Nie zatrzymasz, nie powtórzysz, nie wrócisz …

10/14/2022

I znów kolejna jesień, kolejne spotkanie ze starymi przyjaciółmi, wyjazd w znane nam dobrze miejsca.. Niby tak samo jak kiedyś, przecież chcemy powtórzyć, chcemy sobie przypomnieć, odtworzyć, chcemy znów się nacieszyć tym, co kiedyś było fajne przyjemne i pozostawiło nam dobre wspomnienia. Tyle wspólnych dni za nami, tyle podróży, dni i wieczorów, przygód, przegadanych godzin przy winku, dobrym jedzeniu, imprezach spotkaniach. 

I nic nie wychodzi już tak samo! Wszystko jest inaczej!  

Jesień w Texasie wciąż zielona, żółta ciepła i słoneczna.

Tylko natura wciąż powtarza swój rytualny nieśmiertelny coroczny cykl. Jesień jest piękna. Zachwyca tysiącem kolorów, słońcem, które już nie dokucza upałem a uprzyjemnia każdą sekundę złotego obrazu wokół nas. Zanim zaczną się deszcze i zimne poranki, ponure smutne godziny zapowiadające coraz krótszy dzień – jesień oddaje nam swoje najpiękniejsze cuda.  Takie właśnie chwytaliśmy tego ostatniego weekendu, gdy kolejny raz wybraliśmy się na wycieczkę w nasze Teksaskie górki czyli Hill Country.  Okazja przy tym przyjemna, mogliśmy spędzić ten czas jeszcze raz razem, przez wiele lat jeździliśmy na wspólne wycieczki wakacyjne i spędziliśmy kawał życia podróżnego w różnych miejscach, w różnych okolicznościach i bardzo różnym czasie. Tym razem nasi przyjaciele zabrali ze sobą w tę podróż swoją przyjaciółkę, która przyleciała do Stanów po raz pierwszy i dla niej wszystko było ciekawe, nowe inne i warte “spojrzenia”.

Nie planowaliśmy żadnych szaleństw, powoli dreptaliśmy oglądając małe sklepiki z najdziwniejszymi towarami, które raczej zachęcały do oglądania niż do kupowania. Są trochę bezużyteczne, ale za to fajne, wymyślne, ciekawe. Aż dziw, że ludzie tworzą takie dziwolągi i uważają, że można je wystawić na sprzedaż. I jestem pewna, że są i tacy, którzy te dziwności kupują! Ja zresztą też się na coś tam skusiłam. Nie żeby cokolwiek było mi potrzebne, ale rozśmieszył mnie napis i żebym mogła go zapamiętać (pewnie by mi się to nie udało…) – po prostu kupiłam, bo tak mi się spodobał. 🙂 

Myślę, że takich, podobnych i innych motywacji wydawania pieniędzy, a tym samym sensu egzystencji tych sklepików jest o wiele więcej. 

A więc od lizaków, cukierków, dżemików słodko-gorzkich, przypraw przeróżnego rodzaju przez serwetki, dziwne maszynki – uproszczenia do krojenia owoców jarzyn, łyżeczki, serwetki, szmatki, ciuchy, wyroby drewniane, biżuteria, perfumy… można by wymieniać bez końca!  No i jeszcze antyki – czyli przeróżne starocie o nie bardzo określonym wieku ani wartości ale jak się cos komu podoba i pasuje to czemu nie kupić?? A pooglądać zawsze można..

Jednym z bardzo popularnych zwyczajów są sklepiki oferujące przez cały rok pełny asortyment świąteczny. Do wyboru do koloru!

Obserwowałam snujących się ludzi – dość dużo jak na taką małą miejscowość. Młodzi i starsi i całkiem “starsi”:). Jedni biegający żwawo, poruszający się lekko i z dużym zainteresowaniem zmieniający sklepiki na miejsca z winami i możliwością ich testowania, na lodziarnie i kawiarnie, gdzie szybko można przysiąść na chwilę i wypić kawę. Potem wejść do restauracji na dłuższą chwilę i zjeść dobry obiad. I znów popędzić małymi uliczkami i dotrzeć nad rzekę by tam napić się margarity w meksykańskiej restauracji na zewnątrz albo skorzystać z  dużych ciężkich stołów i ław w lokalnej piwiarni. Wszystko to działo się w Wimberley, TX gdzie spędziliśmy wspólne piątkowe długie pół dnia. 

Tyle, że niestety my w tym tłumie biegającym byliśmy raczej jak stare wolno przesuwające się “żółwie”. Szło nam o wiele wolniej niż kiedyś i co mnie mocno zmartwiło – także z dużo mniejszym entuzjazmem i zainteresowaniem. 

Kiedyś nasi panowie byli jak “papużki-nierozłączki”. Biegali razem, znikali z oczu, nagadać się nie mogli. Dziś – jacyś spokojni, przysiadający na ławeczkach, bez dawnego polotu, humoru… Czas mijający nieubłaganie, dystans, który nas teraz dzieli, inny sposób życia – wszystko to wyraźnie każdego z nas zmienia. 

Czy jestem zła? Jestem! Na siebie, na nas wszystkich, na starość, której nie da się ujarzmić. Na tych, którzy poddają się jej szybciej niż można i na tych co się bez sensu buntują – jak ja.. 

Codzienność płynie tak szybko, że nie daje nam zauważyć prostych zmian jakie dzieją się w nas i wokół nas. Nie dostrzegamy, że starzejemy się i tracimy każdego dnia małą cząsteczkę siebie takiego jakim byliśmy wczoraj. Zmieniamy się fizycznie i psychicznie. Tracimy zapał, energię, radość. Nie zauważamy tego co umyka nam w każdej mijającej sekundzie. Także co umyka nam wraz z ludźmi, którzy byli nam bliscy, a którzy z tego samego powodu oddalają się od nas. 

Powoli idziemy każdy własną drogą – bo zmęczenie, bo niechęć do wysiłku, bo “może jutro to zrobię, jutro o tym pomyślę, jutro będzie mi łatwiej…” 

Nie będzie…

Nasze winko czerwone

Następnego dnia pojechaliśmy do jednej z wielu winiarni w Hill Country. Nie jest to wprawdzie Kalifornia i wina nie smakują tak jak  te z Napa Valley, Sodoma Valley czy Mendocino w Kalifornii, ale własne texaskie też mamy. 🙂 Wybraliśmy ciekawą, bo chcieliśmy pokazać naszej koleżance coś specjalnego teksaskiego.. 

Winiarnia – położona pięknie wśród starych rozłożystych drzew, stoliki, gdzieniegdzie nawet kanapy i niskie mniejsze stoliki, mała scena i samotny “kowboj” z gitarą. Muzyka i piosenki oczywiście country! W ładnie urządzonym budynku można skorzystać z “ wine tasting” , posłuchać o produkcji miejscowych win, spróbować kilka z nich. Obejrzeliśmy wnętrze winiarni sympatycznie urządzone i przystosowane do różnego rodzaju imprez, które tam pewnie często się odbywają. Spotkaliśmy zresztą grupę młodych kobiet, wśród których jedna miała biały welon. Zapewne był to wyjazdowy koleżeński bridal shower, jakich wiele  tradycyjnie organizuje się w Ameryce. 

Bardzo miły leniwy spokojny odpoczynek!

A na zewnątrz atrakcją tego miejsca były dwa duże charakterystyczne w Ameryce food-track-i czyli jeden stary piętrowy czerwony autobus przysposobiony i urządzony jako bar, w którym kupiliśmy dwie butelki miejscowego wina – białego i czerwonego. Dostaliśmy kieliszki i wybraliśmy sobie stolik w cieniu z dobrym widokiem na miejscowego kowboja – artystę. Drugi autobus, równie śmieszny, spełniał rolę szybkiej restauracji, w której zamówiliśmy dwie pizze (byliśmy w tej winiarni już kiedyś z mężem więc pamiętaliśmy, że oprócz innych równie dobrych przegryzek do winka, pizzę serwują znakomitą znakomitą!) Na bardzo cienkim cieście (kto takiej nie lubi!)  – obie pizze, choć ich dziwnych nazw nie zapamiętałam – były doskonałe. Chociaż po śniadaniu serwowanym w domu przez naszych panów (brawo, brawo!!! W końcu obaj NIE-kuchenni!! To im się liczy podwójnie!)  nie byliśmy specjalnie głodni, ale dwie pizze ochłonęliśmy bez oporów. Nawet ci co wina nie pili. 🙂 

Był to bardzo leniwy segment naszego wycieczkowania. Cisza jesienna choć z muzyką country, leniwe słoneczko… Jakoś za bardzo nie chciało nam się zbierać w dalszą drogę. Wszystko było na zwolnionych obrotach. W planie było dużo więcej – wyszło jak wyszło. 

Potem pojechaliśmy do miejscowości słynnej jako wizytówka Texasu – Gruene.

Miejsce malutkie a tłum niebywały! Okazało się, że trafiliśmy na festiwal win (zupełnie wypadło nam z głowy, że to przecież długi weekend, bo w poniedziałek jest “Columbus Day”). Jedna czy dwie ulice a przejście nimi jak w największej metropolii świata :). Byliśmy już zmęczeni a przecież trzeba było zaglądnąć do słynnego “General Store”, gdzie wszystko JEST!! I co trzeba zobaczyć i co możesz sobie kupić i co możesz spróbować, obejrzeć i podziwiać nie mając pojęcia do czego TO może służyć.. Nasi goście mieli chyba już dość chodzenia, staraliśmy się przemieszczać w  kierunku Gruene Hall, najstarszego budynku w tej miejscowości – z 1878 roku. Budynku, który od początku służył i do dziś  pełni tę samą rolę – jako miejsce spotkań towarzyskich, randek, luźnych rozmów biznesowych, występów muzycznych, tanecznych i wszelkich potańcówek.

Mieliśmy pecha, trafiliśmy na moment kiedy właśnie skończyło się granie a wieczorny koncert zaczynał się dopiero o 8.00 czyli za dwie godziny. Ludzi wprawdzie było pełno w środku budynku,  przy długich stołach i ciężkich ławach było gwarno i szumnie. Młodzi i starsi pili piwo, bo tylko to chyba jest tam dostępne, za to w przeróżnych barwach i “maściach”. Przypuszczam, że jest to bardzo popularny sposób spędzania czasu przez miejscowych w tym miasteczku, a także każdy turysta chce tam zajrzeć i posmakować tej atmosfery i piwa, choćby było byle jakiej jakości. Tyle, że… nasi goście nie mieli na to ochoty. Rozejrzeli się wokół, na muzykę nie trafiliśmy, piwa pić nie chcieli, zdjęcia i obrazki artystów gościnnie występujących w tym Hallu,  wywieszane i zbierane pewnie od wielu dziesiątek lat nie sprawiły na nich wrażenia. Cóż, starsze pokolenie nie jest specjalnie zainteresowane historią muzyki amerykańskiej „texasko-wiejskiej” country z poprzedniego stulecia 🙂 🙂  Trochę się temu nie dziwię. 

Poszliśmy obok do restauracji, która pamiętaliśmy z naszego poprzedniego pobytu, położonej na wysokim brzegu rzeki Guadalupe, gdzie na kilku poziomach roztacza się piękny widok na tę rzekę i okolicę.. Restauracja Gristmill River jest bardzo ładna, zbudowana na bazie ruin z 1878 roku, tuż obok charakterystycznej wieży ciśnień. I znów – niestety – tłumy  czekających na swoją kolej ludzi. My także zapisaliśmy się w komputerową kolejkę i siedząc przy kolejnej margaricie i winku czekaliśmy cierpliwie.  Tym razem czas umilał nam miejscowy artysta z gitarą i obowiązkowym kowbojskim kapeluszem.  Było już ciemno, cała restauracja tonęła w dekoracyjnych światełkach, gdy usiedliśmy przy stoliku oczekując na nasz obiad. Było warto! “Baby ribs” czyli po prostu żeberka były znakomite!! Zanim jednak rzuciliśmy się na taką ucztę, wysłałam naszych gości na oglądanie innych części restauracyjnych pomieszczeń. Są tak ładnie architektonicznie wkomponowane w stare mury i usytuowane na wysokim brzegu rzeki, że w całości tworzą niepowtarzalny klimat.  Naprawdę warto to zobaczyć! 

Długie oczekiwanie na wolny stolik, ale zasłużona nagroda – piękna sceneria, muzyka, wyjątkowy wystrój i pyszne jedzenie. Polecam gorąco restaurację „Gristmill on the River”

Jeśli ktokolwiek znajdzie się kiedyś w tej małej texaskiej mieścinie – polecam to miejsce. Ładne, wyjątkowe połączenie historii i współczesności i na dodatek dobre jedzenie. 

Jeszcze na chwilę wstąpiliśmy na koncert do Gruene Hall, ale znowu złapaliśmy tylko końcówkę części i właśnie zaczynała się 15-minutowa przerwa. Tego dnia na to już nasi goście nie mieli siły.

“Wieczorynek”, wspólnych długich “nasiadówek”, śmiechów, wspomnień, opowiastek jak dawniej… już nie było. (:  Ktoś mierzył ciśnienie, ktoś zażywał garść leków przed pójściem spać, ktoś był za bardzo zmęczony, ktoś już nie miał nawet siły na kolejne winko czy koniaczek…  Tak – to symptomy przemijania. Ale nie tylko. To także dowód na to, że my sami też się zmieniamy.  

Nie potrzebujemy już siebie tak jak kiedyś. Aktywność towarzyska spadła w hierarchii naszych potrzeb. Dla jednych – tylko trochę się przesunęła w dół, dla innych więcej. I nie jest to niczyja wina i nie jest to nic dziwnego ani złego. 

Widać, tak się w życiu dzieje. Tylko… że gdy jesteśmy młodzi (młodsi) nigdy o tym nie myślimy. Nie wiemy o tym. Wydaje nam się, że przyjaźnie, śmiechy, radości, energia, potrzeba bliskości drugiej osoby jest dana na zawsze, do końca życia, a teraz przekonujemy się, że tak nie jest. Coś nas łączy, ale.. inaczej.

INACZEJ. I pewnie w tym momencie każdy miałby tu do powiedzenia coś innego niż ja…

Rozmowa telefoniczna. Z ciocią. Z bardzo zaprzyjaźnioną ciocią. Bardziej moją przyjaciółką niż starszą o prawie 20 lat ciocią. Smutną, obolałą, przerażoną starością i poczuciem samotności. A przecież – obiektywnie – nie jest samotna. Ma córkę, która na pewno ją kocha. Ma wnuki, ma wciąż obok męża choć już tak stareńkiego, że trudno wymagać, by był dla niej podporą. 

Słuchałam jej. Słuchałam i myślałam czy to jest następny etap naszych starczych powiązań międzyludzkich? Czy tak muszą wyglądać samotne ostatnie lata życia wśród ludzi bliskich?  Czy wszystko to, co bliskie i dobre w rodzinie i wśród przyjaciół zamiera, oddala się na ostatnim zakręcie naszej życiowej drogi? 

Czyja to wina? – nas starych, czy młodych ? A może obu pokoleń? 

Zdjęcie górne- ciocia, jej córka i ja – w ukochanym Sulęczynie w 2010 roku. Zdjęcia niżej – spotkania z ostatnich lat.

Niewidzialnych, ale realnie istniejących barier, które oddzielają nasze uczucia, umysły? Oddzielają od siebie pokolenia, nie pozwalają rozumieć się tak, jak zrozumieliśmy się jeszcze kilka czy kilkanascie lat temu? 

Rozmawiam z moją kuzynką i znam jej bolączki i cierpienia w tym momencie.  Słucham monologu Cioci i serce mi pęka. Może dlatego, że jestem pośrodku tych dwóch kochających się kobiet. Matki i córki. Może dlatego, że też jestem matką i mam córkę. I miałam Matkę, byłam córką, nie zawsze dobrą córką.. Często chciałabym cofnąć czas.

I boję się starości i starczych relacji.. Może też dlatego, że posmakowałam, jak trudno udźwignąć czyjeś cierpienie, ból i jego zachowanie. Często zniecierpliwienie, opryskliwość, niechęć do otoczenia, ranienie najbliższych. A my – zdrowi, silniejsi, zamiast wykazać dobrą wolę, siłę, humor, i w ten sposób pomóc i rozładować  trudne chwilę, wpadamy w złość, irytację i komplikujemy jeszcze bardziej i tak trudne zachowania. 

Moja druga Mama, moja przyjaciółka, moja ukochana…

Słuchałam, próbowałam być pomocna, pocieszyć słowami, rozśmieszyć, przekonać.. i płakałam bezgłośnie razem z nią. Skończyłam rozmowę, żeby nie dosłyszała moich łez.  Płakałam nad  świadomością, co może czekać mnie za kilka lat..  

W Gdańsku mieszka nasza duża rodzina. Zawsze tego im zazdrościłam.  Ciocia była gwiazdą towarzyską. Inteligentna, elokwentna, piękna i mądra.  Uwielbiana szanowana. Dziś – że stara?  że trudna? że uparta? że nieznośna?  A powiedz mi Córko, Synu, Siostro, Bracie, Przyjaciółko i Przyjacielu – jesteście pewni, że WY, dla innych, młodszych tacy NIE będziecie????  Nie rodzimy się siostrami miłosierdzia. Jesteśmy zwykłymi ludźmi i nie wiemy jak sobie w takich sytuacjach radzić. Trzeba nam dużo dobrej woli, jeszcze więcej miłości i jak najmniej złej energii, by przezwyciężyć w sobie ucieczkę od  ciężaru opieki i pomocy staremu człowiekowi. Staremu, ale Kochanemu! 

Pomyślcie o tym, bo na mnie już przyszedł czas, by nad tym głęboko się zastanowić i pomyśleć jak najłagodniej przeżyć ten trudny moment.

Kilka migawek- mój brat na naszym ślubie cywilnym – miał wtedy 17 lat. Potem zdjęcie z chrztu Jacka, naszego syna.Jest jego chrzestnym ojcem ale raczej nie maja kontaktu..
I Jedne z nowszych zdjęć ze spotkań w Krakowie.

Mam jednego brata. Formalnie rozstaliśmy się, gdy miałam 21 lat i wyszłam za mąż. On miał wtedy 17 lat i był dzieciakiem w szkole średniej.  Wyjechałam do innego miasta i od tego czasu do dziś wszystkie nasze relacje rodzinne, towarzyskie, emocjonalne ewoluowały jak najbardziej nieprzewidywalny wulkan. 

Można sobie wyobrazić ile zdarzeń emocji musiało zaistnieć w ciągu tych ponad 48 lat.  W dodatku ciągle na odległość. Ja w Sosnowcu, on w Krakowie a potem w Sanoku. On ukończył technikum chemiczne.  Ja dostałam się na studia humanistyczne. Kiedy my wyjechaliśmy do Stanów, nasze stosunki były dość napięte, choć oboje mieliśmy już rodziny i dzieci, co pozornie powinno nas do siebie zbliżyć. Nie zbliżyło. Wtedy też wiedziałam a raczej czułam, że mój brat ma do mnie pretensje  z podtekstem religijnym (my tu byliśmy w owym czasie w konflikcie z miejscowym księdzem i kościelną grupą, a moja rodzina sanocka, mocno katolicka, miała nam to za złe). Oczywiście, nie było to łatwe, bo przecież tak naprawdę NIGDY nie rozmawialiśmy ze sobą szczerze i co najgorsze nigdy nie umieliśmy przeprowadzać takich rozmów.

Jego synowie dorastali, każdy z nich szedł w swoim kierunku a międzyczasie życie małżeńskie mojego brata komplikowało się,  o czym ja, niestety, długo nie wiedziałam. 

Ale – tu muszę postawić plus bratu! – powiedział mi o tym, wprawdzie już w momencie decyzji odejścia z domu rodzinnego, ale przynajmniej nie pozostawił mnie w całkowitej niewiedzy..

 Znów jednak tak naprawdę nie rozmawialiśmy o tym. Albo – bardzo bardzo niewiele. 

Zawsze lubiłam i do dzisiaj i lubię pierwszą żonę mojego brata. Niezaprzeczalnie ma wiele zalet. I to, że im się nie udało, to nie mnie to oceniać. Nie oni pierwsi i nie ostatni. Kij ma dwa końce i wina na pewno leży po obu stronach. Jedno jest pewne. Skoro się nie udało, powinni byli już wiele lat temu jak ludzie na poziomie zakończyć ten związek i dać sobie wzajemną wolność i poszanowanie. Nie robili tego przez lata. Zadawali sobie ból, wciągali w to chłopców, najpierw młodych niedojrzałych, po latach dorosłych, dziś już mających swoje rodziny, cudne dzieciaki.  Na pewno dzisiaj rozumieją tę całą sytuację inaczej. Niezależnie od religijnej wiary, od poglądów nakazów  kościelnych – ludzi do miłości nie można zmusić!  Lepiej rozstać się i nie zadawać sobie wzajemnie bólu, niż trwać przy kościelnych zasadach, które i tak na siłę ludzkich uczuć nie zmienią. Ale – to tylko moja „OCENA”

Szanuję uczucia obu stron. I głęboko żałuję, że T. nie ułożyła sobie „drugiego życia” Zasługuje na nie i na drugiego człowieka obok, który by jej nieba przychylił..

Ta myśl dziś nadciągnęła do mojej głowy nieprzypadkowo. Wszystko to od naszej weekendowej przyjacielskiej wycieczki zatoczyło krąg, poprzez rozmyślania przez łzy w rozmowie z ciocią aż do smutnych przemyśleń jak to jest, że wiążą nas więzy krwi i wydaje się, że jest dobrze, a tak naprawdę – mało o sobie wiemy…

Ale przykład relacji takiej jak moja z moim bratem, to wcale nie jest odosobniony przypadek! 

Wracam do powtórki – czas, odległość, inny styl życia, zawsze brak czasu na rozmowy, nieumiejętność podjęcia szczerych rozmów… a może po prostu ich nie potrzebujemy?  Jesteśmy inni i to co mamy nam wystarcza. Od lat jest tak, jak jest. 

Znalazłam zdjęcie z małym Pawełkiem (moim chrześniakiem) jeszcze sprzed wyjazdu do Stanów! Inne to już z naszych spotkań w Krakowie. Środkowe- to jedyne ze spotkania całej rodziny w Sanoku w 2015 roku

Mój brat nigdy nie odwiedził mnie w Stanach, nie wie jak my żyjemy, nie ma pojęcia jak naprawdę mogło i może wyglądać nasze życie na przestrzeni ostatnich 32 lat. Ani moje ani moich dzieci. Podobnie jego synowie. Bardzo się staram utrzymywać kontakty z moimi bratankami. I doceniam to, że zawsze gdy przylatuję do Polski ktoś z nich stara się ze mną spotkać, podobnie jak mój brat. Czasami dzielą się ze mną zdjęciami swoich dzieci, dobrymi nowinami rodzinnymi. Lubię ich żony, bardzo bym chciała, żeby moje wnuki w przyszłości wiedziały wzajemnie o swoim istnieniu i pamiętały, że mają rodzinę w Polsce. 

Rodziny moich bratanków są dla mnie ważne. Ale – zdaję sobie sprawę – odległość, brak jakiejkolwiek ich wiedzy gdzie mają rodzinę tu w Ameryce, jak my (i młodzi żyją) nie pomoże im tych kontaktów utrzymać. 

Ale może im to już nie jest tak potrzebne? Być może, że oni patrzą na to zupełnie inaczej. Świat rozprzestrzenia jak rozpryskująca się bańka i być może szybkość znikania starego pojawiania się  i nowych  potrzeb i innych  ludzi jest dla młodych normalna. 

W końcu to my kiedyś podjęliśmy decyzję i wybraliśmy utworzenie nowego odgałęzienia naszej rodziny na amerykańskim kontynencie?…    

Ja – o tym myślę. Ja – się tym martwię. 

” Gdy łyk powietrza, z wysiłkiem łapiesz…. Pogodnie dumam o tej starości… czy ona musi stale nas złościć?” (znalezione w necie)


BACK

3 myśli na temat “Nie zatrzymasz, nie powtórzysz, nie wrócisz …

  1. To ma być komentarz do „Nie zatrzymasz…”, ale nie wiem, gdzie się ulokuje. Ale kto będzie czytał, łatwo się zorientuje.
    Mój australijski kolega z Frankstone koło Melbourne powiedział kiedyś, że Panu Bogu nie udały się dwie rzeczy: aborygeni i starość. Nie widziałem aborygenów w gromadzie, a ten jeden, z którym się spotkałem śpiewał z gitarą piosenki na deptaku między nowoczesnymi sklepami, sprzedawał swoje dyski i nawet wiedział, gdzie jest Polska. No więc ten nie był taki nieudany.
    Co innego ze starością – mogłaby być inna. Ale wszystkie inne okresy ludzkiego życia też mogłyby być inne, a jednak nie obciążamy Pana Boga ich niedostatkami. Może tak samo moglibyśmy podejść do starości. Cieszyć się, że dotarliśmy do tego dobrego wieku, podziwiać pogodę ducha, spokój i chęć życia naszych znajomych, którzy są od nas o 10 i nawet więcej lat starsi. Moja Mama często mnie pytała, już po ukończeniu 90-tki, dlaczego Pan Bóg ją jeszcze trzyma przy życiu. Starałem się wymyślać jakieś pozytywne odpowiedzi, zawsze krążące wokół tego, że jest Mu potrzebna, by udowodnić, że starość też może trwać i być niekoniecznie nieudana. Zmarła mając 96 lat.
    Więc mimo, że widzimy jej – starości – niedoskonałości, oczywiste i tak ładnie nakreślone przez Małgosię, starajmy się, by nie była dla nas nieudana i pomagajmy tym, którzy się jej niedostatkom poddają. Bo „to życie to bal jest nad bale”, więc „NIECH ŻYJE BAL”.

    Polubione przez 1 osoba

    1. TAK! Nie zatrzymamy,,, ale „Bal nadal trwa'” Tak, mimo trudności, dołkom, z których coraz trudniej samemu się wykaraskać – cieszymy się każdą chwilą nowego dnia. I dobrze to usłyszeć od ciebie. Czasem to bardzo mi potrzebne…

      Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi