09/20/2021
Minęło już ponad półtora roku, gdy wkroczyłam, najpierw bardzo niepewnie i z lekkim wstydem, na strony publiczne mojego blogu. Od razu zaznaczam, że nigdy nie miałam w głowie nawet przebłysku o stworzeniu blogu, który będzie zarabiał jakiekolwiek pieniądze. Chciałam zrobić coś fajnego dla siebie i dla innych. Chciałam pisać, bo lubię to i wydaje mi się, że nie najgorzej mi to wychodzi. Poza tym jak już wielokrotnie powtarzałam, mam przyjacielskiego “duszka” obok siebie, który wciąż mnie do tego namawiał, nadal ciśnie i nadal wspomaga, gdy wkopię się w ciemny zaułek internetowo-komputerowy i ani rusz nie mogę sobie poradzić wyjść na prostą. Zawsze jeszcze mogę krzyknąć głośno HELP, choć już coraz rzadziej mi się to zdarza.
Kilka tygodni temu (przyznaje, nie pierwszy raz) wpadły mi w oko różne wypowiedzi, porady, młodszych doświadczonych blogerów – jak pisać i prowadzić blog, by był on sukcesem dla autora i ciekawym miejscem szukania informacji dla czytelników. Poczytałam, pomyślałam, porównałam i przyszło mi na myśl, że może w świetle tych porad ja wcale blogerką nie jestem?!
Na pewno nie wpisuję się w zasady, bardzo zresztą logiczne i pomocne jasno są w tych wpisach przedstawiane. Z drugiej – nie mam sobie do zarzucenia ani wiele błędów w pisaniu, ani niewłaściwego podejścia do moich tematów i emocji we wpisach.
Uzmysłowiłam sobie jedną ważną rzecz, która mnie zaskoczyła. Współczesne blogi czy vlogi (video-blogi) to forma publicznych sposobów komunikacji ludzi młodych, a w każdym razie o wiele młodszych ode mnie, od naszego pokolenia.
Nie sprawdzałam statystyk, nie przyglądałam się bliżej tematowi, ale uświadomiłam sobie, że mając tak duży krąg zaprzyjaźnionych ludzi wokół, zarówno tu w Stanach jak i w Polsce, nikt z moich przyjaciół i znajomych nie prowadzi bloga. Początkowo wydawało mi się, że skoro jednym z głównych powodów powstania mojego blogu była idea uporządkowania, przypomnienia i ocalenia wspomnień naszego Polskiego Ogniskowego Teatru, to wpisy teatralne przyciągną wielu czytelników – dawnych aktorów, ich rodziców i naszych fanów. Dla mnie było jasne, że wszyscy z radością będą ten blog odwiedzać i czytać. Okazało się, że nie… Z jakiegoś powodu, te bardzo solidnie przygotowane wpisy z filmikami ze sztuk, z piosenkami nie znalazły zbyt wielu chętnych do wspomnień. Może zbyt mała reklama z mojej strony… Może za długie te wspomnienia.. Dla mnie ważne – dla innych już tylko migawka z przeszłości.
Na szczęście blog ma dwie inne części, które najpierw może nieśmiało ujawniały moje własne rozważania, a potem rozkręciły mnie mocno, bo w końcu coraz silniej poczułam potrzebę pisania tego, co naprawdę we mnie siedzi.
Przychodziło ot tak, znienacka. Jakaś myśl, jakieś wspomnienie. Zabłąkana łza, zły nastrój albo data w kalendarzu. Czyli – myśli z przeskokiem, wydobyte z zakamarków pamięci. Doświadczenia starzejącej się kobiety.
Wczoraj oglądając jakiś film, wychwyciłam w początkowej scence tekst: “Jedziemy, mamy zabójstwo, staruszka 70-letnia, uderzona tępym narzędziem..” itd. I mówię, niemal krzycząc do męża – “czy ty słyszysz?? 70-letnia staruszka!!” a mój mąż ma przecież 71 lat, ja 69.
Czy my też powinniśmy się już nazwać S T A R U S Z K A M I ?? Film był całkiem współczesny, a ja poczułam się jakbym DZISIAJ sama siebie ustawiła w niewłaściwym miejscu…
Może dlatego niewiele osób czyta mój blog, bo co młodzi mogą wyczytać w blogu “staruszki”? 🙂 🙂 A moi rówieśnicy, moje koleżanki nie nawykły do takiej literatury, do takiego sposobu spędzania czasu. Choć moje myśli, moje serce tak często krążą wokół nas wszystkich. I w pewnym sensie przecież dotyczą także nas, ich – mojego/naszego pokolenia. Naszych wspólnych problemów.
Myślę, że ludzie starsi mają o wiele więcej oporów do publicznego dzielenia się swoimi myślami niż młodzi. Łatwo to zauważyć na innych blogach, w różnych komentarzach. Młodzi reagują szybko i z entuzjazmem, w naszym pokoleniu istnieje wciąż bariera i niechęć do wypowiadania się. Szkoda, bo te komentarze, które czasem docierają do mnie ustnie czy prywatnie byłyby dobrym początkiem i zalążkiem naszych dyskusji i rozmów “staruszków” na wiele fajnych tematów. 🙂
Ale z radością przyznaję, że mam i taką fankę, która czyta każdy mój wpis niemal natychmiast i udziela za każdym razem krótkiej i celnej recenzji SMS-owej, co dla mnie jest zawsze jak balsam na serce, duszę i wiarę, że moje gadanie we wpisie się przydaje. Dzięki Ci, Grażynko! Powinnam oczywiście natychmiast wspomnieć pierwszą moją czytelniczkę/ poprawiaczkę/duszka/Anioła czuwającego, ale o Niej już wiecie. 🙂
Czym więc jest mój blog? Na pewno nie pamiętnikiem! – bo to bardzo staroświecka forma, dawno wyszła z mody. Kiedyś każda dziewczyna z mojego pokolenia prowadziła pamiętnik, dłużej czy krócej, solidniej czy byle jak. Taka była moda i każda z nas próbowała swoich sił na kartkach zeszytu w kratkę czy w linie. Niektóre z nas wklejały wycinki z kolorowych czasopism, dekorowały własnymi rysunkami. Lubiłyśmy z przyjaciółkami czytać sobie wzajemnie co pikantniejsze fragmenty. Gdy już trochę wydoroślałyśmy, pamiętniki stały się bardziej intymne. Zresztą nie tylko dziewczyny prowadziły pamiętniki, chłopcy także. I to w wieku dojrzałych nastolatków. Gdzie te pamiętniki się podziały? Czy ktoś z nas ma jakikolwiek fragment tej pamięci zachowany? Fajnie byłoby wiedzieć…
Ja ostatnio znalazłam kilkadzieścia kartek spisanych wspomnień z pierwszych miesięcy po przyjeździe do Houston. Chyba miałam wtedy taki zamiar prowadzić, już nie pamiętnik a raczej dziennik, bo plan był taki, że nasz pobyt w Houston nie potrwa dłużej jak pół roku, może uda się zostać na rok.. Pomiędzy starymi zdjęciami, które ciągle i nieustannie wertuję, przewracam, przetrząsam i szukam natchnienia, ułamków wspomnień, które mogłabym włączyć do mojego blogu – tam właśnie natknęłam się kiedyś na te zapiski. Jakby nie patrzeć, mają już 32 lata! I choć są zapiskami “nowej ery” naszego życia, to jednak na pewno odzwierciedlają nasze spojrzenie na Amerykę i Houston zupełnie inaczej niż dzisiaj. I zapewne kiedyś do nich powrócę i jeszcze je wykorzystam.
Mój blog nie jest blogiem informacyjnym jak np. blogi turystyczne, modowe, kulinarne, medyczne itd. Gdzieś pośród różnych wersji, ocen i określeń natknęłam się na określenie “lifestyle” i to chyba najbardziej by mi pasowało do mojego “gadania blogowego”. Choć tu już słyszę krzyk zaprzeczenia mojego Anioła-duszka- strażnika, że znowu skusiłam się na słowo z języka angielskiego.
No, ale tak to już jest w dzisiejszym świecie pisanym i mówionym! Prawda jest taka, że to my emigranci widzimy zapożyczenia i wiele angielskich wyrazów, używanych przez Polaków i ostro na to reagujemy! I to my się buntujemy, nas to razi, denerwuje a dla młodych polskich pokoleń to po prostu już .. język polski.
Takie wyrazy jak T-shirt, fast food, lajkować, smartfon, singielka, event, happy end, weekend, hejt, marketing, call, grill, chipsy, hot dog i milion innych – to już nie angielszczyzna. Nawet „blog” to już polski wyraz choć naprawdę jest angielski…
W dobie internetu, komputerów, wspólnych światowych interesów, język staje się także wspólną własnością. Wiem, że dla nas, ludzi starszego pokolenia, zwłaszcza tych silnie związanych z literaturą, jest to trudne do zaakceptowania. Uczono nas, że to, co między innymi silne i indywidualne w narodzie, to język. Ciężko nam się pogodzić z faktem, że we współczesnym świecie już tak teraz nie jest.
Mój blog niezaprzeczalnie jest MÓJ. Nie mam zamiaru konkurować z tymi najlepiej zarabiającymi blogami, czy w ogóle zarabiającymi. Mój blog nie jest popularny, nie spełnia najbardziej współczesnych wymogów blogowych. Jest spełnieniem potrzeb “staruszki”, która staruszką się jeszcze nie czuje i która staruszką nie chce się jeszcze nazywać… Choć swych lat się nie wstydzę i upływu czasu przed światem nie ukrywam. Emeryci robią różne rzeczy. Albo.. nie robią nic. Bo i tacy są wśród nas.
Ja wciąż robię dużo, bo życie nie przestaje mnie gonić i potrzebować tu i tam. Biegam więc do pracy na chwilkę, ale regularnie, uczę moje wnuki polskiego (także te przyszywane 🙂 – też regularnie) i bardzo poważnie, więc to całkiem solidna praca i wcale niemała, pochłaniająca wiele godzin przygotowań. Cóż, “staruszkom” idzie wolniej niż kiedyś młodym szybkim i błyskotliwym nauczycielkom…
Mam przyjaciół, wspólne lunche, spotkania, wieczory filmowe, górę książek i męża, który lubi codzienne regularne obiadki. Moje dni są wypełnione po brzegi a blog jest dużą ich częścią. Nie przesadzam z tym pisaniem, staram się publikować mniej więcej dwa razy w miesiącu, bywa że trzy. Pomysły przychodzą czasem szybko, zupełnie nie wiadomo skąd i dlaczego takie. I często zapis wychodzi kompletnie inny niż na początku w głowie się kotłował. Jakby miał swój zaplanowany początek, a potem zszedł “na manowce”, ale niekoniecznie w złym tego słowa znaczeniu. 🙂 Przez kilka dni wije się w myślach jak wiejskie nieznane ścieżki albo górskie szlaki podczas długich wędrówek.
Sama się czasem dziwię dokąd zaprowadzają mnie moje rozmyślania i gdzie w końcu okazuje się być mój “postowy końcowy punkt Z”.
Mnie się to podoba i wcale nie uważam tego za chaos. Lubię spontaniczność w myśleniu, to tak jakby odkrywanie samej siebie, własnych odczuć, ukrytych i zamkniętych doznań. Nasza wewnętrzna wrażliwość okazuje się dużo głębsza i często nie zdajemy sobie sprawy jak wiele starych zapomnianych przeżyć wciąż żyje głęboko w nas. Gdy zdarzy się okazja, by uchylić jedną małą szufladkę wspomnienia – rusza lawina skrywanych zupełnie nieświadomie ważnych elementów naszego życia.
Blog więc to także zdrowa terapia, powiew świeżego powietrza, orzeźwiającego na “stare lata”. Dodaje skrzydeł, radości, czasem rozprawia się z dawnymi demonami, innym razem układa obrazki przeszłości we właściwym porządku.
Taki blog jak mój musi być osobisty, a równocześnie już nie jest żadną tajemnicą, ani dziewczęcym wstydem, ani nawet nie “ambarasem staruszki”. 🙂
Czyli – jakby nie patrzeć – malgośkam.com jest blogiem, ale pisze i robi sobie co chce i jak chce.
I tu znajdzie się zaraz cała armia krytyków, co mnie zakrzyczy, że to nie tak powinno być, bo są zasady… itd.
Zgadzam się i chylę głowy przed tymi co i blogi potrafią poukładać według zasad i ustawić właściwy porządek. Ale jak świat światem istniał i będzie istnieć – zasady zawsze były po to.. by je łamać – zwłaszcza, gdy mają im podlegać staruszki, które chcą sobie jeszcze trochę poszaleć. 🙂 🙂





Przeczytałem uważnie jak zawsze. Twoje podsumowanie blogowania- wydaje mi się- to pokłosie mojej wypowiedzi. Czytam tego bloga i kręcę głową.
Pisz tak dalej, pisz dla siebie. Wróć czasem jeszcze do wspomnień i i popatrz czy jest tam miejsce dla mnie
PolubieniePolubienie