisem LIMA, kupiona w Starbucks-ie.  Jest dla mnie bardzo ważna, bo chyba ostatni prezent jaki dostałam od Beatki, który przywiozła mi z wycieczki do Peru. Była już wtedy po wypadku, po wszystkich operacjach, rehabilitacjach i jeszcze raz wraz z koleżanką pojechała na zorganizowaną grupową wycieczkę. To było trudne doświadczenie, miała duże trudności z wytrzymaniem tempa wycieczki, dostosowaniem się do regulaminu, zainteresowaniem się programem. 

Zapomniała o prezentach, które zawsze kupowała najbliższym, ale w jakiś magiczny sposób przypomniała sobie o mnie już na lotnisku, wpadła do Starbucksa i kupiła tę filiżankę.  A ja – do dziś z sentymentem i miłością piję od czasu do czasu w niej małą czarną…

I jeszcze – ostatnia “zdobycz” z 2022. Mały ryneczek w krakowskiej dzielnicy Kazimierz. W „budach” trochę stylizowanych żydowskie kramiki sprzed ponad wieku, gdzie na stołach rozłożone były różne ciekawe i smakowite rzeczy – od słodyczy (ach, ta chałwa!!) wyrobów drewnianych, metalowych do biżuterii, zabawek… Artyści, którzy opowiadali o swoich pracach, a ja po prostu COŚ musiałam kupić 🙂. Kupiłam więc – dwie filiżanki połączone jednym ciekawym w kształcie talerzykiem. Małe – żeby łatwo przewieźć. Coś – żeby mieć wspomnienie z tego miejsca, w domu w Houston. Niestety, niedawno wypadła mi z ręki filiżanka i została już tylko jedna..  A parka wyglądała tak ładnie i…nietypowo. 

Kawowa filiżanka Ani W.

A na koniec dodam, że do historii “naszych” filiżanek dołączę śliczną wielokolorową, prosto z brytyjskiego sklepu – filiżankę Ani W., której to filiżance (a nie Przyjaciółce) nie mogłam się oprzeć, więc teraz ona też ma kawowe poranne (i nie tylko) własne cudo i może zacząć swoją kolekcję 🙂.

Od herbaty zaczęłam tę opowiastkę. I od niemal “zamierzchłych” czasów. 

Mimo, że balans smaków napojów w naszym domów się zmienił, to mamy wciąż kubki (na herbatę) i mamy herbatę.  Nie jestem smakoszem, nie jestem fun-en, ale zdarza mi się chcieć herbaty!  Bywa, że jest zimny dzień w Houston (pewnie nie wierzycie, ale tak się zdarza!), że boli mnie żołądek albo, albo.. 

I herbata na chwilę wraca do łask. 

Mam w domu herbatę czarną, ale jej nie lubię. Za to lubię herbatki owocowe, najbardziej malinową i cytrynową. 

I mam kubki, które też mają swoją historię, bo jakże by inaczej 🙂.

Ten od lewej więc to najnowszy – prezent od mojej najwierniejszej czytelniczki blogowej, Grażynki B.  nawiązujący do wpisu o “Alicji z Krainy Czarów” – poznajecie? Drugi – to kubek od koleżanek, który dostałam w dniu emerytalnego party, z napisem “ Today has been cancelled. Go back to bed”.  Trzeci – ma jeden z nieprzyzwoitych żarcików krakowskiego grafika, Andrzeja Mleczki (uwielbiam go!). Czwarty- jakaś (chyba 61) ekspedycja z NASA – a jakże! A ostatni – świąteczny, taki się zawsze w kolekcji garnuszków zaplącze… 🙂  

Macie takie?.. U mnie jakoś przetrwały 😂

W domu, zupełnie NIE wiem jakim sposobem zachował się dzbanek do herbaty wraz z cukierniczką i dzbanuszkiem do śmietanki. A może to kawowy zestaw? Choć na moje oko – jednak herbaciany.. 

I czajniczek (daję słowo, że przytargany z Polski, z naszego pierwszego domu! Mieliśmy jeszcze filiżanki biało-czarne, talerzyki i talerzyki do ciasta). Bardzo je kiedyś lubiłam, ale to tak jakby to było w innym życiu…

A teraz, by zamknąć już całą kawową i herbacianą opowieść, zasunąć szklane drzwiczki kredensu – jeszcze dwie filiżanki.. Te już naprawdę najstarsze jakie mam w swoim domu. Nie wiem ile mają lat, jak przetrwały i skąd się wzięły. Wiem, że dużo większy komplet, a właściwie dwa różne znajdowały się w serwantce moich rodziców i pochodziły z domu dziadków ze strony Taty. Czy to oni byli pierwszymi właścicielami? Nie wiem. Ile lat mają mieć te filiżanki, także nie wiem.  Skoro ja pamiętam je z domu rodzinnego już jako pamiątkę, to mogą mieć nawet około stu lat.  Pochodzą z Chin (i to nie tych współczesnych 🙂). 

Ta większa jest filiżanka herbaciana, ta mniejsza wygląda na kawową. 

Tyle mi pozostało. Myślę, że ktoś z naszej rodziny ma jeszcze część tego kompletu. 

Czy ja nie mówiłam, że każda filiżanka ma swoja duszę i własną historię?  

*****************

Mam nadzieję, że czytając ten wpis raczyliście się dobrą mocną kawą, może czarną albo z delikatną śmietanką lub ze spienionym mlekiem posypanym cynamonem lub czekoladą  w wybranej tylko dla siebie filiżance. 

No, ewentualnie… herbatką! 😃


BACK

15 myśli na temat “Herbatka czy filiżanka kawy? 

  1. Kawa. Moja miłość 🙂 A jeszcze najlepiej w ulubionym kubku. Kiedyś jej nie lubiłam ale od czasu gdy zaczęłam pracę wieczorami stała mi się bliższa. A co do płynów? Wydaje mi się że to zależy od charakteru. Ja dużo pije wody. Moja siostra z kolei mogłaby wypić jedną herbatę a potem przez cały dzień już nic. Śmieje się z niej że ja na jej miejscu bym się chyba wysuszyła 🙂

    Ps. Przypadkiem natrafiłam na bloga. Zainteresowało mnie zdjęcie kawy w eleganckiej filiżance 🙂

    Polubienie

    1. Dziękuję za „wypicie kawy” ze mną a raczej z nami, bo jak widać dużo nas tu przy tej kawie (czy herbacie) się spotkało. Ja z tych co siostra, wody nie lubię 😀 i pewnie też się”wysuszam. Na szczęście jest kawa i całkiem dobrze da się z tym żyć.
      p.s. Tak, jestem trochę maniaczką filiżankową, własnie dziś natrafiłam (dokupiłam) śliczną filiżankę w polskie maki! ( i to tutaj, w Houston!)
      Zapraszam do zaglądania do innych wpisów!

      Polubione przez 1 osoba

  2. Ja myślę, że kubek to jakby „gorsza” odmiana tego, so często było garnuszkiem. Duży był garnek, taki do gotowania, a mały, taki akurat na jakiś napój dla niemowlaka, dokładnie naśladujący kształt garnka – to garnuszek. Wygodny, bo miał ucho, więc jak filiżanka. Ale do kawy musiała być najpierw szklanka, a potem zdecydowanie filiżanka.
    W domu i w pracy piję kawę z garnuszka. Różnych garnuszków. Kiedyś nałogowo oddawałem krew i po dziewiątym galonie dostałem upominek w postaci garnuszka, dużego garnuszka z napisem potwierdzającym ten mój nałóg. Ale wkrótce później sekraterka (przepraszam, to politycznie niepoprawe, więc lepiej koordynator działu) przywiozła mi pięknie ozdobiony rycinami garnuszek z Saratowa w Rosji. Teraz piję kawę to z jednego, to z drugiego, trzymając ten akurat drugi na wypadek, gdyby mnie odwiedził ktoś w pracy i też chciał kawy. I goście zawsze są pełni zachwytu.
    A w domu mam te dwa, o których piszesz, Malgosiu. Ten urodzinowy i ten z butami. Ten z butami znalazłem w bagażu przed odlotem z Krakowa do Houston po spędzeniu przeze mnie wieczora i króciutkiej nocy włąśnie u wspomnianych Aniołów. Christian Louboutin, słynny z zaprojektowania i produkcji takich butów, umieścił jedną parę, dosyć seksownie wyglądających damskich szpilek na wielu produktach reklamowych, w tym na moim garnuszku na kawę. Jest to taki filiżanko-garnuszek, bo ma wykręcone górne krawędzie na kształt wielu typów filiżanek. Ale dlaczego Aniołowie mi go dali? Bo opowiadałem o moim poprzednim garnuszku, który uległ śmiertelemu wypadkowi. Był to garnuszek przedstawiający zachwycającą pól-nagą kobietę, portret Edwarda Munka znany jako Madonna. Podarowali mi go nasi przyjaciele z Norwegii w podziękowaniu za gościnę w Houston. Piłem kawę tylko z niego. I w ramach impresji wywołanych przez moją opowieść Aniołowie podarowali mi ten garnuszek z butami Loubotina. Wielkie dzięki jednym i drugim. A o pięknie obrazu Madonny może Wam opowie Marek K., który zupełnie niedawno był w Oslo i odwiedził muzeum E. Munka.
    I na zakończenie jeszcze podziękowania dla Beatki. Wtedy, na koniec swojej wycieczki do Peru kupiła dla nas dwie piękne filiżanki na espresso, jeden z napisem Lima (na zdjęciu) a drugi a napisem Peru. Nie mieliśmy problemu z przydzieleniem sobie tych filiżanek: Lima poszła oczywiście do Małgosi, a Peru do mnie. Los Peru był taki jak los Madonny.
    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jeśli ktoś przeczyta twój komentarz to szybko zorientuje się jak wiele w nim dostał wiadomości od historii garnka do garnuszka , od Christiana Louboutin do Edwarda Munka i jeszcze o Madonnie, Limie, Peru, o naszych wspólnych przyjaciołach Marku i Aniołach.. Mój brat powiedział, ze temat tego wpisu jest banalny. I może jest, ale każdy kto dołożył swoje kilka myśli do tego wpisu, dołączył coś niebanalnego. Cos ważnego dla niego! Bo ta wspólna kawa czy herbatka poruszyła w nas rożne myśli, wspomnienia, powiedzonka, tęsknoty – takie „macki” które dodają smaku naszemu życiu, wzbogacają je, czynią je własnie NIEBANALNE.
      Ludzi łączy zazwyczaj prosty gest, czasem słowo. Niekoniecznie wielkie sprawy i wydarzenia dziejowe.
      Jeśli umiemy to zauważyć to znaczy, że posiadamy dar doceniania życia. Bo tak naprawdę liczy się moment, prostota, zwyczajność. A nie wielka bufonada.
      Sprawia mi to wielka przyjemność ze ty i kilka innych osób postrzega przyjemność chwil życia podobnie jak ja. 😀
      Zacznij pisać książkę. Ania się pomyliła. To ty powinieneś pisać – nie ja.!

      Polubienie

    2. Edvard Munch. Co za postac. Jego kontrowersyjna tworczosc a Madonna to tylko jeden z przykladow jest zarazem tak pelna zrozumienia czlowieka I jego uczuc . Ale pozostaja ludzie, dla ktorych jest nie do zaakceptowaniaia. Kuzyni mojej norweskiej przyjaciolki odmawiaja wizyty w jego muzeum. Munch I Gustav Wigeland t o moi ulubieni norwescy artyisci. Zobaczcie sami . Jak pieknie mozna przedstawic czlowieka.
      Marek

      Polubione przez 1 osoba

      1. Wiesz jak to jest- o gustach się nie dyskutuje! Ilu ludzi, tyle gustów rożnych! I bardzo dobrze, bo dzięki temu świat jest piękny i różnorodny. Już w tej małej dyskusji widać ile różnych spraw dotknęliśmy i w jak różne sposoby. Myślę, ze niewielu ludzi zna twórczość Munka. Na pewno dużo więcej zna postać Madonny.😄 A wszystko wypłynęło przy okazji pogadania przy – o – filiżance kawy i herbaty!
        dzięki za głos !!

        Polubienie

        1. Tak Malgosiu – degustibus non disisputandum . Niemniej jednak zbyt wiele osob podejmuje decyzje oceny sztuki pochopnie . Uprzedzenia , religia , pruderia.

          Polubienie

  3. Moja młodość przypadła na koniec peerelu oraz początek nowego ustroju. Choć nowości przybywało to zwyczaje w zakresie konsumpcji napojów zmieniały się powoli.

    Na co dzień herbata była serwowana w zwyczajnych szklankach osadzonych w metalowych koszyczkach. Jak dobrze kojarzę to smakowała wszędzie bardzo podobnie. Jedni patrzyli mocną, drudzy słabą. Sporo ludzi słodzidło. Niektórzy robili z napoju lukier. Herbata Yunan zwana również zagraniczną była zarezerwowana na specjalne okazje. Jej smak oraz aromat zdecydowanie odbiegały od tego co było na co dzień.

    Niekiedy przyjeżdżała do nas rodzina zza wschodniej granicy. Niektórzy z nich pili koło południa tak zwany czaj. Super mocna herbata która stawiała człowieka na nogi. Efekt jak po wypiciu kilku filiżanek mocnej kawy. Dla mnie to coś było nie do przełknięcia.

    Kawę piło się u nas od okazji do okazji. Ta ze sklepów społem nie cieszyła się powodzeniem. Najpierw z zachodu przywożono kawę rozpuszczalną. Potem zagościły ekspresy przelewowe oraz kawa sypana. Dostępność takich produktów oraz ich cena czyniły z nich dobro zarezerwowane na specjalne okazje.

    Wodę faktycznie mało kto pił. Chyba, że z czajnika. Sąsiad mawiał nawet “wodę to koń pije”.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Powiedzonka o „koniu” nie znałam 😂 ale faktycznie u nas też nigdy nie piło się wody ani nie oferowało się nikomu „szklanki wody”. Po tym wpisie czuje się jakbym usiadła właśnie przy filiżance kawy czy herbacie, by pogadać o starych czasach. Fajne uczucie!
      Dziękuję za odzew!

      Polubienie

  4. Mieszaliśmy w na obrzeżach miasta więc mleko w kankach było rozwożone przez rolników. Zamawiało się u nich biały ser, masło i śmietanę. Mamusia gotowała nam zacierkę na mleku, kluski lanę no i inne zupy pleczne. Mleko piliśmy do placków ziemniaczanych. Wodę kranówkę piliśmy i jak widać dożyłam do dziś. Latem obowiązkowo lemoniada domowa i kwas chlebowy. Maślankę natomiast wypijaliśmy zagryzając świeżo upieczonym chlebem. Jeśli chodzi o kawę, Mój Tatuś pił ją litrami w w zależności od pory dnia w kubku lub filiżance. Pierwszą w swoim życiu kawę próbowałam wypić w wieku 17-18 lat. Ni posmakowała. Po maturze już piłam kilka kaw dziennie. Hebaty zawsze piliśmy w moim rodzinnym domu i póżniej w moim domu jedynie zimą na rozgrzanie się. Dawniej nie było takiego wyboru kaw, herbat, soków itp.
    W moim nowym domu miałam do kawy filiżankę i tylko jej używałam do herbaty kiedyś szklanki z koszyczkami, w późniejszym czasie szklane kubki. Filiżankę (została jedyna z kompletu) jeszcze mam Polsce. Za każdym razem jak jestem w Polsce chcę ją zabrać ze sobą ale…tutaj jest inne życie, boję się, że jeśli będzie tutaj to sentyment do niej się ulotni. Kiedyś jak dobrze pamiętam niebyło wielkiego wyboru kubków, filiżanek, królowały szklanki. Cas podąża do przodu a to co było jest już historią do której mamy wyjątkowy sentyment bo żyliśmy w czasach przemian. Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jakie to miłe, że filiżanka kawy czy herbaty ma także wiele do opowiedzenia historii z życia innych ludzi! Czasem najprostsze, zwykłe drobiazgi poruszają w nas tyle wspomnień. Cieszę się, że moja filiżanka kawy wtargnęła i w twoje wspomnienia. Trochę podobne a przecież inne- własne. Osobiste.
      Fajnie jest mieć dawny świat, o którym można pogadać przy herbatce czy kawie!😀

      Polubione przez 1 osoba

          1. Komu kawa? Komu herbata? A komu płaszcz?
            A więc… kawy nie pije, herbaty nie pije, więc czas do wyjścia😀
            Nie nigdy nie trafił się taki odważny aby poprosić na wierzchnie (chyba tak się kiedyś mówiło) nakrycie.
            Inny region kraju polskiego, inne żarty i inne poczucie humoru.
            Pozdrawiam
            Zatęskniłam jednak za swoją filiżanką😔

            Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi