Grudniowo, Aniołowo i z nadzieją

12/10/2022

Mam takich bardzo bliskich kochanych przyjaciół w Krakowie, którzy od wielu lat każdego roku wraz z kartką i świątecznymi życzeniami przysyłają nam książkę. Książkę o tematyce świątecznej, historyjki lekkie wzruszające, miękkie, puszyste.. Opowiastki niemal niewiarygodne, zawsze jednak kończą się szczęśliwie, bo jakże inaczej mogłyby zakończyć się – grudniowe, magiczne, gwiazdkowe? 

Wieloletnia kolekcja pozytywnej energii grudniowo-gwiazdkowej!

Każdego roku wiem, że będę tę książkę czytać, choć treść jest banalna i niewyszukana. I wiem, że mnie wzruszy, choć ani trochę nie wierzę w realne przesłanki takiej historii. Ale opowieści tych corocznych przyjacielskich podarunków zawsze  przynoszą nam wiarę w to, że dobro pokonuje zło, że miłość jest silna i pokona wszystkie przeciwności losu, że nadzieja nigdy nie powinna nas opuścić. 

“Kinga straciła dom, pracę i zaufanie najbliższych… Już nie ma siły, by walczyć o przetrwanie. Gdy w noc wigilijną spotyka bezwzględną i bezduszną dziennikarkę, życie obu kobiet odmienia się całkowicie..” Inna historia: „Wieś o dziwnej nazwie Poczekajka i mała żółta chatka na krańcu świata. Pogoń za marzeniem i szansa na jego spełnienie… Historia Julii, której życie wywraca się do góry nogami, a ona sama wyjeżdża w Bieszczady. A tam jej droga splata się z losem nowych przyjaciółek w willi przy ulicy o wdzięcznej nazwie Leśnych Dzwonków. Jest oczywiście grudniowa mroźna zima..” 

Czyż trzeba człowiekowi coś więcej, by był szczęśliwy w świąteczny czas? Na mojej półce stoi długi szereg książek, które każdego roku przynoszą nam wsparcie, pozytywną energię, ciepłą historyjkę, choćby miała być najbardziej nieprawdopodobna czy “cukierkowa”. To jeden z najbardziej ciepłych dla serca prezentów. Taka nasza “wigilijno-świąteczna” umowa, ktorą tylko my i moi przyjaciele – między sobą rozumiemy… 

To prawda jest, że uwielbiam powieści mocne, głębokie i psychologicznie skomplikowane, lubię filmy trzymające w napięciu aż do “utraty oddechu”, co nie przeszkadza mi mięknąć w grudniowy czas i poddać się ciepłu lekkiej lektury gwiazdkowych prezentów moich  Aniołowych przyjaciół. I powiem wam w tajemnicy, że nie tylko ja ulegam takim nastrojom w tym magicznym czasie. 🙂 I wcale a wcale ani na chwilę nie ukrywam tych lirycznych wzruszeń, tych tej łezki, która każdego roku pojawi się w oku. Magia grudniowego czaru działa…

Jedna z dziesiątek okładek książki „Baśń o dwunastu miesiącach” Nasze szkolne przedstawienie zrobione było na podstawie tej baśni ale scenariusz był dostosowany do możliwości uczniów 3 klasy.

Pamiętam, że w dzieciństwie na zakończenie roku kalendarzowego, tuż przed feriami zimowymi  wystawialiśmy takie przedstawienie o dwunastu miesiącach. Każdy miesiąc wychodził na scenę i ładnie opowiadał widzom, co ma najlepszego do zaoferowania. Oczywiście, te miesiące były bardzo polskie, bo luty był bardzo zimny i przynosił dzieciom piękny śnieg, jazdę na sankach i łyżwach, kwiecień zachwalał swoje pierwsze promienie cieþłego słońca, kwiaty kaczeńce, pierwiosnki i fiołki, a wrzesień oferował mnóstwo dorodnych owoców itd. Grudzień za to wchodził na scenę stary, zmęczony, z długą siwą brodą, bo był najstarszy ze wszystkich braci – miesięcy.

Pamiętam, że nasza pani  nauczycielka miała duże trudności, by namówić któreś z dzieci, żeby było zgodziło się zagrać rolę Grudnia. Bardzo nam się nie podobała rola staruszka. Ostatecznie jedna z dziewczynek zdecydowała się i bardzo dobrze się spisała! Nawet głos wypracowała sobie taki gruby, bardzo “zmęczony”.  Widzowie długo ją oklaskiwali. Nie pamiętam dokładnie, w której to było klasie, ale chyba nie później jak w trzeciej lub czwartej. 

Tak mi przyszło na myśl, że grudzień to taki miesiąc podsumowań całego roku, wszystkich innych miesięcy.  Miesiąc, w którym jeśli chcemy pomyśleć przez chwilę, pomiędzy szaleństwem zakupów prezentowych pod choinkę, między planowaniem tradycyjnego świątecznego menu na stół wigilijny – możemy przymknąć oczy i jak w dziecięcym przedstawieniu spojrzeć, co dobrego przyniósł nam każdy z minionych miesięcy ostatniego roku. Ile dobrych  rzeczy przydarzyło się, ile niezapomnianych chwil przeżyliśmy. Ale także – jak wiele potknięć, rozczarowań, kłopotów i smutków nas dotknęło. Każdego roku w styczniu patrzymy optymistycznie w nadchodzący nowy czas.  Amerykańska tradycja uwielbia snuć postanowienia, co chcemy zmienić na lepsze. “New year resolution” to bardzo popularne hasło pojawiające się w pierwszych tygodniach roku we wszystkich mediach, w rodzinnych rozmowach, w naszych prywatnych myślach i rozważaniach. Chyba nikt nigdy nie przebadał i nie zrobił rzetelnej statystyki ile z postanowień ludzkich zostało zrealizowanych, ale liczą sie dobre chęci i nadzieja, że coś się uda, że tym razem będzie lepiej łatwiej.  W końcu wszyscy wiemy, że motywacja jest bardzo ważna w naszym życiu.  

Taką rózgę pamiętam z dzieciństwa

Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką Mama kazała nam pisać listy do Świętego Mikołaja. Co ciekawe, zawsze mówiliśmy o nim: Święty Mikołaj a nie po prostu Mikołaj. To od pierwszego wrażenia przydawało Mikołajowi nobilitacji. Był postacią szanowaną, ważną, dobrą. Nie tylko tą, która przynosi prezenty, ale taką, która wie o nas dużo, obserwuje nas przez cały rok i jeśli byliśmy niegrzeczni może do prezentów dołączyć ostrzegawczą rózgę. Dzieci wiedziały, że Święty Mikołaj jest dobry i nie da dziecku tylko rózgi, ale jeśli dołączy do prezentu rózgę to znaczy, że wie o naszych różnych wybrykach w ciągu roku i ostrzega nas łagodnie, by się poprawić. 🙂

Kto dziś pamięta o rózgach? Były ładne, złote i srebrne, z kolorowymi wstążeczkami ze złoconą jemiołą.  My z bratem zawsze dostawaliśmy małe rózgi, a nasz Tata dostawał dużo większą. Mama śmiała się,że tata musi się bardzo postarać i poprawić do następnego roku. 🙂 

Taki „Aniołek ” asystował Świętemu Mikołajowi gdy przychodził do naszych i naszych przyjaciół dzieci. I dzieciom się podobał. Dzisiaj – dzieci mają większe wymagania 🙂 🙂

Dziś każdego roku szykuję prezenty od polskiego Mikołaja dla moich wnuków, uparcie podpisuję “od Świętego Mikołaja” choć oni już wyrośli z czasów wierzenia w jego istnienie, ale radochę mają nadal i nadal czekają na dzień 6 grudnia. A ja biegam i dostarczam prezenty tak, żeby znalazły się pod ich poduszką w nocy z 5 na 6 grudnia. Niestety, nie wiem czy ich rodzice dopełniają tradycji co do godziny…

To internetowe przesłanie otrzymałam od przyjaciółki – może dla śmiechu a może z sugestią co nam już dziś pozostało 🙂

Ja najchętniej dziś wierzyłabym nadal w moc Świętego Mikołaja i poprosiłabym go o prezenty bardzo praktyczne i przydatne dla starszych pań np. wygładzenie niechcianych zmarszczek, odebranie paru zbędnych kilogramów. Teraz modne są takie rysuneczki krążące w internecie. I określają to nawet, że ludzie nie pragną dostawać od Mikołaja, a proszą o “odbieranie”! Czy to ma być łatwiejszy proces dla współczesnego Mikołaja?? 

A może lepiej rozglądnąć się wokół i poszukać swojego Anioła. Anioła – Gabriela albo jakiegokolwiek innego, który byłby nam przychylny.  Zadbałby o mnie w następnym roku. Pilnowałby mnie w dzień i w nocy, roztaczałby aurę bezpieczeństwa wokół mnie, czułabym jego pomocną dłoń. 

Jeśli wierzyć w moce, to w anielskie. Grudzień na pewno takie ze sobą przynosi…

Takie były nasze jeżyki!! identyczne! delikatne piękne różnokolorowe. Niestety, w moim domu nie zachował się ani jeden (:

Każda grudniowa tradycja  to coroczna nadzieja, że następnego roku znów doczekamy jej kolejny raz. Będziemy ustawiać choinkę, wieszać na niej gwiazdki, pierniczki, łańcuchy zrobione w długie grudniowe wieczory. Im dalej sięgnę pamięcią tym więcej widzę ozdób, które robiliśmy z Mamą, czasami z jej siostrami, gdy odwiedzały nas z Gdańska. Uwielbiałam “jeżyki” – powstawały z cieniutkich bibułek misternie wycinanych najpierw w kółeczka, potem nacinanych do środka, a później na dobrze zaostrzonym ołówku końcówki wokół były rolowane i sklejane jak “igły” jeża. Wymagało to wielkiej precyzji. My dzieci,  długie lata nie mogliśmy się tego nauczyć! Gdy kilkanaście takich kółeczek związało się na nitkę powstawała kulka wyglądająca jak jeż. Niestety nie zachował mi się ani jeden, choć wydaje mi się, że przywiozłam taki do Stanów. Ale.. może tylko to takie wspomnienie-marzenie? Być może, że w naszej rodzinie w Polsce ktoś jeszcze ma taką ozdobę??  

wieszaliście takie długie twarde rurki? ? bo my TAK!!

Uwielbiałam także pakowanie cukierków czekoladowych i czekoladek, które zresztą niełatwo było zdobyć w tamtych czasach. Pakowaliśmy je w różno-kolorowe  bibułki, nacinaliśmy końcówki, żeby były ładne frędzle, a w środku jeszcze nakładaliśmy kolorowe złotka. Później najtrudniejszym zadaniem było wytrzymać do rozbierania choinki i zdjęcia cukierków, by je podzielić sprawiedliwie dla wszystkich domowników. Ale i tak zawsze znalazły się puste papierki sprytnie zawieszone bez cukierków. Nie muszę dodawać, że winnych, którzy je zjedli nie było. 🙂 Były też długie twarde cukierki – rurki w kolorowych celofanowych papierkach. Te były już gotowe do wieszania na choinkę, wystarczyło dowiązać sznureczek lub wstążeczkę.

Moje choinki dzieciństwa były podobne do tej – miały papierowe łańcuchy, jeżyki, pierniczki, złote orzechy, aniołki… Taką choinkę zapamiętałam

Malowaliśmy też orzechy na złoto i srebrno i zawieszaliśmy jako ozdoby. Robiliśmy maleńkie koszyczki, ptaszki z wydmuszek, zakładaliśmy cienkie świeczki na podstawkach – spinaczach… Dziś nikt już nie zna uroku tamtych choinek. Dzisiaj spędzamy czas (i mnóstwo pieniędzy) na wybieraniu coraz to nowych ozdób w sklepach. Owszem, ja także ulegam urokowi tych świecidełek, są ładne kolorowe, przyciągają oko i chce się mieć każdego roku coś nowego. Ale tradycja wspólnych wieczorów, rodzinnych pogaduszek, manualnych ćwiczeń i niezapomnianego uroku oczekiwania zatarła się bezpowrotnie. 

Ale nigdy nie ma pustki w życiu. Na miejsce tych wieczornych domowych przygotowań, gdy na ulicach było szaro i smutno, cicho głucho, dziś wystawy sklepowe rozświetlone są pięknymi świątecznymi dekoracjami na długo przed Bożym Narodzeniem. Muzyka świąteczna uprzyjemnia zakupy, a więc coś za coś. Jest inaczej, ale nie jest źle. 

Mój miniony rok był dla mnie trudny. Po raz pierwszy poczułam, że boję się iż czas realnie, NAJPRAWDZIWIEJ ucieka. Dla nas ucieka coraz szybciej. Tym bardziej trzeba chwytać chwile dobre, doceniać ich każdą wyjątkową sekundę. Takie momenty jak moje tegoroczne unikalne spotkanie “maturalne” po 50 latach, w majowym Krakowie, wakacje na Hawajach, o których marzyłam od pierwszego pobytu, by zdarzyło mi się tam kiedyś wrocić po raz drugi, cztery dni słuchania nieustającego szumu morza na przylądku w Maine, a przede wszystkim tych wszystkie chwile rodzinne i przyjacielskie, których dane mi było doświadczyć i przeżyć w tym roku są “perełkami życia”. Najcenniejszymi, co teraz dostrzegam jasno i wyraźnie. Co czuję ze zdwojonym biciem serca.  I to, że udało mi się przetrwać wszystkie trudności, wszystkie “życiowe schody” na które musieliśmy się wspinać..

Stary, piękny Świąteczny Grudniu! Przynieś mi i mojej rodzinie dobrego Anioła Stróża 2023, wiele kolorowej rodzinnej radości, zdrowia i sił i nadziei. Tak jak to robiłeś każdego poprzedniego roku. Bo grudzień to najstarszy z braci – miesięcy, najbardziej odpowiedzialny i ja jak co roku liczę na twoją moc i przychylność. 

Zostało ci dwadzieścia kilka dni twojego grudniowego urzędowania,  więc działaj prężnie, daj nam moją “grudniową książkową historię” .. 

Do następnego grudnia! 🙂 

A na koniec – optymistycznie: piosenka Magdy Beredy pt. ” Kto wie czy za rogiem nie stoi anioł z bogiem” w wykonaniu trójki bardzo młodych ludzi. Gdy tę piosenkę znalazłam ucieszyłam się, że nie tylko ja, babcia trójki dorastających wnuków potrzebuję anioła Stróża. Młodzi też o takim myślą, też chcieliby jego pomocnej dłoni. To napełnia mnie otuchą, że każdy z nas ma swoje własne wyobrażenie o aniołach i liczy na ich opiekę..

Wiadomość dodana 27 grudnia: z ostatniej grudniowej chwili !

Dziś dotarła do mnie „Aniołowa grudniowa” przesyłka. Czyli – tradycja wypełniła swą misję. Grudniowy anioł w każdym sensie mnie nie opuszcza 🙂


BACK

4 myśli na temat “Grudniowo, Aniołowo i z nadzieją

  1. A ja chcialbym dodac do tych slicznych Twoich wspomnien pierwszy czwartek Grudnia :
    konkurs szopek! Moj sp. kuzyn bral w nim udzial bedac jeszcze w szkole podstawowej i nawet zdobyl nagrode . A staniol z czekoladek zbieral przez caly rok . I mam szopke, ktora dla mnie zrobil !
    Ten konkurs i pozniejsza wystawa w Krzysztoforach to jest dla mnie jedna z tych niezapomnianych
    krakowskich tradycji swiatecznych. I na szczescie trwa . I co roku z niecierpliwoscia go wyczekuje.
    Wesolych Swiat !

    Polubienie

    1. Tak! ja tez pamiętam Szopki Krakowskie! przepiękne, niepowtarzalne, dopracowane w najmniejszych szczegółach. Takich artystów już dziś nie ma 🙂 Cieszę się, ze czytasz, wspominasz tak jak ja i ze tyle tych wspomnień mamy wspólnych !

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi