W poszukiwaniu autentyczności

8 maja 2023

Pokochaj siebie! – to pierwszy stopień, który musimy pokonać, by poczuć się szczęśliwym!  Szczęśliwą w wersji, jaką naprawdę jestem. Dziś w pełni zdaję sobie z tego sprawę i nie muszę się z kryć się z prawdziwymi uczuciami i dostosowywać się do innych.  Jestem jaka jestem. Dziś już wiem, że warto być autentyczną, nawet jeśli nie wszyscy za to mnie lubią. Nie ma nic gorszego, jak udawanie, dostosowywanie się do innych ludzi, bycie kimś, kim NIE jesteśmy. Wydaje nam się, że tak jest lepiej, że nie narażamy się na nieprzyjemne sytuacje, a tak naprawdę wyrządzamy sobie podwójną krzywdę – inni ludzie nigdy nie będą mieli szansy, żeby poznać nas jacy naprawdę jesteśmy.  Będą nas traktować tak, jak my siebie kreujemy, a nie jaką osobowość prezentujemy naprawdę. Za to my będziemy już zawsze w stresie kontrolować nasze reakcje, by nie wyszło na jaw, że nasza autentyczność jest głęboko skrywaną cechą. 

To nic nowego, każdy z nas w pewnym momencie życia walczy z takimi sytuacjami. Kwestią istotną pozostaje, kiedy, jak i czy potrafimy uporać się z tym problemem głęboko skrywanej  naszej osobowości. 

Na poczucie  autentyczności i szacunek do samego siebie pracujemy przez całe życie.  Od wczesnego dzieciństwa, gdy w pierwszych  trudnych sytuacjach musimy wybrać i podjąć decyzję. Uczymy się tych wyborów: tak lub nie, białe czy czarne. On lub ona. Chcę lub nie chcę.. itd.  I tak naprawdę bardzo często te wybory nie są “białe albo czarne”, bo zazwyczaj bywają “szare”, a nam ciężko być pewnym czy nasza decyzja zgodna jest z  tym, co naprawdę czujemy, z uczciwością w naszym sercu, z poczuciem prawdy wewnętrznej.  Istnieje milion czynników zewnętrznych, które niestety zawsze silnie na człowieka oddziaływują. 

Nie będę tu roztrząsać tego, o czym mówi wiele mądrych nauk dotyczących osobowości i wyborów ludzkich.  Każdy z nas mógłby sypać przykładami z własnego życia jak deszcz z gradowej chmury. 

Nie chcę nikogo  sprawdzać ani osądzać. Autentyczność to w gruncie rzeczy bardzo osobisty temat. Moje poczucie autentyczności z pewnością nie jest twoim. W pewnym sensie wiąże się z pojęciem uczciwości, ale tej osadzonej głęboko w nas samych. Nie tej objętej przepisami, normami, których musimy codziennie przestrzegać. Tej uczciwości, której w wielu sytuacji nikt nie sprawdzi. My sami musimy się ocenić.  

Jeśli dorastasz w ciągłym poczuciu gry udowadniania innym, że wszystko co robisz jest zawsze “dobre”, że nigdy nie popełniasz błędów, że jesteś we wszystkim tak dobry, iż niemal zawsze wyprzedzasz każdego o pół kroku… – to najprawdopodobniej zatraciłeś swoją autentyczność.  Bo prawdziwy autentyczny człowiek popełnia błędy i w dodatku umie się do nich przyznać, bo zdarza się, że przytrafia mu się niepowodzenie, nie osiąga zaplanowanego celu, bywa, że wpada  życiową pułapkę. Tak się zdarza wszystkim, bo takie jest życie. Jeśli kreujesz siebie na człowieka sukcesu, to co najwyżej możesz być tylko sztucznym pomnikiem, bez człowieczej duszy. 

Być autentycznym to dla mnie być sobą. Nie mieć obaw przed ukazaniem swoich wad, co nie oznacza, że muszę się nimi chwalić. Podobnie – nie oznacza to, że jeśli przykładowo moje poglądy polityczne czy jakiekolwiek inne ranią kogoś i jeśli o tym wiem, nie będę celowo o  nich mówić. Ale gdy ktoś  zapyta mnie o nie, nie będę tchórzyć i ukrywać mojego zdania, tylko dlatego, by dostosować się do rozmówcy.  Jak je zaprezentuję i przekażę, to kwestia kultury i sposobu rozmowy. 

Przykładów można mnożyć. 

Niestety, my – pokolenie Polaków, wychowanych za czasów komuny, w szkole, w której lepiej było nie odzywać się, niż powiedzieć o pół słowa za dużo lub chlapnąć jedno “niewłaściwe” słowo, mamy ten smutny nawyk “chowania głowy w piasek” i na wszelki wypadek nie odzywania się, żeby “nie zrobić komuś przykrości”. W ten sposób latami zaciera się  w większości nas autentyczność. Znam wielu ludzi, którzy w “tłumie” zachowują się inaczej niż jakimi są naprawdę. Jest to częsty mechanizm obronny, wygodny, który wydaje się bezpieczny. Tyle, że.. nie jest. Ten sposób naszego zachowania wykorzystują inni, którzy należą do drugiej kategorii. Są nieautentyczni,  bo to my przez lata pozwoliliśmy im na to. 

Proszę nie odbierać wywodów personalnie! To ogólne spostrzeżenia i dotyczą zarówno mnie jak i ciebie. Wszyscy popełniamy takie same błędy. Różnica jest tylko taka, że ja dziś o tym mówię otwarcie, a inni nigdy się do tego nigdy nie przyznają. 

Kiedy zastanawiałam się czy poruszyć na blogu ten temat, sprawdzałam jakie znaczenie słownikowe ma słowo “autentyczny”. Nie jest to jednoznacznie określone słowo, ale jednym z jego  wymienników są: ”szczery, prawdziwy i nieprzekłamany”.  Jak łatwo zauważyć, to znów grupa określeń, która należy do wyrazów podlegających ocenie indywidualnej, intymnej, personalnej.  Moje rozumienie słowa “szczery” zapewne będzie inne niż twoje. Szczerość to szerokie pojęcie i znów normy prawne, religijne czy ogólnoludzkie tu pewnie nie wystarczą.  

W moim mniemaniu kiedyś trzeba zdobyć się na odwagę i ustalić SWOJĄ normę autentyczności. Można całe życie być “chłopcem w krótkich spodenkach” i nie chcieć, nie umieć podejmować żadnej takiej poważnej decyzji. Albo odwrotnie – można dojrzeć bardzo szybko i wiedzieć kim się jest i czego się w życiu naprawdę chce. Ludzie są różni. Mówię to często, bo taka jest niepodważalna prawda.  

Gdy ma się tyle lat co ja, świat już staje się dla takich coraz jaśniejszy. Doświadczenia nauczyły mnie wiele. Widziałam, czułam, byłam szczęśliwa i płakałam. Byłam wściekła i czułam wielką wdzięczność. Zabolało mnie niejeden raz, wiem, że i ja popełniłam wiele błędów. To najlepszy moment, by nie bać się być autentycznym.  

Ludzie przechodzą w życiu fale różnych fascynacji. W zależności, gdzie czas i przypadek nas rzuci zachwycamy się dziwnymi zjawiskami i ludźmi. Nagle kręci nas coś, na co jeszcze wczoraj czy pół roku temu nie zwrócaliśmy najmniejszej uwagi.  Ktoś potrafi niesłychanie sugestywnie opowiadać o czymś nowym, nieznanym i jesteśmy porażeni siłą jakiejś idei czy rzeczy posiadanej przez inną osobę. Definitywnie nie stać na to w tym momencie. I co się dzieje? Zaczynamy powtarzać słowa, fascynować się cudzymi opowieściami , doprowadzać się do stanu, w którym wierzymy, że  to co mówimy jest autentyczne, prawdziwe i… jest NASZE.  Autentyczność nabyta, bezwiednie “pożyczona”.  Czujemy się lepsi, ważniejsi. Jestesmy przekonani, że zyskaliśmy coś, czego nam w życiu brakowało. A tak naprawdę, straciliśmy dużo więcej niż zyskaliśmy..  Znacie takie sytuacje? Zapewne wiele.  Powtarzają się każdego dnia, w każdej grupie koleżeńskiej, rodzinnej, biznesowej.  Bo łatwiej człowiekowi upodobnić się do kogoś innego, niż walczyć o siebie, o inność i autentyczność. Z jakiegoś dziwnego powodu łatwiej jest nauczyć się naśladowania, snucia sztucznych nieprawdziwych opowiastek tak długo, aż sami zaczynamy w nie wierzyć, zamiast być naturalnymi i zwyczajnymi.   

Ile to razy byłam świadkiem, że ktoś ukradkiem wystawiał metkę świetnej znanej firmy zza kołnierzyka, by znajomi wiedzieli, jaką bluzkę ma dziś na sobie. Ktoś inny demonstracyjnie kładł torebkę “Prady” na stole, by każda koleżanka zanotowała tę informację w swojej pamięci. Torebka wcale nie była ładna, ale to przecież nie miało znaczenia.. W dziesiątkach towarzyskich rozmowów przewijalo sie niechcąco rzucone słowo o marce i cenie nowego TV czy domu, który właśnie znajomi planują kupić… Wszystko to jest absolutnie ludzkie!  Zwłaszcza kiedy jest się młodym i marzy się o sukcesach. 

Dziś zwalniamy tempo takich opowieści. Powoli zmieniają się nam priorytety. A jeśli nie… O! To znaczy, że wciąż szukamy swojej drogi do autentyczności.  

Są dwa rodzaje autentyczności. Ta, która jest we mnie.  W mojej osobowości. Autentyczność, która walczy we mnie, mimo, że często nie przynosi poklasku. Ale niezmiennie walczy o miejsce wśród ludzi, którzy mnie docenią taką, jaką jestem.. Bez względu na moje lata, na mój wygląd, pieniądze, na pochodzenie. 

I inna “autentyczność”, którą ludzie budują przez lata wokół siebie jak najpiękniejszą legendę. Taką legendę, która przepelniona będzie ich sukcesami, w której każde wydarzenie ma niemal bajkowe zakończenie. Tyle, że to nie będzie autentyczność… 

To coś, co pomyliliście z fałszywą oryginalnością, nierzeczywistym obrazem samego siebie.  Lubicie siebie takim?  Dobrze się czujecie? I tak może być. Nie twierdzę, że takich ludzi nie ma wśród nas.  Nasze ludzkie głowy pomieszczą różne odczucia, wytłumaczą sobie wszelkie potrzeby i granice naszych działań.🤔

Nie lubię, gdy ludzie są sztuczni. W tej kwestii mam mocno sprecyzowaną opinię. Zawsze wtedy przypomina mi się fragment wiersza, który analizowalismy jeszcze na zajeciach w czasie studiów i dużo było wokól niego zapalonej dyskusji młodych studentów, pt. “Rozmowa o poezji” Stanisława Grochowiaka: 

…”Dlaczego z pani jest taka piwonia 
Co chce zawzięcie być butelką perfum?”..

Moje ulubione -Sisley. Mąż od lat dba by mi ich nie zabrakło na kosmetycznej półce.

Uwielbiam zapach moich perfum! Jak prawie każda kobieta mam swoje ulubione: Sisley Eau du Soir Eau de Parfum. Mało kto wie, że autorem, który stworzył piękny i oryginalny korek dla tych perfum jest Polak, Bronisław Krzysztof. Od lat współpracuje z firmą Sisley i zaprojektował dla nich wiele korków i flakonów nawiązujących do piękna ludzkiego ciała.  Ale równocześnie zdaję sobie sprawę, że nawet najpiękniejszy zapach perfum nie zastąpi naturalnych zapachów, które napotykamy w naturze. Wdychamy je całym sobą i nie zapominamy ich do końca życia. To właśnie zapachy są najsilniejszymi bodźcami, które  nasz mózg bardzo silnie rejestruje, do końca nie zdając sobie z tego sprawy.  

Uwielbiane przeze mnie naturalne zapachy kwiatowe.

Zapach jest najbardziej autentycznym elementem, który po wielu latach nasza pamięć potrafi rozpoznać. Dlatego cytat z wiersza Grochowiaka ma tak jasne przesłanie, tak dobitną psychologicznie prawdę. Piwonia zakwita w czerwcu, jest piękna, ale nie to jest najistotniejsze. Jej największym atutem jest powalający zapach. Naturalny, zniewalający. Dla alergików nawet zabójczy. Żadne perfumy nie są w stanie jej przebić, żadna próba naśladowania tego zapachu nie może się udać. Innym takim cudownym zapachem jest fiołek. Ten prawdziwy, niepozorny, dziko rosnący w lesie (nie ogrodowy!), malutki a pachnie tak specyficznie, że nic i nikt nie może go zastąpić. Pachnie aksamitem swojego koloru, delikatnością płatków i cichym pojawieniem swej maleńkiej główki w ciemno-zielonych liściach. Nie wiem, czy ktoś podobnie odczuwa ten zapach jak ja… 

I BEZ! Prawdziwy, majowy, liliowy! Jego zapach jest niesamowicie intensywny, a równocześnie tak pięknie przynosi delikatny powiew wiosny. Podobnie jak malutkie białe dzwoneczki konwalii… Każdy z tych zapachów jest niepowtarzalny. Autentyczny! I choć szczególnie często w sklepach kosmetycznych spotykamy produkty naśladujące zapach bzu, to jednak nigdy nie znalazłam niczego, co prawdziwy bez mogloby mi choć trochę zastąpić.  Bo to, co jest autentyczne jest jedyne! I jest prawdziwe. Wszystko inne może być podobne, ale będzie tylko lepszym albo gorszym naśladowcą. 

Podobnie jest z człowiekiem. 

Człowieku! nie wysilaj się, bo nawet najlepsza gra jest tylko grą. Piwonia, malutki skromny fiołek czy krótko, ale intensywnie pachnący bez, są prawdziwe i autentyczne, chociaż ludzie nie doceniają ich tak jak róże, które przez cały rok służą nam przy każdej okazji. O, proszę nie myśleć, że nie lubię róż!  Uwielbiam! Zawsze i niezmiennie mnie cieszą, gdy je dostaję!  To tylko porównanie, które ma służyć przypowieści o autentyczności – zapachów i nas – ludzi…

Koneserzy obrazów zachwycają się autentycznymi dziełami sztuki, choć w dzisiejszym świecie nie jest łatwo być pewnym, że obraz, ikona, rzeźba, fotografia, grafika, moneta, oryginalny zapis nut wielkiego utworu muzycznego itd. są autentycznymi. Dziś reprodukcje, repliki, kopie są tak cenne, że same w sobie są “autentyczne”.  Trzeba więc być wielkim znawcą i posiadać ogromną wiedzę, by na temat autentyczności takich przedmiotów się wypowiadać. 

Ludziom często wydaje się, że wiedzą o czym mówią, a w gruncie rzeczy powtarzają przeczytane, zasłyszane niepełne informacje, z których budują sobie obraz “znawcy” tematu. Nic w tym złego, że podajemy dalej wiedzę przeczytaną, nauczoną. Tylko chwalić taką postawę. Ale bądźmy uczciwi! – nie uzurpujmy sobie takiej wiedzy jako własne kolekcjonerskie doświadczenie. 

Inna strefa braku autentyczności, którą ludzie przyswajają sobie bez najmniejszej żenady jako własną i “autentyczną” to setki restauracji z jedzeniem obcych krajów, które w ostatnich dekadach wyrosły jak grzyby po deszczu i stały się modne w całej Polsce. Mamy więc restauracje, bary, bistra tajskie, chińskie, włoskie, brazylijskie, francuskie, amerykańskie i wszelkie inne. I ogromna większość z nich serwuje naprawdę dobre jedzenie. I przecież o to chodzi i klientowi i właścicielowi! Niektóre z nich są tak wymyślne i wysublimowane, że trudno by takiej szukać w oryginalnym kraju. Pomysły organizatorów, kucharzy, dekoratorów są naprawdę fantastyczne, ale czy to oznacza, że jedzenie jest autentyczne – „tajskie” czy “brazylijskie”?? Nie. Jest zbliżone. Bo skąd zdobyć do każdej restauracji amerykańskiej prawdziwe mięso na amerykańskiego steka?? Może, gdzieś istnieje jakaś… która  potrafi takowe sprowadzić, upiec… szczerze?

Przykładowe reklamy „obcych- autentycznych” restauracji w Polsce.

Wątpię w pełną autentyczność. Podobnie jak w dziesiątki przypraw najprawdziwszych, wspaniale reklamowanych i tym podobnych zabiegów, które oczywiście wydają się konieczne w dobrej reklamie i przy  tak dużej konkurencji. Użyłabym jednak wielu różnych słów, aby opisać te zabiegi doprowadzajace smakołyki do swietności smakowej i pięknego wyglądu na talerzu, ale o autentyczności menu raczej bym nie wspominała. Podobieństwo – tak. Smaki, fantastyczny kucharz, nastrój danego kraju – wszystko to może przekonać głodnego klienta do wejścia w progi restauracji serwującej najbardziej dziwne i niespotykane jedzenie. Ale slogan: „serwujemy autentyczne…… !” na mnie nie zadziała! 🙂

No i chyba już na koniec problem, który drażni mnie jako starą polonistkę najbardziej. Jak się z rozmów towarzyskich okazuje, nie tylko mnie.

Język. Co stało się, co dzieje się z autentycznością naszego języka polskiego? Oczywiście, w pełni rozumiem wzajemne przenikanie mieszanie się słów z różnych języków. Nie jest to proces nowy, od wieków takie zjawisko istniało, choć przeciętny człowiek nie interesujący się historią języka nie musiał tego zauważać. W dobie internetu, ogromnego przepływu informacji, zapożyczeń i rozwijającej się bardzo szybko technologii, która nie nadąża w wynajdywaniu własnego nazewnictwa, taki proces wydaje się uzasadniony. Ale problem sięga dużo głębiej i zrobiło się bardzo…niesmacznie. 

Już nie mówię o zwykłym: ok, hello, super czy T-shirt. 

Weźmy do ręki pierwsze z brzegu POLSKIE kolorowe czasopismo i spójrzmy na tekst, roi się jak w ulu od słów obcych : singielka, song, playback, lunch, high life, living-room, teenager i całe setki innych. A to tylko przykłady z języka angielskiego, bywają i z innych języków. Jeśli to miesza ktoś taki jak ja (czyli Polak mieszkający od ponad 30 lat w Stanach) – no, drażni nawet mnie, choć przyznaję ze wstydem (!) święta nie jestem! Ale, gdy to używa Polak w Polsce, który z angielskim ma do czynienia, tyle co otworzy czasem popularny polski magazyn albo komputer, to już trochę inaczej brzmi. 

A już najgorsze co się przydarza w języku, to zniekształcenia powstałe na skutek kombinacji dwóch języków!! To coś, co poraża ucho nawet Polaków/Amerykanów! To wielki koszmar i ohyda językowa naszych czasów!! 

“Hejka, na kornerze (w sensie – na rogu), lokacja (w znaczeniu lokalizacja), bukować, dżogować, eventy, hejtować, lajkować… Boże! Już nie mogę więcej wyliczać, bo mam „trzęsawkę wstrętową” a pewnie jeszcze można by dorzucić za jednym zamachem z setkę przykładów albo i dużo dużo więcej! 

Jak się teraz czujecie? Czy macie takie odczucie jak ja? Czy cokolwiek widzicie w tym autentycznego?? 

Nasze życie wszędzie narażone jest na sztuczność, naśladowanie, udawanie, powtarzanie kogoś, czegoś.. Strzeżmy się tego, jeśli możemy i na ile potrafimy. 

Chociaż NIE zaprzeczam, że są i takie sytuacje, iż naśladowanie bywa chwilami potrzebne 🤔

Przecież już na początku tego wywodu zastrzegłam, że jest wiele momentów życiowych w kolorze szarym. 🙂 

Zacznijmy jednak poszukiwanie autentyczności od siebie samych. Tam przynajmniej możemy ją znaleźć. O tym mogę was zapewnić! 

PS. wszystkie zdjęcia mające na celu potwierdzić/przyblizyć moje sugestie, mysli i nastroje pochodzą z sieci ( a jednak, powiem to!- dzięki ci internecie! ) Prócz tych kwiatowych. Te są z mojej własnej kolekcji zdjęć. Bardzo lubię fotografować piekno kwiatów, szkoda że nie wymyślono jeszcze kamery, ktora rejestruje ich zapach…😏 Także butelka perfum Sisley jest z mojej półki kosmetyków.


BACK

2 myśli na temat “W poszukiwaniu autentyczności

  1. „Być autentycznym to dla mnie być sobą”. Tak piszesz w początkach swojego bardzo interesującego tekstu (już miałem napisać blogu, ale sie wstrzymałem ze wzgłedu na brak auytentyczności tego słowa w polskim pisaniu). Miałem też użyć „wpisie”, ale kłóciłoby się to z czasownikiem „pisać” w tym samym zdaniu. Więc w tekście.
    Ten problem pewnie każdy w sobie rozważa, ale nie każdy sobie zdaje sprawę, że zawsze gra. Powodów dla tworzenia w sobie (czy też sobą) tej sztucznej autentyczności jest mnówstwo. Przeczytajcie sobie wiersz napisany przez Eugeniusza Jewtuszenkę (1932-2017) w 1955 roku (poeta miał wtedy zaledwie 23 lata) i pomyślcie, którym z tych chłopaków (dziewczyny też mogą być, bo to równie dobre dla dziewczyn) chcielibyście być. Szukałem tego tłumaczenia (zrobionego przez Wandę Grodzieńską i opublikowanego w „Nowej Kulturze” 1957, nr 44, s.7) od dawna, wreszcie pomogły mi je znależć moje koleżanki Teresa Z. (znamy się od 1-go roku studiów i wciąż to trwa) i Ania S.-M. (z którą pracowałem przez wiele lat na Filologii Rosyjskiej UŚ) i to w błyskawicznym tempie. Wielu z Was pewnie byłoby w stanie łatwo zrozumieć przesłąnie oryginału tego wiersza, ale myślę, że przekład jest bardziej uniwersalny, zwłaszcza dla młodzieży. Tak bardzo chciałem zwrócić uwagę kogoś na ten wiersz, wreszcie może mi się udało?
    EUGENIUSZ JEWTUSZENKO
    Zazdrość
    Jestem zawistny.
    Mojej tajemnicy
    nie chciałem dotąd nikomu wyjawić.
    Wiem, że gdzieś blisko, na bocznej ulicy
    jest chłopak, który budzi moją zawiść.
    Zazdroszczę mu,
    jak się do bitki bierze, –
    ja sam nie byłem nigdy dosyć śmiały.
    Zazdroszczę mu,
    gdy się zaśmiewa szczerze, –
    w dzieciństwie nigdy tak się nie zaśmiałem.
    On wiecznie chodzi w guzach, zadrapaniach –
    ja miałem gładką skórę, czystą szyję.
    Ja opuszczałem
    w książkach całe zdania,
    on nie opuści.
    On i w tym mnie bije.
    Jego rzetelność i szorstka prostota,
    zwycięży zło i dobra będzie bronić,
    gdzie ja rzucałem pióro,
    bo: Nie warto…” –
    on powie:
    „Warto! –
    ważąc pióro w dłoni.
    On, kiedy nie rozwiąże,
    to rozwali,
    a gdy ja nie rozwiążę,
    precz odrzucę.
    On, gdy pokocha,
    będzie kochał stale,
    a ja pokocham
    i wkrótce porzucę.
    Ukryję zawiść.
    Uśmiechnę się mile.
    Będę udawał, że myślę jak prostak:
    „Ktoś tu na pewno musiał się omylić.
    Ktoś życiu jakoś nie potrafil sprostać…”
    Lecz choćbym twierdził, kłócąc się sam z sobą:
    „Każdemu własna dola jest znaczona…” –
    wiem, że ten chłopak,
    który mieszka obok,
    więcej ode mnie w przyszłości dokona.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wiersz jest świetny! nie wiem jak go znalazłeś i pamiętałeś! Nie zgadzam się, że zawsze gramy ale wiem, że gdy mamy 23 lata, jak autor tego wiersza w momencie pisania go – powodów jest więcej niż my mamy dziś w „sędziwym wieku” . Ten wiersz to doskonały przyczynek czy tez kontynuacja mojego tematu. Myślę, że moglibyśmy pisać blog „na cztery ręce”🤣🤣 Cieszę się, że tak cię to poruszyło. I bardzo bym chciała, żeby do takich dyskusji przyłączali się też inni. Zwłaszcza, ze jest taka.. i literacka i życiowa i uniwersalna. Brawo!!!

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi