05/11/2022
Jest maj! Najpiękniejszy miesiąc roku. W Polsce już kwitną kasztany i bzy, pachną wokół konwalie, które w małych bukiecikach można kupić na Rynku Krakowskim. Jestem pewna, że w płaskich misach z wodą wyłaniają swe fioletowe główki cudne fiołki.. Jest maj i za chwilę zaczynają się, jak każdego roku, egzaminy maturalne. Setki młodych ludzi przeżywa swój pierwszy prawdziwy egzamin. Pierwszy poważny, pierwszy otoczony od lat legendą ważności, dorosłości, szansą na wybór własnego życia.
Dlaczego właśnie dziś zebrało mi się na takie rozważania ? O, to nie przypadek!
Ten rok – ”maturalnie” jest dla mnie ważny. Dziś rano zdawałam znów maturę z języka polskiego! I wcale mi się to nie śniło! Przez cały rok, a właściwie to nawet długo wcześniej przygotowałam mojego wnuka do egzaminu IB (International Baccalaureate) z języka polskiego. Wybrał sobie to z własnej woli i chęci wiedząc, że w szkole nie ma takiego kursu i może się tylko przygotowywać samodzielnie, na prywatnych lekcjach z prywatnym nauczycielem. Padło na mnie w sposób zupełnie naturalny jako, że od lat uczyłam moich wnuków polskiego. Ale – uczyć w celu podtrzymania tradycji i posługiwania się językiem rodziców czy dziadków, to zupełnie co innego, niż nauczyć młodego człowieka języka, poniekąd “obcego” tak, by poznał jego literaturę, przeczytał w oryginale kilkanaście książek z różnych epok, różnych rodzajów od reportażu poczynając poprzez dramat, nowelę, bajkę, na powieści czy poezji kończąc. Od utworów napisanych w XIX wieku do takich, które są najbardziej współczesne jak proza Olgi Tokarczuk czy poezja Herberta i Szymborskiej.
A jak jeszcze zapoznaliśmy się oboje z Christophem z zasadami, wymaganiami tegoż egzaminu – byłam bliska zawału serca! Tak, jestem z wykształcenia polonistką, pracowałam w liceum w Polsce przez 17 lat z wielka pasją. Uwielbiałam uczyć i ci, którzy mnie pamiętają nie powinni narzekać na moje sposoby nauczania. Każdego roku przeżywałam z moimi uczniami pierwszy maturalny dzień – pisanie wypracowania z języka polskiego. Tak jak oni, nie znałam pytań, tak jak oni ogromnie przeżywałam moment otwarcia koperty z pytaniami. Pięć godzin myślenia nad wyborem – które zagadnienie jest najlepsze. Jak ułożyć plan? Jak zacząć pisać “na brudno”? Ile czasu potrzebuję na przepisanie i sprawdzenie? Wszystko to w ciszy, każdy przy osobnym stoliku, dziewczęta w białych pięknie wyprasowanych bluzkach i granatowych spódniczkach. Chłopcy, a właściwie już młodzi mężczyźni, w garniturach, białych koszulach i krawatach (uczyłam głównie w liceum medycznym, gdzie były same dziewczyny, ale także miałam kilka klas w liceum ogólnokształcącym, koedukacyjnym).
A kto z nas nie pamięta swojego pierwszego dnia matury? Ja pamiętam doskonale! Szłam sparaliżowana strachem, ale też podniecona oczekiwaniem jakie będą pytania. Co będę mogła wybrać? Lubiłam pisać wypracowania z polskiego. Bałam się matury, ale nie bałam się pisania. Wiedziałam, że z polskim dam sobie radę. Gorzej było następnego dnia, kiedy szłam na egzamin pisemny z matematyki. Do dziś dziwię się, że dotarłam żywa do szkoły. Byłam na krawędzi rozpaczy, rozsypania się ze strachu, bliska ucieczki z przerażenia i całkowitej pewności, że NIC nie umiem i na pewno nie zdam! Jestem pewna, że zdałam tylko dlatego, że jedno zadanie (jeśli cokolwiek pamiętam i pamiętam właściwie..) było z geometrii a to jeszcze jakoś siedziało mi w głowie, drugie zadanie podrzuciła mi moja kochana wychowawczyni, która dobrze wiedziała, że “taka humanistka” chyba nic więcej nie wykombinuje, a trzecie coś tam zaczęłam i nie skończyłam, więc może mi to jakoś na tróję zaliczyli. 🙂 Trzeciego dnia pisałam historię, bo taki był wtedy mój wybór i tu już nic nie pamiętam, ale pamiętam, że uczyłyśmy się razem z moją przyjaciółką Niną, a ona była z historii jak skała i filar świata, więc pewnie i mnie też trochę wyuczyła.
Ustne egzaminy trwały w nieskończoność i dziś już nie potrafię odtworzyć co i jak się działo. Wiem jedno, że znów z matematyki uratowała mnie, tym razem Polonistka, która nie uczyła wprawdzie naszej klasy, ale znała mnie dobrze. Pamiętam, że gdy już siedziałam przy stole twarzą w twarz przed komisją z poczuciem, że topór wisi nade mną i oto chwila grozy i sprawiedliwości nadchodzi.. usłyszałam dość głośny szept owej Polonistki do naszej klasowej nauczycielki matematyki: “ ona jest humanistką. Takie wkuwają na pamięć tylko regułki. Trzeba ją o to pytać..” Całe szczęście, że polonistki rozumiały takie jak ja.. Może i ona kiedyś miała kłopoty “w świecie matematycznym”? I tak panie zadawały mi pytania, bym głównie ocierała się o teorię, a nie o praktyczne rozwiązywanie zadań. W ten oto sposób zdałam matematykę na maturze. I – Bóg mi świadkiem, więcej matematyki oficjalnie nie tykałam. Co nie znaczy, że temat złośliwie nie powrócił. Takie, życie. Nigdy nie mów “nigdy”, bo nie wiesz co się zdarzy. 🙂
Taka była moja matura! Też kwitły bzy i na pewno kwitły kasztany na plantach, bo to pamiętam dobrze! Tak było 50 lat temu. Ale – o tym za chwilę..
Dziś, 4 maja, rano o 8 godzinie denerwowałam się tak samo jak kiedyś. Albo jeszcze bardziej. Mój wnuk wprawdzie nie przystępował do pełnego egzaminu maturalnego, ale egzamin pisemny z języka polskiego, dla młodego człowieka urodzonego w Ameryce, dla którego jakby się bardzo nie starać język polski jest drugim językiem, musi być wielkim i trudnym przeżyciem.
Część pierwsza egzaminu odbyła się już w marcu. Był to egzamin ustny, w czasie którego Christoph przedstawiał napisaną przez siebie rozprawkę na temat “Wykorzystywanie i manipulacja słabszych ludzi przez silniejszych, używających słów i czynów jako narzędzi manipulacji. Napięcie między indywidualna chciwością a społeczną odpowiedzialnością”. Jako bazę wybrał sobie dwa utwory: “Bajki” Oscara Wilde’a napisane pod koniec XIX wieku, które czytał po polsku, bo jedną z zasad egzaminu, było przeczytanie czterech utworów obcych pisarzy w tłumaczeniu na język polski i porównywał je z dramatem jednoaktowym Sławomira Mrożka pt. “Serenada”. Niełatwa to była praca. I czytanie, i analiza, i porównywanie bohaterów, a potem wielogodzinne pisanie o tym pochłonęło ogromną ilość godzin dyskusji, prób, szukania najlepszych rozwiązań. Wreszcie poszukiwania metody przedstawienia tej rozprawki i uczenia się najlepszego zaprezentowania jego własnej pracy. Nie będę opisywała ile zaparcia i ciężkich momentów mieliśmy razem przez te kilka długich miesięcy, zważywszy na fakt, że jednak język polski to przedmiot dodatkowy, wybrany przez niego jako przedmiot nauczania indywidualnego. Egzamin ustny był nagrywany w obecności osoby upoważnionej do odbioru tego egzaminu i został wysłany do Polski, do komisji egzaminacyjnej IB. Część druga, pisemna odbyła się 4 maja. Tu już tylko mogę polegać na opowieściach Christopha o czym był tekst, na który zdecydował się pisać esej, jak go napisał, jak sobie dał radę.
Wiem, że idealnie nie było.. Nie ma takiej szansy, by pisał bez błędów, myślał po polsku lekko i swobodnie. Każdego dnia wychowuje się świecie angielskojęzycznym i z mojego punktu widzenia, to co zrobił i osiągnął przez te wszystkie lata, a szczególnie przez ostatni bardzo intensywny rok nauki, jest wspaniałym osiągnięciem i nikt nigdy mu tego nie odbierze. Czy wystarczy na oficjalne zdanie egzaminu IB? Nie wiem. Wiem jedno – jestem z Niego dumna! Wiem, że zrobił co mógł, osiągnął to, czego nie potrafi i nie chce robić setki polsko-amerykańskich dzieci. I to był jego wybór, jego praca i jego satysfakcja.
Będziemy oczekiwać na oficjalne wyniki. Będziemy denerwować się jeszcze przez dobrych kilka tygodni. Ale już dziś wiem, że Christoph swoją maturę z POLSKOŚCI zdał! Dla mnie to wielka duma i satysfakcja a ocena – choć bardzo pragnę pozytywnej! – będzie tylko dodatkiem (mam nadzieję, że miłym!)
Cofając się w daleką moją przeszłość, opowiedziałam bardzo wyrywkowo wydarzenia maturalne. Trzydzieści lat później, gdy już od ponad 10 lat mieszkałam w Houston, grupa naszych “aktywistów klasowych” fantastycznie odnalazła się, zmobilizowała i zorganizowała pierwsze klasowe spotkanie po 30 latach od wydarzeń maturalnych. Nie pamiętam jak to się stało, jak do mnie dotarła ta wiadomość – faktem jest, że poleciałam do Polski w towarzystwie mojej córki, żeby było mi raźniej. Spotkałam się po wielu latach, ale dzień przed imprezą klasową, z moja przyjaciółką Niną i moment kiedy zobaczyłyśmy siebie nawzajem w drzwiach wejściowych był jak czas cofnięty do chwili, gdy każdego ranka otwierały się wielkie drzwi Sobieskiego i wpadałyśmy na siebie, by zdążyć obgadać poranne ploteczki..

Znalazłyśmy się w innym świecie. Czas zatrzymał się, a raczej cofnął się o 30 lat.. Moja córka, wówczas dwudziestoparoletnia – zakrzyknęła do obu Babć, które były świadkami tej sceny: Babciu, one zachowują się jak nastolatki! I chyba tak to właśnie było. Tak, wtedy poczuliśmy się – odmłodzone, odnowione, zbliżone do siebie jak za dawnych szkolnych czasów..
Następnego dnia spotkaliśmy się w gronie klasowym, niewielkim, bez nauczycieli. Nie miałam pojęcia kto będzie, kogo poznam, a kto mnie zupełnie zaskoczy. Byłam ogromnie nabuzowana radością spotkania ludzi, których nie widziałam trzy dekady. Moje życie tak się ułożyło, że jeszcze na studiach gdy wyszłam za mąż wyjechałam z Krakowa i faktycznie nie utrzymywałam z nikim z klasy kontaktów. To spotkanie klasowe było dla mnie totalnym zaskoczeniem. Ogromnie miłym. Fantastycznym, pozytywnym. W czasie szkoły byłam bardzo mocno związana z towarzystwem z kręgu harcerskiego, a tu nagle okazało się, że tyle fajnych wspomnień odtworzyliśmy wspólnie po 30 latach. Także z tymi, których ja nie pamiętałam a oni o mnie – tak. W mojej klasie miałam kilku kolegów, z którymi chodziłam do jednej klasy już od pierwszej klasy podstawówki, nie tylko w liceum. Nasze wspólne dni szkolne sięgały więc jeszcze głębszych lat. Pierwsze kontakty w ławce szkolnej zaczęły się w wieku siedmiu lat.
Jedna z koleżanek bardzo popularna w klasie i lubiana przez wszystkich miała rodzinną fotograficzną przeszłość i po skończeniu szkoły nadal pozostała w tej branży. W roku 2002 nie było jeszcze telefonów komórkowych i zdjęć cyfrowych, za to Małgosia zorganizowała nam szybka sesję zdjęciową zarówno z bieżącej imprezy, jak i zdjęć szkolnych (skąd ona to wytrzasnęła??) i z pomocą swojego zakładu fotograficznego każdy z nas – uczestników tego spotkania otrzymał jeszcze tej magicznej nocy zdjęcia – wspomnienia i wspólne zdjęcia spotkania po 30 latach od matury.
Zawsze jestem zafascynowana jak w czasie takich spotkań i dziesiątek rozmów okazuje się, że każdy pamięta co innego albo inaczej. Nasz mózg wychwytuje szczegóły, które dla innych osób zupełnie nie mają znaczenia. A gdy przypadkiem życie nas znów złączy i zaczniemy układać łańcuch dawnych zdarzeń, powstaje historia dawno zapomniana. Historia niezapisana może nawet trochę nieprawdziwa, ale odtworzona dzięki emocjom dawnych naszych przeżyć.
Czasem spieramy się czy tak naprawdę było? Czy może to fantazja naszych marzeń dawnych, naszych młodych uczuć, sposobów widzenia świata.. Wszystko to tworzy obraz dawnego młodzieńczego życia, barwnych lat, które właśnie tak chcemy pamiętać. Przy tych wspomnieniach bawimy się świetnie, zaśmiewamy się do łez, wzruszamy się i czujemy siłę tamtych wspólnych lat. Tak było 30 lat temu. To była magiczna noc. Pamiętam, że dowiedziałam się o różnych zdarzeniach, których przez cztery lata szkoły nawet nie zauważyłam, zwróciłam uwagę na moich kolegów i koleżanki w sposób, o którym wcześniej nie myślałam. To było fantastyczne! Czułam się się jakbym “dojrzała” do mojej klasowej grupy, jakbym dzięki temu, że spotkaliśmy się po 30 latach, stała się naprawdę częścią mojej klasy. Spotkanie trwało bardzo długo, na pewno dłużej niż planowaliśmy. Pamiętam, że gdy koledzy odwieźli mnie pod dom (a raczej kamienicę, w której mieszkałam kiedyś, od dzieciństwa) nagle zauważyłam, że zaczęło się rozwidniać i nastawał dzień (był koniec maja) i bardzo mnie to zdziwiło… Śpiewały ptaki i niebo rozjaśniła łuna światła. Wtedy już mieszkałam w Houston od ponad 12 lat i zapomniałam, że w maju świta już o 4-tej rano. O tej porze roku w Houston jednak dzień zaczyna się dużo później.
A teraz, po wielu dziwnych i nieplanowanych wydarzeniach, gdy wokół od tygodni piętrzyły się wątpliwości: lecieć – nie lecieć, powinnam czy nie, chcę znów powtórki matury.. Czy jestem gotowa po pięćdziesięciu latach usiąść przy stoliku, niekoniecznie w białej bluzce i z piórem w ręku, ale z tym samym drżeniem serca i niepewnością jak to będzie? Czy nasza kolejna “matura” uda się, ile zostało nam w szufladkach pamięci, a ile czas zatarł już i zdamy ją już tylko na “czwórkę”? A może wspólnymi siłami odtworzymy najpiękniejsze wspomnienia tamtych młodych lat. Może ujrzymy siebie młodych i pięknych, nie będzie zmarszczek i bólu w krzyżach, na kilka godzin zapomnimy, że minęło już 50 lat.
Po prostu – przy kieliszku wina a może wódki zaśpiewamy:
“Oj, za dzień matura, już za chwilę…”
Jestem gotowa! I jak było? Może opowiem wam po kolejnej maturze. 🙂





Świetne wspomnienie. Własna matura o matura wmuka. Jak bardzo głęboko siedzą w nas wspomnienia i jak potrafimy przeżyć kolejną maturę naszego wnuka. Jest w tym jakiś mistycyzm. Brawo siostra.
Ja też pamiętam swoją maturę. Jakby na przekur twoich możliwości pisałem maturę z fizyki. Tylko siedem osób wybrała ten przedmiot na 180 osób.
I kasztany też kwitły, jak zawsze. Tylko nie w tym roku. W tym zimnym roku kasztany nie zakwitły. Ale matura była, jak zawsze jak dla wszystkich pokoleń.
I właśnie tak biegnie życie. Niby nic się nie zmienia. Niby, ale pokolenia się zmieniają. Jest jednak ciągłość. Tyle.
PolubieniePolubienie