Jak być dobrą dla siebie samej? Perfekcjonizm, czy było warto? 

02/02/2023

O, na to pytanie dziś już nam odpowiedź! 

Ta Książka – poradnik ma już dwie części. Myślę, że porada znaleziona w niej, z przymrużeniem oka, ale celnie ujmuje moją intencję 😂

Niestety, wiem że zbyt długo szukałam dróg, które pozwoliłyby mi określić, co to znaczy “być dobrą dla siebie”.  Jestem z pokolenia wychowanego w komunistycznej szkole, w czasach, gdy nauczyciel, rodzic czy nawet najbliższy przyjaciel nie czuł potrzeby, by nas chwalić.  Jako dzieci musieliśmy wykonywać swoje szkolne i domowe obowiązki najlepiej jak potrafiliśmy, ale nie byliśmy za dobrą robotę nagradzani. Co najwyżej – jeśli nie byliśmy krytykowani, nikt na nas tego dnia nie nakrzyczał, to wiedzieliśmy, że “jest dobrze”. 

Miałam dobrą ciepłą rodzinę, wiem, że rodzice mnie i brata kochali. Ale czy ktoś nam mówił: świetna robota! brawo! fantastycznie.. Czy słyszeliśmy od rodziców, wieczorem przed zaśnięciem, na dobranoc: jesteś cudowna, dziś zrobiłaś coś doskonale, bardzo cię kocham itd.?? Nie, bo takie były normy i praktyczne zasady wychowywania dzieci, zarówno w szkole jak i w domu. I wiem, że podobne zachowania i my jako rodzice, przez wiele lat stosowaliśmy do swoich dzieci. 😟

Minęło wiele lat zanim zorientowałam się, że bycie dobrą dla siebie zależy w dużym stopniu od tego, co dobrego dajemy innym, a przede wszystkim naszym własnym dzieciom – małym, dorastającym i też dorosłym.  

Dopiero gdy zamieszkałam w Ameryce, zrozumiałam jak ważna jest pozytywna motywacja. Ile trzeba mieć dla siebie tolerancji, łagodności i ciepła, żeby nie wejść w zamknięty krąg profesjonalizmu, który wcześniej czy później zacznie dusić.  Profesjonalizm, który przecież przez lata szkoły średniej (gdy już naprawdę zaczęłam rozumieć zależność zachowań międzyludzkich) a potem w pracy zawodowej był mi potrzebny, by zaistnieć i mieć swoje miejsce, osiągnąć jakiś mały, a potem trochę większy sukces.  Wykonywać swoją pracę lepiej i lepiej. Mieć kontrolę nad tym co robię, widzieć wciąż wysoko podniesioną poprzeczkę. Być dobrą, jeszcze lepszą niż wczoraj, mieć szansę, że mnie  inni zauważą, docenią, pochwalą choćby jednym słowem… 

Z dzieciństwa i młodości niewiele takich sytuacji pamiętam. Za to pamiętam, że gdy już miałam  dwadzieścia kilka lat, małe dzieci, męża, który wciąż gdzieś zawodowo wyjeżdżał,  ja MUSIAŁAM sobie poradzić! Być niezależną, odważną, perfekcyjną w zwykłych działaniach zwykłego dnia.  Odprowadzić dzieci do żłobka, do przedszkola, potem brnąć do pracy po śniegu albo w deszczu, przez park (pod prawdziwą górkę!).  W liceum, gdzie uczyłam, byłam najmłodszą polonistką (z trzech), więc potrzebowałam być tą najlepszą. Bo jak inaczej uczniowie mogli mnie zauważyć?  Pracowałam więc dodatkowo, organizowałam teatr, kabarety, studniówki, bardzo niekonwencjonalne wycieczki z młodzieżą. Wymyślałam nietypowe sprawdziany, lekcje, które nie mieściły się często w określonych normach uczenia w szkole. 

Miałam naprawdę dobre kontakty i fajne porozumienie z młodzieżą. Poświęcałam im przerwy międzylekcyjne na rozmowy, słuchałam ich problemów, rozmawiałam o tym wszystkim, o czym nastolatki chciały mi opowiedzieć. Moje wywiadówki z rodzicami przeciągały się i wychodziłam ze szkoły jako ostatnia. Rodzice też zawsze chcieli pogadać. Potrzebowali tego, a ja byłam do ich dyspozycji.  Chciałam być dobra w tym, co robiłam i myślę, że byłam.  Byłam też wtedy bardzo młoda, miałam ogromne pokłady  entuzjazmu i sił, chciałam być pedagogiem – profesjonalistką. Cokolwiek było do zrobienia w pracy, miałam skończone przed czasem. Wydawało mi się, że moje plany, moje metody, moje pomysły są wyjątkowe. Stawiałam sobie poprzeczkę bardzo wysoko, choć szybko zorientowałam się,że kariery nie zrobię. Były inne wymagania, a z tego “innego” nie zamierzałam skorzystać. (ech, polityka zawsze i wszędzie..) 

Nie będę głębiej roztrząsać tamtych czasów. Przez piętnaście lat byłam zwariowaną, ale dobrą nauczycielką. Wymagałam od uczniów dużo, ale lubiłam to, co robiłam i młodzież lubiła mnie. I wiem, że większość z nich lubiła także lekcje polskiego – literaturę, poezję, a to dla mnie było wielką nagrodą. Moje lekcje polskiego miały swoje “echo” wśród młodzieży. Wiadomo, jakie było podejście do szkolnych obowiązków w polskiej szkole w latach 70, 80-tych. 

Dziś szkoła w Polsce pewnie wygląda inaczej a ja nie mam ani podstaw ani prawa jej oceniać.  

Jako wychowawczyni, miałam (jak zresztą wszyscy nauczyciele) duże problemy z frekwencją na lekcjach. Na wszystkich konferencjach i zebraniach nauczycielskich był to jeden z głównych tematów do dyskusji. Młodzież nagminnie wagarowała, przynosili jakieś “lewe” usprawiedliwienia, bo można było mieć usprawiedliwienie od rodziców – czyli łatwo było oszukać, podpisać rodzica i wymyślić setki powodów, by nie być na lekcji. Grono nauczycielskie było bezsilne, co tu dużo mówić, młodzież nie lubiła szkoły, traktowała ją jako zło konieczne. System działał źle, wciąż tylko kary, oceny niedostateczne, zakazy, straszenia. Pochwał nie stosowano.. szkoda. Pamiętałam to z mojego dzieciństwa i własnej młodości. Bałam się szkoły i to w jakiś sposób zaważyło na całym życiu… 

Uczennice z mojej pierwszej klasy, gdy zaczęłam pracować w Liceum Medycznym.

W mojej klasie, gdy pierwszy raz byłam wychowawczynią wymyśliłam taki system: zeszyt, (ha,ha! komputerów nie było!!) a w nim każda uczennica (to były głównie dziewczęta, bo uczyłam w Liceum Medycznym Pielęgniarek i Opiekunek Dziecięcych) miała “swoją kartkę”.  Notatnik trzymałam u siebie, ale każda uczennica miała do niego dostęp. Mogły tam zapisywać swoje pytania, wkładać karteczki z problemami, o których chciały pogadać. A co najważniejsze – każda z nich miała ode mnie kredyt: jeden dzień w semestrze (w roku szkolnym były wtedy dwa semestry), który mogła wziąć sobie jako dzień wolny, bez usprawiedliwienia, bez spowiadania się “dlaczego, po co”. Wpisywała sobie datę i pilnowaliśmy, by to był uczciwie jeden dzień w semestrze. W zamian za to umówiłam się z nimi, że nie będą kłamać, oszukiwać, przynosić lewych zwolnień. To była umowa honorowa, kompletnie nieformalna i co tu dużo mówić, ogromnie dla mnie ryzykowna. Ale – okazało się, że zadziałało!  Większość uczennic pilnowała dat, rozmawiała ze mną dlaczego potrzebują dzień wolny.. Tłumaczyłam, że nawet powód iż dzień wolny jest potrzebny na leniuchowanie jest w porządku, jeśli może nam pomóc.  I powoli frekwencja klasy polepszyła się, a nasza współpraca była uczciwa. I może nie w stu procentach, ale powoli i konsekwentnie taki system zadziałał!! Dziewczyny szczerze rozmawiały, wpisywały swój dzień, nikt o tym nie wiedział, bo to była nasza cicha i “tajemnicza” umowa. 

Zaufanie? Coś w tym rodzaju.  Jeśli to działa z korzyścią dla obu stron.. 👍

Pamiętam spotkanie z rodzicami, na którym wyjaśniałam im jak ma to działać (bo przecież rodzicom musiałam powiedzieć prawdę.. )  Niektórzy mieli duże wątpliwości, było dużo pytań, patrzyli na mnie podejrzliwie. Ale i z rodzicami udało mi się zawrzeć układ. Oni też musieli wiedzieć, który dzień ich córka wykorzystała jako wolny od szkoły i że ma to być tylko JEDEN w semestrze.  Jakoś uwierzyli mi i co najważniejsze – zaufali własnym dzieciom.

Pilnowaliśmy się wzajemnie, kontrolowaliśmy wpisy w notatnik, dyskutowałyśmy i perfekcja w umowie działała. Tajemnica klasowa też!  🤐

Uważam, że to był jeden z moich dużych sukcesów wychowawczych.  Oczywiście, były różne problemy, bo życie szkolne i praca nauczyciela zawsze jest pełna problemów, ale było nam łatwiej dogadać się niż w innych klasach. No i na pewno moja klasa nie była w “czołówce” klas z najniższą frekwencją w szkole.

Perfekcjonizm w pracy zawodowej uważam za cechę pozytywną, choć można mieć także poważne zastrzeżenia. Perfekcjonizm nauczyciela może być trudny dla ucznia. Ale może go też wiele nauczyć. W tamtych czasach nie odczuwałam negatywnych elementów profesjonalizmu. Lubiłam moja pracę, byłam młoda i ogrom stresu mnie jeszcze nie zjadał. 

„Perfekcyjna” babcia czasem musiała jeździć na koniu. I zdarzyło mi się- na ATV (inaczej quad) ..

Trochę gorzej przekładało się to na życie domowe, rodzinne.  Nie zdawałam sobie sprawy, że moja wojownicza pozycja Matki, która MUSI wszystkiemu perfekcyjnie podołać, spalała mnie psychicznie. Był to powolny i długotrwały proces. Byłam i jestem osobą, która bardzo nie lubi jeśli trzeba zmienić planowane terminy, jak wyskakują nagłe zmiany w moim perfekcyjnym  przygotowaniu. Mijały lata, a ja wciąż musiałam wszystko mieć dopracowane i zrealizowane najlepiej jak potrafiłam. Wciągnęłam w to swoje dorastające dzieci, one także nauczyły się bardzo perfekcyjnego podejścia do szkoły, pracy i do dzisiaj widać tego piękne efekty. Mają sukcesy zawodowe, rodzinne, a było im trudniej niż wielu ich rówieśnikom, bo wraz z nami musiały przejść metamorfozę i przystosować się do nowej amerykańskiej szkoły, do systemu, którego w Polsce nie znały. Na szczęście, natura ma to do siebie, że młodym łatwiej odnaleźć się w “nowym”…

Z latami jednak wiele się zmieniło, a ja zaczęłam rozumieć, że w nowej rzeczywistości, w jakiej znalazłam się po przyjeździe do Houston, coraz trudniej stawiać sobie poprzeczki wyżej i wyżej.  

Próby próby.. zawsze jeszcze można lepiej!

Teatr Ogniska Polskiego, który założyłam i prowadziłam prawie dwadzieścia lat miał duże polonijne osiągnięcia i nie umniejszę tu sukcesów aktorów i całego zespołu pracującego, jeśli powiem, że dociskałam ich bardzo mocno.  W czasie wielogodzinnych prób, w każdej scenie, żartem czy na poważnie, późnym wieczorem w tygodniu czy w sobotnie i niedzielne dni – ćwiczyliśmy doprowadzając do perfekcji nasze teksty, piosenki, muzykę, dekoracje, kostiumy. Oczywiście, nasze możliwości pod wieloma względami były ograniczone, ale ile się dało, tyle “soków” wyciskałam z aktorów. I z siebie także!  Wtedy potrafiłam poświęcić długie godziny prywatnego życia, bo ktoś potrzebował dodatkowej próby, bo nie mógł przyjść na spotkanie grupy, bo jeszcze i jeszcze coś nie grało… 

Musiało być najlepiej jak potrafiłam, w teatrze musiało wszystko zagrać perfekcyjnie! 💪👍

Perfekcja 😀 z wnukami tez!!

Dziś z perspektywy przeżytych lat powiem szczerze – być perfekcjonistką, to nie najlepsza cecha człowieka. Owszem, dzięki niej osiągamy w życiu swoje cele, ale z czasem perfekcjonizm może nas zniszczyć. Albo – bardzo osłabić. Biegnąc w życiu “pod górkę” i wciąż pędząc do zadanego sobie celu, gubimy siebie. Swoje prawdziwe potrzeby. 

Książki i ogrom papierów, ćwiczeń do nauki języka polskiego. Jeśli jeszcze uczę – też musi być perfekcyjnie!
(koszulkę z takim napisem znalazłam w sieci. To juz tak- dla humoru 🤣)

Przez długie lata nie rozumiałam, że każdego dnia moje dążenie do idealnego ładu wprowadzało mnie w stres, a w tym coraz większym stresie i napięciu  nie dostrzegałam siebie. W domu musiało być wszystko ułożone według planu, żadnego poślizgu, zmian, kompletny brak elastyczności. Wokół mnie wiele napięcia i nerwowości, także dla tych, którzy byli i są koło mnie. A najgorsze, ze ja w tym wszystkim byłam ciągle zdenerwowana, szukająca co jeszcze mogę poprawić, zrobić lepiej, inaczej. Istny dom wariatów!!! 

Dopiero “starcza dojrzałość” i emerytalna perspektywa zmieniła mnie. No, może nie do końca, bo od czasu do czasu odzywa się we mnie poczucie, że muszę lepiej i że to co robię nie jest wystarczające. Ale już coraz rzadziej… 

Nadszedł dzień, gdy nagle mnie olśniło, że ja nie muszę jeśli nie chcę!  Nie muszę wciąż krytykować siebie, nie muszę być “na topie” w rodzinie, wśród koleżanek, przyjaciół.  Mogę sobie pozwolić na dzień – dwa niedoskonałości, lenistwa a przede wszystkim luzu, którego nie umiałam znaleźć w sobie przez wiele lat. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie spustoszenie robi mi w głowie pogoń za perfekcyjnością, doskonałością!  

Trudno zmienić swoją osobowość! Wiem, że praktycznie jest to niemożliwe. Ale można ją “podreperować”, uspokoić, wyciszyć. W miejsce podnoszenia wciąż życiowej poprzeczki zrozumiałam, że muszę spróbować znaleźć nowy styl życia, realistyczne małe cele, które bez szaleństwa potrafię osiągnąć. A jak nie osiągnę, to też jest dobrze! Już nie chcę gonić światełka z napisem “więcej i lepiej!”. Kreatywność tak, ale spokojna, wyważona, bezstresowa (oj, to dla mnie niełatwe!..). 

Perfekcjonizm to mocna cecha ale trudna!  Dla mnie osobiście już niekonieczna i nieprzydatna. I nie dlatego, że się starzeję, a dlatego, że tak teraz chcę! 

Wpisałam się w ten obrazek znaleziony w sieci. I podpisuję się także pod jego hasłem (🤔)

Już nie muszę bać się, że mnie inni wyśmieją, że muszę być dobra i bardzo dobra publicznie, że ktoś określi mnie jako kiepską matkę, złą żonę czy kogoś, kto nie poradził sobie w karierze zawodowej. Wszystkie te elementy życia nam już za sobą i skłamałabym, gdybym powiedziała, że tego nie doświadczyłam. 

Niestety, często uczymy się nowości za późno. Doświadczenia biją nas czasem bardzo dotkliwie i dopiero po latach odkrywamy, że można żyć inaczej. 

Mnie się udaje, ale wciąż nie do końca. Teraz jestem szczęśliwsza i stres, choć NIE jest mi obcy, gnębi mnie coraz rzadziej. 

Nie muszę być idealna, wręcz NIE CHCĘ. Nie boję się już krytyki, wiem, że nie trzeba być we wszystkim najlepszą. Wreszcie mam do siebie dystans, bywają jednak dni kiedy na chwilę “zawierucha” wraca.. 

Perfekcjonizm to zaleta czy wada? Perfekcjoniści, co wy o tym myślicie??

Cóż, jesteśmy niedoskonali, uczymy się każdego dnia.  Nie wiem jak wy – ale ja DZIŚ mam już do tego  prawo!

Dzisiaj bliższa mi jest medytacja nad sobą i moim życiem – myśl wyrażona w mało znanej piosence Seweryna Krajewskiego. Przymknij oczy i wsłuchaj się w siebie..


BACK

6 myśli na temat “Jak być dobrą dla siebie samej? Perfekcjonizm, czy było warto? 

  1. Piękne rozważania. Ja piszę ten komentarz po raz trzeci, pierwszy wysłałem bez tekstu, drugi mi zniknął i nie mogę znależć, ale ponieważ chcę się dołączyć do tematu, to oto znów jestem.
    Jak już widać z tego pierwszego zdania, nie jestem nawet bliski tego, żeby się zaliczyć do perfekcjonistów. Trudna jest definicja kogoś, kto nim jest i jaki jest pożytek z takiego kogoś dla ludzkości. Ja chciałem być perfekcyjny w polskim houstońskim teatrze i robiłem wszystko, by moja żoneczka – reżyser wszystkich sztuk, ale przede wszystkim puliczność byli zadowoleni z mojej gry i wygłaszania tekstu. I pewnego dnia, na przedstawieniu o Krakowie mój dialogowy partner zapomniał tekstu. Nie byłem w stanie mu pomóc, bo porzecież ja znałem swój, a nie jego tekst perfekcyjnie. Ale przedstawienie się zatrzymało na chwilkę, kolega się wygrzebał i wszystko poszło świetnie aż do przerwy, kiedy to niektórzy z widzów autentycznie krytykowali mnie mówiąc, że wszystko byłoby dobrze, gdybym nie zapomniał tekstu. Byłem zatrwożony, że ktoś tak mógł to wydarzenie odebrać i chwała spłynęła ze mnie jak woda. Kilka miesięcy, a może już parę lat poźniej, na przedstawieniu końcowym teatru, ja rzeczywiście zapomniałem fragmentu tekstu wiersza-piosenki, ale wtedy już nie czułem takiego wstydu jak wówczas. Wiedziałem, że brak perfekcji prędzej czy później musi stać się udziałem każdego, trzeba tyllko umieć się do tego przyznać.
    Teraz, kiedy może już pora na podsumowanie mego życia, staram się znaleźć w przeszłości coś, co było perfekcyjne. I nie widzę. Ale nie rozpaczam. Nie ma perfekcjonistów na tym świecie, i już.
    Wacek

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Ta historia teatralna opisana przez ciebie to jedna z śmiesznych anegdot naszych teatralnych czasów!
      Było zabawnie. a ty nie powinieneś tego odbierać w inny sposób. Może i nie ma na świecie perfekcjonistów we wszystkim (i na zawsze) ale ty na pewno byłeś perfekcyjny w naszym dawnym harcerskim życiu no i w twojej uwielbianej przez ciebie pracy wciąż jesteś.
      „Skromność jest cechą królów” a takie gadanie, ze nigdy nie było niczego „perfekcyjnie” – to właśnie cecha perfekcjonistów.
      Czyli – zgadzam się z tobą „że brak perfekcji prędzej czy później musi stać się udziałem każdego” 😄

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi