Na rozdrożu, pomiędzy – czyli kim jestem? 

02/17/2021

Na rozdrożu..

Jestem Amerykanką z przypadku, ale i poniekąd z wyboru. Jestem Polką z urodzenia. Mam polską duszę, ale lubię życie w Ameryce. Tęsknię za Krakowem, ale gdy wracam  z wakacji w Polsce i ląduję na lotnisku w Houston, to czuję, że jestem w domu.  Jak wytłumaczyć to dziwne zjawisko?  Po 32 latach emigracji wciąż nie potrafię wyjaśnić tego skomplikowanego podwójnego własnego JA w sobie. 

Wyjazd do Ameryki nigdy nie był w moich życiowych planach. Ani nawet w marzeniach. Owszem, jak większość młodych ludzi w latach 60 czy 70-ch zachwycaliśmy się postępem amerykańskim niemal we wszystkich dziedzinach życia, ale raczej myślałam o tym kraju  jak o wielu innych, do których chciałabym pojechać (a raczej polecieć) w celach turystycznych   i zobaczyć to, co wiedziałam już z filmów, przeczytanych książek, opowieści znajomych. Ogromny kontynent, nieznany kraj, jak każdy inny fascynował, szczególnie, że był nam tak bardzo niedostępny. 

Jedno z pierwszych zdjęć na kampusie Rice Un. przed głównym budynkiem

Znalazłam się w Ameryce jako osoba dorosła, mająca już rodzinę, całkiem dobrze ułożone życie, ustalony status zawodowy, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Mąż z doktoratem, dobrą pozycją na uniwersytecie, dzieci odchowane “z pieluch”. W Polsce mieszkaliśmy wprawdzie nie w rodzinnym Krakowie, ale w przyjacielskim Sosnowcu, gdzie wiele “klocków” dorosłego życia całkiem dobrze już nam się poukładało. Zbliżaliśmy się powoli do 40-ki, a więc jak to mówią, jeszcze jeden czy dwa solidne kroki i połowa życia za nami. Skąd więc pomysł skoku przez Atlantyk i szukania nowych wyzwań właśnie tam?  Dziś myślę, że w głowie mojego męża działo się zupełnie co innego niż w mojej. Dzieci z dnia na dzień zachwyciły się nową przygodą i wszystkim co było ciekawym impulsem dla dzieciaków w wieku 10-14 lat. Mąż, po latach spędzonych na uniwersytetach  w Leningradzie (dziś Petersburgu) i w Moskwie, nagle znalazł się w pięknym kampusie Rice University, gdzie poczuł, że może spełnić się jego marzenie. Wprawdzie to tylko było na chwilę, wyglądało jak spełnienie chwili marzeń, jak film, w którym on może zagrać mały epizod, a ja przy okazji będę miała wyjątkowe wakacje…

Każdego dnia pojawili się jacyś nowi ludzie, uśmiechnięci i mili, nawet jeśli nie rozumiałam co do mnie mówili, bo ja przecież nie znałam angielskiego. Każdego dnia widziałam pełne półki w sklepach, wszelkiego rodzaju owoce, soki, pięknie opakowane mięsa… Przez lata niczego takiego nie widzieliśmy w Polsce. Jakieś strzępki towarów, które dopiero zaczynały wtedy do Polski docierać.  Zmęczeni walką o każdy lepszy element życia, tu w Ameryce nagle mieliśmy wszystko dostępne, wszystko co przyciągało nasz wzrok i było piękne, pachnące, czyste, miłe. 

Kolaż zrobiony do albumu na nasze 35-lecie ślubu a więc 19 lat po przylocie do Houston

Już w pierwszych dniach poznaliśmy Polaków, którzy mieszkali w Houston. Ci także byli uśmiechnięci, pomocni i radośni. Bez kompleksów, bez smutku w oczach. Jakaż to była wielka odmiana! Ludzie po prostu, tak bez powodu uśmiechali się do siebie – w sklepach, na ulicy, w restauracji, w szkole. Każdy mówił: dzień dobry, cześć, co słychać, czy mogę ci w czymś pomóc?  Początkowo byłam tym zażenowana, nie wiedziałam jak się zachować. Przecież w Polsce obcy nigdy się do ciebie nie odezwał bez powodu…  Dziś gdy jestem w Polsce, brakuje mi na ulicy tego zwykłego “obcego” dzień dobry, brakuje mi uśmiechu drugiego człowieka, poczucia, że mnie zauważa, że zwraca na mnie uwagę.  Brakuje mi świadomości, że drugi człowiek, który znajduje się tuż koło mnie jest zwyczajnie zadowolony, szczęśliwy i wie, że nie jest sam na ulicy czy w sklepie. 

To była pierwsza wielka i bardzo przyjemna odmiana w Ameryce. Pozytywne zaskoczenie i odkrycie. Ludzie są mili! Ludzie się uśmiechają do siebie wzajemnie, są zadowoleni.  Nie mają “chmury na czole” jak większość Polaków. 

Dziś już jest nieco inaczej, ale i tak myślę, że z natury Polacy są smutną i ponurą nacją. 

Dzieci poszły do szkoły i jak to dzieci – szybko albo raczej szybciej niż my, dorośli, przysposobiły się do nowych warunków, nowych przyjaciół. Już po kilku miesiącach czuły się tutaj dobrze. Wacek pracował, wyzwania bywały trudne, dużo dodatkowej pracy z dziećmi, żeby nadrabiały  zaległości w szkole albo raczej krok po kroku uzupełniały braki, których “dziury” sięgały kilku lat. 

A ja? Powoli robiło się samotnie i pusto, bo zostawałam w domu sama, gdy oni byli zajęci. Nie znałam języka, trzeba było zabrać się choćby trochę za angielski, choć motywacji na bardzo nie miałam, bo przyznaję, traktowałam wciąż te pierwsze miesiące jako przedłużone wakacje. 

Po raz pierwszy poleciałam do Polski po półtora roku pobytu w Houston. W mojej głowie jeszcze wciąż był to pobyt wakacyjny. Jeszcze nie podejrzewałam mojej rodziny, że każdy,  na swój sposób, mój mąż, dzieci nie chcą już wracać do Polski. Tylko, że wtedy chcieć zostać a móc zostać legalnie w USA, to były tak odległe sprawy jak podróż z Ziemi na Marsa…

Kiedy w 1992r. przyleciałam do Warszawy, a potem pociągiem do Sosnowca, nasz przyjaciel Andrzej K. odebrał mnie i zawiózł do naszego mieszkania. 

Migawki z pierwszego pobytu w Polsce po wyjeździe do Stanów. Październik 1992r.

Otworzył drzwi, wrzucił drobne zakupy i powiedział: prześpij się, odpocznij a my tu wszyscy przyjdziemy po południu. I poszedł. Byłam w domu. Tak – wtedy byłam znów w MOIM w domu!  Po południu rzeczywiście przyszli wszyscy moi najbliżsi sosnowieccy przyjaciele. Przynieśli polskie pyszności: kiełbaskę, pomidorki, ogórki, wódeczkę.. Na stole pojawiła się popielniczka i papierosy, otworzyli okno i wtedy doznałam kolejnego szoku! Uświadomiłam sobie jak bardzo śmierdzi mi dym papierosowy! I że wszyscy w Polsce palą, podczas gdy w Ameryce prawie nikt już nie palił. No, może czasem ktoś…  Mój mąż, który palił zawsze, po kilku miesiącach pobytu w Houston, z dnia na dzień przestał palić a ja (też kiedyś trochę podpalałam) przestałam jeszcze przed wyjazdem do Stanów. 

Przez półtora roku pobytu w Houston nie zwróciłam uwagi, że właściwie ludzie tam NIE palą. Musiałam znaleźć się w moim własnym domu, wśród moich przyjaciół, żeby ten fakt sobie uświadomić.  Gdy po kilku godzinach zostałam sama, wydawało mi się, że cały mój dom, firanki w oknach, cała ja – wszystko jest przesiąknięte obrzydliwym smrodem dymu papierosowego. To było niesamowite – całymi latami nie przeszkadzało mi, gdy wszyscy paliliśmy ucząc się nocami, dyskutując, pijąc wódkę, odpalając dziesiątki papierosów niemal jeden od drugiego.  W pokojach 10 metrów kwadratowych było szaro i kompletnie gęsto od dymu, a my byliśmy z tym całkowicie szczęśliwi. Aż tu nagle, powrót z Ameryki i to na chwilę, wywrócił mój węch i stosunek do papierosów tak bardzo, że rewolucja w mojej głowie odjęła mi mowę. Co zresztą nie było takie złe, bo  nie powiedziałam nic na ten temat moim przyjaciołom. Pewnie wtedy bardzo by się zdziwili. Dziś – hmm… chyba już nikt z nich nie pali. 🙂 

Wróciłam i tak dużo się działo, że chyba tylko dziecięca zabawka – młynek nakręcony do maksymalnej prędkości, obraca się szybciej. Dziś już nie pamiętam jakie procesy myślowe i uczuciowe zachodziły wtedy w mojej głowie, w moim sercu. Mijały dni, miesiące, wszystko układało się raz lepiej, raz gorzej. 

Nie mogę powiedzieć, że poszło tak jak zaplanowaliśmy albo raczej jak wymarzył sobie mój mąż, czy moje dzieci. Człowiek jest jednak dziwną istotą. Im więcej trudności, im głębiej “w las”, tym robi się twardszy, odporniejszy, bardziej zaparty. 

 Zwłaszcza, gdy wspierają go dobrzy ludzie. Gdy spotykamy przyjaciół, gdy stajemy się cząstką społeczności i życia, które toczy się na co dzień wokół nas i z nami.  I wtedy nawet nie wiemy jak to się stało, że już należymy do tego nowego miejsca, do nowej rodziny. Zaczynamy myśleć tak samo jak otaczający nas ludzie, cieszyć się razem z nimi, lubić nasze nowe życie.  

Każdy człowiek ma inny limit tolerancji nowego porządku i siebie w nowym świecie. Mnie zajęło bardzo dużo czasu, bym poczuła, że jest mi dobrze w Ameryce. 

Formalnie, moja rodzina nie miała łatwej drogi, aby otrzymać papiery – najpierw “zieloną kartę” a potem obywatelstwo. Zabrało nam to wiele długich lat, ale nie byliśmy w Stanach ani jednego dnia nielegalnie! Nie będę nikomu opowiadać ile nerwów, niepewności, łez, przykrych momentów, ale i szczęśliwych dokonań zebrało się na to, by otrzymać amerykańskie dokumenty i wyprostować formalny nasz status. Nie my pierwsi i nie my ostatni. Każdy emigrant ma swoją historię. Są tacy, którym udało się to prościej i szybciej, są tacy jak my – którym droga szła “pod górkę’ i jeszcze z ostrymi zakrętami. 

Nie sądzę, że gdybym o tym wszystkim wiedziała wcześniej podjęłabym te same decyzje. Ale – w tamtych czasach, po naszych polskich doświadczeniach młodości, wizja lepszego życia dla dzieci, budzenie się każdego nowego dnia i robienie nowego kroku w przyszłość.. Kto z was by zrezygnował?.. Wiem, że są i tacy ludzie. My szliśmy dalej po amerykańskiej ziemi, coraz częściej z poczuciem, że to będzie, jest nasz dom. I co wcale nie zaprzeczało uczuciu, że jesteśmy Polakami.   

I tak dotarliśmy do decyzji, że zostajemy. I niech nikt nie myśli, że nie zdawałam sobie sprawy jakie to niosło za sobą konsekwencje. Oczywiście, że pewnych rzeczy NIE wiemy, nie przewidujemy. I pewnie dobrze.. 

Nie myślimy o tym,  jak ciężko będzie, gdy zaczną odchodzić nasi rodzice i będzie nas  dzielić taka wielka odległość, choć wiemy, że kiedyś taki moment będzie musiał nadejść..  Nie myślimy o tym, że nasze dzieci, choćbyśmy dokładali wszelkich możliwych starań, mogą kiedyś zapomnieć o polskich korzeniach , bo będą czuły się Amerykanami, podobnie ich dzieci a nasze wnuki..  Nie zastanawiamy się, jak poukładają się nasze wieloletnie ważne dla nas przyjaźnie i związki rodzinne z czasów, kiedy mieszkaliśmy w Polsce. Dystans, który niekoniecznie mierzony jest w odległości czy w czasie, lecz przede wszystkim w mentalności, jest coraz większy i już nie rozumiemy tych innych realiów. I nie ma się co dziwić. Jesteśmy różni. Mamy prawo do własnych uczuć, własnych przemyśleń, własnych wyborów. 

Za każdym razem, szczególnie przez pierwsze 5-10 lat, gdy przylatywaliśmy do Polski łaknęliśmy spotkań z dawnymi kolegami, przyjaciółmi z harcerstwa. Szukaliśmy okazji do spędzenia wspólnego wieczoru, choćby kilku godzin razem. Zazwyczaj były to bardzo miłe emocjonalne spotkania, dla mnie ogromne radosne, niezależnie czy spotykałam przyjaciół w Krakowie, czy w Sosnowcu, rodzinę w Gdańsku czy z Sanoka. Wciąż mieliśmy jeszcze rodziców, to też było dla nas bardzo ważne.  Ale zdarzyło się i tak, że kiedyś w pięknej scenerii krakowskiego wzgórza z widokiem na Wisłę, gdy wydawało się, że nic nie może zakłócić tak pięknego wspólnego wieczoru, jedno z takich spotkań koleżeńskich skończyło się ogromnie przykrą dyskusją, właściwie awanturą – jedną wielką pretensją do nas wykrzyczaną przez naszego wieloletniego dobrego przyjaciela. On jeden “wypluł” wszystko, co pewnie wielu innych nam bliskich ludzi miało w głowach i w sercach: że jak mogliśmy wyjechać z Polski?? że to w jego oczach zdrada, że tu, w Polsce jest tyle do roboty, że tu mamy rodziców, rodzinę, że.. itd, itd. Już dokładnie nie pamiętam i nawet nie chciałabym tego przytaczać, bo nie w tym rzecz, ile argumentów zebrał. Sedno w tym, że wszystko co wtedy usłyszeliśmy, z jego strony było absolutnie logiczną i uzasadnioną prawdą, tyle że jednostronną. Po prostu, jego – polską stroną prawdy. Ale także tą samą, która siedziała we mnie i wiele razy powracała w wątpliwościach, myślach, zapytaniach w mojej własnej głowie. Nie zmieniało to jednak faktu, że decyzję podjęliśmy, że byliśmy szczęśliwi tam, gdzie byliśmy.

Wiele razy wracały takie rozmowy, dyskusje w różnych sytuacjach i z różnymi ludźmi, może nie tak drastyczne i nieprzyjemne. Zdarzają się i dzisiaj po ponad 30 latach.  Zdarzają się także między nami, w domu, w rodzinie. Tego nie uniknie żaden emigrant pierwszego pokolenia. To naturalna kolej rzeczy. Ale to nie znaczy, że żałujemy wyboru czy jesteśmy nieszczęśliwi. Ci, którzy odkryli w sobie potrzebę powrotu do Polski po wielu latach, po prostu wrócili do kraju. Czy są szczęśliwi? Jedni tak, ale znam i takich, którzy znów z powrotem znaleźli się na amerykańskiej ziemi. Albo – próbują być i tu i tam. Nie jest to łatwe. Ale nikt kto nie jest emigrantem, kto nie zaznał tego rozdwojenia – NIGDY tego NIE zrozumie. 

Polacy lubią być sędziami. Oceniają łatwo i bez ogródek, dochodzenia i wysłuchania obu stron. Ile to razy będąc w Polsce usłyszałam rozmowy, zwłaszcza młodzi ludzi pewni swoich racji, mówili różne dziwne fakty o Ameryce absolutne niezgodne z rzeczywistością. Przysłuchując się takim dyskusjom, wchodziłam w słowo i pytałam: a skąd to wiesz? Czy widziałeś? Czy byłeś w Stanach? Stąd taka pewność??  I słyszałam odpowiedź: “Ach, dziś internet ci wszystko powie!” Cóż za ignorancja!  Skąd wynika taka “wiedza” i pewność siebie?  Czułam się wtedy zawstydzona taką postawą, niechętna nawet sprostowywaniu faktów nieprawdziwych, bo pewnie zaraz byłabym posądzona, że “och, przyjechała z Ameryki i już się wymądrza..”  

I tak świat wiedzy i porozumienia pomiędzy nami a dawnymi bliskimi w Polsce z zaczął się zupełnie naturalnie oddalać.  Życie “inaczej” rozdziela…

Ale – niekoniecznie i nie do końca.  Jeśli odrzucimy zwykłe codzienne realia, jeśli zrozumiemy, że to co nas łączyło i nadal łączy, to coś więcej – potrafimy się porozumieć. 

Ci, którzy naprawdę chcieli zobaczyć jak żyjemy, czy jesteśmy tymi samymi ludźmi, których zapamiętali z naszych wspólnych czasów, przyjeżdżali nas odwiedzić. A my z całą radością, z sercem i z tymi samymi uczuciami sprzed lat, przyjęliśmy ich tutaj – czy to był pobyt na tydzień czy na miesiąc czy jeszcze dłużej – tak by każdy zrozumiał, że miejsce nie musi człowieka zmienić. Mimo odległości, innego stylu życia, mimo śnieżnych zim, których tu nie mamy, braku wiosennego bzu i krakowskiego Rynku, możemy w zamian zaproponować tu w Ameryce teksański steak na obiad, wspaniałe kalifornijskie wino, wycieczkę do Grand Canyon i białe plaże Florydy. Możemy mieć inną codzienność, ale przyjaciół nawet na różnych kontynentach łączy wiele. 

Od pierwszego dnia zamieszkania w Houston rzuciliśmy się w wir pracy, bo była to jedyna szansa, by utrzymać się na drodze, którą sobie wybraliśmy i zaplanowaliśmy. Szybko zorientowaliśmy się, że w tym kraju ludzie pracują zupełnie inaczej niż w Polsce.  

Sama w końcu wychowałam się w komunistycznych czasach, przez 17 lat pracowałam w szkole, ale przez  ostatnie kilka lat dodatkowo prowadziłam prywatną firmę, co na owe czasy było wtedy jeszcze rzadkością i nastawienie społeczne do takiej działalności raczej było negatywne. Dopiero powoli przebijały się trendy indywidualności i inicjatywy w pracy. Każdy wiedział, że pracując na państwowej posadzie godziny są unormowane, od 8.00 do 15.00 i powrót do domu. Wczasy każdego roku zapewnione, kolonie dla dzieci też. O ubezpieczeniu nikt nie myślał, bo po prostu BYŁO itd. Pensje były byle jakie, ale kto mógł to dorabiał jak i gdzie się dało. Kupowaliśmy wiele artykułów “na lewo” i spod lady i co gorsza – nie mieliśmy wyrzutów sumienia i poczucia, że to nie jest w porządku, że to nie jest do końca legalne. Bo jeśli coś robią wszyscy, to poniekąd staje się to globalne – zwyczajne – normalne – legalne.. choć NIE jest. Najbardziej popularnym słowem w tamtych czasach było słowo “załatwić” Długo nie zdawałam sobie z tego sprawy. Trzeba mi było przyjechać do Ameryki, żeby przekonać się, że można mieć rzeczy bez “załatwiania”. Wystarczy zadzwonić, kupić, zamówić, poprosić i już! 

Kiedy Kasia poznała Billa, swojego “chłopaka na poważnie” a dziś męża, wiele razy opowiadaliśmy mu różne nasze polskie historie i usiłowaliśmy mu wytłumaczyć co oznacza słowo “załatwić”. Nie wiem ile lat zajęło mu, żeby pojąć w czym tkwi sedno.. Dopiero po kilku wyjazdach do Polski, gdy dobrze zapoznał się z polską rzeczywistością, nauczył się wielu polskich sposobów rozumowania tamtych realiów. Do dziś zresztą Polska mu się podoba i dobrze się tam czuje.

Amerykanie pracują dużo dużo więcej niż Polacy. Dzień pracy kończy się o 17.00 a często jeszcze później. Sklepy otwarte są do późnych godzin nocnych, zarówno w soboty jak i w niedziele. Amerykanie nie jeżdżą na wakacje na dwa tygodnie czy na miesiąc. Wykorzystują weekendy, czasem dodają do tego dzień czy dwa i wypad gdziekolwiek na 3 do 5 dni jest już całkiem dobrym urlopem uzupełniającym energię baterii życiowych. Każda godzina przestoju w pracy to strata pieniędzy, które szef na pewno odliczy od pensji. Urlopy są znacznie krótsze. Nie do pomyślenia są takie kombinacje jak łączenie święta 1 maja z 3 maja i dodanie 2 maja tylko dlatego, że jest pomiędzy.. W Ameryce (jak zresztą w większości krajów) nie ma dwudniowych Świąt Wielkanocnych czy Bożego Narodzenia i jeszcze do tego wolnej wigilii.. Dzień Matki obchodzony jest zawsze w niedzielę. Owszem, są święta, które są wolne ustawowo od pracy ale na pewno nie da się ich połączyć „darmowo” z niedzielą czy sobotą, żeby sobie przedłużyć urlop. No, chyba że za własne pieniądze.

Amerykanie nie biorą zwolnień lekarskich na jakieś kaszle, grypy, bóle głowy jak Polacy. Nie chodzą do lekarzy tak często jak w Polsce. W aptece można kupić dobre leki i spróbować najpierw podleczyć się samemu. Podobnie dzieci – jakoś tutaj nie chorują tak często jak w Polsce. Może to dziwne ale – prawdziwe!!  Sama tego doświadczyłam, więc naprawdę nie wymyślam.  Nie ma też urlopów macierzyńskich jak w Polsce, każda kobieta musi sama zadbać o kilka tygodni wolnego (czyli zabezpieczyć się wcześniej finansowo) i jakoś „ułożyć” się z szefostwem w pracy i jest to bardzo indywidualna kwestia. Nie gwarantowana żadną ustawą! Mnie osobiście nie bardzo się to podoba, bo noworodek potrzebuje bliskości matki choćby przez pierwsze kilka tygodni, ale z kolei uważam, że to co w Polsce dostają matki jest znów przesadą w drugą stronę. A już na pewno ciągle i wielce popularne zwolnienia w czasie trwania ciąży, by pacjentka „odpoczywała”. W Ameryce ciąża jest stanie normalnym, zdrowym i kobieta pracuje jak każdy inny pracownik niemal do dnia urodzenia. Ja urodziłam dwoje dzieci (w Polsce) 🙂 i studiowałam/pracowałam do ostatniego dnia przed porodem. Ludzie cenią sobie pracę i wiedzą, że nikt nie zapłaci im za przestój. Oczywiście są tacy, co nie pracują, bo nie muszą. Każdy kraj ma bogatych, którzy mogą robić wiele innych rzeczy niż zarabianie pieniędzy. 

Moja szczęśliwa houstońska rodzina

Przez 30 lat przeszłam długą drogę różnych prac. Wykonywałam je rzetelnie nawet jeśli niekoniecznie je lubiłam. Szybko przyzwyczaiłam się do tutejszych wymagań i szybko zrozumiałam, że zamiast narzekać na swój los, człowiek musi pracować, by w życiu coś osiągnąć i mieć godne życie, bo tak naprawdę NIC nie ma za darmo ! – jak uczy polskie przysłowie – „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz„!

W Polsce są tłumy “50-kilkuletnich emerytów”, którzy nie wiem w jaki sposób doczekują do prawdziwej emerytury. Podobno właściwa emerytura powinna być w 65 roku życia. Skąd więc taki ciąg i takie możliwości, by nie pracować już dużo wcześniej? No i oczywiście narzekać, że emerytury są takie niskie… Nie dziwię się, bo skąd brać pieniądze, gdy ludzie w wieku jeszcze całkiem zdolnym do pracy zawodowej, z tej pracy odchodzą..  Oczywiście – znów zaznaczam, że to NIE reguła, bo znam i takich (jednostki 🙂 )  którzy pracują powyżej wieku emerytalnego. Mam małą tolerancję dla życiowych leniuchów wszędzie, niezależnie od wieku i miejsca na świecie, dlatego nie miałam problemów z przystosowaniem się do amerykańskiego systemu pracy, podobnie jak moje dzieci, już niemal zaraz po przyjeździe zauważyły, że młodzi ludzie pracują w czasie wakacji, zarabiają własne pieniążki i uczą się odpowiedzialności i poszanowania wartości pracy. Dziś, choć oboje pracują bardzo dużo i ciężko, efekty tej pracy mają imponujące.

W Ameryce – mało kto idzie na emeryturę wcześniejszą, czasem kobiety, gdy mężowie zarabiają naprawdę dobrze, ale większość doczekuje ustawowego terminu albo przekracza go znacznie i nadal pracuje. Możliwości są różne. Motywacje też. 🙂 

Może dlatego Amerykanie są narodem ogromnie czynnym, aktywnym, nie siedzą w domach, pracują jako wolontariusze wszędzie gdzie się tylko da. Jest to tak popularne, że w zasadzie jeśli ktoś nie jest naprawdę chory, to nie może się w tym kraju nudzić. Może dlatego ludzie starsi nie są tu smutni i zgorzkniali?.. 

Amerykanie lubią się spotykać z przyjaciółmi, w grupach, grać w karty, w gry, bywać w restauracjach, na wycieczkach, organizować sobie wyjazdy (częściej babskie, ale taka to już natura aktywniejsza 🙂 ).  Nie zamykają się w domach. Oczywiście zwalniają nieco tempo, gdy są starsi, ale nie poddają się samotności, nie odcinają się od przyjaciół i od aktywnego życia.  To także jedna z bardzo widocznych różnic pomiędzy polską a amerykańską mentalnością. I przyznaję, że ten sposób życia bardziej mi odpowiada i bardziej przystaje do mojej starzejącej się natury. 

Przypomniała mi się jeszcze jedna ciekawa obserwacja z pierwszych miesięcy naszego pobytu w Stanach. Jako nauczycielka z Polski przez pierwsze lata bardzo pilnie obserwowałam naukę dzieci w szkole, wychwytywałam podobieństwa i różnice  i fascynowałam się metodami, które mi się podobały, a równocześnie dziwiłam się organizacji ogromnych szkół, w jakich na początku znalazły się moje dzieci. Później, gdy Jacek zaczął chodzić do prywatnej szkoły, w dodatku dość wyjątkowej, bo międzynarodowej (Awty International School, do której dziś, po ponad 20 latach chodzi nasz wnuk) doświadczyłam jeszcze innych wrażeń i odkryć. Od pierwszego dnia dzieci walczyły z nowymi sposobami uczenia się, odrabiania prac domowych, testami, które okazały się   czymś zupełnie innym, niż test czy klasówka polska. Również ocenianie tych prac było inne. I co najważniejsze – kontakt ucznia z nauczycielem! Każdego dnia czekałam na powrót dzieci do domu, na ich opowieści, na ich nowe spostrzeżenia. Dodatkowo ciekawym był fakt, że o ile Kasia jakoś dawała sobie radę z angielskim i porozumiewała się  z koleżankami czy nauczycielami, to Jacek był zupełnie “odporny” językowo na to, co się wokół niego działo. Powoli – codziennie zdobywał słówko po słówku… Nie wiem jak to dzieci robią, co myślą, jak rozumują…

Górne zdjęcie – Jacek w drużynie piłki nożnej w 5-ej klasie. Zdjęcie na dole – już w Awty School, w 6-ej klasie.

Dość, że w piłkę grał najlepiej w klasie i szybko złapał sportowy kontakt, matematykę opanował tak (dzięki ci, polska szkoło!) , że w lutym (po pól roku pobytu w Stanach!) zdobył drugie miejsce w jakiś ważnych zawodach matematycznych w dystrykcie, a w czerwcu już całkiem  spokojnie porozumiewał się z dziećmi po angielsku. 

A ja szybko zauważyłam, że w szkole amerykańskiej np. nieznane jest uczniom  pojęcie “ściągania”.  Nie istnieje ani w języku szkolnym, ani w mentalności ucznia. Uczeń uczy się dla siebie, pisze test sam, nigdy nie pomyślałby nawet, żeby komuś dać odpisać, podpowiedzieć,  pokazać co napisał, ułatwić drugiemu jego pracę. Proste i logiczne – “Możemy uczyć się razem, przygotowywać – ale każdy z nas pracuje na siebie i dla siebie. Jesteśmy odpowiedzialni. I uczciwi.” 

Na studiach, gdy Kasia była już studentką na Rice University, po raz pierwszy w życiu usłyszałam o istnieniu egzaminów “honorowych”. Profesor daje studentom test, studenci podpisują jakieś zobowiązanie, że  będą ten test wypełniać bez zaglądania do książek i innych pomocy naukowych i – nie wiem jak jest naprawdę, ale wiem, że Kasia i jej znajomi, przyjaciele zawsze tej zasady uczciwie się trzymali. Oddawali pracę w terminie, napisaną honorowo, bez dodatkowej pomocy. Szok! To był dla mnie szok. Sama byłam uczennicą, której niejeden raz zdarzyło się ściągać zadanie z matematyki czy fizyki, odpisywać od dobrych koleżanek ćwiczenie z francuskiego czy rosyjskiego. Nie będę oszukiwać. Gdyby nie ściąga z matematyki na maturze podana mi przez moją wychowawczynię (rusycystkę) to na pewno pisemnej matury nie zdałabym.. Niech podniesie rękę ten, kto nigdy epizodu ściągania nie doświadczył. Pełny szacun już w tej chwili!! 

A tu – na świecie istnieje kraj, który nie wie, co to uczniowska ściąga!  Kraj, który na pewno NIE jest idealny, w którym nie zawsze żyje się łatwo. Kraj, który może fascynować, intrygować, a już na pewno jest niezwykle interesujący.  Kraj wielki, piękny, mający jak każdy inny, własne trudne problemy. 

Możecie myśleć co chcecie, oceniać jak chcecie, pytać i “wiedzieć” z internetu..

Ja także przez ostatnie trzydzieści kilka lat zadaję sobie pytania, odpowiadam i staram się “wiedzieć”. Wiem, że jestem Amerykanką z polską duszą. Wiem, że kocham oba te kraje i wiem, że to się nigdy nie zmieni.  I dziś także już wiem, że jest mi z tym dobrze.  Jeśli ktoś tego nie może zrozumieć, to wcale się mu nie dziwię. 

My – emigranci to wiemy. Ludzie mają prawo być różni. 

Bądźmy tolerancyjni..


BACK

2 myśli na temat “ Na rozdrożu, pomiędzy – czyli kim jestem? 

  1. My Emigranci ! Niby wszyscy Polacy ale wszyscy z odmiennym bagazem doswiadczen i podejsciem do amerykanskiej rzeczywistosci .I oczywiscie prawie kazdy z przeswiadczeniem , ze jego opinia jest ta najbardziej sluszna . A juz w Polsce trudno jest uniknac tych , ktorzy wiedza lepiej . mimo tego , ze. nigdy tutaj nie MIESZKALI.
    Charakterystyczne tez jest to, ze mowia o ” Ameryce ” bez rozrozniania tego jak wielkie sa rozice pomiedzy Stanami.
    Nevada ,North Dakota czy Florida to to samo. Mysle , nam sie udalo nie wpedzic sie w slepy zaulek I zachowac nasza tozsamosc rownoczesnie zdobywajac wiele cennych doswiadczen I moc teraz byc dumnymi z naszych dzieci i wnukow.

    Polubienie

    1. Cieszę się ze odzywasz na ten temat, Marku! chciałabym żeby więcej osób coś tu dodało, niezależnie jak różnorodne byłyby to spostrzeżenia. Bo jak słusznie zauważyłeś- bagaż doświadczeń mamy wielki i bardzo różny. No i zwróciłeś uwagę na coś, o czym ja nie wspomniałam – że ludzie nie zdają sobie sprawy (my zresztą w wcześniej, przed wyjazdem z Polski, też nie,,) jak wielkie i jak bardzo RÓŻNE są Stany – Floryda to cos zupełnie innego niż South Dakota ! a Texas.. to już..inna planeta 🙂

      Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi