O sercu – medycznie, empatycznie i po ludzku

09/28/2022

Laska Eskulapa-symbol wiedzy lekarskiej

Texas Medical Center w Houston. Serce medyczne Houston. Ponad sto tysięcy pracowników, ponad dwadzieścia różnych szpitali,  sześćdziesiąt kilka różnych medycznych instytucji badawczych, hoteli i podobno prawie osiem milionów rocznie odwiedzających pacjentów.  A w najbliższym sąsiedztwie równie słynny Rice University, piękne ZOO, przestrzenny i zielony Hermann Park  z teatrem na wolnym powietrzu. Wokół medycznej części  skupia się też dystrykt kilku przepięknych Teatrów houstońskich, Opera, Ballet i różnorodne muzea. Imponująca wizytówka nowoczesnego, fantastycznego miasta. 

Panorama Centrum Medycznego – Houston Medical Center. Oczywiście zdjęcie nie jest moje. Nie byłabym w stanie objąć tak ogromnej przestrzeni swoim Iphonem 🙂

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo takie właśnie są wielkie amerykańskie metropolie. Od ponad 30 lat tu mieszkam i obserwuję tę część miasta dość często. Gdyby…

To właśnie Rice University spełnił nasze marzenie i sprowadził mojego męża, a tym samym naszą rodzinę do Houston. To tu, niedaleko Medical Center mieszkaliśmy przez kilka lat. Miałam i taki epizod w swoim życiu, że pracowałam przez trzy lata w jednym z budynków należących do Medical Center, choć nie  w takim, który zalicza się do ścisłego centrum tej zabudowy.   

Setki faktów fascynujących i niesamowitych można wyczytać o możliwościach medycznych tego ośrodka, do którego ludzie przyjeżdżają z całego świata szukać często ostatniej szansy i ostatniej nadziei na życie. 

Dziś jednak nie o suchych faktach myślę. Dzisiaj jestem w środku jednego z tych ogromnych budynków. Nie bywam tu zbyt często, ale też nie jest to moja pierwsza wizyta. 

Tych dziesiątkach nowoczesnych bardzo pięknych i wysokich budynkach, poza szpitalami, znajduje się wiele gabinetów medycznych prywatnych lekarzy połączonych w grupy zawodowych specjalistów. I to wszystkich możliwych specjalności!!  Właśnie w Medical Center mieliśmy pierwsze wizyty pediatryczne naszych wnuków, tu mam doktora chirurga-ortopedę, tu kiedyś znalazłam się na “emergency” z atakiem kamienia w nerce czy wyrostka robaczkowego. 

Cóż – każdy z nas miewa w życiu takie nieprzyjemne incydenty. (: 

Dziś pacjentem jest mój mąż. Zabieg jest dość poważny, bo dotyczy serca, choć nie jest to otwieranie klatki piersiowej. Ale dziś już wszyscy wiemy, że medycyna opanowała wiele sposobów docierania do wnętrza człowieka bez krajania jego ciała. Penetrowanie wnętrza ludzkich organów, podglądanie co się w nich dzieje  za pomocą maleńkich kamer, sond i tym podobnych urządzeń stało się bardzo normalne. I mimo że taki laik jak ja nie bardzo potrafi sobie to wyobrazić, fakty same mówią za siebie.  

A gdy dodam, że wszystko dzieje się tutaj – w Houston, w Medical Center, w Instytucie Chorób Serca – nie mam wątpliwości, że każda nawet najbardziej skomplikowana procedura medyczna na pewno się może  tutaj dokonać! 

Nie jest to pierwsze moje doświadczenie ze szpitalem amerykańskim czy z lekarzami w tym kraju. Przez ponad 30 lat mieszkania tutaj oczywistym jest, że chorujemy, mamy problemy i to coraz większe i niestety coraz bardziej skomplikowane. Cóż, starość wszystkich dosięga, w różny sposób i nikt się przed nią nie uchroni. 

Ludzie z natury lubią ( a może muszą?? 🙂 narzekać, więc i tu w Stanach także narzekają na medyczną sferę usług. Najczęściej na system ubezpieczeniowy.  Ci co mają ubezpieczenie – że stanowczo  za drogie, że skomplikowane, że niezrozumiałe, że trzeba być “zdrowym”, żeby walczyć i dać sobie radę z „papierologią” ubezpieczeniową i jej zrozumieniem… itd. itd. itp.  Ci, którzy nie mają ubezpieczenia albo mają bardzo  ograniczone (z różnych przyczyn) narzekają, że system jest niesprawiedliwy, że powinien być dostępny dla wszystkich jednakowo i za darmo. Lekarze narzekają na wysokie ubezpieczenia ochraniające ich od pomyłek i ryzyka zawodowego i tak dalej – można by wymieniać jeszcze długo i dużo błędów, poczucia niesprawiedliwości, wylewać złość i niechęć do systemu prawno-medycznego. 

Zgadzam się z wieloma segmentami zarzutów, uważam że istnieje ogrom elementów systemowych, które należałoby zmienić naprawić, choć oczywiście nie pretenduję do grona tych, którzy mają na ten temat jakiekolwiek gotowe rozwiązania! To bardzo trudny temat i nigdzie na świecie nie jest on idealny. 

Osobiście, jedno mogę stwierdzić z całą pewnością!  Jeśli ludzie narzekają na służbę medyczną, lekarzy i system leczenia tutaj, to polecam pomieszkać i zachorować (przepraszam za takie określenie!!) w krajach, gdzie istnieje państwowa służba zdrowia taka np. jak w Polsce. Jeśli przeciętny Amerykanin poleżałby sobie tydzień w polskim szpitalu, poddałby się kilku poważnym badaniom jak np. kolonoskopia (bez znieczulenia!), doświadczyłby procedury wyjścia ze szpitala, gdzie papierowy wypis (bez jakichkolwiek wyjaśnień) rzucą mu na łóżko – doznałby niemałego szoku. Na pewno nikt  z personelu nie pomógłby się mu się ubrać, znaleźć wózek, żeby dojechać do windy a potem do samochodu.. (no chyba że ktoś z rodziny się pacjentem zajmie…).  Wiem co mówię, bo takie doświadczenie przeżyłam kilka lata temu w szpitalu w Krakowie odbierając swoją teściową, schorowaną staruszkę. Pacjent wypisany może sobie radzić sam! Bez względu na to w jakiej jest kondycji i wieku. Wózek kazano mi sobie poszukać „gdzieś” (cytat) na korytarzu. Pacjent już przestał być pacjentem szpitala “bo przecież już jest wypisany” a to że powinien bezpiecznie opuścić budynek, to już nie jest problemem personelu.. 

Kontakt pacjenta czy rodziny pacjenta z lekarzem, to nadal forma “PAN i poddany”. Pacjent boi się zapytać co mu dolega, jakie są prognozy, jakie leczenie lekarze zamierzają podjąć, jakie są wyniki badań itd. (dlaczego??). Lekarz nie rozmawia z pacjentem jak z równym sobie, rzadko kiedy jest miły, przystępny, uczynny. Podobnie z obsługą w informacji, rejestracji, telefonach itd. 

Przepraszam, jeśli kogoś dotykam takimi stwierdzeniami. Nie chcę przez to powiedzieć, że tak jest ZAWSZE i WSZĘDZIE!!  Ale w większości miejsc nadal tak się dzieje. Terminy oczekiwania na wizyty czy badania są potwornie długie. Znajomości, układy to podstawowa zasada działania służby zdrowia. Opieram to na doświadczeniach własnych, na opowieściach i doświadczeniach moich przyjaciół i rodziny polskiej, którzy (niestety) teraz częściej chorują i muszą chodzić do lekarzy i szpitali i korzystać z opieki polskiej służby zdrowia. Obserwuję ten problem dość mocno i jawnie określony i oceniony w wielu polskich współczesnych filmach. (reżyserzy: Palkowski, Żuławski, Vega) 

Proszę mnie źle nie oceniać. To nie jest nagonka na prywatne osoby, na lekarzy, którzy są na pewno dobrze wykształceni, ale na system, który w warunkach publicznej służby zdrowia  doprowadza do takiego sposobu leczenia i działania. 

Ale, ale .. zapędziłam się o nieprzyjemnym, a miałam zamiar pisać o przyjemnym! 

Właśnie! Chcę napisać jak przyjemnie można chorować i czuć się komfortowo w szpitalu. Wiem, już słyszę! “Wariatka!  Kto może czuć się dobrze, gdy choruje!?”  Oczywiście, że lepiej być zdrowym! Ale – jeśli już tak się zdarzy, że coś nas nieprzyjemnego dosięgnie i cała plejada doktorów, asystentów i pielęgniarzy musi nas naprawiać, to o ileż przyjemniej, jeśli dzieje się to w komfortowych, czystych i spokojnych warunkach. 

Począwszy od pierwszej wizyty, jeszcze poza szpitalem, gdy po raz pierwszy lekarz przedstawia nam dość jasno opcje tego, co będzie się z nami działo. Dwa dni przed zabiegiem czy operacją osoby uprawnione rozmawiają z nami szczegółowo o wszystkim, co nas w tym temacie dotyczy – o ubezpieczeniu, przygotowaniu do zabiegu – operacji, diecie, lekach, ubraniu, parkingu, czasie trwania zabiegu itd. Możemy zadawać pytania i na pewno dostaniemy na nie odpowiedzi. 

Wejście na szpitalny hol ruchomymi schodami. Ładny widok na przestrzeń i konstrukcję wysokiego sufitu. Zdjęcie 1-sze: widok na Starbucks. Zdjęcie 3-cie: w głębi wejście do Children’s Hospital (Szpital Dziecięcy)

Początek długiego korytarza

Wchodzimy do szpitala.  Jest pięknie! Samochód zostawiamy tuż pod wejściem i dalej zajmuje się już nim obsługa (tak, oczywiście odpłatnie). Budynek jest ogromny! Przestronny, nowoczesny, ogromne okna, jasne kolory, dużo zieleni. Na ścianach wielkie obrazy, przemyślane tematycznie. Pośrodku nowoczesne rzeźby. Idziemy dość daleko. Jestem podenerwowana ale mimowolnie rozglądam się wokoło.  Jest poranna godzina, mijamy dość dużo ludzi. Część pewnie rozpoczęła już pracę dużo wcześniej, inni dopiero idą rozdzielając się na różne oddziały. Różne kolory ubrań szpitalnych. Jest spokojnie, ale nie ma w tym “ciszy przytłaczającej” Ludzie się uśmiechają, piją kawę w styropianowych kubkach. Mijamy kafejki, Starbucks. Kolorowe lekkie stoliki, wygodne krzesła. Czysto schludnie. Prosto ale bardzo przyjemnie. Wszędzie kwiaty, zieleń.  Dalej wzdłuż holu ciągną się wygodne miękkie ławy, obok bardzo ładne stoliki. Wydaje się być dużo ludzi, ale nie ma poczucia tłumu. Sufity bardzo wysokie. Ogromne okna, dużo światła dziennego. Nie ma w tym ani krztyny atmosfery szpitalnej.  

Dochodzimy do właściwej “naszej” części – Instytut Chorób Serca. Wchodzimy do poczekalni. Tu także wygodne fotele, stoliki, telewizor cicho podaje wiadomości dnia bo taka to pora, jest kawa, herbata i dodatki. Wszystko sterylne, przyjemne.  Kilka osób już siedzi, niektórzy czytają, pracują na komputerach. Nie ma żadnych “szpitalnych zapachów”. Ładnie, przyjemnie. Miła pani w recepcji szybko załatwia sprawy papierowe, później jeszcze druga ich część i niemal za chwilę wołają męża  do dostępnej sali. Ja zostaję i czekam w poczekalni. Po pół godzinie mogę już wejść do jego pokoju. Jest sam, leży przygotowany do zabiegu, podłączony do wszystkich potrzebnych maszyn. Jego rzeczy są spakowane w szafce.  Obok jest fotel, z drugiej strony stolik z instrumentami, lekami itd. Na ścianie telewizor, W rogu pokoju oczywiście łazienka. Wszystko co w takiej sytuacji  potrzebuje pacjent. Całkowita prywatność. Pacjent, obsługa medyczna i jeśli jest z nim ktoś z rodziny jak ja. Od tego momentu to nasze miejsce, tylko nasz pokój. Od tej chwili co jakiś czas ktoś wchodzi do pokoju, przedstawia się i opowiada jaka będzie jego rola w tym zabiegu – asystent doktora wykonującego zabieg, następnie doktor główny, anestezjolog, pielęgniarz, jeszcze jakiś asystent… Każdy wyjaśnia, każdy cierpliwie pyta czy coś jeszcze chcemy wiedzieć, każdy uśmiecha się, każdy sprawia wrażenie, że ma dla nas czas i naprawdę zajmuje się tylko i wyłącznie nami… choć przecież my wiemy, że nie jesteśmy jedynymi pacjentami w tym szpitalu. 

Trwa to długo, bo to poważny zabieg. Tak naprawdę nie wiem ani ja ani mój mąż jak to będzie przebiegać, chociaż teoretycznie  przygotowaliśmy się dość dobrze. 

Wywiad koleżeński też pomógł, ale przecież to nie to samo co własne doświadczenie. Bardzo pomaga poczucie, że pacjent jest w centrum opieki, że wszyscy którzy krążą wokół, są dla pacjenta, podpiętego do maszyn i co tu dużo mówić – już nie mogącego się za bardzo ruszać.

Długie miękkie ławy, stoliki, wielkie okna, dużo naturalnego światła i wszędzie zieleń.

Tuż przed zabraniem męża na salę zakładam sobie aplikację informacyjną, która będzie mi przesyłać  bieżące wiadomości o postępach zabiegu. Rzeczywiście, przez cały czas będzie działać bez zarzutu. Nawet późno wieczorem, gdy byłam w domu otrzymywałam powiadomienia, że pacjent otrzymał leki, że zasnął itd. A na drugi dzień już rano przed wyjściem z domu wiedziałam, jak się czuje i że mogę już znów przyjechać do szpitala. Proste, ale jakże pomocne i uspakajające dla rodziny. 

Na czas trwania zabiegu wychodzę z sali, idę do kafejki. Muszę coś zjeść, napić się kawy. Teraz dopiero czuję ogromne napięcie. Mam przed sobą około trzech – czterech godzin, może więcej.  Potem, gdy już go wybudzą i przywiozą z powrotem,  będę mogła wrócić znów do tego samego pokoju. 

Idę wzdłuż holu i rozglądam się. Jest tak pięknie jak w hotelu Hyatt. Dopiero tak naprawdę teraz dostrzegam przestrzeń, nowoczesność tego obiektu. Druga część tego budynku to szpital dziecięcy – Texas Children’s Hospital.  Ale są to tak ogromne przestrzenie, ze tylko z daleka obserwuję wejście do niego. Trochę ukradkiem, ale z wielką dumą pstrykam kilka fotek. Nie wiem czy łatwo uwierzyć, że to zdjęcia szpitalne..

Idę sobie do kafejki, kupuję coś na lunch. Jest duży wybór, ale to nie ciepły bufet. I takie są, ale mnie nawinęła się „caffee” po drodze. W dużym i bardzo dobrym wyborem rożnego rodzaju kanapek, pizzy, sałatek, przystawek, napojów zimnych i ciepłych, soków. Do wyboru, do koloru!! Potem kawa ze Starbucks, “pogadanie” z przyjaciółką, która pracuje w szpitalu dziecięcym i przyszła mnie wesprzeć dobrym słowem (dzięki, wielkie Ewa!)  

No i siedzę na tych miękkich ławach, piszę (pisałam ) trochę na komputerze, choć niełatwo się skupić.  Ogromne okna, cała przeszklona ściana, widok na szpitale po drugiej strony ulicy, także bardzo wielkie i wysokie. Tak wysokie, że trudno było objąć cały budynek na zdjęciu. 

Widok z okien holu na główną ulicę Fannin. Na zdjęciu 1-szym widać linię tramwajową i jeden z przystanków pomiędzy szpitalami. Na obu zdjęciach udało mi się objąć tylko skrawki budynków szpitalnych na przeciwko. Są tak wysokie, że nie sposób ze środka budynku zrobić je w całości.

Pomiędzy tymi wielkimi budynkami, które ciągną się na długości całej ulicy Fannin, biegnie linia tramwajowa. To bardzo dobre rozwiązanie, które powstało już za “naszych  czasów”. Dobrze pamiętam przebudowę całej ulicy i budowę linii tramwajowej. Przy tym nigdy ruch nie był całkowicie zamknięty, bo przecież w sytuacji działania szpitali 24 godziny na dobę, niemożliwością byłoby utrudnienie normalnej pracy karetek czy innych pojazdów komunikacji miejskiej czy prywatnej.

Do dziś nie rozumiem jak ktoś to wszystko obmyślił i wykonał, że nie było w owym czasie żadnych zakłóceń. 🙂 Przy takiej ilości pacjentów i dodatkowo ludzi ich odwiedzających, garaże- nawet te wielopiętrowe, choćby sięgały do nieba – nie są w stanie pomieścić wszystkich. Także pracowników dojeżdżających codziennie do pracy, stażystów, studentów, wolontariuszy.  Zbudowano więc z dwóch różnych stron “Medical Centrum” wielkie ogrodzone parkingi, dla pracowników. A zaraz obok zaczyna się linia szybkiego nowoczesnego tramwaju (czy pociągu, jak kto woli to nazwać, bo tramwaj bardziej przypomina swym wyglądem szybką kolejkę), którym personel, po zostawieniu samochodu na parkingu, dalej już może dojeżdżać do dowolnego szpitala na trasie przejazdu, na długości całej linii. Oczywiście, nie wszystkie szpitale znajdują się w pobliżu linii tramwajowej, ale na pewno problem parkowania został  w dużym procencie rozwiązany i złagodzony. 

Obserwowałam to wszystko siedząc na wygodnej kanapie i zastanawiając się jak niesamowite jest tempo przemieszczania się ludzi, z tramwaju do poszczególnych budynków, jakie przemyślne są połączenia pomiędzy nimi, przewiązki pomiędzy budynkami. Ile trzeba wiedzieć, żeby zgłębić wiedzę i nauczyć się swobodnie poruszać po całym zespole Centrum.  Jakim trzeba być geniuszem – architektem, inżynierem, wizjonerem, wykonawcą… żeby taki kolos funkcjonował tak idealnie?!

Zawsze mnie to zadziwiało, zadziwia i zadziwiać będzie! Zawsze i niezmiennie podziwiam ludzki rozum i wyobraźnię. Ludzkie możliwości tworzenia. Geniusz ludzkiego mózgu. 

Ktokolwiek włożył w ten projekt choćby jedną cegiełkę, może być z siebie dumny i zawsze pamiętać, że dzięki niemu każdy pacjent jak mój mąż dziś jest wdzięczny, że może ten trudny dzień przetrwać w tak komfortowym miejscu. 

Zaraz po skończonym zabiegu, doktor przyszedł do mnie, do poczekalni, usiadł koło mnie przy stoliku, opowiedział fachowo jak przeszedł cały zabieg, co zostało zrobione, co pacjent potrzebuje w najbliższym czasie. Zapewnił mnie, że będzie następnego dnia rano i sprawdzi pacjenta i jego samopoczucie. Rozmowa była konkretna, krótka i logiczna. Zadałam jeszcze jakieś pytanie czy dwa. Wiedziałam to, co najważniejsze i co potrzebowałam na ten moment. 

Jakie to proste, ludzkie.. I potrzebne osobie, która czeka i martwi się o chorego. 

Dlaczego tak prostej komunikacji nie można zastosować  w polskich szpitalach? Gdy opowiadają moi przyjaciele o komunikacji z lekarzami albo raczej o niemal całkowitym jej braku – włosy stają mi dęba. Może bym nawet i nie wierzyła, gdybym podobnych sytuacji nie doświadczyła sama. Na szczęście ja nie mam w sobie strachu przed rozmową z lekarzem w Polsce, jaki ma większość polskich pacjentów. ):

Po kilku godzinach, kiedy wróciłam do pokoju, zastałam męża w kiepskiej formie. Ale pewnie to normalne. Dość długa anestezja, zmęczenie, leki, ból.. Oczywiste, że nie może być to radosnym poczuciem.  Za to opieka, jaką miał mój mąż była naprawdę imponująca. Pielęgniarka, miła młoda dziewczyna, krążyła wokół niego jak satelita, sprawdzała wszystko co chwilę, poprawiała, zajmowała się każdym jego niewygodnym ruchem. Zamówiliśmy późny mały obiad (oczywiście pacjent nie miał apetytu, co mnie nie dziwiło),  ale udało mi się wieczorem wcisnąć w niego kilka łyżeczek zupy. Potem inny pan przyjął zamówienie na śniadanie na następny dzień i gdy już wszystko było poukładane i przygotowane do spania, wiedziałam, że nie ma sensu dłużej tam czuwać. Zdecydowałam  się pojechać do domu. Szłam znów przez długi piękny hol, tym razem prawie pusty, lśniący czystością, oświetlony ładnymi lampami, a nie bijącym jarzeniowym szpitalnym światłem. Przez wielkie okna podziwiałam po przeciwnej stronie ulicy oświetlone budynki innych szpitali. Ruch na ulicy był znacznie mniejszy ale nigdy nie ustawał.

Myślałam o tych, którzy w tej chwili pracują i  czuwają nad chorymi podobnie jak nad moim mężem. Ilu ludzi w tym momencie śpi spokojnie w cichym ładnym pokoju, urządzonym jak domowy kąt, choć są w nim maszyny czuwające nad ich życiem, mierzące każdy ruch ich oddechu…  

Zdaję sobie sprawę, że można tu rozwinąć temat kosztów takiego leczenia, miejsc i narzędzi ratujących ludzkie życie. Kosztów administracyjnych i miliona innych. Ile naprawdę za to płacimy? Ile płacimy za pracę tych, co się nami zajmują, za luksus, który zapewniają nam takie miejsca??? Za system, który zapewne można by usprawnić, zmniejszyć, za nadmiernie rozbudowane urzędowe i formalne struktury pożerające niepotrzebne pieniądze. 

Można i trzeba dyskutować o tym, zmieniać ulepszać i usprawniać.  

Jedno czego zmieniać NIE trzeba! Ludzkiej empatii, dobroci.  Przysięgi, którą na całym świecie lekarz i pielęgniarka składa taką samą.  Człowiek jest najwyższą wartością. Niezależnie czy jest ciężko czy lekko chory, czy jest młody czy stary, sprawny fizycznie czy wymaga opieki – należy mu się taki sam szacunek.  Zwłaszcza w czasie choroby i cierpienia.  Zwłaszcza gdy jest w bólu, jest niecierpliwy, rozdrażniony. My, którzy jesteśmy zdrowi często nie potrafimy tego zrozumieć. Wiem coś o tym.. 

Nie rozumiemy ich strachu, bólu jaki jest w nich, nie możemy pojąć że właśnie świat zewnętrzny zamyka swe piękno przed nimi i przez jakiś czas chorzy czują się w klatce swojej choroby. Pacjent  cierpiący musi przedrzeć się przez wiele ścian, o których zdrowy człowiek w tym momencie nie ma “zielonego pojęcia”.

Dobry lekarz, cierpliwa pielęgniarka, ciepła osoba z rodziny i wreszcie miłe ładne wnętrze, które bardziej przypomina domową atmosferę niż szpitalny, nasączony zapachem środków do dezynfekcji narzędzi, środków mycia podłóg, wszelkiego rodzaju medykamentów, środków opatrunkowych itd. szpital – to dla chorego ogromne ułatwienie przetrwania trudów choroby i leczenia. 

Szpitale amerykańskie nie trzymają swoich pacjentów długo. Mimo tak dobrych warunków, każdy wie, że w domu rekonwalescencja jest łatwiejsza. Jeśli nie ma zagrożenia pacjent wypisywany jest jak najszybciej.

Zabrałam mojego męża do domu następnego dnia po zabiegu ablacji ok. południa. 

Był już po śniadaniu, ubrany, przygotowany do wyjścia, jego rzeczy, choć nie było ich wiele,  zostały spakowane. Wózek czekał obok. Otrzymaliśmy dokładną instrukcję działań, informację szczegółową co robić gdyby cokolwiek działo się niewłaściwego. Lekarstwa zostały przez szpital zamówione w aptece, termin wizyty u doktora prowadzącego ustalony mniej więcej, należało tylko potwierdzić datę wizyty w jego gabinecie. 

Dlaczego tak dokładnie opisuję to doświadczenie szpitalne? Przecież nie jest to ani moje/nasze pierwsze ani pewnie ostatnie.  Zdaję sobie sprawę, że przez całe życie płaciliśmy i płacimy dużo pieniędzy za ubezpieczenie zdrowotne. I wiem, że nic nie jest i NIE MOŻE być za darmo.  Bo za darmo – znaczy: byle jak. Byle jakie warunki, byle jaki serwis, byle jaka opieka. Każda rzecz, każda usługa, żeby była dobra efektywna musi mieć swoją cenę. Tak jest ze wszystkim, tak jest w medycynie. Chodzi tylko o to, by ta cena była uczciwie wyważona. I w tym leży największa tajemnica i trudność. 

Za to ludzka dobroć, uczciwość zawodowa lekarza, poczucie obowiązku, zrozumienie własnego wyboru życiowego, odpowiedzialność za życie drugiego człowieka – to wszystko nie kosztuje. To jest cena naszego sumienia. 

Lekarze pracujący w warunkach ekstremalnie trudnych (np. „Lekarze bez granic”) w Afryce, w czasie wojny, w warunkach epidemii czy choćby niedawno w pierwszych miesiącach pandemii – pokazali jasno i wyraźnie, że lekarz może nawet najtrudniejszej sytuacji być “ludzkim lekarzem”. Lekarzem z powołania. 

Takich lekarzy i pielęgniarzy jest na świecie ogromna liczba. Także z myślą o nich piszę te kilka słów.


BACK

4 myśli na temat “O sercu – medycznie, empatycznie i po ludzku

  1. No, ten chory maz to ja.

    Teraz, 6 dni po zabiegu, czuję się prawie zupełnir dobrze, jescze tylko trzeba przeczekać niezagojone otwory po wprowadzonych do serca spod pachwin czterech cewnikach i wszystko powinno byc dobrze. W poniedziałek mam wizytę u lekarza, który mnie operował. I w poniedzialek też wrócę do pracy.

    Tym pięknem, które Małgosia opisała, niestety nie miałem kiedy się zachwycić. W czwartek spieszyliśmy się bardzo, żeby zdążyc rano na umówiony czas, a w piątek wywieziono mnie na wózku z mojego pokoju przygotowawczego i noclegowego do samochodu, który przywieziono nam pod nogi.

    W pełni podzielam wszytkie obserwacje i uwagi i opisy i zastrzeżenia, które Małgosia przedstawiła. Najważniejsze jednak było, że ona była przy mnie zawsze wtedy, gdy jej potrzebowałem i opiekowała się mną przepięknie i to, między innymi, doprowadziło mnie do tego, że w mniej niż 12 godzin po zabiegu wypisany zostałem ze szpitala. A w domu dalszy koniec opieki, omaganie mi w rozłożeniu sił i nabieraniu ich.

    Jesteś wspaniała, Małgosiu.

    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Kiedyś dawno temu powiedziałam.. „i że nie opuszczę cie aż do śmierci” A tak na poważnie- to po to jesteśmy razem tyle lat by się wspierać szczególnie wtedy gdy jest trudno i źle. Bo jak jest dobrze to nawet kłócić się jest łatwiej 🙂 Życie we dwoje takie powinno być..

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi