Każdy Nowy Rok

01/06/2022

Każdy człowiek ma tylko raz w zyciu “rok” a potem już zawsze “lata”.  A jednak dodaje nam się każdego roku tylko – rok. To zwykła kalendarzowa liczbowa dokładanka. Gdy ma się już dużo lat (właśnie, lat!) to do głowy przychodzą różne dziwne myśli i jeszcze bardziej dziwne rozważania i wspomnienia. Pewnie każdy człowiek tak ma, tyle że większość z nas nie zatrzymuje się zbyt długo nad takimi obrazkami w głowie. Było – minęło. Dziś jest tak, jutro będzie nowy dzień. A ja czasem lubię zatrzymać się nad zwyczajnościami momentów z przeszłości. Im więcej dopisuje się liczb na moim prywatnym kalendarzu, tym częściej wypełzają mi z zakamarków pamięci zadziwiające mnie samą obrazki i strzępy wspomnień.

Dlaczego dzień 1 stycznia jest taki ważny dla większości ludzi na świecie? Przeciez to jeden z 365 dni, który składa się jak każdy inny dzień, na cały rok. 

A jednak – niemal cały świat równo o północy czyli 24.00 czasu obowiązującego w danym miejscu na Kuli Ziemskiej  uroczyście żegna rok  mijający a wita Nowy, kolejny. Z nadzieją, radością, trochę niepewnością co nam kolejne dwanaście miesięcy przyniesie. Dla mnie, zwykłego laika i obserwatora życia – dziwnym wydaje się, że gdy ja ciągle czekam tutaj na nasz Nowy Rok, moja rodzina i przyjaciele w Polsce już śpią po emocjach balowania, po wrażeniach powitalnych i mają o siedem godzin więcej “lat” niż ja tutaj, w Houston.  A nasi znajomi w Australii  już wyprzedzają nas na swoim kalendarzu o całą dobę.  

Tak oczywiście, na tyle jestem wyedukowana, iż wiem,  że to wszystko “przez” Kopernika, bo odkrył, że Ziemia kręci się dokoła słońca i dlatego nie wszystko na naszej poczciwej planecie dzieje się równocześnie. Wszystkie zawiłości tego problemu tłumaczono nam w szkole, w setkach mądrych książek, dyskusji i nowych odkryć w NASA czy innych podobnych mądrych miejscach na całym globie. Wiem także, że nie wszyscy ludzie uznają datę 1- go  stycznia za początek nowego roku. Są inne kalendarze na świecie, inaczej odliczające czas, inaczej nazywające lata przeszłe i przyszłe. Wszystko jest umowne.

Wszystko – oprócz przemijania. To jedno nie podlega dyskusji. “Panta rhei” – wszystko płynie.. jak kiedyś powiedział grecki filozof Heraklit z Efezu (żyjący na przełomie IV i V przed naszą erą). Wszystko przemija, nic nie jest trwałe, choćbyśmy bardzo mocno wierzyli w wieczność, świat się zmienia i zmieniać się będzie.

Ale – odbiegam od tematu, od głównej mysli, która kłębiła mi się w głowie kiedy zamierzałam pisać ten tekst. 

Gdy byłam małą dziewczynką rodzice często chodzili gdzieś na tradycyjne sylwestry, spędzali je ze z przyjaciółmi, znajomymi. W czasach lat 60-tych popularne były zorganizowane bale pracownicze lub prywatne. Nigdy  nie wiedzialam, gdzie to było ale wiedziałam, że dla rodziców był to ważny wieczór.

Chciałam doczekać do północy i zauważyć co jest specjalnego w tej magicznej chwili, ale przez lata dzieciństwa długo mi się to nie udawało. Sen był zawsze silniejszy, a ranek wydawał się już zupełnie zwyczajny i taki sam jak wczoraj.. 

Pamiętam, że gdy we wczesnych latach 60-tych rodzice stali się posiadaczami pierwszego telewizora, oczywiście czarno-białego, w którymś momencie zaczęliśmy oglądać sprawozdania z powitań Nowego Roku w innych krajach. Zapewne były to  obrazki z krajów demokracji ludowej, ale i tak zapamiętałem to jako fascynujące momenty. No i zawsze polska telewizja już od wczesnych godzin wieczornych nadawała “dobre” programy: jakieś kabarety, rozrywkowe koncerty, czasem był to wyjątkowy film…  Czekaliśmy na ten wieczór telewizyjny z dużą radością z zapartym tchem sprawdzając program w codziennej gazecie. 

Nie wiem kiedy po raz pierwszy w swoim życiu doczekałam północy i powitałam Nowy Rok. Kojarzy mi się to z wyjazdami na zimowe krótkie wakacje z rodzicami do Szczyrku, Wisły, Ustronia. Może wtedy? Na pewno były to lata połowy 60-tych, bo później zaczęły się już moje harcerskie zimowiska. 

Ale najbardziej pamiętam Sylwester 1968/69. Nie pojechałam wtedy na  harcerskie wakacje, bo wciąż miałam jakieś problemy zdrowotne, anginy powtarzały się co kilka tygodni. W końcu lekarze zdecydowali, że muszę mieć wycięte migdałki rodzice ustalili termin tego zabiegu na 7 stycznia czyli dzień po święcie Trzech Króli. Miałam go mieć w szpitalu w Nowej Hucie. Do dziś nie mam pojęcia dlaczego tam. Byłam pierwszej klasie nowego liceum, mialam nowe koleżanki, nowe życie towarzyskie i mnóstwo ciekawych wydarzeń wokół siebie. 

Basia i Ela. Tworzyłyśmy mocną czwórkę. Była jeszcze Małgosia (brakuje jej na tym zdjęciu)

W klasie tworzyliśmy we czwórkę “silną grupę” towarzyską, znaliśmy się już z podstawówki. Postanowiłyśmy spędzić wieczór sylwestrowy razem, miałyśmy już swoich  chłopaków, jedna z nas mieszkała w dużym mieszkaniu i tam zorganizowałyśmy nasz bal sylwestrowy.  Mama zabrała mnie do komisu (czy ktoś pamięta takie sklepy?) i kupiłyśmy pierwszą prawdziwą sukienkę wieczorową. Była wprawdzie krótka, bo przecież mini królowało wszędzie a ja miałam tylko szesnaście lat.  Była biało-srebrna, obcisła i wyglądała szałowo! Potem poszłam do fryzjera i miałam włosy upięte w koka, bardzo dorośle. 🙂 

No i miałam wtedy kolegę, którego poznałam w czasie poprzedzających wakacji w Gdańsku i Sopocie, który wtedy  zafascynował mnie ogromnie. Był trochę starszy ode mnie, wydawał się bardzo poważny, myślał serio studiowaniu medycyny. Mieszkał w Starachowicach więc nasza znajomość zaraz po wakacjach ograniczyła się do pisania listów, bo przecież innych sposobów komunikacji nie było. A że papier “wszystko przyjmie”, listy szybko stały się “obiecujące” i jakoś tak się złożyło, że mój korespondencyjny chłopak w okresie świąteczno-sylwestrowym spędzał ferie w Zakopanem i obiecał przyjechać do Krakowa na sylwestra. Byłam bardzo podekscytowana, odebrałam go z dworca autobusowego, przyprowadziłam do domu na herbatkę. Mama zachowała się bardzo  w porządku, jak to Mama- Polka, nakarmiła napoiła. Tata patrzył na niego z dużym dystansem, niezbyt zadowolony, ale żadnych opinii głośno nie wydawał.

Jedyne zdjęcie jakie zachowało się z tego sylwestra. Obok mnie kolega Maciek (chyba tak miał na imię) a w głębokim tle mój „sylwestrowy chłopak – S”. Moja piękna dorosła srebrna sukienka i fryzura 🙂

Wieczorem wyszliśmy razem do Basi na mój pierwszy samodzielny wieczór sylwestrowy. Jej rodzice, którzy uchodzili z bardzo “postępowych” i przychylnych młodzieży i zawsze lubiliśmy w nich w domu przebywać,  przygotowali dla nas jakieś kanapki, słodycze i napoje. Oczywiście, żadnego alkoholu nie było!  Za to był magnetofon czy adapter, w każdym razie dobra muzyka, bo bawiliśmy się jak szaleni do białego rana. I to dosłownie! Sypał śnieg wielkimi płatami, było bardzo mroźno (tak, kiedyś takie zimy bywały!) a ja w mojej krótkiej sukience i płaszczu narzuconym na nią, za to w wysokich kozakach i z przemarzniętymi do czerwoności kolanami w cieniutkich rajstopach, szłam znów na dworzec autobusowy odprowadzić mojego chłopaka (tak, po tym szaleństwie sylwestrowym i noworocznych obietnicach uwierzyłam, że mam chłopaka! 🙂 ) na pierwszy poranny autobus do Zakopanego. Wracałam do domu około 6 rano i dobrze pamiętam wciąż tańczące płatki śniegu. Na szczęście nie było to daleko. Nikt nie bał się maszerować o tej porze samemu, nie było to zjawisko wyjątkowe, zwłaszcza w noc po imprezach sylwestrowych. Byłam szczęśliwa i chyba wtedy po raz pierwszy doznałam uczucia, że Nowy Rok to moment, który  niesie ze sobą radość i optymizm, nadzieję i ciekawość co dobrego wydarzy się jutro, za tydzień, za miesiąc.. 

Takie uczucie pozostało mi na całe życie. Niezależnie od miejsca w jakim przyszło mi witać kolejny Nowy Rok zawsze z optymizmem patrzyłam w przyszłość nadchodzących dni. 

Niestety – życie ma swoje góry i doliny.. 

Aby zakończyć temat mojego pierwszego sylwestrowego doświadczenia dodam – dziś już ze śmiechem, że w połowie lutego, gdy już przeżyłam jakoś moją operację wycięcia migdałków (co proszę wierzyć, w tamtych czasach, wcale nie było prostym zabiegiem) otrzymałam od mojego korespondencyjnego chłopaka kolejny list. Tym razem słodycz wyznań  była zdecydowanie mniej słodka, za to bardzo konkretna i “uczciwa” – że matura, że dużo pracy, że nauka najważniejsza, że niestety ale.. to nie ma sensu. No i tak zakończyły się moje optymistyczne i pobożne życzenia i wizje na kolejny nowy rok. Wpadłam w rozpacz, stałam oparta o duży kaflowy piec w naszym pokoju a Mama pocieszała mnie, że to “nie pierwszy i nie ostatni”. No i po kilku dniach a może tygodniach (ale raczej dniach..) okazało się, że miała rację, bo dość szybko wpadłam w wir harcersko-szkolnych nowych  wydarzeń i przyjaźni i świat stal się znacznie lepszy. 

Dodam jeszcze (choć trudno w to nawet mnie samej uwierzyć 🙂 ), że jakieś dwa lata temu przez zupełny przypadek, tu w Houston zgadałam się z jedną z moich tutejszych koleżanek (pochodzącej ze Starachowic), że ten mój “sylwestrowy facet” – Uwaga! Uwaga! – rzeczywiście jest lekarzem kardiologiem, mieszka w Ameryce i w dodatku w Texasie, niedaleko ode mnie… 

Gdy “namierzyłam” go w internecie, to najpierw uśmiałam się do łez, a potem pomyślałam sobie, że nigdy nie wiadomo jaką niespodziankę szykuje dla nas  kolejny rok 🙂 .  W każdym razie historia mojego pierwszego sylwestra wydawała mi się warta tej barwnej opowieści. 

Wiele razy zdarzyło mi się witać Nowy Rok w gronie przyjaciół, na obozach harcerskich. Zazwyczaj byliśmy wszyscy razem o północy w lesie. Około 23.00 biegliśmy w górach, w zaspach śnieżnych za czerwonym uciekającym światełkiem (taka gra, którą serwowali mam starsi instruktorzy), które doprowadzało nas do palącego się na polanie ogniska. Wokół był las, sosny, świerki czy inne drzewa, pokryte puchem śniegu. Jakoś pamiętam, że zawsze BYŁ śnieg. Staliśmy w kręgu, jeden przy drugim, śpiewaliśmy nasze zimowe ogniskowe piosenki, na szafirowym niebie świeciły gwiazdy. Składaliśmy sobie nawzajem życzenia i choć byliśmy biedni, a Polska była ponura i smutna, to my młodzi, szczęśliwi i pełni nadziei.  Młodość ma zawsze swoje prawa. Nikt z nas nie myślał, że kolejny rok może być trudny, że żyjemy w niepewnych czasach. Nie baliśmy się niczego, nie mieliśmy żadnych zahamowań w marzeniach, wierzyliśmy, że każdego nowego dnia będzie lepiej. 

Dorosłość zmienia perspektywę na życie. Zmienia odpowiedzialność.  Nabiera rozwagi, dystansu, przewidywalności.  I niestety, przynosi także wiele rozczarowań, trudności, których młodość nie zna. Przemijanie przynosi strach. Doświadczenie, które uczy, że kartki kalendarza mają już nieco inne znaczenie niż w młodości. 

W Polsce, także chodziliśmy na bale większe czy mniejsze, organizowaliśmy je w mojej pracy (w Liceum Medycznym), pamiętam fajne sylwestrowe prywatki wśród dość dużej grupy przyjaciół. Zawsze wśród ludzi.  Nigdy sami.

Styl ubierania się na bale byl inny niz teraz ale i tak zawsze było to duże wyzwanie znaleźć sukienkę elegancką, wyjątkową, specjalną. Nie było to łatwe w tamtych czasach. I na pewno nie miało nic wspólnego ze stylem balowym współczesnych czasów.  Ale – dawałyśmy sobie radę. Dziewczyny wyglądały “szałowo” i na owe czasy byłyśmy po prostu.. piękne. 🙂 

Raz nawet urządziliśmy wieczór sylwestrowy u nas w domu. To był chyba rok 1977/78 gdy już mieliśmy nasze pierwsze samodzielne nowe mieszkanie. Malutka półtoraroczna Kasia spała w swoim małym pokoiku a my w gronie może 10-14 osób szaleliśmy przez całą noc – wtedy wydawało nam się w “dużym” pokoju. 

Bardzo się starałam przygotować ten sylwester elegancko, z dekoracją i dobrym jedzeniem, w kuchni, która wymiarami była na pewno mniejsza niż dzisiejsza moja łazienka.. Wszystko grało jak trzeba, muzyka była głośna (nikt z sąsiadów nie protestował, przecież to była noc sylwestrowa!) jedzenie jak na owe czasy dobre i obfite. Wszystko toczyło się radośnie, alkoholu nie brakowało, gdy w pewnym momencie jeden z naszych gości (brat naszego przyjaciela, który przyjechał do niego z jakiejś miejscowości z zachodniej Polski i znalazł się przypadkowo u nas) zrobił coś, co na wiele lat zmieniło moją decyzję o witaniu Nowego Roku w domu i urządzaniu “balu”.  Towarzystwo bawiło się i tańczyło, ktoś właśnie zajadał  śledziki i potrzebował dokładkę sałatki jarzynowej. Z uśmiechem (zupełnie grzecznie) krzyknął do nowego kolesia: ”rzuć sałatką” bo ten akurat znajdował się w pobliżu stołu. A nasz gość, niewiele myśląc sięgnął po miskę pełną sałatki jarzynowej i rzucił nią (dosłownie!) w.. szczęśliwie trafił w szafę w przedpokoju rozbijając miskę w drobny mak a sałatkę rozpryskując po całym pomieszczeniu.  Na szczęście nie w tego, który miał ochotę na tę sałatkę… Niezależnie od poziomu alkoholu (w końcu w tamtych czasach wódka królowała na takich imprezach) i humorów poszczególnych osób – zamieszanie było duże i nieprzyjemnie i wiele momentów, rozmów tamtej nocy było nieprzyjemnych. Więcej takiej imprezy przez długie długie lata nie powtórzyłam!

Kiedyś przez wiele lat myślałam, że każdy kolejny Nowy Rok będę witać z najbliższymi, z przyjaciółmi na sali balowej, w dużym gronie oczekując odliczania ostatnich sekund (10, 9, 8…. 1, 0!) i tych charakterystycznych dźwięków radości, strzelających pod niebo kolorowych rakiet oznajmujących, że nadchodzi NOWE, dobre, nieznane i na pewno szczęśliwe. Życzenia w ramionach męża, a potem setki ciepłych słów wśród najbliższych trwały czasami godzinę.

Ten moment o północy z 31 grudnia na 1 stycznia to chwila, która daje mi poczucie jedności, wspólnoty i nadziei.  Myślę o tym, że stajemy się o rok starsi, choć przecież jutro będzie zwykły dzień jak codzień. Wyjątkowość tej chwili dla mnie zawsze była i jest ważna. Tak zakodowało się kiedyś w mojej głowie i tak pewnie będzie trwało już zawsze. 

Od kilku lat unikam balów, tłumów, głośnych i efektownych krzyków powitalnych nadchodzącego Nowego Roku. Teraz bardziej lubię kameralne imprezy, ciche chwile oczekiwania, nostalgiczne życzenia. Ale wciąż chcę mieć bliskich ludzi obok. Czasem jest to kilka osób, czasem tylko jesteśmy we dwójkę z mężem. Patrzę ufnie w przyszłość, choć wiem, że coraz mniej mogę mieć tych postulatów i wymagań od życia. Jestem umiarkowana w swoich oczekiwaniach, mam dużo mniej pragnień, za to te, które mam są bardzo solidne i ważne. 

Przemijanie budzi we mnie strach. Strach jest pozytywną emocją. Często wywołuje potrzebę walki i zmierzenia się z nim. Walczę  o swój wygląd, o kontakty koleżeńskie by nie czuć się samotna, czytam książki, oglądam filmy, podróżuję, planuję, by nie poddać się marazmowi siedzenia w jednym miejscu i “przyrastaniu” do krzesła, do fotela, do czterech ścian, do braku planu na jutro. Dla siebie samej zmieniam kolor włosów, chodzę do fryzjera, na masaż, na manicure. Przecież NIE muszę tego robić! Ale wiem, że nie mogę dopuścić  w swojej głowie, by lęki przed najgorszymi wizjami przemijania zawładnęły moimi myślami. Bo lęk jest paraliżujący. Z lękami ciężko jest walczyć. Strach można wykorzystać pozytywnie.  Może nie zawsze, ale przynajmniej w słoneczne uśmiechnięte dni. Takie, które nadchodzą wraz z Nowym Rokiem. Z nowym porankiem, kiedy budzę się spokojna, gotowa na moją codzienną poranną kawę, na nowy pomysł – co by tu dziś zrobić kreatywnego? Może przestawię meble w pokoju i będzie wyglądało świeżo ? Może poszukam pomysłu na kolejne przyjacielskie spotkanie albo… na pewno wymyślę!   

Moja ukochana W. Szymborska napisała kiedyś w swym słynnym wierszu “ Nic dwa razy się nie zdarza”

“Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne”…

Minie, więc nie mogę ani jednej chwili zmarnować 🙂


BACK

5 myśli na temat “Każdy Nowy Rok

  1. Lubię czytać te dawne wspominki mojej siostry. Być może że wracają dawne zapomniane obrazy? Pewnie tak. Ale największą frajdę mam jak mogę dorzucić jakieś pikantne dodatki, takie co powodują że wpis nie jest taki zupełnie kolorowy i lukrowany. Pamiętam, oj dobrze pamiętam ten pierwszy sylwester szesnastoletniej panienki.
    Najpierw , zaraz po świętach zaczął się płacz i lament że nie mam się w co ubrać na mój pierwszy bal.
    I tu wkroczyła nasza mama, której udało się namówić ojca na zakup potrzebnego ekwipunku.
    Pamiętam jak wyjął banknot 1000 złotowy. Pamiętam bo był taki kolorowy – chyba z Kopernikiem – . i mniejszy w rozmiarze od tych płacht, które wtedy były w obiegu. I poszli na zakupy rzeczywiście do komisu, który uchodził wtedy za sklep luksusowy..Przypominam sobie tę biało- srebrną sukienkę. Miniuwę zresztą. No ale srajdka miała śliczne nogi, więc głupio by było zakrywać. Jak dziś pamiętam że nie była gładka. Miała wypukłą fakturę
    Ale to nie koniec . Wycyganiła od ojca jeszcze białe obcisłe i błyszczące kozaki, które dopełniały szczęścia młodej damy. Kiedy wrócili do domu z zakupów i nastąpiła prezentacja sukienki i butów do dziś pamiętam tamto spojrzenie. A widzisz smarkaczu.Oj jaki byłem wściekły i zazdrosny. Nie o zabawę sylwestrową, ale o to że za żadne skarby ojciec nie chciał mi kupić łyżew. A to już była tragedia.
    A chłopaka przyjezdnego nie zanotowałem w pamięci.
    Na koniec jeszcze jedno uzupełnienie wpisu o świętach Bożego Narodzenia. O zającu rzecz jasna. No i nie o tym wielkanocnym.
    Zając wisiał za oknem w przyprawach. Ale się uśmiałem, nadal się śmieję .Owszem, wisiał za oknem tak ze dwa tygodnie. Ale na litość. On wisiał we własnej skórze na mrozie , aby skruszeć.Przyprawy to były ale dopiero jak dostał się w ręce naszej mamy. Ja gdzieś już od czternastego roku życia sam obdzierałem zająca ze skór i dzieliłem na części. Przód zająca przeznaczony był na pasztet ( obowiązkowo), a skoki i comber mama robiła na kwaśno.
    I na koniec jeszcze wyjaśnię skąd się brały w domu zające, bażanty czy kuropatwy. Myśliwym był mój chrzestny Marian S. Zabierał mnie regularnie na polowania i za bieganie z naganką dostawałem łupy czyli upolowane zwierzęta.

    Polubienie

    1. No i dobrze ze cos dorzuciłeś wreszcie na mój blog, W ten sposób wpis ożywa bardziej a wspomnienia się uzupełniają. Po tylu latch każdy już pamięta coś innego i inaczej 🙂 Według mnie białe kozaki dostałam w zupełnie innym momencie życia, bo to były lekkie bardziej jesienno-wiosenne kozaki niż zimowe, łyżwy i tak dostałeś,
      Z z tym zającem, to chyba faktycznie przyprawiało się go dużo później, już jak sobie powisiał na zewnątrz (ha! ha!) Ale na ta twoja opowiastka o polowaniach to chyba ci się wyśniła.. przecież wujek wyjechał do Ameryki jeszcze w latach 60-tych (w 1968 zaczęłyśmy z Iloną szkołę średnią i jego już nie było) więc musiałeś być wtedy dzieciakiem kiedy on na te polowania chodził.Takich na polowania się chyba nie mogło brać 🙂 Zresztą bardzo sporadycznie..
      No i .. co za określenie : „Srajdka!” przypominam ci za zawsze byłam od ciebie starsza 🙂 🙂

      Polubienie

  2. No tak, chyba cię technologia przerasta 🙂 Twój wpis jest pod właściwym postem. Powyżej jest informacja: poprzedni wpis: Jak znaleźć światy spokój”? – czyli wszystko prawidłowo.
    Chłopak przydarzył się zanim nastąpiła „nasza era” i to niejeden, więc to chyba żart z tym „nie podoba mi się”:)
    A poza tym historie które zdarzyły się ponad 50 temu są dziś już tylko zabawnymi opowiastkami. I dobrze, że je pamiętamy. Bo, niestety z tą pamięcią coraz gorzej 🙂 ..

    Polubienie

  3. Ale to ma byc komentarz do „Kazdego Nowego Roku”, choicaz pojawia sie pod Blogiem „Jak znalezc swoj wlasny „swiety spokoj”. No coz, technologia zawsze mnie przewyzszala.

    Jak zawsze, jest to bardzo piekne i wzruszajace pisanie. nie podoba mi sie to o chlopaku z Zakopanego, ale bylo przciez bardzo niewinne, wiele ludzi cos takiego doswiadczalo, a ukochana moja tesciowa (pozniejsza, ktorej wtedy przeciez nie znalem) miala racje w swoich slowach pocieszenia.

    W tym roku nie liczylismy dziesiec, dziewiec, osiem i tak dalej. Gdy nalewalem szampana w naszym osrodku „hotelowym” w Wimberly nagle zgaslo swiatlo. Ale i tak bylo przyjemnie, A potem zrobilismy sobie prywatke w pokoju i tanczylismy do wybranej przez Malgosie piosenki „Gdzie sie podzialy tamte prywatki”. Czyli cos sie udalo.

    Szczesliwego Nowego Roku 2022

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Wacek Anuluj pisanie odpowiedzi