W ciszy i mroku. Jak pojąć inny świat ?

    11/14/2022

(Uwaga! mogą być spoilery)

Żyję w świecie normalnym, jak większość ludzi. Każdego dnia moje zmysły napotykają wrażenia dotyku, smaku, koloru, muzyki. Odczuwam każde drgnienie liścia, każdy dźwięk przejeżdżającego samochodu, płaczącego dziecka, bicia mojego serca. Jestem taka jak inni. A przecież jestem inna.

O swej inności najczęściej myślimy wtedy, gdy patrzymy w lustro, gdy przemawia do nas obraz wewnętrzny. Porównujemy siebie, myślimy o swej inności, czasem z pozytywnym odczuciem a czasem wręcz przeciwnie. Pojawia się w nas frustracja, negacja, złość i zniechęcenie. Patrzymy na siebie – normalnych zwykłych ludzi w kontekście takich samych, którzy codziennie nas  otaczają. 

Jak często zastanawiamy się, że na świecie żyją ludzie, którym los poskąpił jakiejś części elementu “ludzkiego” wyposażenia? Są wśród nas tacy, którym nie dane było od urodzenia zobaczyć słońca, kolorów, piękna przyrody, twarzy matki. Pośród nas żyją tacy, którzy nigdy nie usłyszeli żadnego dźwięku. Ani własnego płaczu, ani wołania matki, ani muzyki, ani krzyku przerażenia. Czy taki ktoś jak ja, jak ty, potrafi sobie wyobrazić istnienie a raczej współistnienie człowieka niepełnosprawnego z naszym “normalnym” światem? 

Nikt – tylko ci, których los wybrał do zmagania się z tym problemem co dzień.

Rozważania nad tym tematem naszły  mnie po obejrzeniu dwóch filmów wyświetlanych niedawno  na Polskim Festiwalu Filmowym w Houston: “Sonata” i “Ikar. Legenda Mietka Kosza”.

Nie są to pierwsze filmy, które dotykają takich tematów (zresztą w zupełnie różny sposób) i nie jest moją intencją wystawić im laurkę czy napisać recenzję. Raczej – podziękować twórcom, że dzięki tym filmom wróciło do mnie kilka ważnych wspomnień i przemyśleń.  Nie zdawałam sobie sprawy, jak wcześnie zetknęłam się z problemem głuchoty. Zupełnie przypadkowo moja Mama dostała pracę jako księgowa w Spółdzielni Inwalidów Głuchoniemych “Trud” w Krakowie. Wprawdzie w samym biurze nie zatrudniali pracowników głuchoniemych, ale już w zakładzie produkcyjnym tak. Miałam chyba siedem lat, gdy Mama poszła do pracy i nie za bardzo orientowałam się w tym organizacyjnym systemie, ale za to szybko okazało się, że Mama zaangażowała się w pracy społecznej i zaczęła udzielać się między innymi w organizowaniu imprez mikołajkowych w szkole specjalnej dla dzieci głuchoniemych. Tam jako mała dziewczynka spotkałam dzieci niesłyszące, używające języka migowego i w zupełnie instynktowny, naturalny dla dzieci sposób zorientowałam się, że te dzieci bawią się tak samo jak my. Śmieją się, biegają, ba – nawet przygotowały kiedyś przedstawienie jasełkowe! Szybko dotarło do mnie, że mogę z tymi dziećmi bawić się tak samo jak z moimi koleżankami, muszę tylko nieco zmodyfikować swoje rozumienie ich mowy i sposobu porozumiewania się. Oczywiście, nie było to długo trwające doświadczenie. Kilka razy, kilka godzin, bo potem już wyrosłam z tej tradycji, ale zapamiętałam gdzieś głęboko w mojej podświadomości, że głuchota nie musi być wielka przeszkodą w radości rozumienia świata..  

Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że co innego jest porozumiewanie się między ludźmi, zabawa na podwórku, a co innego inne formy słyszenia jak np. odbieranie dźwięków muzycznych, dźwięków ostrzegających przed niebezpieczeństwem, odgłosów natury itp. Wszystko to przyszło z czasem, z doświadczeniami, które płynęły wraz z życiem. 

Literatura i filmy setki razy przekazały nam obrazy fascynujące na temat ludzkich inności, niejednokrotnie wskazując na niesamowite umiejętności przystosowania innych zmysłów, by mogły zastąpić te, których czasem człowiekowi brakuje.  A także jak drugi człowiek, stojący obok potrafi zrozumieć, dopasować siebie jako idealnie brakujący kawałek puzzla , by życie było znośne, normalne i dobre. Często historie te wzruszają do łez, poruszają najgłębsze struny człowieczeństwa, dają nadzieję, że potrafimy ułożyć życie nawet wtedy, gdy jest podziurawione. 

Niestety –  jest i druga strona “medalu”. Jest samotność człowieka niepełnosprawnego, brak wsparcia, poczucie odrzucenia. O tym też mówią filmy, malarstwo, powieści i fakty życia. O tym opowiada najnowszy film Macieja Pieprzycy “Ikar. Legenda Mietka Kosza” 

Wiele lat  temu, gdy byliśmy młodym małżeństwem mieliśmy bardzo dobrego kolegę, który był niewidomy.  Był trochę od nas młodszy, ale bardzo wtedy przyjaźniliśmy się. Mądry, wykształcony, ukończył anglistykę (dzienne studia, a były to lata 80-te więc technicznie nie było to takie proste jak dzisiaj), oczytany, często spędzaliśmy czas razem w grupie wielu przyjaciół, którzy jako młodzi humaniści zafascynowani literaturą mogli na tematy literackie przegadywać całe noce. Nasz kolega czuł się w tym towarzystwie świetnie, nigdy jego ułomność go nie krępowała, śmiał się sam z siebie, a powiedzenie  “ Co ty nie widzisz jak idziesz, ślepy jesteś, czy co?” – gdy gdzieś się obił o stolik, było dla niego zawsze przyczynkiem do wybuchu śmiechu i szybkiej inteligentnej riposty. Miał niesamowity zmysł organizacyjny, orientował się tak dobrze i szybko we wszystkim, że do dziś jest to dla mnie zagadką – JAK??   

Szybko przyzwyczailiśmy się do jego “normalności”, choć gdy dzisiaj o tym myślę mam wątpliwości czy nasze reakcje były właściwe. 

Pewnego razu, gdy już mieliśmy drugie dziecko, bardzo chcieliśmy mieć piętrowe łóżeczko dla dzieci. Podobało nam się takie z niemieckiego katalogu. Oczywiście, nie było mowy, żeby na początku lat 80-tych coś takiego znaleźć w Polsce! I wtedy W. zaproponował, że on ma kuzyna – stolarza gdzieś w połowie drogi pomiędzy Sosnowcem a Krakowem i zapyta go czy mógłby nam takie łóżeczko zbudować. Ucieszyliśmy się bardzo choć nigdy takiego doświadczenia jeszcze nie mieliśmy. Długo dyskutowaliśmy z W. jak to łóżeczko wygląda, opowiadaliśmy mu jakie jest, na czym nam zależy, opisywaliśmy obrazek. Zrobiliśmy wymiary i wysłaliśmy wszystko do kuzyna – stolarza.  Po jakimś czasie pojechałam tam ze “Ślepym ” (przepraszam, że tak o nim mówię, ale tak go nazywaliśmy i tak on nazywał siebie) i łóżeczko stało skręcone, prawie gotowe. Oczywiście nie było pomalowane, to mieliśmy już skończyć w domu. Poza tym i tak trzeba je było rozkręcić, bo oczywiście do transportu miał nam posłużyć nasz “Maluch”.  I wtedy W. zaczął przesuwać rękami, palcami po całym łóżku, po ramie, po połączeniach, po śrubach i “odczytywał” każdą najdrobniejszą niezgodność z planem! Tu krzywe, tu za krótkie, tu jest za pochyłe, to niedokładnie gładkie.. Już nie pamiętam, ale stałam jak oniemiała!! Nie mogłam pojąć jak to możliwe, że on to widzi!! Bo tak powiedział.. Ja to widzę. Przecież pamiętam z planu i “widzę”, że tu jest nie tak… I kuzyn się zgodził z jego uwagami i po kilku dniach wszystko poprawił. Łóżeczko naprawdę było idealne. My pewnie nigdy nie zauważylibyśmy tych niedociągnięć. To był tak niesamowity mebel, na owe czasy wzbudzał zazdrość wszystkich znajomych dzieci. Pomalowaliśmy je na kolor granatowo-biały i było piękniejsze nawet niż to na katalogowym obrazku.  Przez wiele lat było to ulubione miejsce zabaw dzieciaków, które do nas przychodziły. Kto wtedy mógł mieć piętrowe łóżeczko? Takich “rarytasów” w sklepach meblowych jeszcze nie było..

Nie mam pojęcia jak w wyobraźni W. funkcjonował plan wymiarowy mebla, którego nie mógł nigdy widzieć, jak potrafił to wymierzyć, sprawdzić. Gdyby mi to ktoś opowiedział, powiedziałabym, że fajną opowiastkę wymyślił… ale ja naprawdę tam byłam! Ja to widziałam (własnymi zdrowymi oczami!) i nic a nic nie zmyśliłam! 

Przeszukałam kolejny raz wszystkie przywiezione z Polski i zachowane po dziś dzień zdjęcia i nie znalazłam żadnego, gdzie zachowałoby się nasze piętrowe dziecięce łóżeczko. Cóż, w tamtych czasach niewiele zdjęć robiliśmy, a jeśli już, to z ważnych znaczących imprez, wydarzeń. Uwiecznianie drobnych zwykłych momentów nie było tak popularne i łatwe jak dzisiaj. 🙂

Później, gdy wyjechaliśmy do Stanów, nasze drogi rozeszły się, przez te wszystkie lata kontakt mieliśmy bardzo sporadyczny. Ale wiem, że facet założył własną firmę tłumaczeniową, ma żonę, dwoje dzieci i świetnie sobie radzi. Jeśli tak jak kiedyś  z naszym łóżeczkiem, to nie mam wątpliwości, że świat mroku jest mu bardzo przychylny.. 

Ciekawy był także epizod muzyczny. Otóż – jak wielu ludzi niewidomych, los wyposażył W. w świetny słuch i nasz “Ślepy” kolega grał w zespole o nazwie Daily Jazz Combo albo bardzo podobnej, który zakwalifikował się (w latach 80-tych) chyba nawet dwa razy, do udziału w jazzowym festiwalu w Dunkierce. Nie pamiętam jak to się stało, ale W. wciągnął mojego męża na tłumacza i managera swojego zespołu. Wacek znał wtedy dobrze język niemiecki, często tam wyjeżdżał, no i był dobrym organizatorem, a taki wyjazd wymagał nie lada umiejętności i kombinacji, by go załatwić dla całego zespołu.  Czasem nawet musiał być kierowcą, bo różne zdarzały się im przygody po drodze. 🙂 “Ślepy” grał na pianinie czy fortepianie a czasem na gitarze. Byli naprawdę nieźli i raz nawet przywieźli ze sobą drugą nagrodę, o ile dziś mnie pamięć nie myli. 

Dlaczego po tylu latach naszło mnie wspomnienie naszego kolegi? Otóż, film o Mietku Koszu, młodym fenomenalnym  muzyku jazzowym z końca 60-tych i początku 70-tych przywrócił mi w pamięci tamten epizod życiowy. 

Dawid Ogrodnik w znakomitej roli Mietka Kosza.

Jakże różnie potoczyły się losy dwojga młodych ludzi dotkniętych podobnie przez los.  

Z pewnością Mietek Kosz był muzykiem o nieprzeciętnym talencie, o wielkich możliwościach na karierę i piękne życie, ale na swej drodze od dzieciństwa spotykał odrzucenie, niezrozumienie. Z początku instynktownie próbuje sobie z tym poradzić, zbliżyć do ludzi, którzy wydają się mu życzliwi, ale z czasem przekonuje się, że jego kalectwo jest przeszkodą do bliskości, do traktowania go “normalnie”. Zdaje sobie sprawę, że pomimo swego geniuszu muzycznego (sam określa siebie “najlepszym”)  nie potrafi  pokonać konkurencji w zwykłych ludzkich poczynaniach, w zdobyciu czyiś uczuć. Coraz dotkliwiej odczuwa odrzucenie i coraz trudniej znosi samotność. Coraz częściej sięga po alkohol i staje się agresywny, niepogodzony z otaczającym go światem. Chciałby wznieść się ponad innych, ponad wszystko co go otacza. Muzyka pomaga, dodaje skrzydeł. Ale nie uszczęśliwia do końca… W wieku 29 lat Mietek Kosz wybiera dosłowny lot – lot z okna wysokiego budynku.. Nie wytrzymuje presji samotnego życia w świecie mroku, tylko w towarzystwie muzyki. 

Nasz “ Ślepy” kolega, choć nie znam szczegółów z jego dzieciństwa, ale wiem, że podobnie jak Mietek nie urodził się niewidomy, ale stracił wzrok jako małe dziecko. Nie pamiętał obrazów realnego świata. Spędził dzieciństwo, a przynajmniej jego część także w szkole z internatem dla dzieci niewidomych w Laskach pod Warszawą. Dzielił ich czas. W. był młodszy od Mietka Kosza, poznaliśmy go w latach 80-tych i miał wtedy dwadzieścia kilka lat. Właśnie niedawno ożenił się, ukończył studia anglistyczne. Moja pamięć zarejestrowała obraz człowieka wesołego, zadowolonego, który umiał załatwić dziesiątki drobnych i większych życiowych spraw. Grał w zespole muzycznym, a więc realizował swoje pasje. Pamiętam moment, gdy otrzymali mieszkanie i jak się w tym mieszkaniu urządzali. Przypominam, że były to lata 80-te i nie było to wcale łatwe. 

W. był jednym z nas, choć bardziej był kolegą mojego męża niż moim. Obracał się w dużym towarzystwie, uczestniczył w różnych naszych imprezach, wyjazdach. Oczywiście, że pomagała mu żona, oczywiście, że pomagaliśmy mu wszyscy. Ale, bez narzucania się, bez traktowania go jako “ułomnego”. Gdy byliśmy u nich w domu, jego żona wciąż wydawała mu jakieś polecenia: połóż sztućce na stół,  zaświeć światło, podaj małe talerzyki… I on to wykonywał. Na początku mnie to krępowało, z czasem przywykłam, że mają to pomiędzy sobą poukładane. 

Dwoje ludzi, dwa życia w mroku, dwa nieprzeciętne umysły. Dlaczego tak?  

Nie odpowiem na to pytanie. A może… już częściowo odpowiedziałam?

Niezbadane są ścieżki, którymi przychodzi nam podążać. Nieznany jest los, który nas wybiera i który poniekąd my sami wybieramy. Nasze rodziny, nasi przyjaciele, nasza siła i odporność na bodźce zewnętrzne, potrzeba miłości, której bardzo pragniemy.. 

W tych przemyśleniach przypomniał mi się bardzo dawno oglądany film z Audrey Hepburn w roli głównej. Film jest z 1967 r. A ja pewnie widziałam go dobrych parę lat później. Tytuł “Doczekać zmroku”. Młoda niewidoma kobieta zostaje sama w domu. Na skutek zbiegu okoliczności lalka naszpikowana heroiną trafiła do jej domu, a bandyci desperacko chcą tę lalkę odebrać. Bandyci osaczają ofiarę i stopniowo różnymi odgłosami  doprowadzają kobietę szaleńczego strachu. Jedyną bronią kobiety jest to, że potrafi ona znakomicie poruszać się w ciemności. Nie pamiętam dokładnie zakończenia filmu, bohaterka na pewno zostaje uwolniona, ale thriller trzyma przez cały czas w ogromnym napięciu, a przede wszystkim pokazuje fenomen radzenia sobie człowieka niewidomego w ekstremalnej sytuacji.  Był to tak mocny film, że zapamiętałam go i jego przesłanie do dzisiaj. 

Rewelacyjna obsada- na zdjęciu – główny bohater historii – Grzegorz (debiut Michała Sikorskiego) i Małgorzata Foremniak w roli jego matki.

Przesłanie filmu “Sonata” to przeciwieństwo Legendy o Mietku. Tam bohater nie słyszy w wyniku źle postawionej diagnozy w dzieciństwie i złego leczenia. Nie słyszy dźwięków, nie może nauczyć się mówić, nie może chodzić do normalnej szkoły. Za to ma rodziców, którzy nie mogą pogodzić się z takim wyrokiem. Walczą w każdy możliwy sposób, szukają innych możliwości, docierają do ludzi, którzy popierają ich w tej walce.  Pokonują twardy nieludzki system aż w końcu po 14 latach udaje im się odwrócić zły los. Grzegorz okazał się mieć niedosłuch, a nie jak wcześniej zakładano, autyzm. Ta nowa diagnoza dzięki rodzicom i ludziom, którzy uwierzyli, że życie Grzegorza może całkowicie się zmienić, uruchomiła lawinę kolejnej, ale już innej walki o “nowego człowieka”. Determinacja głównego bohatera, jego rodziny i bliskich mu ludzi sprawia, że Grzegorz uczy się świata i życia w nim od początku. I nie jest to wcale łatwe. Nie przypomina historii z bajkowym zakończeniem. Ale warto było. Grzegorz przecież słyszy, słyszy coraz więcej i coraz lepiej, coraz piękniejsze dźwięki, aż  budzący się geniusz muzyczny doprowadza do zagrania upragnionej Sonaty Beethovena… 

Ta historia zdarzyła się naprawdę. I choć trudno w niej widzieć wielki “happy end”,  jest szansą  i drogowskazem dla podobnych przypadków. 

Ja, Ty, My wszyscy, którzy urodziliśmy się bez wad fizycznych najzwyczajniej nie myślimy, że to mogłaby być nasza historia. Los mógłby naznaczyć nas.. Każda matka nosząc pod sercem przez dziewięć miesięcy swoje dziecko niejednokrotnie po cichu zadaje sobie pytania: a ma wszystkie rączki, ma dziesięć paluszków, ma oczka, uszka?… Głupie?  Nie, niezupełnie. Patrząc na statystyki, pytania matek mają swoje uzasadnienie. 

My mamy wybór. Słyszymy. Możemy słuchać muzyki, jakiej lubimy albo nie. Albo cokolwiek innego. 

Gdy mieszkaliśmy w Sosnowcu w bloku, nasze “duże” trzypokojowe mieszkanie stykało się bezpośrednio z małym mieszkankiem jednopokojowym. Po przeciwnej stronie naszego było drugie większe mieszkanie. A więc za ścianą mieliśmy sąsiada, który mieszkał sam. Był bardzo miły, kilka lat starszy od nas. Gdy wracał z pracy codziennie około 16.00 natychmiast włączał telewizor i tak ten TV niezależnie co w nim nadawano i dla kogo, był włączony do późnych godzin nocnych. Na szczęście w tamtych czasach nie było programów całodobowych, więc przynajmniej w nocy mieliśmy za ścianą ciszę… Słyszałam głosy telewizyjne, gdy byłam w kuchni (przylegała bezpośrednio do pokoju telewizyjnego sąsiada) słyszałam je na klatce schodowej. Słyszałam, gdy  było późno i cicho i u nas dzieci już spały i nikt nie rozmawiał. Kiedyś, gdy zaprzyjaźniliśmy się nieco bliżej, po prostu go zapytałam dlaczego zawsze na włączony telewizor i czy rzeczywiście cały czas ogląda wszystkie programy? Odpowiedział z uśmiechem: oczywiście, że nie! A potem spoważniał i dorzucił: nie mógłbym wytrzymać w pustym domu bez jakiegokolwiek głosu ludzkiego. Musi ktoś coś mówić. Cokolwiek..

Zapamiętałam tę jego odpowiedź. 

A ja lubię w domu ciszę. Cokolwiek robię gdy jestem sama, lubię robić to w całkowitej ciszy. Nie włączam żadnej muzyki, nie słucham książki (jeśli słucham książkę, to nie robię nic innego!) Przeszkadza mi nawet dźwięk maszyny do mycia naczyń czy pralki lub suszarki. Muszę zamknąć drzwi do pralni. Czytanie książek, pisanie postu, przygotowanie zajęć z polskiego, czytanie recenzji, pisanie listów, układanie rzeczy w szafach – może to zabrzmi dziwnie, ale tylko moja dana praca i moje myśli mogą ze sobą współpracować. Wyjątek stanowi dzień wigilijny, kiedy praca w kuchni idzie mi dobrze przy dźwiękach polskich kolęd. Taki nawyk z dzieciństwa. 🙂

Moja przyjaciółka Nina ma zawsze w swoim domu włączoną muzykę. To jej pomaga się wyciszyć. Kiedyś, gdy o tym mówiła spodobała mi się jej argumentacja i myślałam, że się tego od niej nauczę. Była taka przekonywująca i zafascynowana swoją opowieścią. Ale nic mi z tego nie wyszło, wróciłam do swojej ciszy.  Na koncerty też lubię chodzić tylko takie, które są kameralne, z niekrzyczącą muzyką. Najlepiej jazz, ballady, muzyka medytacyjna. Nigdy nie lubiłam wielkich muzycznych spędów, fanatycznego wrzasku, muzyki, która przypomina dziki krzyk. Moja głowa takich dźwięków nie potrafi przyjąć spokojnie.  

Ale – wiem i zawsze powtarzam – ludzie są różni, więc lubimy różności. 

Cieszę się, że moje oczy mogą widzieć wszystkie kolory świata. Uwielbiam ostre wyzywające odcienie i przenikające mocne światło.  A przecież wiem, że wielu gustuje w spokojnych kolorach: szarości, bieli, beżach, bladym delikatnym świetle.

Dziękujmy Bogu, losowi i komukolwiek kto sprawił, że nie jesteśmy ułomni, niepełnosprawni. Mamy wiele problemów, bo kto ich nie ma. Ale brak słuchu czy wzroku nas ominął. Przez chwilę pomyślmy o tym…

p.s. wszystkie dołączone przeze mnie zdjęcia pochodzą ze stron internetowych i są kopiami plakatów lub zdjęć filmowych.


BACK

2 myśli na temat “ W ciszy i mroku. Jak pojąć inny świat ?

  1. Doskonła recenzja skonfrontowana z realiami widzianego świata ludzi, którzy nie widzą lub nie słyszą. Czytałam ze ściśniętym sercem, ponieważ sama mam problem z diplopią, dwojeniem widzenia. Nie jestem taka dzielna, chociaż już się przyzwyczaiłam. Tyle i aż tyle.
    Zasyłam serdeczności

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi