Listopadowe drżenie ciała i myśli

11/18/2021

Gaśnie listopadowe niebo,
ostatni liść się jeszcze miota
na wietrze, który smaga drzewo.
Dokoła smutek i tęsknota
.”

Nie lubię kiedy jest mi zimno. Zimno było nie tylko zimą. Zimno było wczesną wiosną i późną jesienią, kiedy mama paliła już w piecu, ale zanim piec się nagrzał, wstawałam z łóżka i było mi zimno. Zimno było w zimie, zawsze. Rzadko kiedy temperatura była fajna, a już tak, żeby można było być w lekkiej bluzce w krótkich rękawkach w zimowy wieczór chyba się nie zdarzało. Dopiero kiedy zamieszkaliśmy w Sosnowcu i w mieszkaniu były kaloryfery, zdarzały się przesadnie ciepłe temperatury. Pamiętam wiosenne dni, gdy już wyłączali kaloryfery, bo formalnie okres grzewczy kończył się, ale natura płatała figle i zafundowała nam wciąż jeszcze przymrozki. Marzłam wtedy bez przerwy. 

Nigdy nie myślałam o wyjeździe z Polski. Nigdy nie myślałam o wyjeździe na zawsze do ciepłego kraju. A jednak – zupełnym przypadkiem los rzucił nas do Houston. Jest ciepło przez cały rok. Jest upalnie w lecie. Wilgotno, duszno, czasami nie do wytrzymania. Dziesiątki moich znajomych, przyjaciół, nawet rodzina narzekają. Na upały, na nadmiar słońca, na brak wieczornego chłodu.

Wszystko to prawda. Zresztą – kto nie narzeka na pogodę niech podniesie rękę! 

Ludzie zawsze narzekają na pogodę. To przecież taki dyżurny temat. Bo pogoda jest!  I nie ma na nią mocnych, będzie taka jaką chce być. Można więc na nią narzekać marudzić, ale to i tak niczego nie zmieni. 

Ja na pogodę w Texasie nie narzekam. Choć oczywiście też upały czasami mi przeszkadzają, zwłaszcza teraz, kiedy jestem coraz starsza. Ale – wolę zdecydowanie pięć nieznośnych upalnych wilgotnych miesięcy a potem kilka pozostałych miesięcy, kiedy może i jest jesień i zima ale wiem, że nie będę marzła!  Wiem, że słońce będzie mnie budzić niemal każdego ranka, że wciąż w ogródku będzie zielono, że niektóre kwiaty będą kwitły cały rok. Nie będę stała, jak kiedyś w dzieciństwie, przy kaflowym piecu przylepiając się do jego ścian, by ogrzać się i nie drżeć z zimna od stóp do głowy. 

Jest listopad. Pamiętam polskie listopady. Najbardziej pamiętam mgły. Poranne i wieczorne. Wychodziłam rano do pracy, ledwie budził się dzień, nawet w pogodny dzień, kiedy leniwe promienie słońca przebijały się przez  mgłę, długo były niewidoczne, bo jesienna mgła blokowała je skutecznie. A już wczesnym popołudniem znów ta sama mgła pojawiała się, by zachód słońca całkowicie rozmył się w zamglonej scenerii. Obraz nigdy nie był czysty i wyrazisty. Nie mówiąc już o dniach deszczowych pochmurnych, drżystych, których nigdy nie brakowało w listopadowych tygodniach. Mimo zmieniających się kolorów w przyrodzie, kolorowych liści, czerwieni, żółci i brązów różnych odcieni listopad otulał mnie smutkiem i melancholią. I chyba bardziej smutkiem, bo melancholia to w gruncie rzeczy dobre uczucie.

W listopadzie zdarzyło się w moim życiu dużo drobnych wydarzeń, które zapamiętałam  jako tragedie czasów dziecięcych. 

Kiedyś tata pojechał odwieźć znajomych na wesele. Była to pięcioosobowa rodzina.  Rodzice i troje dzieci, najmłodsza dziewczynka miała chyba 4-5 lat. To musiały być dawne czasy, byłam chyba na początku mojej podstawówki a raczej tuż przed. Mieliśmy taki samochód produkcji NRD, nazywał się P-70.

P-70 ,szał NRD-kiej motoryzacji lat 50-tych

Podobno miał karoserię w całości z plastiku a może z tektury. Pamiętam tylko,  że miał bardzo ładny czerwony kolor, był zupełnie nowy (to było pierwsze nowe auto, jakie tata kupił!) i na lusterku powiesiliśmy z tatą bardzo malutkiego ciemno-żółtego misia. Była to wyjątkowo malutka miniaturka i wszystkim się bardzo podobała. Nie pamiętam gdzie go kupiliśmy i skąd go mieliśmy ale wiem, że był wyjątkowy. Nigdy wcześniej ani potem nie przywiązywałam takiej wagi do maskotki w aucie, jak wtedy do tego misia.  Tata miał z tą rodziną wrócić następnego dnia po weselu, ale podobno, nie wiem z jakiego powodu, oni uparli się, żeby wracać jeszcze tej samej nocy. Tata był tylko kierowcą, nie należał do zaproszonych gości. Zgodził się choć niechętnie. Tej nocy była gęsta mgła listopadowa. Widoczność na odległość kilku metrów była niemal zerowa. Jechali bardzo powoli. Na przodzie siedział ojciec rodziny, a na tylnym siedzeniu matka i trójka dzieci. Wtedy jeszcze nikt nie sprawdzał czy w aucie jest 4 czy 5 czy 6 osób. I nikt nie wiedział o istnieniu pasów bezpieczeństwa. Auto było bardzo małe, ale przecież nikt nie miał wyobrażenia o tym, że mogą być auta „duże i wygodne”. Cała rodzina była szczęśliwa, że znalazł się ktoś, kto zgodził się ich zawieźć na wesele i przywieźć z powrotem. W drodze powrotnej późno w nocy wszyscy spali, mój ojciec jechał ostrożnie i powoli. Zresztą jak mógłby jechać  inaczej takim autem jak P-70, w końcowych latach 60-tych?  Na poboczu drogi, wąskiej słabo oświetlonej i stał nieoznakowany światłami bezpieczeństwa duży samochód ciężarowy Star. Tata zauważył ciemna plamę tuż przed sobą zbyt późno, by zdążyć wykonać manewr ominięcia go.. Plastikowe a może tekturowe P-70 uderzyło bokiem w stojącego ciężarowego Stara miażdżąc swoją prawą stronę jak papierowe pudełeczko. Wypadek wydarzył się koło Bochni, dojazd karetki utrudniała wciąż gęsta mgła…

Dopiero następnego dnia gdzieś koło południa mama zabrała mnie autobusem do szpitala i tam zobaczyłam tatę z ręką i nogą w gipsie. Był poobijany ale rozmawiał z nami. Tak naprawdę to niewiele z tego pamiętam i nawet nie jestem dziś pewna czy obrazy o których mówię dziś są prawdziwe. Może tylko fakt, że po raz pierwszy zobaczyłam szpital…Choć nie była to moja pierwsza wizyta szpitalna. Ale tych wcześniejszych nie pamiętam.  Pamiętam natomiast, że tata bardzo martwił się i wypytywał o pasażerów, których wiózł.  Nie rozumiałam wtedy dlaczego i co naprawdę się stało. Dotarło do mnie tylko, że chłopiec który z nimi jechał był w bardzo ciężkim stanie, bo wszyscy o nim mówili. I mama płakała. Ale po wielu miesiącach wyszedł z tego i wszystko dobrze się skończyło. To był ciężki wypadek. Mój tata najmniej ucierpiał, bo jako kierowca akurat siedział po stronie przeciwnej niż stała ciężarówka. Jego pasażerowie byli w znacznie gorszej kondycji. Tylko mała dziewczynka wtulona pomiędzy swoja mamę a siostrę wyszła z tego wypadku bez szwanku. O tym wszystkim dowiedziałam się znacznie później, kiedy byłam dużo starsza i potrafiłam o tym rozmawiać. Z tamtych dni pamiętam tylko ogromny niezrozumiały strach, brzydki zapach szpitala i Mamę, która cały czas popłakiwała ukrywając to przede mną. Jeździła do szpitala codziennie, czasem ze mną. Nie wiem jak to długo trwało, ale dramat tego wydarzenia przez lata ciągnął się złą pamięcią w naszym domu.

Po latach dowiedziałam się także, że winę za ten wypadek poniósł kierowca ciężarówki. Nie miał włączonych świateł, nie miał trójkąta czerwonego i nie zjechał na pobocze. Po prostu- też był zmęczony długą jazdą w ciężkich listopadowych warunkach, zatrzymał się i przysnął. Ale tata już nigdy więcej nie zgodził się udzielić nikomu takiej przysługi a przecież niewiele ludzi w tamtych czasach posiadało auta. A kolejny samochód miał niedługo po tym zdarzeniu.  

Jednak moją dziecięcą wyobraźnią najbardziej wstrząsnął obraz miejsca rozwalonych samochodów, które odnalazłyśmy z mamą, żeby zidentyfikować nasze auto. Mama musiała załatwić jakieś formalności, a ja wspinałam się na te resztki plastiku i tektury i szukałam małego żółtego misia.. Wciąż widzę go przed oczami z jego malutkim czarnym pyszczkiem i czarnymi oczkami-kropeczkami. Ale nigdy go nie znalazłyśmy. Dwa razy wracałyśmy na to złomowisko, niestety nie udało nam się go odzyskać. Nie wiem nawet dlaczego tak mi na nim zależało, auto było stosunkowo nowe i właściwie nie miałam czasu przywiązać się do tego misia. A jednak – zapamiętałam go aż po dzień dzisiejszy. Widać, był listopadowym elementem, który wkradł się głęboko do mojej dziecięcej główki.  Miś miał nie więcej jak dwa centymetry, nie był żadną “przytulanką” dziecięcą, nie miał nawet imienia,  a jednak wbił się w moją pamięć jakby to on był istotą tego listopadowego wydarzenia. 

W najpiękniejszej młodości, w listopadowe wieczory długimi godzinami spacerowaliśmy nad rzeką Rudawą albo na krakowskich Plantach i moje kolana były przemarznięte i sine podobnie jak palce w cienkich rękawiczkach. Krótkie dni, długie ponure wieczory. Często deszcz i plucha, i wiatr, i pierwszy śnieg..  Czy ktoś pamięta jak wygląda Rynek krakowski we mgle, gdy wieża Kościoła Mariackiego ledwie się wynurza z mlecznej szarości??

Kiedy mieszkaliśmy już w Sosnowcu i mieliśmy własne pierwsze auto, oczywiście Malucha (Fiata 126) często w listopadzie jeździliśmy do Krakowa na ważne dla nas wieczory z okazji urodzin naszego przyjaciela Anioła, czy jego Andrzejkowych imienin. Także w listopadzie są imieniny brata mojego męża i wtedy byliśmy młodzi, zwariowani i żadna listopadowa pogoda nie stała nam na przeszkodzie by “skoczyć” do Krakowa na towarzyską imprezkę. Bo to wtedy były imprezki, nikt nie nazywał tego „party”. 🙂 Ale też już mieliśmy dorosłe obowiązki – najpierw moje studia, potem praca w szkole, praca Wacka na Uniwersytecie. Jeśli następnego dnia wypadały nam jakieś zajęcia, to trzeba było wracać do domu późno w nocy. Często więc te zwykłe 70 kilometrów trudnej wijącej się przez jedna po drugiej wsie, pokonywaliśmy we mgle, w deszczu a nawet w deszczu ze śniegiem i na oblodzonej powierzchni. Dla mnie to był koszmar! Siedziałam na przednim siedzeniu z nosem przy szybie wypatrując każdego metra drogi, każdego zakrętu, każdego przydrożnego drzewa. Trzymałam się kurczowo siedzenia nie zdając sobie sprawy, że moje palce są niemal sine od zaciskania się. Jechaliśmy bardzo wolno, więc do domu docieraliśmy po trzech albo i więcej godzinach zamiast po półtora. To było okropne godziny mojego życia. Zawsze gdzieś w podświadomości widziałam czarne plamy przed nami i czarne wielkie przeszkody. I gdzieś głęboko błąkał się maleńki żółty miś.. A przecież – nie było mnie w tamtym wypadku. Byłam małą dziewczynką, która niewiele rozumiała, niczego tamtej nocy nie widziała. Jak silna potrafi być wyobraźnia dziecka, by stworzyć obrazy strachu, które trwają przez lata..

Moja psychika, nastrój  zawsze były uzależnione od pogody i wszechobecnego listopadowego zimna. Każdego roku próbowałam rozsądnie przemówić sobie do “własnego rozsądku” i świadomości i odciąć się od kalendarza, że to tylko kreacja w mojej głowie, że nie mogę ulegać pogodzie, bo przecież tego zmienić się nie da! 

I tak walczyłam rozsądkiem z podświadomością i czuciem i każdego kolejnego listopada przegrywałam. Wracało zimno, to w środku mnie, to drżenie, jakiś strach, jakaś niepewność i przeczekiwanie, by po prostu – listopad… minął.  Tak, ja wiem, to zupełnie irracjonalne, nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Ale przecież każdy z nas ma takie uczucia i takie “dziury w swojej duszy”, które nie mają wytłumaczenia. Tyle, że większość z nas do tych dziur i ułomności uczuć czy myśli za nic w świecie się nie przyzna. Nawet przed samym sobą. Ja właściwie też nie lubię. Ale – jest listopad. No i jakoś mnie dopadło…

Kiedy listopad zmieniał się w grudzień to mimo, że grudzień wciąż skraca każdy dzień i mrozi coraz mocniej, jednak niesie powiew świąteczny. Zapach choinki, ruch przygotowań Bożonarodzeniowych, radość, optymizm i jakoś robi się cieplej i weselej. I łatwiej  żyć. 

Tak było kiedyś.

I takie we mnie zostały wspomnienia. Nostalgiczne. Czasem smutne. Takie.. Przejściowe. Oczekujące na cieplejszy powiew energii. Tej od serca. Takiej, co przynosi nową radość mimo jesieni, przemijania, zimnego drżenia strachu o tym, co jest za mgłą i deszczem, co niebawem może się zdarzyć..

Moja codzienna poranna kawa

A teraz moje listopady są w Houston. I świeci słońce. Każdego dnia rano na moim patio, piję najlepszą kawę ze spienionym mleczkiem, lekko posypanym odrobinką cynamonu.

Jest wciąż zielono. Wdycham świeże chłodne jak na Houston, a niemal ciepłe jesienne powietrze i delektuję się faktem, że Bóg a może Dobry Los wymyślił dla mnie drugą połowę życia w ciepłym klimacie. Tu gdzie listopad jest piękny. Nie muszę marznąć i drżeć. Moja “listopadowa szufladka pamięci” nie wspomina o dramatach dzieciństwa, nie nastawia się na trudne wspomnienia. Zapomina o tym, co gnębiło mnie przez lata. Już wiem, że listopad może być jesienno-piękny. Park, nawet w Houston może przybrać kolory złociste i czerwone i może przynieść wspomnienia polskiej jesieni.  Jesieni  dobrej i ciepłej.  

Moje skromne własne kwiatki ogródkowe wciąż rosną dumnie i wyciągają swoje główki prosto do słońca. Są jak mój nastrój – odważne i pełne radości, że słońce daje im radość i chęć do życia.  Niewiarygodne, jak bardzo potrzebne jest nam słońce! I błękitne niebo. Niebo o tej porze roku, rano w Houston, ma kolor absolutnie czystego niebieskiego koloru! Prawie bez jednej chmurki. A nawet jeśli się jakaś pojawi, to jest lekka biała puszysta. Nie wiem, czy ludzie to widzą tak jak ja. Nie wiem, czy ja to widziałam jeszcze kilka lat temu.. Pewnie nie. Może trzeba przeżyć dużo lat, żeby pewnego dnia widzieć rzeczy i zjawiska tak proste, że ledwie dostrzegalne. I tak ważne, że nie sposób ich w życiu ominąć..

Cieszę się, że mam swoje listopady.
Cieszę się, że na świecie są różne listopady. Te rzeczywiste, te kalendarzowe, te pogodowe i te w naszej głowie. 
Można mówić o wszystkim i w każdy możliwy sposób. Listopadowy albo majowy. Jeśli chcemy się porozumieć zawsze znajdziemy do siebie drogę.
Albo przynajmniej możemy – po ludzku – próbować..

Staruszka jesień trwa w zadumie,
jak gęsta mgła na wrzosowiskach,
rozmyśla czule tak, jak umie
o wszystkich utraconych listkach.
O tym co było, czego nie ma,
o tym co się niebawem zdarzy.
Staruszka jesień myśli niema,
a deszcze płyną jej po twarzy
.”


BACK

2 myśli na temat “Listopadowe drżenie ciała i myśli

  1. Nie wiem, czy wpisuje sie do wlasciwego blogu, ale chcialem do tego listopadowego. Mnie się bardzo podobało, że z biegiem dni w listoadzie i grudniu wieczór nadchodził coraz wcześniej, i gdy szliśmy gdzieś z Malgosią sprawiało jej przyjemność przytulenie się do mnie, bo mnie tak zimno nie było, a jej przytulanie bardzo lubiałem. Raz wlazłem nawet na słup od lampy na rogu ulic Łobzowskiej i Garbarskiej, ale przejeżdżający milicjanici w radiowozie pryzkazali mi zejść, lecz nie ukarali, bo zrozumieli. Te piękne długie wieczory w listopadzie i grudniu, ile było w nich emocji i radości.

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do wacek Anuluj pisanie odpowiedzi