Ciało moim zwierciadłem

28 kwietnia 2023 

Ostatnie tygodnie to dla mnie ogrom emocjonalnych wrażeń – rodzinnych, urodzinowych, koleżeńskich. Mam wrażenie, że biegam po jakiś nieznanych łąkach kosmosu, a może jeszcze innego nieznanego mi świata.. Odkrywam pokłady uniesień i emocji, za którymi już nie nadążam, choć wszystkie są dobre i miłe, a z takimi człowiek powinien sobie dawać radę. 

Pomyślałam więc sobie, że odskoczę od tego co “w duszy gra” i pomyślę o tym, co widzę, gdy spojrzę na siebie w lustro. 

No, tttaaakkk … powiecie. To wcale nie musi być taki miły widok 😂 w myśl bajkowego powiedzonka “lustereczko, lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”..? Nie żebym się spodziewała odpowiedzi, że niby ja, ale.. I tu  zaczyna się moje gadanie…

Pierwsze smarkate sesje fotograficzne 🤣

Mam już na tyle dużo lat (w końcu cudownie, długo i uroczyście obchodzone urodziny mi o tym przypomniały 🙂), iż wiem, że o ciele, jego wadach i zaletach mogę mówić odważnie i bez obaw, że chlapnę coś niewłaściwego.  Jak każda kobieta (ba, jak każdy człowiek! Przecież problem dotyczy też mężczyzn). Byłam kiedyś młoda i piękna, no może bez przesady, ale uważam, że całkiem niczego sobie. Uchodziłam za ładną dziewczynę, byłam zgrabna, nie byłam za chuda, nie miałam (i nie mam do dziś) krzywych nóg. Czyli – wszystko było ze mną w porządku. A jednak, jak większość moich koleżanek chciałam być “inna”, bo ciągle coś we mnie było nie tak, coś brakowało, czegoś było za dużo. Wszystkie dziewczyny w każdej epoce, w każdej części świata, o każdej porze dnia i nocy, podobnie i my mogłyśmy dyskutować o tym, zmieniać, poprawiać. Szukać środków, sposobów, by sobie z tymi poprawkami poradzić. A poza tym kto nie lubi zmian, zwłaszcza, gdy jest młodym, pragnie podobać się chłopcom, zaimponować koleżankom. Nic nowego. Tak było, tak jest i tak będzie. Miałam kolegę, który miał aparat fotograficzny, dobry jak na tamte czasy. To było pod koniec podstawówki, dużo czasu z nim spędzałam, a on ciągle mnie fotografował. Miałam wtedy 14 lat. Zostało mi trochę fajnych zdjęć z tamtych pierwszych randek i w dodatku w jakiś dziwny sposób zachowały się i dotarły ze mną aż do Houston 😀.

To zdjęcie pochodzi z jakiejś małej prywatki – byłam chyba w 3 klasie licealnej. Bardzo lubiłam moją zamszową mini spódniczkę

Jedno jest pewne – w mojej młodości, choć istniała już telewizja, pisma młodzieżowe, kółka zainteresowań i spotkań młodzieży, biegaliśmy na prywatki,  randki, to jednak takiego nacisku na wygląd jak dziś na pewno nie było.  Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie istniały problemy bulimii czy anoreksji, dewiacje i obsesje na punkcie odchudzania się, terror i pranie mózgu modelkom, wywieranie presji na aktorkach. Wszystko to znane było od dawna, ale nigdy na tak wielką skalę, jak to się dzieje we współczesnych czasach i na naszych oczach. Media, wielkie pieniądze, konkurencja, walka i panowanie ideału w stylu “lalki Barbie” wymagają  stosowania środków i sposobów, o jakich moje pokolenie nie miało nawet przebłysku w głowie. 

I gdyby to był tylko problem biznesu, to może jeszcze można byłoby to oddzielić od życia. Niestety, wszystkie te kwestie “idealnego ciała” przenoszą się do zwykłego normalnego życia małej dziewczynki czy chłopca, zaczynają się pozornie od ciała, a tak naprawdę zadomawiają się w głowie i tu już zaczyna się znacznie poważniejszy problem.  

Uwielbiałam mój długi płaszcz szyty u krawca, bo w sklepach nie było szans takiego spotkać. I kozaki sznurowane na ćwieki, z przodu 🙂

Moje pokolenie to czas szaleństwa mini spódniczek, ciągłych awantur w szkole, że mamy za krótkie szkolne fartuchy (po krakowsku chałaty). Pamiętam, że nasza profesorka od francuskiego “Wandzia” wzywała nas do odpowiedzi na środek, brała do ręki sztywną linijkę i mierzyła ile centymetrów nad kolana zaczyna się nasz chałat. Centymetr nad kolanem pani Wandzia była w stanie zaakceptować, w innym wypadku dziewczyna musiała być przygotowana na tyradę bardzo specyficznych wyzwisk. Z czasem jednak przyzwyczailiśmy się do tej “mowy” i za bardzo nie przejmowałyśmy się tymi jej wystąpieniami. Ale i tak fartuchy szkolne były znacznie dłuższe niż nasze “codzienne” spódniczki czy sukienki. Kiedy byłam w liceum zapanowała ogromna moda na długie płaszcze z dużym kapturem.  Miałam taki, kaptur był obszyty futerkiem. Króciutka spódniczka, do tego mały “przy ciele” sweterek, wysokie kozaki i długi płaszcz – to był odlotowy zestaw!! 

Dużo większe zainteresowanie się modą i sobą zaczęło się na studiach.  Studentki były najlepiej ubraną grupą społeczną.  Często rodzice zapożyczali się, byle tylko sprostać potrzebom córek studiujących. Konkurencja i prestiż był bardzo silny. 

Patrząc z perspektywy czasu, porównując warunki życia, sposób odżywiania się, gdy w zasadzie nie zwracaliśmy w ogóle uwagi na tzw. “zdrowe żywienie”, trudno pojąć jak to się działo, że utrzymywałyśmy dobrą wagę, miałyśmy niezłą kondycję choć nie korzystałyśmy z klubów fitness, nie biegałyśmy codziennie rano, nie uczestniczyliśmy w maratonach czy podobnych teraz zawodach.  Głównie dlatego, że plan dzienny polegał na wyjściu z domu, dojściu na piechotę na uczelnię (czasem tylko z pomocą tramwaju czy autobusu) na przemieszczaniu się z budynku do budynku, bo niemal każde zajęcia były w innym miejscu. Przerwa na obiad wymagała powrotu do domu (zazwyczaj prawie biegiem, bo czas był ograniczony) albo szybko szukaliśmy taniej jadłodajni i znów biegiem na zajęcia popołudniowe. Wieczorem – jeśli randka, to długi spacer w okolicy Plant, Rynku, Rudawy, Wawelu. Wszędzie pieszo. Rzadko chwila w kawiarni, jeśli to tylko na kawie, bo kto wtedy chodził na obiady??  

W domu jedliśmy syto i pewnie niezbyt zdrowo. Zawsze na niedzielę Mama piekła dobre ciasto i wcale od niego tyłek się nie powiększał. 

Podobnie później – do pracy dojazdy albo długi codzienny spacer pieszo, biegi poranne przez park (żeby tylko zdążyć na czas!), a potem z maluchami do żłobka i do przedszkola. 

Nikt nie robił rocznych badań kontrolnych (nie mówię, że to dobrze!!), nie ważyliśmy się obsesyjnie, żeby sprawdzić swoją wagę. 

Ciało było mocne, jędrne, wciąż młode i odporne. A jeśli ciało było zdrowe – dusza też go słuchała. Mieliśmy dużo problemów, bo czasy nie były łatwe, ale dawaliśmy sobie radę. Ciało i dusza współpracowały. Trzymały się razem. Mocny solidny monolit. 

Zmarszczki są dziełem natury…

Z czasem jednak w życiu coś zaczyna szwankować. Bywa różnie. Czasem to umysł pierwszy wypowiada wojnę ciału, innym razem odwrotnie. Jeśli wpląta się w to stan duszy – zaczynają się problemy i powoli galimatias jest tak skomplikowany, że nie możemy sobie poradzić. Wiadomo – ból fizyczny przeszkadza w dobrym nastroju i odwrotnie. Różnego rodzaju problemy  rodzinne, w pracy, w szkole zaburzają odporność naszego ciała. Nie ma już zgranego zespołu. Nie zdążymy się oglądnąć, gdy w lustrze widzimy zupełnie inną osobę. Odkrywamy całą harmonijkę zmarszczek, podkrążone oczy, dobrych kilka (jeśli nie kilkanaście kilogramów więcej), przygarbienie, smutek w oczach. Wiele z tych elementów często jest nieodwracalnych. Nie jest to proces jednego dnia. Choć sprawy w życiu układają się potem lepiej, ślady po takich zawieruchach zostają. Ciało jest już zbyt zmęczone, by wrócić do młodzieńczej jędrności. Dusza ma skazę, blizna pozostaje. 

Każde nasze doświadczenie nabyte przez lata, lepsze i gorsze, złe i trudne zostawia pieczątkę” na naszym ciele. Wydaje nam się, że czas goi rany, bo taka jest prawda. Ale zagoić, to nie znaczy zniknąć.  Stary człowiek ma wiele zmarszczek i od razu stwierdzamy, że te szpecą mu twarz. Ale tak naprawdę są sygnałem tego, co dzieje się w duszy. Są odzwierciedleniem naszych emocji, trudności życiowych i reakcji na nie. Mogą także być efektem problemów zdrowotnych, a więc kłopotów ciała. To najbardziej wyrazista mapa nas samych. Ze zmarszczkami można oczywiście walczyć w różny sposób – od specjalnego masażu poprzez dziesiątki kremów, żeli, ćwiczeń mięśni twarzy aż do botoksu.  Ale – prawdy tak łatwo nie oszukamy.. 

Nie pamiętam kiedy zaczęłam dostrzegać zmiany w moim ciele i we mnie. Myślę, że stało się to już tutaj, gdy przyjechałam do Houston. Tak nagła zmiana życia, dostęp do kompletnie innego jedzenia (bardzo dobrego i w dużym wyborze!) no i zmiana sposobu życia – wiadomo, w Houston  samochód to przecież para butów na co dzień – sprawiły, że po kilku miesiącach moja waga wzrosła a sylwetka wyraźnie się zmieniła. Ponieważ tak wiele innych zmian działo się równolegle nie zauważyliśmy tego, co już powinno było być ostrzeżeniem. 

50 i więcej? Byłyśmy tak piękne (i młode!) że nawet dostałyśmy Oscary! 😂

A i tak, kiedy patrzę na moje zdjęcia z 40-tych urodzin wciąż jestem młoda, zdrowa i powiedzmy.. szczupła. Dziesięć lat później – „piękność” moja i moich przyjaciółek 50-latek kwitła, byłyśmy wciąż zgrabne i wcale nie martwiłyśmy się kilkoma dodatkowymi funtami. Czerwone kapelusze dodały nam radości – w duszy grało i ciało było szczęśliwe! 

60-ki już spoważniały, babć wśród nas było coraz więcej ale być młodą babcią to tylko przyjemność i przywilej. W fioletowych kapeluszach też było nam do twarzy. Ciała trochę straciły proporcje „nastolatek”, ale od czego są ciuchy maskujące, dobry humor i przyjaciółki dla “pokrzepienia serc”. 

Kochanego” ciała nieco przybyło 😀 ale dusza i umysł są mu przyjazne więc wszystko „gra”!

A  teraz wraz 70-ką możemy owinąć swoje ciała szalem jedwabnym, to znalazłyśmy kolejny sposób na maskowanie niedoskonałości. Niestety, szal nie chce zamaskować też umysłu i bolączek ciała, których każdego dnia coraz więcej. Tematyka rozmów biega między wnukami a chorobami, strzykaniem, zapominaniem i brakiem słuchu.. Na szczęście – ciągle mamy ochotę spotykać się o gadać o tym, więc jeszcze nie jest z nami źle 🤔

Mamy też nowe plany podróży, nie rezygnujemy, nawet jeśli mylimy dni czy godziny spotkań i planowanych miejsc.

Możemy się pośmiać sami z siebie, to zawsze pomaga, gdy trzymamy dystans i nie użalamy się nad sobą. 

Faktem jest jednak, że po sześćdziesiątce stajemy już na progu “smugi cienia” (to nie moje określenie! powtarzam je za Światową Organizacją Zdrowia😃) Ten moment życia uznaje się za początek starości (sorry, drogie koleżanki i koledzy!)  

 ps. W medycynie oficjalnie uznaje się, że proces starzenia się człowieka zaczyna się po 35 roku życia. 😅

Mniej więcej od tego momentu nasze serce zwalnia tempo przepompowywania krwi (na pewno czujecie często zimno w rękach i stopach, bo ja – ciągle!) Coraz bardziej bolą nas stawy, odczuwamy coraz więcej bólu w kręgosłupie, w karku, słabnie odczuwanie smaków potraw i węch itd. itd. Lista rośnie, dla każdego z nas trochę inaczej.  Nie znaczy to, że trzeba się poddać. Trening trzeba zacząć od umysłu, a zaraz potem ciało w tym treningu pomoże.  Nasza dusza też się ucieszy.  Jak to ostatnio pan doktor powiedział mojemu mężowi – nie musisz jeździć na rowerze po ścieżkach rowerowych czy w parku, ale możesz jeździć na rowerku  stabilnym w domu. Albo ćwiczyć jogę. Albo chodzić na spacerki. I wcale nie muszą być długie. Wystarczy pół godziny dziennie. Ale chodź!! Nie wymyślaj powodów, że coś ci przeszkadza. Sama wiem, jak łatwo znaleźć wymówkę! 

Nikt nie chce być starym!  Nikt nie lubi swojego starego ciała. Ale też nikt z nas tego nie zmieni. Musimy to zaakceptować. Muszę codziennie spoglądać w lustro odważnie, z podniesioną głową. Spojrzeć na swoje zmarszczki i pomyśleć – to moje lata ciężkich chwil,  walki o dobro. To zmarszczki od łez i od śmiechu, od przemyśleń trudnych spraw i od promieni słonecznych. Muszę widzieć swoje ciało takim, jakie było kiedyś.. Pomyśleć o nim, że jest moje i tylko moje. Okryć je, tym co lubię – fajną sukienką, zgrabnymi spodniami, przedłużoną tuniką.  Wyglądać tak, żeby mnie nie denerwowało. I żeby moja dusza była ze mnie zadowolona.  

Już dawno pojęłam fakt, że nie trzeba być pięknym ani nawet ładnym, żeby być szczęśliwym. Owszem, uroda pomaga. Zwłaszcza kiedy jesteśmy młodzi, bo wiadomo powszechnie, że ludzie odbierają to co ładne i estetyczne, łatwiej i przychylniej.  Ale dla nas, ludzi starszych z czasem preferencje wyraźnie zmieniają się. Liczy się dusza, charakter drugiego człowieka. No (niestety) też pozycja i pieniądze..

Gdy jednak popatrzysz w głąb siebie – z czasem zrozumiesz, że jeśli nauczysz się być szczęśliwą z tym co masz, co osiągnęłaś, co dajesz rodzinie i co od niej otrzymujesz  – jesteś szczęśliwa! A jeśli jesteś szczęśliwa – w środku dla siebie, jeśli nie masz kompleksów i zazdrości w sobie, złości i nienawiści – nie przeszkadza ci stare ciało, zmarszczki nadwaga i inne niedoskonałości.  

Pewnego dnia pojmujemy, że tak musi być. Że zamiast buntować się, szukać zwady i złościć się na coś, co jest oczywiste i “sprawiedliwe od Boga”, trzeba zaakceptować to, co  mamy i pielęgnować w sobie harmonię ciała, duszy i umysłu. 

I modlić się codziennie, by ta harmonia grała do naszego ostatniego oddechu…

Kochaj swoje ciało, jakiekolwiek by nie było. (zobacz CIAŁO i posłuchaj jego piosenki. – wykonanie Ewa Farna)


BACK

4 myśli na temat “Ciało moim zwierciadłem

  1. Oj, jakie to znane problemy. Moj harcerski „przewodnik”, który mnie przeprowadził pzez wszystkie zakamarki harcerstwa, włącznie z kucharzeniem, miał takie powiedzenie: „prędzej chudy umrze niż gruby schudnie”. Mnie jakoś się nie przydarzyło umieranie tych chudych, ale z grubymi to zazwyczaj prawda. Od lat 90-tych przeszedłem przez trzy solidne kuracje odchudzające, jedna z nich była amatorska, jedna bardzo profesjonalna (The Weight Loss Center), a jedna łącząca te dwa podejścia. We wszystkich odniosłem duży sukces stracenia na wadze, i po wszystkich szybko odzyskałem wagę początkową z poważną nadróbką. A moje zdjęcia, kiedy byłem gruby 40 i 50 lat temu pokazują mnie jako chudzielca, w porównaniu do tego, jak wyglądam teraz, zwłaszcza od jakichś 7-8 lat. Tyko kiedyś mnie nikt nie straszył, a teraz każdy lekarz zaczyna wizytę od tego, że muszę schudnąć, bo serce, inne ogany i kończyny nie są w stanie wytrzymać takiego ciężaru. Znalazłem się w kategorii OBESE (opasły) i żeby wyjść z niej muszę stracić ponad 50 funtów wagi. A zdjęcia – mój Boże.
    Ale żyję. Do czego zachęcam wszystkich innych.
    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. O ile się orientuję a chyba dobrze się orientuję ( w końcu jestem 🙂 to od połowy zeszlego roku straciłeś 40 funtów (albo i więc ej) więc czemu marudzisz.. Masz duzy sukces w tej kwestii a ciągle tak samo narzekasz. Każdy ci mowi ze wyglądasz teraz bardzo dobrze. A ty – jakis te same opowiesci z dawnych wizyt lekarskich.. Posłuchaj jeszcze raz ostatniej piosenki kończącej post – i choc pokazuje ciała kobiece to także dotyczy ciał wszystkich. Polub swoje ciało !!! Głowne przeslanie mojego wywodu:):)

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Wacek Anuluj pisanie odpowiedzi