O samotności – w sobie i z ludźmi

08/06/2022

Emocjonalne stany, które przeżywamy przez całe życie są zmienne i skomplikowane. Jako dzieci nie zdajemy sobie sprawy, co targa naszymi uczuciami, ale z czasem poznajemy siebie, ludzi wokół i sytuacje, które wpływają na nasze odczuwanie. Nasza osobowość kształtuje się długo, właściwie niemal zawsze, do końca życia, a nasze reakcje na wydarzenia i relacje z ludźmi wciąż się zmieniają. Dojrzewamy, dorastamy, myślimy, pragniemy na nowo i inaczej.  

Faktem niezaprzeczalnym jest, że większość z nas jest “zwierzęciem stadnym” i od początku pojawienia się na świecie potrzebujemy ciepła i przychylności drugiego człowieka.  Instynktownie przytulamy się do piersi matki, kładziemy maleńką główkę na ramieniu ojca, babci czy opiekunki. 

Noworodek potrzebuje ciepła drugiego człowieka. Podobnie nieco później – kiedyś matki naszego pokolenia uważały, że jeśli zatrzymają nas w domu jak najdłużej, będzie to z korzyścią dla dziecka. Dziś uważa się, że dziecko powinno jak najszybciej znaleźć się w żłobku, przedszkolu, by nawiązać kontakty z rówieśnikami, spędzać czas w grupie, nie wychowywać się samotnie. 

Oczywiście nie określam tu żadnych mądrych racji – wiadomo, że dzieci są różne, jedne bez problemu nawiązują “socjalne” relacje z rówieśnikami, inne w kącie wolą bawić się same. To łatwo przekłada się na obrazki z życia ludzi dojrzałych i dorosłych, zarówno w szkole jak i na studiach czy później w pracy. 

Kiedy myślę o sobie i moim dzieciństwie często analizuję jak trudny proces przechodziliśmy w polskiej szkole lat 60-tych i 70-tych i jak trudno było nam nauczyć się otwartości i dobrych kontaktów z rówieśnikami.   

Nigdy nie chodziłam do przedszkola, bo mama była w domu i do pracy poszła dopiero, gdy ja zaczęłam chodzić do szkoły. Już jako mała dziewczynka zazdrościłam moim nielicznym wówczas koleżankom tego, że chodzą do przedszkola. Miały zawsze tyle do opowiadania! Dla mnie to był nieznany świat, pełen zabawek, w którym “królował Jasiek, Marek ciągnął za warkocz, Ala miała brzydki fartuszek a Kasia nie lubiła pomidorówki”. Te opowiadania były dla mnie fascynujące i zazwyczaj przysłuchiwałam się im po południu na Plantach, bawiąc się z dziećmi w piaskownicy. Ci, którzy dziś mnie dobrze znają może nie uwierzą, ale jako dziecko byłam bardzo nieśmiała, nie umiałam poradzić sobie w wielu sytuacjach i do dziś pamiętam nieprzyjemne momenty wynikające z poczucia osamotnienia, nieumiejętności nawiązywania kontaktu, strachu, wstydu.  Szkoła nas, broń Boże, w tym nie wspierała, wręcz przeciwnie!  Dystans wyczuwalny był wszędzie i w każdej sytuacji. Świat dorosłych był dla dzieci całkowicie zamknięty, młodzież większość doświadczeń życiowych zdobywała sposobami, które nie nie były najlepszymi przykładami na pierwsze wrażenia. Dziś wszystko jest prostsze łatwiejsze, jaśniejsze i bliższe.  Świat dzieci i rodziców nie jest tak odległy jak kiedyś, wiedza jest na wyciągnięcie ręki, aż zbyt łatwo dostępna. Za to brak czasu, pogoń za… właściwie już nie wiadomo czym, jest tak szybka i absorbująca, że wpędza nas wszystkich – starych, młodych i najmłodszych w samotność czy może lepiej nazwać to – osamotnienie.. 

W ciągu prawie 70 lat życia, jak każdy człowiek,  przechodziłam fale szaleństwa towarzyskiego, kiedy nie wyobrażałam sobie jednego dnia bez przyjaciół, rodziny, znajomych, imprez, wyjazdów itd.  Pomiędzy tymi latami czy miesiącami życie rzucało mnie w  otchłań pustki, gdzie poczucie osamotnienia było tak silne, że chciało mi się wyć. Czasami trwało to dzień dwa, bywało, że ciągnęło się dużo dłużej. Nic nowego, prawda? Każdy zna to po swojemu, nikomu takie uczucia nie są obce. Tyle, że.. inne. Bo tak naprawdę, nie potrafimy do końca opisać samotności tej najgłębszej, którą nosimy w sobie, jaka ona naprawdę jest. To uczucie jest tak intymne, tak indywidualne, że choćbyśmy bardzo chcieli ułożyć je w słowa – każda “opowieść” odmaluje się nieco inaczej.  Może dlatego poezja, cala literatura, filmy są tak bogate i różnorodne na temat samotności człowieka. 

Kiedy byłam małą dziewczynką Mama wychodziła z domu na zakupy albo w celu załatwiania różnych innych spraw i zostawiała mnie samą w domu. Takie były czasy, że rodzice nie obawiali się zostawiać cztero, pięciolatków samych w domu, zamykali drzwi na klucz i o dziwo, nikt nie uważał tego za przestępstwo. Czasem zaglądała zaprzyjaźniona sąsiadka, która zawsze na wszelki wypadek posiadała drugie klucze.  Nie były to długie godziny, ale jednak dziś chyba nikt takich ryzykanckich zachowań nie uskutecznia..  Mieliśmy małe dwupokojowe mieszkanie i moim “królestwem” była jedna półka – wnęka doczepiona do dużego tapczanu rodziców, którą Mama dała mi w całości i tam urządziliśmy domek dla moich dwóch (a może trzech ?) laleczek. Niedużych, bo półka miała może niecałe 30 centymetrów wysokości i długość tapczana dwuosobowego. Pamiętam dobrze, że miałam tam drewniane mebelki pomalowane jasno-niebieską farbą. Była szafa dwudrzwiowa, której drzwiczki naprawdę się otwierały, i kredens, i stół i krzesła. Lalki miały łóżka a Mama uszyła mi malutkie kołderki i poduszki z kolorowych skrawków materiałów. A dalej była kuchnia z kuchenką i jakieś garnki i naczynia malutkie jak naparstki. I talerzyki. Nie wiem ile mogłam mieć wtedy lat. Może cztery, może trochę więcej. Ale ten obraz pozostał mi w pamięci z dużą siłą. Wycinałam małymi plastikowymi nożyczkami papierowe dywaniki, bo Mama nie chciała dać mi normalnych nożyczek do ręki. I jeszcze nakleiłam jakieś zasłonki na dykcie wewnętrznej, choć nie pamiętam czy były też z papieru czy z materiału. Ta zabawa w dom musiała trwać długo, bo rozwinęła się w”moją rodzinę”.  Moje lalki miały imiona, marzyłam dla nich o długich włosach, więc Mama dała mi starą pończochę i z niej zrobiłam im warkocze. Nie było to łatwe, by umieścić je na plastikowej głowie. Musiałam być już wtedy nieco starsza, ale na pewno nie chodziłam do szkoły. 

 Wspominam o tym, bo dziś wydaje mi się, że właśnie ta moja pierwsza własna przystań pomiędzy półką a piecem kaflowym w pokoju nauczyła mnie bycia ze sobą w samotności. Byłam małym dzieckiem, ale tak często przebywałam sama, że stworzyłam sobie samotny – wtedy szczęśliwy świat. Umiałam go zapełnić swoją wyobraźnią, ułożyć takie elementy, które zapewniały im bezpieczeństwo, kiedy byłam sama – w domu, sensie faktycznym, jak i sama, bez ludzi: rodziców czy rówieśników, z którymi nie bawiłam się zbyt często.  Myślę, że takie momenty życia, choć wydają się niezauważalne i mijają szybko, ale w psychice pozostawiają ślad, który potem gdzieś ujawnia swoje ważne znaczenie. 

Później w szkole, życie każdego dziecka zmienia się,  oczywistym jest, że od pierwszego dnia trafiamy do grupy. No i tu pojawia się problem – a raczej mnóstwo problemów, bo wcale nie wiadomo czy młodemu człowiekowi będzie w grupie lepiej czy odwrotnie – poczuje się zagubiony, samotny i nieszczęśliwy.  

Kolejny raz wracam do zdjęcia z moimi koleżankami, które spotkałam w maju tego roku a pierwszy raz zasiadłyśmy razem w ławce szkolnej w 1960 roku.

I znów – przykładów można by przytoczyć setki i tysiące, tych nieszczęśliwych i tych radosnych. W moim życiu po pierwszych miesiącach trudnych przełamań nieśmiałości, przyjaźnie, które zawierałam były ciepłe i ważne dla mnie i wiele z nich pamiętam do dziś. Ba, nawet mam takie koleżanki, które spotkałam w tym roku na zjeździe 50-lecia matury ale tak naprawdę spotkałyśmy się w pierwszej klasie podstawówki. Może i nie utrzymujemy kontaktów na co dzień, ale fakt, że po tylu latach tak nagle, przy wspólnym stole, przy winku i świecach miałyśmy tyle tematów do obgadania, tyle wspomnień i momentów, żeby razem się pośmiać – świadczy o tym, że  lata szkolne nauczyły mnie być z ludźmi, nie być samotną, nie stać “z boku”. Pomogło też harcerstwo. W tamtych czasach to było jak terapia grupowa. Zawsze razem, zawsze wokół ogniska, zawsze hasło “każdy za każdego”..

Młodość- szkoła średnia

Ale młodość jest też wiekiem wielkiej wrażliwości. Budzą się mocne uczucia i wybory. To właśnie w latach dojrzewania każdy z nas przeżywa pierwszą miłość, pierwsze uniesienia, pierwsze ukłucie zazdrości, pierwsze rozczarowania i zdrady. Wszystko to ze zdwojona siłą, bo emocje przerastają nasze rozumowe rozmyślania. 

Nie wiem czy młodzieńczy świat mojego pokolenia był lepszy, czy też ja nigdy nie otarłam się o margines, ale narkotyki czy seks (w dzisiejszym wymiarze i rozumieniu) były mi praktycznie nieznane albo raczej  znałam je tylko jako zjawiska teoretyczne. 

Dziś młodzież mówi o tym swobodnie, narkotyki w szkole wszędzie są niemal na wyciągnięcie ręki, każdy kto chce je mieć ma łatwy dostęp do “zniszczaczy życia”, aż mnie ogarnia przerażenie, gdy o tym słucham niemal codziennie i bez jakichkolwiek zahamowań. 

A jednak – tysiące młodych ludzi kończy szkoły, dobre studia, zakłada rodziny i żyje szczęśliwie.  Depresje, samotność, trudności w przystosowaniu się do środowiska czy życia z drugą osobą były zawsze. Także za naszych czasów i wcześniej i później.  Tylko podejście do tych tematów zmiania się. Wiedza i dostęp do informacji są znacznie większe. 

Czy to lepiej? Nie wiem…

Za moich młodych czasów, w Krakowie była taka tradycja w szczepach harcerskich, że oprócz nazwy drużyny czy szczepu, mieliśmy także swojego bohatera. Drużyna “ Harnasie” jeszcze w 1962 obrała sobie za bohatera Jana Kasprowicza – poetę, tłumacza i turystę tatrzańskiego. Znacznie później, w 1970 roku Kasprowicz stal się symbolicznym bohaterem całego naszego Szczepu “Harnasi”.

Nawiązaliśmy ścisłą współpracę z “Harendą” – willą w Zakopanem i dawnym domem Kasprowicza, który wtedy w latach 70-tych był częściowo Muzeum Jana Kasprowicza a od 1964 r. mieściła się tam także siedziba Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza, do którego należał też nasz szczep.

Wydanie tomiku wierszy J. Kasprowicza z 1973 r, które mam tutaj w swoich zbiorach

Nie byłam i nie jestem specjalną entuzjastką poezji Kasprowicza, ale  pamiętam takie harcersko-prywatne wydarzenie. W  okolicy 12 grudnia Stowarzyszenie zawsze przygotowywało bardzo piękne i emocjonalne wieczornice i spotkania w Harendzie. Zdarzyło mi się raz wraz z moim (przyszłym) mężem uczestniczyć w takim wydarzeniu. Pojechaliśmy tam jako przedstawiciele szczepu. Niepowtarzalna domowa atmosfera ściągała wielu miłośników poezji Kasprowicza. Ludzie znali się, lubili się, przywozili ze sobą herbatę, zasiadali przy kominku, czytali poezję, dyskutowali… Byłam zafascynowana tym wieczorem. Byliśmy tam najmłodsi, każdy był dla nas miły i wypytywali nas skąd nasze harcerskie zainteresowanie Kasprowiczem i jego twórczością.

Fragment Hymnu Kasprowicza „Święty Boże, Święty Mocny” z którego pochodzą słowa: kopcie samotny grób..

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam jak ktoś siedząc przy kominku, w blasku ognia, bez przesadnego patosu – deklamował słowa jednego z Hymnów Kasprowicza: ..Kopcie samotny grób..”  Był może rok 1971 może 72. Miałam 18 lat. Atmosfera tego miejsca, głos osoby, która deklamowała ten wiersz, może późniejsza rozmowa z nim.. – dziś już nie pamiętam, ale  było coś w tamtej chwili magicznego, niezapomnianego, co wywarło na mnie niesamowite wrażenie. 

Wiele lat później, gdy już byłam nauczycielka polskiego i sama uczyłam młodzież, w 3-ciej klasie licealnej zawsze przy okazji omawiania poezji Kasprowicza,  wspominałam ten wieczór i opowiadałam  o nim moim uczniom. 

Ten cytat KOPCIE SAMOTNY GRÓB.. krąży w mojej głowie, w mojej pamięci przez wiele lat. Jest silnym przekaźnikiem tego, że tak naprawdę przez całe życie człowiek  sam odpowiada za to, czy jest samotny czy nie. Czy tej samotności potrzebuje i w danym momencie potrafi sobie z nią poradzić. Czy samotność to dla niego dobro, potrzeba wewnętrzna czy nieudolna ucieczka od świata zewnętrznego, z którym nie potrafimy sobie poradzić.

Samotna czy osamotniona?  Chcę tak, czy nie umiem inaczej?  Uciekam od ludzi czy przyciągam ich do siebie i nie chcę być sama?  W gruncie rzeczy każdy z nas sam o tym decyduje. 

Tylko w jednym momencie jesteśmy naprawdę samotni – gdy odchodzimy z tego świata.  Choćby wokół byli najbliżsi – umieramy sami. 

Nasz symboliczny grób jest zawsze samotny. To jedyny rodzaj samotności, na którą nie mamy wpływu!   

Na szczęście samotność nie jest odczuciem stałym. Zazwyczaj pojawia się i znika, wraz ze zmianą sytuacji, ludzi, którzy się do nas zbliżają, rozmów, które pomagają znaleźć inne  lepsze życiowe rozwiązania. 

Samotność bywa także uczuciem twórczym. To prawdopodobnie dlatego poeci, pisarze czy malarze tak często izolują się od  świata publicznego, uciekają w ciszę i puste zakątki, bo to pomaga w odnalezieniu weny twórczej. Temat samotności od wieków powraca we wszystkich środkach wyrazu artystycznego, w każdym wymiarze – smutnym, gorzkim, pozytywnym i negatywnym. Także przynoszącym ludzkości wiele dobrych rozwiązań i potrzebnych odkryć znalezionych i przemyślanych  właśnie w samotności.     

Są ludzie, którzy nie mogą znieść samotności i ciszy, którym w pustym domu od pierwszej minuty musi towarzyszyć muzyka lub głos płynący choćby z radia lub telewizora.  Ja lubię ciszę. Lubię samotność. Lubię być sama ze sobą. Ale gdy jesteśmy razem z mężem obecność drugiej osoby mi nie przeszkadza! Podobnie – bardzo lubię, gdy w domu jest  cała rodzina, gwar, szum. Gdy mamy gości, jest wesoło i wokół słychać śmiech i radość. 

Nie jestem sama. Choć bywam samotna. Nie jestem osamotniona. Choć bywają chwile, kiedy czuję się pusta, smutna i samotna. Każdy tak ma… 

To nie skarga. To naturalny stan naszych odczuć. 

Dziś wydaje się, że wszelkie media społecznościowe pomagają młodym ludziom nawiązywać szybkie kontakty, stwarzać poczucie, że nie są sami, że mają setki, tysiące przyjaciół. To tylko świat ułudy, oszustwa.  “Przyjaciel” z FB czy Instagramu nie przytuli cię, nie spojrzy ci w oczy i cokolwiek ci powie – może być szczere a może nie.. Bo “papier ekranowy” wszystko przyjmie a rozmowa w cztery oczy to coś zupełnie innego. 

Samotność w dzisiejszym świecie ma inny wydźwięk niż kiedyś. I choć dobrze wiem, że ludzi samotnych nigdy nie brakowało, wiem też, że w tej chwili każdy, kto przeczyta o czym tu piszę, pomyśli o “innej” wizji samotności i innym osamotnieniu. 

Janusz Bykowski (Butelka)

A jednak – jeszcze wczoraj samotna i smutna…
A dziś  ”… widzę karty dwie na różowym tle
Odnajdziemy złote szkiełko
gdzieś na samym dnie..” 

Agnieszka Osiecka


BACK

3 myśli na temat “O samotności – w sobie i z ludźmi

  1. Mimo, że w samotności dojrzewają w Tobie takie myśli, żeby przestać już ten blog pisać, bo nikt nie zostawia komentarzy, to myslę, ze powinnaś pisać. W tych tekstach widać, ze pisze je autor, który (w tym przypadku: „która”) jest jednym z nas, bo wybiera tematy i problemy, które nas wszystkich dotyczą i których często nie umiemy rozwiązać. Styl świetny, luźny, słownictwo wyborowe (nie to co we współczesnych polskich filmach), że aż chce się czytać to ponownie.

    Nie mam zbyt wielu możliwości porównania naszego dzieciństwa, bo nie bardzo pamiętam, czy miałem kiedyś poczucie samotności. Właściwie zawsze miałem coś do roboty, zawsze lubiłem czytać, a od czasów harcerskich wciąż uczestniczyć w zbiórkach (nie pieniężnych ale tych organizacyjnych), przygotowywać je, potem prowadzić. W tym momencie wreszcie trafiam na podobieństwo z Małgosią, bo ona też tym żyła. Od pójścia do pracy wciąż nie starczało mi czasu, więc nawet nie było kiedy czuć się samotnym lub o tym myśleć.

    Inaczej jest tutaj. Długie godziny spędzane na dojazdach, mimo, że wypełniałem je słuchaniem radia, wciągały mnie do myślenia o sprawach, o których nie miałem z kim pogadać i usłyszeć czyjejś opinię na ten temat. Wszyscy mieli i mają telefony, za które wszyscy płacą duże pieniądze, ale mało kiedy używałem swój do rozmów, a już prawie nigdy nie do dzielenia się problemami lub próśb o pomoc w ich rozwiązywaniu. Wtedy poczułem, że jestem właściwie samotny.

    Teraz już nie, bo po przeczytaniu tego tekstu, a zwłaszcza jednego w nim zdania zrozumiałem, że bycie tylko we dwoje nie tworzy dwóch samotnych jednostek, zwłaszcza, jeśli chociaż jedna osoba czuje się dobrze w towarzystwie drugiej, że to jest wspólne bo tak jest i ma być, a nie dlatego, że jakieś przepisy czy zwyczaje czego innego zabraniają. I chociaż mój telefon milczy, e-mail i SMSy zawierają reklamy, polityczne ogólniki, a nie ma w nich miejsca dla prywatnych kontaktów, czuję się na siłach podjąc rękawicę przeciw samotności i się z niej wykaraskac.

    Małgosiu, nie przestawaj pisać i nie przestawaj robić fotograficznych kolaży. W jednym i drugim jesteś wspaniała, nie do pobicia.

    Wacek

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi