10/29/2022
Kto z nas w dzieciństwie nie znał bajki o Pinokio? Każdy rodzic czytał ją swemu dziecku ku przestrodze i na tym przykładzie nauczał, czym jest kłamstwo, jakie może mieć konsekwencje. Wydłużający się nos Pinokia przy każdym jego kolejnym kłamstwie, to wizja, która prześladowała niejedno dziecko w dzieciństwie.
Pinokio był nieznośny, w czasie swej samotnej ucieczki popełnił niezliczone błędy, nieprzyjemne i złośliwe czyny wobec innych, a jednak stary stolarz Dżepetto – jego przybrany ojciec kochał go tak bardzo, że przebaczył mu wszystkie szkody i psikusy. Pinokio kłamał, jego nos każdym razem robił się coraz dłuższy, aż wreszcie doświadczenia życiowe a przede wszystkim miłość ojca nauczyły go, że warto być dobrym i żyć bez kłamania.
Ładna pouczająca historia. Jedna z wielu, które młody człowiek powinien zapamiętać na całe życie jak drogowskaz z biblii.
Cóż… Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować.
W młodości przez długie lata miałam do pojęcia kłamstwa podejście bardzo “katolickie”. Sama przed sobą wstydzę się przyznać i chyba nie uzmysłowiałam sobie tego przez wiele lat, że kłamstwo kojarzyło mi się przede wszystkim z pojęciem grzechu. Długo miałam gdzieś w głowie zagnieżdżoną świadomość, że za każde wypowiedziane głośno kłamstwo czeka mnie kara i często byłam przekonana, że każde niemiłe zdarzenie, które przydarzyło mi się wkrótce po jakimś kłamstwie na pewno było “karą Bożą”. Nie mam pojęcia jak długo mnie to prześladowało i dlaczego. Kto we mnie wpoił takie przeświadczenie. Nie byliśmy przesadnie religijną rodziną, nikt mnie nie straszył piekłem, diabłem itd. A jednak.. Musiałam gdzieś natrafić na takie tlumaczenie, na taką wersję kary za kłamanie, nawet to najmniejsze dziecinne i zwyczajne. .
Czy kłamałam jako dzieckọ? Pewnie tak jak wszyscy. Dziś już tego nie pamiętam.
NIe pamiętam również, kiedy pozbyłam się wizji kary za kłamstwo. Później, jak każda nastolatka, funkcjonowałam bratając się z powszechnym sposobem mijania się z prawdą czy drobnymi kłamstwami potrzebnymi każdemu młodemu człowiekowi na użytek wygodnego życia szkolnego. Tak, tak – wiem jak to brzmi!!
W szkole, nie odrobiłam zadania – więc mówiłam, że zapomniałam zeszytu. Nie nauczyłam się poprzedniej lekcji, mówiłam, że poprzedniego dnia się źle czułam albo cokolwiek innego.. Małe kłamstwa, których nauczyciel nie mógł sprawdzić albo po prostu nie chciał… Pewnie był przyzwyczajony do takich uczniowskich wymówek. A potem takie i inne powody zamiast słowa “nie” otaczają nas w każdego dnia. Nas – bo wszyscy mijamy się z prawdą, kłamiemy, krążymy wokół istoty różnych informacji tak, by nie powiedzieć wszystkiego, a mieć poczucie, że jednak nie kłamiemy..
Czy wtedy czujemy się lepiej? Może. Zależy jak potoczą się dalsze losy owych historii. Nikt z nas nie jest idealny. Nieprawdą jest, że NIGDY nie kłamiemy. Nawet wtedy, gdy jesteśmy przekonani, że nasze kłamstwo chroni najbliższych, że tak trzeba, bo to mniejsze zło.
Istnieje dziesiątki rodzajów kłamstw. To nieodzowny element ludzkiego społecznego życia. Nie ma sposobu, by go uniknąć. Nawet najbardziej uczciwi ludzie, ludzie o duszach niemal krystalicznych czasami muszą unikać mówienia prawdy.
Moralność, kultura, zapętlone sytuacje życiowe, skomplikowana miłość, wybór między tzw. mniejszym czy większym złem – jakże często nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie jakie dylematy doprowadzają nas do użycia kłamstwa jako broni. Broni ochronnej przed samym sobą, przed ośmieszeniem się, przed utratą autorytetu, przed kompromitacją, przed stratą ukochanej osoby…
Gdy kłamie polityk, nic nas to nie dziwi. Polityka żywi się kłamstwem i ludzie nie wysilają się nawet, by nazywać sposobu mowy politycznej inaczej. Kłamstwa polityczne brzmią jak specyficzny kod i tak już musi być. Tak było zawsze i tak będzie.
Do hasła – “Telewizja kłamie” czy też prasa, już przyzwyczailiśmy się i raczej traktujemy je z pobłażaniem. Mamy miliony widzów, jedni wierzą w wiadomości płynące ze stacji FOX a inni z CNN. Wiadomo – ktoś kłamie, ale przecież nikt zbyt poważnie tych kłamstw “nie rozkminia” – jak to mówią teraz młodzi w Polsce. (Bardzo mi się to słówko podoba. 🙂 )
Dla mnie osobiście, istota i waga kłamstwa zaczyna się naprawdę tam, gdzie w grę wchodzi strefa bliskości, zaufania, więzów międzyludzkich. I nie myślę tu tylko o relacjach rodzinnych: mąż – żona, rodzic – dziecko, narzeczona – partner, ale także relacje w pracy, w przyjaźniach, w wyjątkowych sytuacjach jak np. długa przymusowa izolacja z kimś, wspólna tajemnica itd. Od lat jak fale rzeki, od czasu do czasu wracają do mnie natrętnie myśli jak ludzie radzą sobie z kłamstwami każdego zwyczajnego dnia. Jak ja sobie radzę? Jak radzi sobie każda bliska mi osoba? Dlaczego mimo, że wiemy iż niemal każdego dnia ściema, kłamstwo, pół- prawdy, mijanie się z prawdą czy jak sobie to nazwiemy – towarzyszy nam w różnych sytuacjach, nie dostrzegamy ich uwierania…
Oczywiście, wiem, że nie jestem kłamcą patologicznym, kompulsywnym. Nie jestem mitomanką, nie kłamię ot tak, dla samego kłamania. I większość ludzi także nie.
Wręcz przeciwnie! Należę do ludzi, którzy tak naprawdę nie umieją kłamać. Wiem, że najmniejsze kłamstwo “widać” na mojej twarzy bardzo wyraźnie, nie umiem sobie ze sobą poradzić, natychmiast czuje się źle i jestem absolutną zwolenniczką i wyznawczynią praktyki, że należy rozmawiać otwarcie, szczerze, mocno, choćby to miało boleć obie strony. Tak, prawdą też jest, że wielokrotnie przekonałam się, że to bolało, że cierpiałam potem długo, że nie zawsze szczerość uczciwość i PRAWDA jest lepsza od kłamstwa czy choćby połowicznej prawdy i manipulacji. A ja jednak – uparcie twierdzę, że przemilczanie z wygody, z chronienia siebie, ze strachu nie jest najlepszym życiowym wyjściem. Jest w pierwszej reakcji spokojniejsze, ale na pewno nie daje spokoju wewnętrznego. Przynajmniej mnie osobiście. Nieprzypadkowo ktoś kiedyś wymyślił powiedzenie, że “kłamstwo ma krótkie nogi”. Nie zdajemy sobie sprawy jak szybko czasami prawda wychodzi na wierzch, nawet w drobnych kłamstewkach, zupełnie niepotrzebnych, wypowiedzianych bez sensu… I wtedy to małe kłamstwo a może tylko półprawda – jest jak cierń wbity przyjacielowi, matce, komuś kto jeszcze przed chwilą nam ufał.
Większość ludzi woli spokój. Unika konfliktów. Nie chce konfrontacji z trudną sytuacją, nieprzyjemną prawdą dlatego wybiera przyjemniejszą “kłamliwą” wersję. Dlatego mijanie się z prawdą, tzw. małe kłamstwa, kłamstewka nie sprawiają kłopotu dla sumienia, nie są problemem. Są raczej wyborem między mniejszym czy większym złem. Rozumiem takie wybory … choć sama niezupełnie tak potrafię.
Badania psychologów i psychiatrów potwierdzają (tak kiedyś wyczytałam :), że takie zachowania stosują częściej introwertycy.. Ja natomiast jestem wybuchowa, otwarta, podejmuję decyzje dość szybko i nie lubię w sobie trzymać uczuć na uwięzi. Dlatego może kłamstwa nie leżą w moim charakterze i stąd mam więcej kłopotów i konfliktów z ludźmi niż inni.
Nie lubię prawić nieuczciwych komplementów, ale też nie jestem “niepotrzebnie niegrzeczna”.
Niedawno rozmawialiśmy o różnicach w zachowaniu wynikających z kultur np. polskiej i amerykańskiej. W jak różny sposób te zachowania odbieramy.
Gdy Amerykanin z uśmiechem i uprzejmością mówi “Hi, how are you?”, to tak naprawdę wypowiada standardową formułkę powitalna i nie za bardzo interesuje go odpowiedź, jak naprawdę czuje się ta druga osoba.. Odpowiedź: “ fine, ok, good” jest także odruchowa. Wcale nie oznacza, że tak naprawdę odpowiadający czuje się dobrze. Może właśnie ma duże problemy w domu, w szkole, może ma kłopoty, o których nie chce i nie będzie opowiadać. I tak pytający tego od niego nie oczekuje!
W polskiej kulturze – pytanie “Cześć, jak się czujesz?” oznacza znacznie głębsze zainteresowanie zdrowiem, samopoczuciem osoby, do której zwraca się pytający. I takie pytanie zazwyczaj mobilizuje do odpowiedzi bardziej szczerej, przynajmniej dwu- trzy-zdaniowej, informującej o prawdziwym samopoczuciu osoby zapytanej.
W Ameryce pytanie “How are you?” nie wymaga odpowiedzi ani specjalnego zwracania na nią uwagi. A w polskiej kulturze nie zadaje się takiego pytania za często, ale ale jeśli już, oznacza ono coś zdecydowanie głębszego i byłoby niegrzecznie nie odpowiedzieć takie pytanie. Czy zatem pytanie “How are you” i automatyczna odpowiedź na nie “good, fine”, nawet jeśli czujemy się źle i właśnie mamy np. covida – jest kłamstwem???
Oto przykład jak łatwo niechcący kłamać nawet nie zdając sobie z tego sprawy.. 🙂
A podobno ktoś obliczył, że każdy człowiek przeciętnie kłamie 13 razy dziennie (a tak w ogóle – ciekawi mnie bardzo jak to można wyliczyć ???)
Na wymyślnych kłamstewkach, intrygach, mijaniu się z prawdą opierają się dobre powieści, najlepsze filmy, od których słuchacz i widz nie może się oderwać. Można więc powiedzieć, że “kij ma dwa końce” i kłamstwo tez ma swoje “dobre” strony. A od czasu zalania świata falą internetowych kombinacji we wszystkich możliwych sferach życia – kłamanie i manipulacja nie ma granicy. „Uczymy” tego nasze dzieci, uczymy się tego w domu, w pracy, z dzień i w nocy.
Tyle, że takie kłamstwo jakoś nas nie boli. Boli to prawdziwe – osobiste. To, które dotyka nasze serce, oszukuje zaufanie i rani miłość, którą ofiarujemy drugiej osobie. Niezależnie kim ta osoba jest. Jesli jest dla nas ważna, przyłapanie jej na kłamstwie, nawet najmniejszym – dotyka, boli, łamie nasze zaufanie.
Często zapominamy, wybaczamy. Albo wybaczamy, ale nie zapominamy. Kochamy dalej, bo wiemy, że nikt nie jest idealny.
Pamiętam kilka zdarzeń, z których dziś mogę się śmiać, bo były wybrykami młodzieńczych pomysłów, to jednak wspominając je, mam wciąż niesmak. I choć kłamstwa wyszły na jaw, bo niemal zawsze wyskakują wcześniej czy później, to musiały mnie wtedy zawstydzić mocno, bo do dziś je pamiętam.
Często chodziłam w młodości na prywatki (bo tak nazywały się za naszych czasów dzisiejsze party) i moi rodzice zazwyczaj nic nie mieli przeciwko temu. Wymagali tylko powrotu do domu o określonej godzinie (bardzo wcześnie, o 21.00!) i zawsze wypytywali mnie dość dokładnie kto będzie na tej prywatce. Znali moich znajomych, koleżanki i kolegów. Raz zdarzyło się, że chciałam zaprosić na imprezę chłopaka, którego poznałam na wakacjach (miałam może 15 lat). On był starszy ode mnie, mieszkał w innym mieście i – co tu dużo mówić – Mamie się od początku ta znajomość nie podobała. Ale ponieważ była to wakacyjna znajomość Mama nie przywiązywała do tego zbytniej uwagi. Tymczasem chłopak był dość natrętny, zaczął do mnie pisać listy i we wrześniu już przyjechał mnie odwiedzić do Krakowa. A ja, młoda i głupia, zaprosiłam go na prywatkę organizowaną w domu mojego kolegi.
Do dziś nie mam pojęcia w jaki sposób Mama dowiedziała się, że on tam był. Zaraz na drugi dzień zaczęła od niewinnych pytań jak tam było, jak bawiliśmy się itd. A ja brnęłam w opowieści, pomijając to, co było wtedy dla mnie najważniejsze. No i jak już rozentuzjazmowana kończyłam moje sprawozdanie o tanecznym wieczorze, Mama zapytała mnie o… Wojtka. Tak zwyczajnie, jakbym po prostu o czymś zapomniała, a ona w dobrej wierze chce mi przypomnieć. Myślałam, że zapadnę się pod podłogę, że spłonę ogniem żywym albo strzeli we mnie natychmiast porażający piorun. Nic nie powiedziałam. Nic nie potrafiłam jej wytłumaczyć. A ona nic więcej nie dopytywała mnie. Była smutna do końca dnia. A Mama rzadko bywała naprawdę smutna i dotknięta.
Nigdy tego nie zapomniałam. Lekcję zapamiętałam na zawsze. Tak mocno i tak głęboko, że do dziś wiem, co to znaczy zranić kogoś kłamstwem. I że nie musi być kłamstwo wielkiego kalibru by bolało. I wiem też, że czasem osoba dotknięta zapomni i wybaczy, a ta która zraniła, zapamięta na całe życie.
Zapamiętałam też historię wyjazdu wakacyjnego z moim mężem (wtedy jeszcze chłopakiem) gdy bardzo chcieliśmy wyjechać razem, a rodzice oczywiście nigdy nie zgodziliby się, żebyśmy pojechali ze dwójkę. Obie rodziny wiedziały, że jesteśmy razem, że chodzimy ze sobą, jeździmy na wakacje ale z grupą innych zazwyczaj harcerskich przyjaciół. I to było akceptowalne. Musieliśmy więc wymyślić jakąś wiarygodnie brzmiącą historyjkę, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że (po cichu ) nasi rodzice najprawdopodobniej i tak w to nie uwierzą. Powiedzieliśmy, że wyjeżdżamy z kilkoma kolegami (znanymi rodzicom) nad morze – no i tu się zaczęły nieprzewidywalne schody! – bo moi rodzice z jakiegoś dziwnego zupełnie nieznanego mi powodu uparcie nie chcieli zgodzić się, żeby to był wyjazd “tak daleko!”) i kiedy w końcu oświadczyłam, że zmieniliśmy plany i pojedziemy na camping blisko Krakowa nad Jezioro Rożnowskie, to rodzice się zgodzili. Tak jakby to była jakakolwiek różnica z punktu widzenia wyjazdu “damsko-męskiego” młodocianych… bo chyba o to im chodziło. Pamiętam, że kupiliśmy nawet widokówkę z tamtych terenów, napisaliśmy pozdrowienia i kolega miał ją wysłać w odpowiednim czasie z okolic Rożnowa. Okrutne, prawda?? ..
A my sami pojechaliśmy najpierw pociągiem do NRD (tak, wtedy jeszcze takie coś istniało ) do Berlina, włóczyliśmy się po mieście a późnym wieczorem już w ciemności, jako że nie mieliśmy pieniędzy na camping, znaleźliśmy ładne trochę zalesione miejsce, gdzie rozłożyliśmy namiot i padliśmy wykończeni intensywnym dniem. Wczesnym rankiem obudziły nas dziwne dżwięki. Jakież było nasze zdziwienie (i przerażenie!) gdy okazało się, że malutki nasz namiot stoi sobie na środku pętli tramwajowej, które właśnie zaczynają swoją poranną pracę 🙂 . Chyba nigdy w życiu nie zwinęliśmy się tak szybko i tak sprawnie z “miejsca kempingowego”. Na szczęście nikt nas szybciej nie zwinął.

Tego dnia dojechaliśmy pociągiem do pierwszego przystanku już po stronie polskiej a potem autostopem, co w tamtych czasach było bardzo modne, popularne i BEZPIECZNE – dotarliśmy do Świnoujścia i tamtej części wybrzeża Bałtyckiego.
To były piękne wakacje. Byliśmy biedni, ale dawaliśmy sobie radę. Trafiliśmy na Festiwal Kabaretów Studenckich i wtedy po raz pierwszy widziałam kabaret “Tey” z Zenonem Laskowikiem i Bogdanem Smoleniem. To było dla nas wielkie przeżycie! Poznaliśmy fajnych przypadkowych ludzi, przeszliśmy, przejechaliśmy autostopem wzdłuż wybrzeża długi kawałek pięknych plaż. Wszystko to na zawsze pozostało nam w pamięci.
Wróciliśmy do domów i wszystko było w porządku.
Aż pewnego dnia, po wielu latach, gdy już byliśmy małżeństwem, a nasze rodziny były zaprzyjaźnione, obie Mamy były u nas, rozmowa zeszła na te właśnie dawne wakacje. I jak to bywa we wspomnieniach – od słowa do słowa – moja Teściowa mówi: wiesz, jak oni byli nad morzem… a moja Mama na to: Nie! Oni byli nad Jeziorem Rożnowskim! No i tak kłamstwo wyszło na jaw! Tym razem długo mi zeszło na bieganiu na swych “kłamliwych nóżkach” ale i tak się wywaliło! 🙂
Na szczęście – upłynęło już wiele lat i obie Mamy potraktowały te sytuacje dość zabawowo i nawet nie dociekały dalszych szczegółów, z kim naprawdę tam byliśmy.. Ale i tak do tej pory myślę o tym z niesmakiem, choć… wiem, że pewnie i tak dziś zrobiłabym tak samo, bo inaczej wtedy się nie dało. A warto było, tamte wakacje wciąż we wspomnieniach są na wagę złota.
Są kłamstwa okrutne i i takie, których nawet nie zauważamy. Takie, które popełniamy w “dobrej wierze” i takie, które będą nas prześladowały długie lata. Niewinne mijanie się z prawdą, delikatne przemilczenia i ciosy zadane przemyślnie.
Czy to znaczy, ze wszyscy jesteśmy źli? Ależ skąd! Natura ludzka jest złożona i jej częścią są słabości charakteru. Staramy się żyć zgodnie z tym, co podpowiada nam serce, ale tyle czynników zewnętrznych, wrażeń, zmiennych nastrojów – wszystkiego co nas otacza, wpływa na nasze reakcje – jest tak wiele, że trudno czasem nad tym panować. I nie zawsze zagrywamy szczerze i uczciwie.
Człowiek rodzi się dobry. Człowiek jest dobry. A jakim staje się później w życiu – jest już jego wyborem. Okoliczności, warunki, dom, rodzina – wszystko to jest tłem dla naszych wyboru.
Wybiera nasze serce i umysł.
*********************
Na koniec- dla starszych przypomnienie, dla młodszych – trochę historii muzycznej z lat 60-70-tych. Sława Przybylska śpiewa balladę Bułata Okudżawy „Trzy miłości”. Trzecia zwrotka to „clou” dwóch pierwszych. Bułat Okudżawa był silnie związany z Polską i polskimi artystami takimi jak Osiecka, Młynarski, Przybylska i do dziś wielu młodszych artystów zawsze chętnie śpiewa i interpretuje jego piosenki.
Zapraszam również od odszukania i posłuchania brzmienia tej piosenki w oryginale i w wykonaniu Bułata Okudżawy (YouTube)








pinokio …coraz ich więcej wokół nas.
PolubieniePolubienie