Ułamek prawdy o strachu

                                           

31 maja 2023 

Czy się boję? Boje się każdego dnia, każdej chwili. Wszyscy się boimy choroby, śmierci. Szczególnie tej nagłej i w starszym wieku. Ale staram się o tym nie myśleć. Bo inaczej nie mogłabym żyć normalnie. Każdy człowiek wie, że śmierć jest częścią naszego życia i że nikt się nie wywinie spod jej “kosy”. 

Ale wiedzieć a myśleć o tym, wpadać w dołki depresji, poddawać się panice – to już zupełnie coś innego. 

Na szczęście świat jest tak mądrze skonstruowany, że od urodzenia zawsze coś wokół nas się dzieje. Jesteśmy zajęci. Jesteśmy w ciągłym ruchu. Im większym tym lepiej. Pomiędzy dziesiątkami obowiązków, nauką, pracą, przyjemnościami, wyzwaniami i trudnościami każdego dnia, nie mamy czasu na zastanawianie się nad śmiercią. Jeśli dopada nas nieplanowana i nieoczekiwana wśród najbliższych, zaskakuje nas potężnie i wtedy, niestety, musimy zmierzyć się z problemem.  

Boli! Boli bardzo i w różny sposób. Pozostawia ślady, doświadczenia, ale wciąż to problem odległy, jakby trochę… “nie nasz”.

Natura jest sprawiedliwa. Natura dba, byśmy zostali obdarowani wszystkimi możliwymi uczuciami i doznaniami.

Nie! Nie powiedziałam, że równo! Tego nikt nam nie obiecywał!  Często doznajemy uczucia, że inni mają lepiej i więcej, że są szczęśliwsi niż my.  Choć tak bardzo się staramy, pracujemy, to nie osiągamy tego, co mają inni. To nieprawda. To co widzimy, to tylko wycinek obrazu, który obserwujemy i notujemy w swojej głowie.  Każdy “niesie swój krzyż” – mówi popularne powiedzenie i nie wierzcie, że istnieje człowiek, któremu wszystko udaje się szczęśliwie.  

Moja przyjaciółka ma takie powiedzonko: “Każdy ma swojego mola”. Mól czy krzyż – obojętnie jak to nazwiemy. Kiedyś zawsze dopada nas czas, gdy gryzie mól albo zmagamy się z ciężarem krzyża. 

Nasza psychika świetnie dostosowuje się do walki z takimi momentami. Życie jest jak sinusoida – raz w górę a raz w dół. I znów i znów. Raz bardzo wysoko a innym razem głęboki dołek. Czasami tak głęboki, że nie potrafimy wydostać się z tego dołka sami. Wołamy o pomoc. Albo gubimy się i jest źle.. Kryzysy i fatalne efekty.  Zwycięstwa i radości powrotu… 

Mijają lata.  To co kiedyś było tragedią, dziś jest tylko mgiełką przykrego wspomnienia.  Albo doświadczeniem, które – przeciwnie – chcemy pamiętać, bo daje nam siłę do trzymania się w pionie i stąpania twardo po prostej drodze. 

Strach. Kto nie zna takiego uczucia? A jednak.. Strach jest różny. Strach bólu fizycznego nie jest taki sam jak strach cierpienia psychicznego, zadanego przez najbliższą osobę. Nie porównuję, który ból jest trudniejszy do zniesienia. Po prostu nie wiem!  Nie wyobrażam sobie jak można wytrzymać ból wyrywania paznokci czy bicia, katowania fizycznego. Nie mam o tym pojęcia. Przeczytalam ogrom książek opisujących setki takich bólów i wciąż zastanawiam się jak autorzy mogli to wiedzieć? Wyobraźnia czy wywiady, rozmowy z tymi, co tego doświadczyli?  Własne doświadczenia? Te ostatnie raczej nie, bo w większości to autorzy wsþółcześni, którzy chyba takich fizycznych doznań nie przeżyli.  Z drugiej strony – wszędzie wokół nas ludzie codziennie doświadczają przemocy domowej, także fizycznej więc zadawanie bólu drugiemu czlowiekowi istnieje na wyciągnięcie ręki.  Przemoc to także molestowanie psychiczne, którego można nie zauważyć latami, choćby się działo tuż obok nas.  

Bywa, że zło mija. Mozolnie podnosimy się i wychodzimy z dołka. Układamy sobie życie. Uśmiechamy się. Jest dobrze. Ale strach wciąż w nas pozostaje. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że nigdy do końca nie uwolniliśmy się od niego. 

Atakuje nas w najbardziej nieoczekiwanym miejscu i czasie. Człowiek zdrowy silny, w jednym momencie staje się przebitym balonikiem, z którego uszło powietrze, choć przecież nie miało prawa!  Każdy strach jest siłą niszczącą. Niezależnie od wieku i od przyczyny.  Strach jest ludzkim uczuciem. Także strach przed śmiercią.  

Cierpienie bliskich nam ludzi budzi w nas strach – strach ich fizycznego cierpienia i nieuchronnej śmierci.  Może jeszcze nie dziś i nie jutro. Ale kiedy wkraczamy w wiek  “smugi cienia” (podoba mi się to oficjalno-delikatne określenie dla ludzi starszych, po 60-ce) naturalnym jest, że o tym myślimy. Jedni potrafią traktować to ironicznie, drudzy – z paniką, jeszcze inni – filozoficznie. Są tacy, którzy wpadają w sferę rozmyślań religijnych i tam znajdują miejsce do rozwiązywania i układania swoich wątpliwości. Jeszcze inni nie chcą niczego układać, wolą nadrabiać to, czego nie zdążyli w życiu zrobić – podróżują, czytają, malują i nie chcą pozwolić sobie na żadne rozważania o strachu i wizji końca. Nie mają na to odwagi. 

Stadium obrony. Obrony przed cierpieniem. Własna mała filozofia. Bo każdy z nas jakąś ma. Wiadomo, że najlepiej umrzeć we śnie jak królewna Śnieżka, bo wtedy nic nas nie będzie bolało i może jeszcze znajdzie się jakiś królewicz, co magicznym pocałunkiem przywróci nam życie. 🙂  Bywa, że tak ludzie umierają.

Wszystko to co teraz piszę, to moje smutne przypuszczenia.  Tak naprawdę nie wiem, jaka jest bariera prawdy i bezpieczeństwa pomiędzy zdrową jeszcze myślącą głową, a już tą chorą zmaltretowaną bólem, jeszcze czującą, ale już tą, która nie do końca wie, jaka decyzja będzie dla niej najlepsza…

Ale najczęściej ludzie starsi chorują, cierpią. I to cierpienie odziera ich z godności i szacunku. Ból niszczy nas, nie panujemy nad sobą, cierpienie wykrzywia nasz obraz, nie chcemy takimi pozostać w pamięci najbliższych. Ale już nie mamy na to wpływu. Często nie decydujemy o sobie. Nie mamy siły, jesteśmy zdezorientowani, nie rozumiemy co się z nami dzieje. Jesteśmy zdani na tych, którzy zadecydują za nas…

Nasza przyjaciółka jest bardzo chora. Moja znajoma bardzo cierpi.

Moja kochana przyjaciółka  straciła “siebie” i stała się inną osobą…

Jak to mówią – trochę popularnie i trochę ironicznie: biorą “z naszej półki”.  Wiem. Tragedie dzieją się każdego dnia. Ludzie umierają. Ludzie też chorują, walczą i zdrowieją.  

Wszystko to wiem ja i wiesz Ty. Tak trwa życie… Ale to nie zmniejsza mojego strachu i mojego bólu. 

Miałam cztery może pięć lat, kiedy uległam wypadkowi, gdy jechałam na motorze z tatą.  Było lato, wakacje. Pamiętam, że tata trzymał mnie z przodu, przed sobą. Nie wiem, gdzie jechaliśmy, jak długo i jak daleko. Pewnie to nie była żadna wielka wyprawa. Nie mam pojęcia co się zdarzyło. Nie pamiętam żadnego zderzenia ani upadku. Pamiętam pobyt w szpitalu, gdzieś poza Krakowem. Może to były Myślenice? Miałam przy łóżku blog kartek papieru i dostałam od Mamy pudełko kolorowych kredek. Malowałam dużo obrazków, na wszystkich kolorowe tęcze i słoneczka. A może tylko mi się tak wydawało? W każdym razie tyle zostało mi w pamięci. Potem już zawsze bardzo bałam się motorów.  

Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, on kupił sobie skuter marki “Osa”.  To był szał motoryzacyjny tamtych czasów szczególnie dla młodych ludzi. Był zachwycony, ale z tym skuterem ciągle były problemy i wiecznie trzeba było coś tam naprawiać. Wacek miał też bliskiego kolegę, który posiadał motor. Taki prawdziwy, duży ciężki i okropnie głośny. W którąś ładną pogodowo sobotę chłopcy postanowili, że pojedziemy na motorową wycieczkę, my na skuterze i kolega na swoim wściekłym potworze. To miała być krótka trasa do Porąbki koło Sosnowca, nad Zalew czy coś takiego (nie miałam najmniejszego przebłysku, że kiedyś będę tam w pobliżu mieszkać.🙂 Oczywiście, motor szalonego kolegi wyprzedzał nas  co chwilę a nasza „Osa” prychała, stawała, wciąż mieliśmy z nią jakieś kłopoty. Na kolejnym postoju kolega zaproponował, żebym przesiadła się i pojechała z nim. A ja – młoda i głupia dałam się namówić.. On – młody i także glupi musiał przecież zaszpanować dziewczynie kumpla i jak przyłożył nogę do pedału gazu i jak zawył i ruszył z kopyta, to do dziś nie wiem jak ja to przeżyłam! Obudził się we mnie taki strach, że sparaliżował mnie od nóg po czubek głowy. Wrzeszczałam jak opętana a on był pewien, że ja tak z rozkoszy do rozpędzonej maszyny.. Najgorzej było na zakrętach jak pochylał tego potwora. Czułam, że niemal dotykam asfaltu..  To był horror! 

Wydaje mi się, że w końcu dojechaliśmy nad ten zalew, ale głowy dziś nie dam sobie uciąć. Byłam sparaliżowana strachem i nienawidziłam facetów, którzy uwielbiali dwukołowe maszyny!  Mam jakieś przebłyski pamięci siedzenia na zielonej trawce i zjadania smacznych kanapek (bo jakby inaczej na polskim pikniku!). 

Szczęśliwy moment ..sprzedawania „Osy” wtedy już mojego męża

A potem – powrót do Krakowa. No i tu już nasza “Osa” postanowiła do końca pokazać swoje żądło… Na tym skuterze nie można było rozwinąć dużej szybkości, ale oczywiście (dziś tak myślę), mój chłopak (a przyszły mąż) musiał jednak ściąć ostry zakręt w popisowym stylu i… nasza “Osa” wraz z nami wywaliła się w równie popisowym stylu. Dzięki Bogu nic nie jechało w tym momencie, co by nas rozjechało, uszkodziło etc.  Miałam takie ładne aksamitne ciemno-czerwone spodnie, które zostały starte na całej długości nogawki z aksamitnego meszku. Nie mówiąc o startej do krwi skórze, bo to się wtedy mniej liczyło niż spodnie..  W każdym razie, przyciągnęlismy nasz skuterek do najbliższego domu, gdzie dobrzy ludzie pozwolili nam go zostawić w jakimś pomieszczeniu (chyba komórce?) do następnego dnia, a my zatrzymaliśmy Fiata 125, a uprzejmy kierowca zgodził się nas zabrać do Krakowa. Po “Osie” zostały nam w rękach tylko bardzo ładne, kupione kiedyś w Berlinie, kaski. Nasz kolega pojechał do Krakowa swoim “rumakiem”, by zawiadomić rodziców (moich przyszłych teściów), że żyjemy i jakoś doczłapiemy się do domu. 

Przygoda motorowa skończyła się szczęśliwie. Następnego dnia Wacek odebrał Nyską czy czymś podobnym swoją ukochaną “Osę”, ale od tej chwili już tylko miesiącami stała w garażu albo u mechanika, aż pewnego pięknego (!!) dnia udało się ją sprzedać.  Ja natomiast już nigdy nie siadłam na żaden inny motor i uraz do motorów pozostał mi do dzisiaj. Jadąc autostradą moim wygodnym kochanym Cadillac-iem, gdy nagle przemknie obok jakikolwiek motor z warkotem i jazgotem, wzdryga się całe moje ciało. Jak wtedy gdy miałam kilka lat. Nie znoszę motorów, choćby były najpiękniejsze. Budzą we mnie strach, niechęć i mimo, że młodzieńcze, to złe wspomnienia. 

Pamiętam – stoję na balkonie ósmego piętra. Blok jakich tysiące w komunistycznej Polsce. Ale mieszkanie własne i nareszcie duże. Cztery pokoje na tamte czasy. I jeszcze remont, który nowocześnie połączył kuchnię z gościnnym pokojem. Urządzone kreatywnie i z rozmachem, na ile to było wtedy możliwe.  Byliśmy młodzi, zawsze miałam smykałkę i wyobraźnię do takich projektów.  Balkon był wąski, długi i – co tu dużo gadać – po prostu brzydki. Ale był. Wychodził prosto na główną dwupasmową ulicę, po której środkiem jeździły tramwaje. Niestety, bardzo głośne. W lecie, gdy drzwi balkonowe były otwarte (w końcu potrzebowaliśmy “ świeżego zagłębiowskiego” powietrza 🙂 w momencie przejazdu tramwaju rozmowa w pokoju nie była słyszalna. Jazgot tramwajowy zagłuszał ją kompletnie! Ale – jak do wszystkiego, tak i do tego przyzwyczailiśmy się bardzo szybko. W końcu zawsze można było pozamykać szczelnie wszystkie okna…

Marzyłam i planowałam zrobić sobie malutki “ogródek” na balkonie, stoliczek i małe dwa krzesełka, by z przyjaciółką wypić czasem kawę i poplotkować.  Nie było takiej szansy. Za wąsko, za głośno, za brudno. Co kilka dni wielkie mycie balkonu. Cóż – Zagłębie, obok Śląsk. Pewnie niektórzy wiedzą o czym mówię. 

To było tylko (!) ósme piętro. A dla mnie otchłań bez dna..

Stałam więc na tym wymarzonym balkonie i patrzyłam w przestrzeń. Daleko. To jedyne, co mogłam robić. Widziałam przestrzenną ulicę, szkołę moich dzieci po drugiej stronie, duże akademiki Uniwersytetu Śląskiego, w dwóch z nich mieliśmy swoją historię mieszkania. W dali blokowiska aż po zarys Zagórza.. Na to mogłam patrzeć. Ale gdy tylko spojrzałam blisko, w dół , natychmiast żołądek podchodził mi do gardła i panika opanowywała moją głowę. Już wtedy miałam lęk przestrzeni.  Łatwo to było zatrzymać, bo drzwi były blisko, na wyciągnięcie ręki. Mogłam szybko uciec w głąb mieszkania i nikomu nie zwierzać się z mojego lęku. 

Kiedyś moja córka Kasia miała chomika. Nie pamiętam jak to się stało, ale chomik znalazł się w okolicy balkonu a potem.. Pewnie z niego spadł. “Pofrunął” w dół. Nie było mnie wtedy w domu. Dziecko rozpaczało. My dorośli zajęliśmy się smutkiem dziecka. A ja – długo nie mogłam poradzić sobie w mojej wyobraźni z  wizją spadającego chomika. Prześladowało mnie to miesiącami. Nigdy tego nikomu nie powiedziałam, ale do dziś nie pozbyłam się tego obrazu z pamięci. 

Gdy przyjechaliśmy do Houston, oczywiście zamieszkaliśmy w mieszkaniu na 1-szym piętrze, potem w wynajętym domu na parterze. Problem stał się odległy.  Za to powrócił kiedy pewnego dnia przyjechaliśmy do Krakowa i stanęłam na balkonie rodziców mojego męża. Piąte piętro. I nie mogłam spojrzeć w dół!! Piąte piętro było o wiele “wyższe” niż nasze dawne domowe ósme. Poczułam mdłości, zawroty głowy. Musiałam stać pod ścianą, daleko od barierki. Miałam poczucie, że nie wytrzymam.. Będę musiała poszybować tak jak kiedyś chomik.. 

Te zdjęcia mogłam robić tylko patrząc na wprost a nie w dół. wysokośc – 124 piętro!! Dubai- Burj Khalifa (585,4 m)

A potem było jeszcze gorzej, gdy w czasie różnych pięknych wycieczek zdarzało się nam zwiedzać wysokie miejsca jak wieże w Auckland, w Dubaju, w San Antonio itd. W każdym takim miejscu z cudownymi widokami w przestrzeń ja musiałam tak się ustawiać, by mój wzrok był “bezpieczny” i nie spoglądał wprost w dół.  By moja glowa nie doznawała wstrząsu i paniki. I nie chciała natychmiast “uciekać” w stronę ziemi, w dół…

Lęk wysokości to fobia i zdaję sobie sprawę, że powinnam umieć ją opanować. Od wielu długich lat unikam sytuacji, w których mogłyby mnie dopaść takie uczucia. Ale nie jest to do końca możliwe.

Przeprawy przez wiszące mosty nad przepaściami zieleni i jedno zdjęcie ze zjazdu na linie. Dobrze, ze mojej twarzy tutaj nikt nie zobaczy..

Pamiętam, kiedy chodziliśmy po pięknych przestrzeniach, gdzie na ogromnej wysokości dwa miejsca  połączone były “mostem szklanym” po którym trzeba było przejść, żeby dostać się na dalszą część drogi. Nikt z moich bliskich nie zdawał sobie sprawy co ja czułam i co pokonywałam w sobie, by ten ”most” przejść… Nie wiem jak ja to przeżyłam! 

Podobnie przepiękne połączenia drewnianymi wąskimi  wiszącymi mostami w Costa Rica nad zielonością lasów, gdzie pod nami skakały małpy i latały cudne ptaki. Wszyscy zachwycali się cudami przyrody, a ja mdlałam przed p-r-a-w-i-e śmiercią. 

Do dziś nie wiem jak przeżyłam zjazdy linowe w Costa Rica, które dla całej mojej rodziny i to na takiej wysokości były wielką atrakcją, a ja wstydziłam się powiedzieć o mojej tajemnej fobii.  O przeszywającym strachu, który nawet dla mnie jest niezrozumiały. O tym, że NIE dam rady i nie wiem, czy przeżyję… Dla nich to była dodatkowa atrakcja: Babcia, która boi się zjazdów na “zipline”. 🙂

W końcu i ja, gdy już przetrwałam ten dzień, razem z nimi do dziś się śmieję, bo cóż mogłam wtedy innego powiedzieć?.. Ale dopiero dzisiaj, po wielu latach, po raz pierwszy o tym mówię. 

Strach. Ma różne przyczyny. I różne nasze reakcje. Często głęboko skrywane. Boimy się rzeczy małych i większych. Mamy własnego “mola”. 

Śmierć jest dla wszystkich wspólna i sprawiedliwa. Ale niejednakowa.  Każdy boi się jej inaczej.

Są i tacy, którzy się nie boją.  A ja… zgodziłabym się z Woody Allenem.


BACK

3 myśli na temat “ Ułamek prawdy o strachu

  1. Dawno temu. Starszyzna postanowiła poszukać sobie lepszego zajęcia na zachodzie. Chcieli przywieźć starego golfa, odłożyć trochę marek, poczuć się lepszymi ludźmi. Emigracja im służyła więc o powrocie nie było mowy. Po drodze miał miejsce rozwód który wywrócił świat do góry nogami. Edukację kontynuowałem w pobliskim ogólniaku. Babcia wracała ciągle do miasta wojewódzkiego bo na peryferiach nie potrafiła odnaleźć się. Ostatecznie przyszło mi dzielić skromną powierzchnię z ciotką która od dawna była sama. Jako księgowa potrafiła być niezwykle drobiazgową osobą. Na szczęście przyszło przeżyć jej drugą młodość co wiele zmieniło. Swoje życie miałem za poszarpane. Dopiero po dekadzie czy dwóch zmieniłem osąd na temat tego co zesłał mi los.

    Polubienie

  2. Siedzę w samolocie z Houston do Albuquerque na fotelu w rzędzie 13. Widocznie Southwest nie wierzy w przesądy, a United nie ma nawet rzędu numer 13, wiele hoteli nie ma 13 piętra, piątek 13-go jest niebezpieczny i tak dalej. Nie wiem za bardzo, jakie są konsekwencje tej fatalnej 13-ki, ale musi to chyba być coś złego. Tylko co? Nie wybrałem tego miejsca dzisiaj, bo w Southwest w grupie B29 nie ma właściwie wyboru, ale jak się zorientowałem, że to 13 to jakiś nie wpadłem w panikę. To tyle o strachu, a przecież przesądów jest znacznie więcej.
    Teraz o śmierci. Kiedyś na Juvenaliach w Krakowie spotkałem kogiś chodzącego z plakatem: RZUCAJĄC PALENIE UMRZESZ ZDROWY. A w pewnym podręczniku do rosyjskiego jedna z postaci mówi, że KTO NIE PALI I NIE PIJE TEN DO ŚMIERCI AŻ DOŻYJE. Do tego „śmierciowego” humoru można jeszcze dodać gramatyczny. W języku polskim i rosyjskim, w innych pewnie też, ale nie wiem, czasowniki mają aspekt dokonany i niedokonany. Według mnie, aspekt dokonany czasowników BYĆ i ŻYĆ to UMRZEĆ, bo to jest rezultat procesu bycia i życia. Aspekt dokonany. Tak uczę studentów. Nie wierzą mi, a ja ich proszę, żeby nikomu nie mówili, że wiedzą to ode mnie. Podręczniki tak nie uczą.
    Ale dokonany czasownik UMRZEĆ ma inną niż ŻYĆ czy BYĆ formę niedokonaną. U M I E R A Ć. Czyli być w procesie umierania. I chyba tego boimy się najbardziej.
    Niestety nie wiem, albo nie pamiętam, co myślał Woody Allen o śmierci i strachu. Ale wiem, że moja „Osa” nie miała pedału gazu, bo kontrola gazu była w uchwycie kierownicy. Chyba tak badał jest w motorach, ale tego nie wiem na pewno.
    Świetny wpis, Małgosiu. No bardzo uniwersalny, i jak zwykle świetnie napisany. Powinnaś dostać mnóstwo komentarzy.
    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Czyli- podróże kształcą! bo twój komentarz ma nie tylko charakter reakcji na temat wpisu ale także nieco wykładu językoznawczego i wspomnień motoryzacyjnych😀 Pedał z banałem trochę się „przekomarza” ale któż by mnie w tych moich rozważaniach podtrzymywał na duchu. Dzięki wielkie! Choćby to był ten jeden jedyny komentarz…

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi