Dziwactwa, nawyki, uzależnienia – czyli to, co na stare lata kochamy 

 08/19/2022

Mam swoje nawyki, rutynę dnia codziennego, uzależnienia, które przez kilka dziesiątek lat  ułożyłam sobie w swoim życiu i teraz już nie mam zamiaru z nich rezygnować. Praktycznie to każdy z nas ma swoje poukładane zasady, bo młodzieńcza spontaniczność z wiekiem coraz mocniej przeistacza się w logiczną listę przyzwyczajeń. W młodości nie przywiązujemy uwagi do porządku, kolejności i potrzeby trzymania spraw poukładanych i uporządkowanych. Szaleństwo i jak to mówią dziś młodzi – “spontan” – jest jednym z najpiękniejszych elementów młodości. Później, gdy nadchodzi czas  założenia rodziny, wychowywania dzieci, pilnowania i kontrolowania porządku życiowego – niestety rutyna ma swój sens i konieczność istnienia, nie zawsze jest jednak przyjemnością.  Są sprawy, które muszą zająć pierwsze miejsca w naszej codzienności i tak jest wtedy dobrze. Jak to mówią “najstarsi górale” – życie to nie bajka i nie tylko w bajkach można być szczęśliwym. 

A jak już odrobimy największą i najtrudniejszą lekcję życia, pewnego pięknego dnia możemy sobie pozwolić na takie niewinne (może emeryckie?) wyselekcjonowane maniery, mody, których inni nie akceptują, słownictwo, które innym przeszkadza, nałogi, które innych drażnią.  I dopóki nie zagraża to naszemu zdrowiu lub bezpieczeństwu innych ludzi, to możemy robić co tylko chcemy! 

Oczywiście – wiem, że są na świecie tacy, którzy w tym momencie pomyślą o ostrych “zakrętach” narkotycznych, uzależnieniach od milionów dolarów czy funtów wydawanych na super samochody czy inne niepojęte dla mnie szaleństwa, ale ja – prosta leciwa kobita – wywlekę moje bardzo zwykłe i bardzo zwyczajne nawyki i przyzwyczajenia, które – przyznaję z całą radością – uwielbiam!!  I wiem, że znajdzie się w ciągu pięciu minut tabun osób, które prychną z niesmakiem, jak można o takich byle jakich drobiazgach mówić, że to ważne rytuały w życiu, ale ja tak mam dzisiaj! To o czym powiem teraz jest dla mnie fajne, zabawne, wypracowane przez lata, ulubione i MOJE!!

Poranek. Broń Boże, nie za wcześnie! Ale też nie lubię spać długo, do południa. Budzenie się ma być naturalne, takie jak podpowiada mi mój organizm. Tak jak dziś podpowiada mi moje ciało. W poniedziałek – o 9 rano. W środę o 8.40. W piątek może dopiero o 9.50. Jak dobrze, że nikt mnie nie budzi, nikt nie każe mi wstać wcześniej. NIE muszę budzić się na dźwięk budzika. Przez wiele wiele lat musiałam. Wstawałam, bo tak trzeba było. 46 lat pracy zawodowej! Obowiązków, zasad, rutyny. Tyle lat.. To nie było łatwe… Dziś też czasem tak bywa. Ale częściej to zegar biologiczny podpowiada mi kiedy moje JA chce się obudzić. Kiedy moje oczy mają ochotę otworzyć się i spojrzeć na promienie słońca. Powoli podnoszę głowę, opuszczam nogi z łóżka. Zabiera mi to czas, bo nie powinnam robić szybkich ruchów. Tak, trudno zrozumieć to młodym. Czas wstawania, mycia zębów, brania prysznica, pełnej porannej toalety to teraz już długi proces. 

To już nie dawne 15 minut. Sama często zastanawiam się dlaczego dziś trwa to tak długo?  Ale najprzyjemniejszy moment to świadomość, że NIE muszę się spieszyć. Spokojny ruch, jeden po drugim – i do kuchni. Nie patrzę na zegarek. Włączam maszynę do kawy. Nalewam mleka i naciskam czerwony guzik, by mleko spieniło się na śliczną piankę.  Wybieram kolor filiżanki pasujący mi na dzisiejszy dzień. Czym mam ochotę na niebieską czy na pomarańczową? A może dziś mam nastrój granatowy albo żółty?  Wokół rozsiewa się zapach świeżo parzonej kawy. Łączę ją ze spienionym mleczkiem i z dodatkiem odrobiny cynamonu. Do tego maleńki biszkopcik albo herbatnik. Czasem mały dodatek z malin lub truskawek. Zabieram to wszystko na tacy, siadam fotelu, na moim małym skromnym patio i mam moje już nie 5 minut a pół godziny, czasem nawet więcej. Ile potrzebuję. Ile zapragnę! Mój, tylko mój – kawowy czas! Patrzę na zieleń, trochę inną wiosną, trochę inna jesienią. Podnoszę wzrok na houstońskie niebo, w większości roku błękitne i niemal bezchmurne. Lubię też dni ulewnych deszczów. Rzadko się zdarza, że trzeba wypić kawę w domu, bo pogoda przeszkadza w porannym rytuale. Upał? Bywa dokuczliwy i to często, 🙂 ale wiatrak szemrzący sztucznym wiaterkiem nad głową pomaga i już nawet tutejsze poranne upały polubiłam. Nie lubię tylko bardzo upierdliwych komarów, pojawiających się o różnych godzinach i w różnych dniach i porach roku. Za to one mnie bardzo bardzo lubią 😦 !!

I niech mi ktoś powie, że tego nie lubi??!  Że kawa w kubku plastikowym albo papierowym wypijana w biegu, w samochodzie jadąc do pracy jest przyjemniejsza i smakuje lepiej? Przepraszam, NIE uwierzę!

Uwielbiam czytać! I jak wiadomo nic w tym złego, żadne to dziwactwo ani zły nawyk. Wręcz przeciwnie. Gdyby nie fakt, że lubię czytać książki w pozycjach, które wiem “od  zarania dziejów” że są niewłaściwe, niezdrowe dla kręgosłupa, zwłaszcza starego, który i tak ma problemy z miliona innych powodów.  Nie potrafię siedzieć przy czytaniu prosto na krześle albo w fotelu. Muszę leżeć na wpół zgięta albo podparta łokciem, gdy kręgosłup wygięty jest w literę “C”. 

Uwielbiam siedzieć na kanapie w pozycji pół leżącej, co także jest absolutnie niewłaściwie. Wiem od wieków, że to nie jest dobre dla mnie i moich pleców, a jednak nie mogę się przemóc i zmienić pozycji.  Jeśli to zrobię z rozsądku – za chwilę znów powrócę instynktownie do tej niewłaściwej pozycji, choć jestem w pełni świadoma, że działam na własną szkodę i przeciwko sobie. Wiem doskonale co to jest ból pleców i kręgosłupa i nie potrafię się sama wyprowadzić z tak nawyku.  Jeśli przeliczymy to na dni miesiące i lata błędnej postawy “czytelniczej” to mogę mieć pretensje tylko do samej siebie, gdy łapie mnie wielki ból, trudny do opanowania. Oczywiście, spokojnie mogę znaleźć sto innych przyczyn i powodów, ale wiem też, że już uwagi Mamy sprzed 60-ciu laty: nie leż tak jak czytasz! usiądź! wyprostuj się jak się uczysz!” miały swój sens.. Cóż – nie udało się.. Bywają nawyki dobre, bywają i złe..

Prawie każdy z nas w jakimś momencie życia uprawia sport na poważnie lub dla towarzystwa albo przynajmniej ma okres biernej fascynacji sportem. Nigdy nie byłam przesadnie “sportową” osobą. W szkole nie przepadałam za lekcjami wf-u. Były raczej nieciekawe i daleko im było do tego, co dziś oferuje się dzieciom w szkołach amerykańskich w sporcie. Nie było ani takich możliwości, ani sprzętu, ani entuzjazmu, zarówno wśród nauczycieli jak i wśród dzieci. Sport był złem koniecznym w szkołach. Ale kibiców  na meczach piłki nożnej nie brakowało, hokej był bardzo popularny, piłka ręczna czy koszykówka także. Poza tym lekkoatletyka na miarę możliwości polskiego zaplecza rozwijała się na tyle, że kto był fascynatem, mógł te sporty uprawiać.  Dla mnie era sportowa otworzyła się dopiero kiedy przyjechaliśmy do Houston. Mój syn Jacek wprawdzie już w Polsce grał w piłkę nożną w klubie i interesował się tym sportem, ale naprawdę zaczął treningi szkolne tutaj. 

Pierwszy pół-maraton Christopha w Houston, który przebiegł razem z Mamą
I kolejny (z ponad 40 pół- maratonów) który przebiegła Kasia z Christophem, ten chyba w Utah

Zarówno córka jak i syn znaleźli sobie zajęcia sportowe w szkole i zaczęli próbować swoich sił w różnych szkolnych rodzajach sportów. Jacek przez wiele lat  najmocniej trzymał się piłki nożnej, grał nawet w drużynie college’u, a Kasia do dziś jest absolutną maniaczką biegania, co zainspirowało jej syna Christopha, który także biega razem z nią maratony i pół-maratony. Natomiast młodszy syn Lukas upodobał sobie Taekwon Do, jedną ze sztuk walk wschodnich, o której nigdy wcześniej nawet nie słyszałam.

Lukas i jego wiele lat treningów i zawodów Taekwon Do

Chase – najmłodszy z naszych wnuków, syn Jacka, nie poszedł w ślady taty, tylko z wszystkich sportów, które próbował jako dziecko, najbardziej uwielbia baseball i football i już teraz (ma tylko 10 lat!) zaangażował się, jak na swój wiek, bardzo poważnie w regularne treningi. 

W studio Amandy (jeszcze w „starej”lokalizacji)

A ja.. Trochę jeździłam na rowerze, trochę rodzinnie chodziłam po górach, trochę pływałam ale nic tak naprawdę sportowo mnie nie angażowało.  Próbowałam Pilates, aerobic, chwilami lubiłam i szło mi dobrze ale nigdy nie na długo. Aż do dnia – a było to prawie 24 lata temu) gdy zaczęłam chodzić na pierwsze zajęcia yogi (wiem powinno być jogi, ale tak to dziwnie wygląda..) 🙂 na Rice University. Od tego czasu klas i zajęć różnego rodzaju jogi doświadczyłam ogromną ilość!!  Już chyba nawet nie pamiętam wszystkich. Była joga z tańcem, była joga medytacyjna, joga poranna w niedziele… Aż wreszcie po latach trafiłam do malutkiego studia Amandy, do której przylgnęłam na wiele lat. Przeszłam z nią wiele etapów rozwoju jej studia zarówno w sensie miejsca i proponowanych nowych klas jak i zmieniającej się filozofii, a także grupy ludzi, którzy gromadzili się wokół Amandy. 

Kiedy zaczęły się klasy z przewagą takich ćwiczeń, poczułam, że to już.. nie moje klimaty..

Po latach studio rozrosło się, zmieniło lokalizację, zasady działania i rodzaj ćwiczeń jaki Amanda oferowała.  A ja.. poczułam się staro i po 22 latach “jogowania” nie potrafiłam już udźwignąć ani fizycznie ani mentalnie, tego co działo się na zajęciach Amandy. No i wtedy też zaczęła się pandemia.. A potem przyszło bardzo łatwo: lenistwo, zapomnienie, bo bardzo prosto znaleźć sobie wymówkę, że… No właśnie! – że co??? 

Ciągle wracałam do wspomnień, do myśli o jodze, do prawdy, która tkwiła we mnie, że to JEDYNY sport w moim życiu, który lubię, który umiem robić i który potrzebuję.  

I wreszcie znalazłam siłę, w kilka tygodni ułożyłam swój własny program na dzisiejsze moje potrzeby. Przecież wiem o jodze bardzo dużo. Wiem czego potrzebuję. Umiem sama sobie być trenerem, nauczycielem. Umiem połączyć elementy oddechu, jogu relaksującej, jogi na bóle kręgosłupa, jogi medytacyjnej. Wiem bardzo dobrze, co jest mi potrzebne! Mam sprzęt i mam dobre nawyki jogowe. Jestem uzależniona. Joga drzemała we mnie prawie trzy lata, tylko od czasu do czasu robiłam kilka ćwiczeń. Wstydzę się przyznać jak zaniedbałam siebie i swoje potrzeby. Jak bezsensownie porzuciłam to, co rano daje mi taką przyjemność skupienia się na swoim ciele, na własnym oddechu, na rozciągnięciu moich mięśni. 

Powrót do jogi stał się fizyczną i mentalną radością. Ach, jacy jesteśmy czasem głupi i niedobrzy dla siebie samych pozbawiając się tego, co lubimy co jest dla nas najlepsze. I nie myślcie, że to łatwy powrót. W tym wieku, te kilka lat przerwy czyni w naszym ciele duże zmiany. Widziane z boku pozycje jogi wydają się znajome i proste do powtórzenia. A jednak – mięśnie drżą i wcale nie chcą nas słuchać tak jak kiedyś, nie można przyciągnąć nogi czy ręki bez bólu i do takich pozycji, które jeszcze niedawno nie sprawiały nam trudności. Trzeba ćwiczyć, każdego dnia przesuwać się o centymetr do przodu. Wydłużać oddech, wracać do tego, co kiedyś było proste i wypracowane przez nasze ciało. Tak, łatwo jest zatracić to, co osiągnęliśmy przez wiele lat. Trudno jest odzyskać kondycję. Ale tak naprawdę nie o tę samą kondycję chodzi. O powrót do ulubionego dobrego nawyku, o robienie czegoś co lubimy, a co bezsensownie zgubiliśmy.

Dobre nawyki, uzależnienia trzeba pielęgnować, nawet jeśli nie są tylko samą przyjemnością, a wymagają od nas trochę wysiłku i koncentracji. Dopóki mamy nad sobą kontrolę, nie poddawajmy się biernie kolejnemu dniu – panujmy nad swoimi potrzebami. Tymi, które naprawdę lubimy. Szanujmy siebie – dla siebie samej !!

(ps- idę ćwiczyć jogę – ciąg dalszy nastąpi) 🙂 

Kocyk bez którego nie mogę żyć 🙂

O tym, że jestem maniaczką filmową pisałam wielokrotnie. Ale nie zwierzyłam się, że oglądając filmy mam dziwną “wieczorną chorobę”. Do pełnego luksusu przenoszenia się w świat wyobraźni filmu czy książki wieczorną porą, potrzeba mi mojego ukochanego miękkiego cieplutkiego kocyka. Moje stopy, niezależnie od pory roku i miejsca – czy to gorące lato houstońskie czy trafi się wakacyjny czas zimowy w Colorado – po prostu “zamarzają”!  Stają się lodowate i tylko kocyk ratuje mnie i daje mi komfort spokojnego oglądania kolejnego filmu czy serialowego odcinka. Albo czytania książki. Już nie powiem, że do kocyka w parze dołącza kieliszek Metaxy lub czerwonego wina i dopiero wtedy wszystko gra w filmowym wydaniu czy powieściowym zrozumieniu. 🙂  Może to “choroba głowy” a może dziwactwo, którego nie zamierzam się już wyzbyć, bo mi z nim bardzo dobrze. 

Uwielbiam świece zapachowe, więc każdego wieczoru zapalam je na stoliku, często też w łazienkach. Blask świec jest dla mnie elementem nastrojowym, romantycznym, ciepłym i  serdecznym. Potrzebuję tego!

Teraz już rzadziej – ale bywa, że robimy domowe jacuzzi i wtedy też zapalam wokół wszędzie świece. Uwielbiam. Trochę to może.. “filmowe” a może zostało mi coś z dawnych czasów harcerskich, z blasku ognisk i kominków. Poczucie spokoju przyjaźni i ciepła przy boku drugiego człowieka – to coś, co może pozostało we mnie z dawnych czasów młodości na zawsze. 

Manicure zrobiony kiedyś w Sosnowcu- bardzo mi się podobał. Nazywał się „kocie oko” Za pomocą magnesu przyciąga się opiłki kolorowych metali, które stwarzają efekt świetlistego koloru.

Lubię chodzić regularnie na manicure i pedicure i nie wyobrażam sobie, żebym mogła sobie odmówić tego “obrządku” higienicznego i upiększającego. I uwielbiam zmieniać kolory lakierów! Za każdym razem wybieram inny kolor, w zależności od humorku, pory roku, nastroju. Bawi mnie to bardzo.  Nie jestem wierna żadnym stylom ani kolorom. Cieszę się jak dziecko, gdy przyglądam się swojej starej dłoni w znów innym kolorze. 🙂 

Talizman- ale nie zdradzę nikomu dlaczego..

Mam swój talizman, bez którego nie wsiądę do samolotu, uwielbiam małe słoniki z trąbą do góry i wierzę, że przynoszą one szczęście. Ogólnie – NIE jestem przesądna, ale akurat to gdzieś kiedyś wbiło mi się to w głowę i tak pozostało.  Acha! No i kiedy coś zapomnę zabrać z domu i wracam z powrotem, to koniecznie muszę przysiąść na moment na krześle, odliczyć do dziesięciu i dopiero wychodzę po raz drugi…

Patrzę na swoje odbicie w lustrze i niespecjalnie się lubię. Ale dzisiaj mogę spojrzeć na siebie z pobłażaniem i spokojem, bo wiem, że lepiej już nie będzie. 🙂 

Mam swoje lata i muszę dbać o to, co mi zostało. O siebie i najbliższych. O tych, co jeszcze mnie czasem potrzebują. 

Kiedyś za żadne tortury ani nagrody nie przyznałabym się do wielu moich wad, głupot i bezsensownych działań. A przecież wszyscy je mamy. Człowiek z czasem “zbiera” wokół siebie dziwne przyzwyczajenia, nawyki, które najpierw chce zmienić, potem je ukrywa, później już wie, że będzie z nimi żył do końca życia. Pozostaje kwestia – czy to dobre nieszkodliwe dziwactwa, czy takie, które utrudniają nam i naszym najbliższym życie?

Bo wtedy to już inna bajka..

Dziś myślę, że moje śmieszności, nawyki, dziwactwa nikomu nie przeszkadzają. Może trochę drażnią. Może są niezrozumiałe. To przecież normalne.

Ale – ilu i kto z was opowiedziałby o tym, że jest trochę “dziwolągiem” i jeszcze TO lubi???


BACK

2 myśli na temat “Dziwactwa, nawyki, uzależnienia – czyli to, co na stare lata kochamy 

  1. Ja z pewnością bym nie napisał takiego blogu, bo bylby za długi. Zwłaszcza ta część o wadach. Ale Tobie pasowało napisać i ja z radością przeczytałem, bo mi to wszystko jest znane i wcale mi nie przeszkadza. Do tych licznych wad (albo raczej wlaściwych zwyczajów) przy oglądaniu wieczornych filmów dodałbym i swoje zwyczajowe kieliszki brandy, koniaku lub szkockiej, w porcji podwójnej, którą to podwójność usprawiedliwia moja wagowa przewaga.
    A co się dzieje, kiedy te Twoje piękne nawyki przerwane są siłami zewnętrznymi albo wewnętrzno-zewnętrzymi? Bo przecież są takie siły. Jak reagujesz? Ja wiem, ale czy Ty też wiesz?
    Podziękowania i całuski za piękne wyznania,

    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wagowa przewaga nie usprawiedliwia.. to wiesz zapewne 🙂
      Jeśli wiesz jak reaguję na siły zewnętrzno-wewnętrzne ( choć nie jestem pewna czy wiem o co ci chodzi..) to pewnie nie muszę już nic dopisywać. Każdy ma jakieś swoje „siły” i słabości

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Waclaw Mucha Anuluj pisanie odpowiedzi