Czekoladowo, walentynkowo, czyli jak oprzeć się słodkim zachciankom?

02/14/2023

Właśnie mijają kolejne Walentynki. To jakże popularne “święto miłości” w ciągu ostatnich kilkunastu lat wszyscy bardzo je polubili – młodzi, starsi i ci najstarsi. Nie ma się co dziwić. Przesłanie tego lutowego dnia jest bardzo ciepłe i potrzebne każdemu z nas. Kochamy w różny sposób i każdego dnia, ale nieczęsto wyrażamy to otwartym tekstem. I w tym ma nam pomóc między innymi – Dzień Walentynkowy. 

Mieszkając w Polsce nigdy o takim dniu nie słyszałam, choć w kalendarzu polskim Walenty obchodzi swoje imieniny 14 lutego od zawsze, ale imię nie było popularne i wiedzę o Św. Walentym mieliśmy “żadną”.  O celebracji tego dnia dowiedziałam się już będąc tutaj, w Stanach, a teraz w Polsce jest to tak samo popularne. Nawet nie wiem kiedy to się stało. 

Czekoladowy moment 😆

Wszystko oczywiście sprzyja biznesowi, w tym czasie sprzedaje się setki tysięcy bukietów kwiatów, półki zapełniają się przeróżnymi czekoladkami w specjalnych czerwono-różowych opakowaniach. Restauracje mają rezerwacje zrobione na walentynkowy wieczór na wiele tygodni naprzód i są pełne kochających się ludzi. No i młodzi uwielbiają planować ten dzień jako datę swoich zaręczyn czy ślubu. 

A ja.. pamiętam, że tego dnia są urodziny mojej kochanej Przyjaciółki . 😘 Fajnie jest być urodzoną w dniu miłości.. nawet jeśli nie mieliśmy na to żadnego wpływu.🙂

A ten dzień słodkości w słowach czynach i czekoladkach nasunął mi pomysł, że pogadam sobie o moim nieszczęsnym, ale bardzo przyjemnym uzależnieniu. 

Nie jest miło, gdy patrzę rano w lustro i widzę siebie stanowczo za “pulchną” (że nie użyję tu dosadnego określenia, żeby nie urazić innych i sama siebie.) Przez moment nachodzi mnie niemal depresyjne uczucie, ale na szczęście wiem, ze sama sobie to załatwiłam, a są rzeczy i uczucia ważniejsze, wiec odpuszczam złość, smutek czy niechęć do siebie🙂

Kiedyś byłam szczupła i zgrabna i piękna (ha! ha! ha!) jak wszystkie młode dziewczyny. 

Od zawsze lubiłam słodycze i nigdy  (mówię o tych młodych czasach ) nie miałam z tym problemu. Lubiłam jadłam, wybierałam a było w czym. Mama w każdą sobotę piekła fantastyczne ciasta, na każde święta słodkich wypieków było w ilościach do obdzielenia pułku wojska. Ktokolwiek zapraszał (albo wpadał bez zaproszenia) na herbatkę czy kawę, miał w szafce jakieś ciasteczko, czekoladki. I zawsze były dobre. Bo polskie czekolady były zawsze pyszne!!  Kto z nas “starszyzny” nie pamięta kasztanek czy malag? Albo „Chrupki krakowskiej”? W dzieciństwie, tuż obok naszej bramy wejściowej do kamienicy przez wiele lat mieściła się cukiernia. Boże, jak tam pięknie pachniało czekoladą!  Już samo wejście do środka zapowiadało rozkosz dla podniebienia. W czasach szkoły podstawowej zachodziłam do tej cukierni kilka razy w tygodniu i kupowałam batonik “Chrupka krakowska” Pamiętam, że kosztował 2 złote i 10 groszy. I jeszcze – batonik “Torcik pomarańczowy” za 2 złote i 60 groszy. Były malagi, kasztanki, mieszanka krakowska.

Ach, zapomniałabym o chałwie!! Polska fantastyczna chałwa. Była sprzedawana na wagę, w sklepie mieli ją w takich dużych blokach. Ta miłość do chałwy, niestety, została mi do dziś. Nie kupuję jej zbyt często, ale rodzajów i smaków jest tutaj mnóstwo. Tu można kupić chałwę grecką, turecką irańską. Ale żadna, nawet najlepsza nie ma tamtego smaku. A jak powszechnie wiadomo – smaków się nie zapomina.

Słodycze polskie to był towar eksportowy i mogliśmy się tym pochwalić w świecie. Tylko, że świat był “ograniczony” w wymiarach i rozmachu sprzedaży naszych słodyczy. 😟

Ale pamiętam, że w końcu lat 60-tych i początku 70-tych moi rodzice bardzo przyjaźnili się z rodziną z NRD. Oni często przyjeżdżali do nas na wakacje nad polski Bałtyk i wyjeżdżając z Polski do domu kupowali ogromne ilości naszych rodzimych słodyczy. 

A potem przyszedł kryzys – brak wszystkiego, w tym czekolad i innych słodkości. Przez dobrych kilka (a może kilkanaście) lat w sklepach cukierniczych mieliśmy “wyroby czekoladopodobne”.  Produkcja tych czekolad rozpoczęła się w początku lat 80-tych i spowodowana była trudnościami z zaopatrzeniem zakładów przemysłu spożywczego w kakao. Tłuszcz kakaowy zastąpiono tłuszczem innych roślin. W wyniku tego zabiegu czekolada w smaku była okropna!  Na wiele lat skończyła się era dobrych słodyczy. Niestety, moje dzieci doświadczyły tego obrzydliwego smaku, choć szczęśliwie dzięki podróżom i kontaktom z ludźmi z Zachodu, mogliśmy im także udostępniać dobre niepolskie słodycze. 

Wyrób czekoladopodobny. Wyglądał podobnie, ale smaku czekolady NIE przypominał! 😝

Ale ale.. Moje rozważania miały być o słodyczach i o mnie. O miłości do słodkości (ale takich naprawdę dobrych!) Nie o zwykłych ciasteczkach z czekoladowymi chipsami, nie o suchych twardych herbatnikach. Tak – uwielbiam słodycze i przez całe swoje “dojrzałe życie” próbuję z tym walczyć. Ale jestem też dość wybredna i naprawdę nie rzucam się na cokolwiek co jest słodkie. Lubię to, co naprawdę w smaku (dla mnie) jest pyszne. A więc – wybieram. A że wybór jest ogromny.. często trudno mi się oprzeć. 🙂 

Czekolada jest bodaj jedyną formą “słodką” która ma wiele zalet, wcale nie mniej niż wad. Powszechnie wiadomo, że dobra czarna gorzka czekolada jest bardzo pożywna, więc dwie trzy kostki mogą zastąpić mnóstwo innego, zbędnego cukru.  Pobudza nasz mózg i pomaga się lepiej skoncentrować, zmniejsza ryzyko chorób serca i jest idealna na cholesterol. Jest źródłem magnezu, którego bardzo potrzebuje nasz układ nerwowy oraz wszystkie mięśnie.  Jeśli chcecie dowiedzieć się  i przestudiować dalsze i inne pozytywy zjadania czekolady – nie ma problemu! Na ten temat wypowiedziało się już całe tabuny lekarzy, dietetyków i innych mądrych ludzi. (jeden z setek linków dołączam powyżej)

A ja – laik medyczny powiem jedno. Czekolada to jest TO!  Mój stres (niestety, jestem z kategorii nerwusów i raptusów!) bardzo lubi taką terapię!  Czekolada mnie uspokaja, przywraca poczucie balansu. Łagodzi zamieszanie w głowie. Nie wiem na ile prawdziwe są te wszystkie badania naukowe dotyczące cudownych działań czekolady, ale ja jestem przykładem przynajmniej części jej pozytywnych wyczynów. 

Czekolada wzmaga wydzielanie endorfin czyli hormonów szczęścia, dlatego podobno po zjedzeniu kilku kostek czekolady szybko poprawia nam się humor. Zaraz odczuwam lepsze samopoczucie i więcej energii do działania. 

Nie wierzycie? Spróbujcie mojej terapii – to nie żadna tajemnica.  A gdy jeszcze do dobrej czekolady dodam kieliszek wina albo mojej ulubionej Metaxy – mam już poczucie wznoszenia się ku niebu. 🙂

To był paragraf zachwytów i udowadniania, że czekoladę należy jeść i nie mieć wyrzutów sumienia. Kiedyś przeczytałam nawet, że czekolada w rozsądnych ilościach pomaga w.. walce z nadwagą. Ale nie jestem pewna czy po moich doświadczeniach powinnam w to uwierzyć. 🙂

Gdyby tylko czekolada.. Ale do tego są orzechy, rodzynki, mleczna czekolada, miętowa, z opiłkami pomarańczy nawet z.. chili.  A obok czekolady stoją sobie – w mojej głowie i potrzebach życiowych – dobre ciasteczka, ciasta wypiekane domowo i takie, których pełno można kupić w sklepach i zjeść w restauracjach, kawiarniach! I które na pewno nie są tak zdrowe i polecane jak królewska gorzka czekolada. 

Teraz czas na szczerość. Skąd te skłonności do słodyczy i dlaczego tak trudno mi je opanować? Bo czekolada – to nie wszystko.  

Tiramisu, bezy krakowskie, tort orzechowy mojej przyjaciółki Zosi, pączki Grażyny albo mojego brata, kruche ciasteczka z prawdziwą polską smażoną różą, karpatka, wypieki domowe cioci Hani i dziesiątki pychot, których nigdy nie potrafię sobie do końca odmówić. Potrafię zjeść tylko pół kawałka, ale nie mogę powiedzieć sobie STOP. 

Dlaczego tak się dzieje? Bo mam słabą wolę (tak), bo zawsze znajduję dla siebie wymówkę, że to tylko “kawałek” (tak), bo myślę sobie, że w końcu nie objadam się do “upadłego”, więc to strategia do przyjęcia (tak). A może to przyzwyczajenie z domu, gdzie zawsze było dobre ciasto? (tak). Może pamięć o czasach, gdy słodycze nie były łatwe do zdobycia a tak się chciało słodkości. (tak) I… geny, bo nie pamiętam, żeby ktoś z mojej rodziny nie lubił słodyczy (tak!).  

Poza tym słodycze dla mnie to coś, co wspomaga smakiem jeszcze coś ważniejszego – miłe towarzyskie spotkania, kieliszek winka wieczorem przy oglądaniu filmu albo fajnej rozmowie z bliską mi osobą. Nie mam w zwyczaju opychania się ciastkami czy cukierkami tak po prostu, bez powodu i bezmyślnie. 

W tym względzie przynajmniej nie muszę mieć wyrzutów sumienia.  

Znam tylko jedną osobę wśród moich przyjaciół i znajomych, która nie lubi, nie ma potrzeby jeść słodyczy. Stefan uwielbia mięsa, kiełbasy i wino, czyli jest jedzeniowo zupełnie “normalny” 😀 a jednak na słodycze nie da się go namówić. 

Trochę mu zazdroszczę, bo wygląda doskonale i problemy nadwagi nie są mu znane. Ale z drugiej strony… z mojego punktu widzenia – ile przyjemności go ominęło i to tych najsłodszych!? 🙂

Cukrzykiem nie jestem, choć przydałyby się w tej kwestii i w tym wieku wyniki bardziej idealne. Ale zmienić życie aż tak radykalnie, by wyeliminować słodkie dobroci całkowicie … nie, tego już nie uda mi się zrobić i chyba nie chcę. Sorry, mój koszyk z planami na kolejne dni i lata nie zmieści już tego punktu życiorysu. 

„Ziemniaczek” też ciasteczko!

 Z czasów młodości słodkie spotkania i przyjemne rozmowy przy ciastku i kawie wspominam bardzo ciepło. Gdy wracałyśmy we czwórkę ze szkoły (II liceum im. Sobieskiego w Krakowie) prawie każdego dnia wpadałyśmy do cocktail baru na ul. Karmelickiej. To było wtedy bardzo popularne miejsce i wielu młodych ludzi lubiło tam wpadać. Kawa z bitą śmietanką – to był przebój! A do tego, w zależności od dnia, nastroju, humoru i zasobów finansowych – kremówka krakowska, BEZA z bitą śmietaną i malinami albo napoleonka.. A jeszcze czasem “ ziemniaczek” – ciasteczko zrobione z okruszyn herbatników, orzechów, rodzynek, kakao itd. Zmielone składniki zmiękczone pysznym aromatem (arakowym, migdałowym? Już nie pamiętam..) uformowane w kulkę i obtoczone orzechami lub kakao. Też pychota!  Może wygląd nie był najbardziej przekonywujący, ale smak!..

W sezonie zimowo-karnawałowym były oczywiście pączki z różą (bo jakże inaczej!) ale na te zazwyczaj wpadaliśmy do ulubionej cukierni na Azorach (dzielnica Krakowa), w piątki po harcerskim dyżurze kadry. To był rytuał – dla nas ważniejszy niż niedzielne chodzenie do kościoła. Chłopcy zakładali się, kto zje najwięcej i już nawet nie będę przytaczać liczb wygrywających te zakłady. 🙂

Skąd braliśmy na to pieniądze? Nie mam pojęcia, ale nawet jak ktoś z nas nie miał forsy, to obok był przyjaciel, który tego dnia zapłacił.  Ależ to były słodkie znakomite czasy. Ile śmiechu, radości, fantazji! Piwa, wina czy czegokolwiek mocniejszego nie piliśmy w tamtych czasach, alkohol nie był nam do szczęścia towarzyskiego potrzebny. Natomiast dobre ciasta i ciastka były konieczne! 

Oto moja słodka “spowiedź”. Kto ma inaczej i daje sobie radę z niewinnymi nawykami zjadania łakoci i smakołyków, proszę podnieść rękę. Chętnie posłucham porad i doświadczeń co zrobić, żeby nie ogarniały mnie wyrzuty sumienia po zjedzeniu czekolady czy kawałka chałwy. A może ktoś woli podzielić się doświadczeniami, co lubi najbardziej ze słodkich delikatesów, jakie frykasy wspomina z dzieciństwa czy młodości?  Bo jak wiemy, w Świecie – “wszystko płynie” (Panta Rei). I smak słodyczy, ich wygląd, zawartość, sposoby produkcji czy pieczenia też się zmieniają. 

Tylko nasze smaki i zachcianki pozostają. I co ja mam na to poradzić??? 

A na koniec: uśmiech dzieciństwa! Jeśli masz wątpliwości i wyrzuty sumienia, to posłuchaj tej piosenki dla dzieci!

Czekolada NIE JEST ZŁA, skoro już dzieci to wiedzą ! 😂


BACK

6 myśli na temat “Czekoladowo, walentynkowo, czyli jak oprzeć się słodkim zachciankom?

    1. Tak miało być! słodycze (te dobre!) zawsze dodają humoru, ochoty na życie. Nawet myśl o nich jest przyjemna i słodka 😛
      Cocktail Bar na Karmelickiej serwował bezy z bitą śmietaną ale może w innej cukierni były z malinowym kremem. Jedne i drugie na pewno były nieziemskie!

      Polubienie

  1. Muszę wyprowadzić Cię z błędu – ja też jem słodycze, ale nie wszystkie i nigdy ciasta. TYLKO ciemną czekoladę, najlepiej z innymi zdrowymi dodatkami jak orzechy czy suszone wiśnie.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Chrupankę krakowską kupowałam lata temu w… siedzibie hufca przy Reymonta. Była pyszna! A pamiętasz cukiernię Szota na Azorach, w pobliżu XIV LO? Najlepsze ciastka i lody, jakie jadłam.

    Polubienie

    1. Własnie o tej cukierni wspominam, o pączkach na które chodziliśmy. Świetnie, bo przypomniałaś mi nazwę, już tego nie pamiętałam. Lodów też tam za bardzo nie kojarzę, pewnie dlatego, że ja za lodami nie przepadam. No i Ty w końcu miałaś tę cukiernie „po sąsiedzku” na co dzień😄 I jeszcze – Nie wiem dlaczego ale zapamiętałam nazwę „Chrupka krakowska”, na taką tez natknęłam się w sieci. Ale wszystkie zdjęcia potwierdzają, że to była Chrupanka Krakowska. Ach, z tą pamięcią.🤣🤣

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi