Celebrujmy dni nieznane

09/11/2022

Mama przyleciała do nas po raz pierwszy do Houston w październiku 1991 roku. Cztery miesiące po nagłej śmierci Taty. Nie tak miało być. Mama była rozsypana, rozbita, a my mieliśmy ja jakoś poskładać, przywrócić do życia. Rodzina w Polsce liczyła, że zmiana miejsca, ludzi wokół a przede wszystkim przebywanie z wnukami – Kasią i Jackiem pomoże jej przywrócić względną równowagę psychiczną. I mieli rację. Powoli, w ciągu kilku miesięcy Mama zawsze optymistyczna i życiowo silna wróciła do Polski w zdecydowanie lepszej formie. 

Zanim to jednak nastąpiło przez kilka miesięcy wspólnie przeżywaliśmy wiele trudnych chwil, ale i dobrych wspomnień. Naszym zadaniem było czuwać, by Mama uwierzyła, że ma po co i dla kogo żyć. Była osobą o bardzo pogodnym usposobieniu, lubiła ludzi, nie uciekała w samotność i na szczęście wnuki dla niej były najważniejsze. Był to czas kiedy dzieci lubiły być z babcią, opowiadały dużo o szkole, lubiły babci wypieki, gry w karty, wspólne wieczory. 

29 grudnia tego roku moi rodzice obchodziliby 40 rocznicę ślubu. Nie doczekali. 

To był bardzo trudny czas dla Mamy. Już kilka dni wcześniej wciąż wracała do wspomnień, do głośno wypowiadanej myśli: “to byłaby nasza 40 rocznica ślubu”…

Nigdy nie celebrowali specjalnie swoich rocznic choć Mama zawsze rzucała tego dnia jakieś przypomnienie, Tata komentował z krzywym uśmieszkiem albo nie. 🙂

Raz tylko, pamiętam, jak z tej okazji mieliśmy w domu uroczysty obiad w ich domu w Krakowie na Łobzowskiej. Była to ich 35 rocznica. Wymyśliliśmy im z dziećmi dużą laurkę a Wacek z Kasią ułożyli wiersz. Nawet ja nie znałam jego treści wcześniej. To była chyba niedziela. Poszliśmy do kościoła i oni się tam w czasie mszy bardzo niewłaściwie zachowywali – co chwilę coś szeptali, śmiali się, aż tata im zwrócił uwagę. A potem okazało się, że wciąż szlifowali treść tego wiersza, który potem w czasie obiadu  oboje wygłosili wraz z wręczaniem laurki. 

Szkoda, że dziś już nie mogę przypomnieć sobie jego treści, ale liczę na lepszą pamięć mojego męża (do takich rzeczy 🙂 ) więc może w dodatkowym komentarzu coś z tego tekstu uzupełni?..  W każdym razie wiersz był bardzo śmieszny, fajnie i trafnie podsumowywał charakter związku moich rodziców. Obiad był bardzo rodzinny i to jedyne moje wspomnienie z obchodów rocznicowo-ślubnych rodziców. 

Wtedy wydawało mi się, że są to tak “ogromne” liczby, iż mimo że byłam już dobrych kilka lat mężatką, nie zastanawiałam się, że kiedyś mnie podobna sytuacja będzie dotyczyć. 

1) Mama z Tatą w Tatrach -jeszcze przed ślubem
2) Na wakacjach w Beskidach-często tam jeździli
3) z wnukami – Pawłem i Krzysiem, synami mojego brata

Rodzice byli “normalnym” małżeństwem, jak setki i tysiące podobnych w tamtych czasach. Tata pracował, dzielił pieniądze na dom i na “swoje” czyli takie, które były mu potrzebne na wakacje (wspólne albo czasem tylko jego) na samochody, które uwielbiał kupować. Niemal każdego roku wymieniał na kolejny nowszy, ale dopiero pod koniec swojego życia udało mu się uzbierać pieniądze na naprawdę nowe auto.  Mama – pracowała, sprzątała, zajmowała się domem, dziećmi, zakupami, odpowiedzialnością za wszystko inne… Sprawiedliwe?? Z punktu widzenia współczesnego modelu rodziny, chyba nie… A jednak taki model był zupełnie normalny i taki w tamtych latach funkcjonował w polskim społeczeństwie. Tata nie pił, nigdy nie bił Mamy ani nas, a więc wszystko układało się w porządku. Był mało wylewny uczuciowo i dlatego my dzieci nie potrafiliśmy się zbliżyć do niego. Dopiero w pełnej dorosłości związki z nim stały się łatwiejsze. I to głównie za sprawą pojawienia się moich dzieci czyli jego wnuków, a potem dzieci mojego brata. Tata zmienił się bardzo, stał się łagodniejszy, częściej się uśmiechał, był cieplejszy i bardziej przystępny w kontaktach.

Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy i koleżanki w odwiedziny, nigdy nie umiał odpowiedzieć nawet “dzień dobry” normalnym głosem. Zawsze to było jakieś burknięcie, ponure spojrzenie i po takim powitaniu każdy z moich znajomych dość szybko zwijał się do domu. Często, gdy zapraszałam koleżanki, najpierw pytały: a twój tata będzie w domu?  A przecież nie był złym człowiekiem!  Mama znała go dobrze, umiała z nim rozmawiać, łączyło ich wiele ciepła, którego my nie dostrzegliśmy. Tata był raptusem, nerwusem i w dyskusjach z Mamą bywał po prostu nieprzyjemny. Czy bardziej niż inni? Czasem tak, a czasem.. może tylko mi się wydawało?  Rodzice mieli swoje kryzysy, drobne i duże. Jak wiele par. Na przestrzeni prawie 40 lat może się bardzo dużo wydarzyć. I na pewno wydarzyło się wiele. My dzieci obserwowaliśmy ich problemy, ale z pewnością nie widzieliśmy ich tak jak oni. Trochę dlatego, że rodzice dużo przed nami ukrywali, bo nie było zwyczaju szczerych rozmów na temat rodzinnych problemów, trochę pewnie dlatego, że to my nie chcieliśmy tego widzieć zajęci swoimi młodzieńczymi ważnymi problemami. 

Rodzina mojej Mamy, liczbowo duża i bardzo z nami zaprzyjaźniona w tym czasie ale niemal w całości zamieszkała w Gdańsku, bardzo lubiła mojego Ojca. Dość szybko poznała jego furiacki, narwany i nerwowy charakter. Ale też szybko większość z nich umiała rozładować napięte sytuacje, a on sam nawet nie wiedział kiedy zaprzyjaźnił się całą z rodziną Mamy i bardzo lubił spędzać z nimi czas. Lubił jeździć do Gdańska, lubił ich odwiedziny w Krakowie w naszym małym mieszkaniu. Lubił i organizował wspólne wakacje i zawsze czuł się w różnych “konfiguracjach” osobowych z rodzinką gdańską bardzo dobrze. A oni uważali go za bardzo rodzinną osobę. Jego przedwczesna śmierć (miał tylko 64 lata) była dla wszystkich wielkim ciosem. 

Mama, która jako jedyna z całej plejady sióstr (tak, bardzo “babska” rodzina – tylko dwóch braci, z czego jeden, najstarszy,  zginął tragicznie bardzo młodo) zamieszkała w Krakowie. Ale i tak zawsze miała świetny kontakt z siostrami. Wiedziały o sobie nawzajem wiele. Nie było dla nich tajemnicą jakie mają problemy małżeńskie, która i na jakim etapie jest smutna, zła czy przeżywa kolejny kryzys. Także i one wiedziały wiele o Mamie i Tacie i często wspierały się wzajemnie, choć wiadomo – nie było to takie proste w czasach, gdy nie było internetu, telefonów o szybkich natychmiastowych kontaktów, gdy było im źle i ciężko. 

Tylko jedna z sióstr Mamy rozwiodła się z mężem z reszta przeżyła lepiej czy gorzej długie  związki małżeńskie. 

Podobnie jak Tata uwielbiam moją gdańską rodzinę, chociaż już dziś nie jestem z nią tak związana jak kiedyś. Jak to bywa, drogi w dorosłym życiu rozchodzą się, rodziny powiększają się, każdy obiera inny kierunek.  Wielu z nas nie rozpoznaje się, zwyczajnie – nie znamy się. Nasze zjazdy rodzinne, które w ostatnich latach odbyły się kilka razy trochę przybliżyły mi rodzinne więzy, ale na pewno już moje dzieci czy wnuki ich nie odtworzą nad czym ubolewam. Z drugiej strony, rozumiem doskonale, że takie jest prawo czasu, pokoleń, przemieszczania się i nic na to  nie poradzimy. Tym mocniej chcę zachować choć małe okruchy wspomnień. 

Nie wiem czy ktoś kiedykolwiek zajrzy na ten blog, czy przeczyta choćby przypadkiem te kilka zdań o zapamiętanych przeze mnie chwilach. Mimo to myślę, że warto ocalać od zapomnienia najmniejsze skrawki ludzkich historii. Historii ludzi, którzy nie są ani wybitnymi politykami ani artystami, pisarzami, naukowcami. Ale są tymi, których kochamy.  Którzy byli, są dla nas bardzo ważni w różnych momentach naszego życia i nie chcemy, by  zniknęli bez śladu. Bo każdy z nas pozostawia na tej Ziemi ślad po sobie. I nie jest to nagrobek. Niekoniecznie jest to wielkie dzieło. To cząstka miłości, element w pamięci następnego pokolenia. 

 Jeśli to zachowamy – człowiek wciąż żyje wśród nas. 

Kiedy w 2016 roku  przyjechałam z moimi wnukami do Gdańska, spędziłam z nimi kilka rodzinnych dni a potem oni pojechali na polskie kolonie a ja z kuzynką Magdą (uwielbiam ją! To najmłodsza kuzynka z linii mojego pokolenia) wybrałam się do Juraty na półwysep Helski. Kilka dni babskich plotek, fantastycznych leniwych chwil, spacerów brzegiem Bałtyku, nawet wypraw rowerowych do pobliskich miejscowości. Kiedyś, dawno w dzieciństwie byłam tam kilka razy z rodzicami na wakacjach. Sopot, Jastarnia, Jurata, Chałupy, Hel.  Pamiętałam to z dzieciństwa, ale trudno powiedzieć, że cokolwiek, oprócz Sopotu, rozpoznawałam. 

Pogoda była piękna. Miałyśmy swoje “kuzynowskie 5 minut”.. no może telefony od dzieci z kolonii i kilka problemów, jak to z dziećmi. Ale najważniejszą sprawą była planowana już wcześniej akcja zorganizowania w tajemnicy celebracji 60-tej rocznicy ślubu rodziców Magdy czyli moje ukochanej cioci Hani i wujka Gienia, którzy akurat przebywali na Kaszubach w ich letnim domku a Sulęczynie. 

Nasze wakacyjne „kuzynowskie 5 minut” w Juracie, z Magdą

Wujek, który kiepsko się sam poruszał, wcześniej już z pomocą Magdy kupił dla cioci złoty pierścionek, z malutkim ślicznym oczkiem. Dobrze wiedział jaki ciocia chciałaby, jaki jej się podoba. To była trudna akcja, bo jak wiadomo, ludzie w tym wieku już nie ruszają się samodzielnie i zorganizować tajemniczą wyprawę do jubilera, bez wiedzy i podejrzeń cioci – nie było wcale łatwo. 🙂 

Uparłyśmy się, że musimy niespodziankę zorganizować dokładnie w dniu ich rocznicy czyli 14 lipca. Niestety – tego dnia jak na złość od rano lał deszcz, niebo było całkowicie zachmurzone, a to natychmiast utrudniło nasze plany. Nie mogłam sobie wyobrazić i ułożyć w swojej głowie ale fakt faktem! – jedna jedyna droga prowadząca przez półwysep do Gdańska była całkowicie zawalona samochodami jadącymi tego dnia do do miasta, bo .. co można robić na plażach bałtyckich jak tak leje??!!  Wszyscy wczasowicze uznali, że najlepiej w taki dzień wybrać się do Gdańska na wycieczki, do muzeum, na lody, do restauracji itd. No i zawalili jedna jedyną drogę w tym kierunku!  A my musiałyśmy przejechać tylko (!!) niecałe 120 km ale być tam na określoną godzinę, bo akcja polegała na tym, by zdążyć zamówiony w restauracji obiad, dowieźć świeże piękne kwiaty, które miałyśmy jeszcze kupić po drodze i oczywiście zimne szampany!  No i wszystko “wzięło w łeb”, bo musiałyśmy zmienić plan i kupić kwiaty w innej kwiaciarni, szampany też nie tak jak planowaliśmy. A już kombinowanie zakamuflowanych informacji i zaszyfrowanych rozmów z rodzicami, żeby przesunąć nasze spotkanie się w restauracji należało do najbardziej wymyślnych posunięć intelektualnych i słownych, na jakie nas było stać tego dnia w zamkniętym aucie i w strugach nieustająco lejącego deszczu. Dość, że dodam iż podróż do Sulęczyna zajęła nam sześć godzin zamiast dwie, a gdy dotarłyśmy do restauracji rodzice Magdy już tam byli i jedli obiad, bo umierali z głodu. Wujek nie wytrzymał i wręczył pierścionek bez naszej obecności, ale za to Ciocia już z daleka wymachiwała nam ręką z połyskującym na palcu z pięknym brylantowym oczkiem. Dojedliśmy obiad w atmosferze radości i opowieści o przygodach dnia, a deser i szampan kontynuowaliśmy już w ukochanym domku.  Były wspomnienia, kwiaty i szampan i drugi – wiele miłości i wiele radości.

60 lat wspólnego pożycia. Zdjęcie dolne – kwiaty i szampan już po obiedzie. Ciocia z wymarzonym diamentowym pierścionkiem 😄

Był to dla mnie piękny dzień. Uważałam, że nie można go pominąć ani w organizacji, ani we wspomnieniach. Wiem, że 60 lat to ogromna ilość dni i godzin. Długich – dobrych ciepłych i pewnie trudnych, kiedy każdy z nas zadaje sobie wiele pytań… Czy ja naprawdę tego pragnęłam? Czy o tym marzyłam?  Dlaczego bywają dni, kiedy jesteśmy tak daleko od siebie? Czy tak bardzo zmieniliśmy się? Kto z nas się zmienił – ja? On? Oboje..  Czym jest naprawdę miłość? Czy istnieje tylko wtedy, gdy się do siebie zbliżamy, poznajemy, fascynujemy się sobą? A później- czy jest dla nas za trudna?  Czy może po prostu ucieka gdzieś, ulatnia się, a pozostaje przyzwyczajenie, poczucie obowiązku, lojalność. A może małżeństwo to taki rollercoaster, raz jesteśmy w górze i jest dobrze a raz zjeżdżamy w dół i musimy  to przetrwać dzielnie, bo wysiąść z niego jest trudno i niebezpiecznie. 

Małżeństwo wymaga ciągłej pracy, nieustających zabiegań i kompromisów. Walki z samym sobą i rozmów z drugim człowiekiem. Rozmowa to dialog. A dialogi mają różne finały.

Najłatwiej się poddać. Odciąć się. Ułożyć sobie po swojemu. Rozumiem takich ludzi też. Tak czasem trzeba. Tak trzeba kiedy już NIE może być inaczej. Kiedy ktoś drugi, ten najważniejszy i wybrany kiedyś “na zawsze” odbiera nam godność, poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie ma prawa niszczyć drugiego człowieka. Ale każdy ma prawo do drugiej szansy.  I tę szansę w małżeństwie dajemy sobie niemal każdego dnia. Dobrym słowem, małym gestem, cichym przepraszam. 

Zwykłe codzienne życie nie jest proste. Dorośli ludzie muszą umieć zmagać się z trudnościami. Wszędzie. W pracy i w domu. Ze sobą i z mężem, z żoną. Z przyjaciółmi i z dziećmi. Z myślami i z bólem fizycznym. W drodze pod górę i spadając w przepaść.

Dwoje ludzi tworzy związek. Nikt oprócz tych dwojga nie wie, jaki on naprawdę jest. Jakie są jego zasady. Gdzie są granice wybaczania, ile bólu możemy wytrzymać. Jak pojmujemy naszą miłość i jak ją rozumiemy. Jakiej miłości wzajemnie potrzebujemy…

Ostatnie moje spotkanie z Ciocią Stasią i wujkiem Staszkiem. Gdańsk 2016r. Ponad 70 lat małżeństwa

W rodzinie gdańskiej miałam jeszcze jedną piękną parę małżeńską. Także siostra Mamy – Ciocia Stasia i wujek Staszek. Pobrali się kiedy mieli zaledwie po dziewiętnaście lat. Przeżyli ze sobą ponad 70 wspólnych lat, szkoda, że nie pamiętam dokładnie ile. 

W tamte wakacje 2016 roku odwiedziłam ich i spotkałam się z nimi po raz ostatni. Ciocia zmarła pierwsza, wujek nieco później. Mam z nimi wiele dobrych wspomnień z czasów dzieciństwa. Są dla mnie także wzorem małżeństwa, które wiele trudnych chwil przeszło w swoim życiu. I choć mieszkałam w Krakowie, to byłam świadkiem (z daleka) wielu ich kłopotów rodzinnych. Na stare lata byli bardzo mocno ze sobą związani. 

Ten rok zaskoczył nas nagłymi kłopotami zdrowotnymi. Dotychczas wydawało się, że cokolwiek nas boli, gnębi, to szybko można się z tym uporać. Tym razem uświadomiłam sobie, że czas mija nieubłaganie i każdy dzień zaczyna mieć ważną wymowę. Każda chwila ma swój niepowtarzalny wymiar. Wszystko to oczywiście wiedziałam i wiem, ale co innego jest “wiedzieć” w teorii czy z literatury, a co innego poukładać to sobie we własnej głowie. Zrozumieć, że nasz czas jest jedyny, niepowtarzalny i policzony.  Nie, nie! Nie wybieram się dzisiaj nigdzie z tego świata, ale mam poczucie, że przekroczyłam pewna strefę, w której człowiek zaczyna się bać i rozumie, że jego przyszłość jest krótsza niż przeszłość. 

Obrączki – symbol wierności małżeńskiej.. Ryż we włosach – na pomyślność i szczęście…

7 września nasze małżeństwo świętowało 48 lat.  O dziewięć lat więcej niż moi rodzice. Ale przecież o dwanaście mniej niż Ciocia Hania i wujek Gieniu!  

48 róż

Oh, pardon!  Szesnaście, bo przecież 14 lipca tego roku moi Kochani obchodzili (cichutko ) swoja 66 rocznicę! Czyli – wszystko może się jeszcze zdarzyć. Wszystko dobre i różne trudne i smutne.  Trzeba uśmiechać się każdego dnia. Bo warto. Nawet jeśli jestem zła. Nawet jeśli jesteś zmęczony. Nawet jeśli dziś nam nie wyszło. Jutro może być lepszy dzień.  To jest wciąż nasz dzień. 

To może być jeszcze dużo naszych wspólnych dni… dni, na które wciąż czekamy. ( w załączniku piękna piosenka w wykonaniu Marka Grechuty ( lata 70-te XX wieku)


BACK

3 myśli na temat “Celebrujmy dni nieznane

Dodaj odpowiedź do mira smolarczyk Anuluj pisanie odpowiedzi