09/30/2021
“Mimozami jesień się zaczyna..” – tak zaczyna się wiersz Juliana Tuwima pt. “Wspomnienie” z 1921 r. Stał się niesłychanie popularny nie tylko dzięki tekstowi, ale także jako piękna i wzruszająca piosenka Czesława Niemena. Pierwsze jej wykonanie odbyło się w 1967 roku i do dziś ten dawny przebój wzrusza niejednego słuchacza. Jakież było moje zdziwienie kiedy pewnego razu natknęłam się na informację, że te jesienne żółte kwiaty uważane przez nas za mimozę wcale mimozą nie są! Naprawdę nazywa się “nawłoć kanadyjska” i przywieziona została kiedyś z Ameryki. Teraz można ją spotkać rozsianą przypadkiem na ziemi zagospodarowanej tzw. nieużytkach.

Prawdziwa mimoza ma kwiatki delikatne różowe, lekko fioletowe, a jej liście zwijają się natychmiast po ich dotknięciu. Występuje głównie w szklarniach albo w doniczkach w warunkach domowych, bo jest zbyt delikatna jak na polski klimat. I jest zupełnie inna niż ta z wiersza Tuwima..
W pierwszym momencie, było to dla mnie duże rozczarowanie, ale tak naprawdę w mojej wyobraźni niewiele się zmieniło. Melancholia jesienna wciąż mimozami się zaczyna. 🙂
Nasze tegoroczne wakacje w Polsce, które skończyły się kilka tygodni temu, tchnęły jesienną aurą. Polską jesienią. Taką, jaką pamiętam z dawnych lat.
Kiedy poszliśmy na Cmentarz Rakowicki jak zawsze odwiedzić groby naszych rodziców, nagle znów wyobraźnia przywołała obrazek z dzieciństwa. Dywan jesiennych złotych i brązowych liści szeleszczących pod nogami i kasztany pomiędzy nimi. Lśniące, gładziutkie i tak samo śliczne jak w moim dzieciństwie. Gdy byłam małą dziewczynką właśnie o tej porze roku chodziłam z Mamą na cmentarz i zbierałyśmy razem kasztany. I jeszcze żołędzie. I najładniejsze kolorowe liście. Potem w domu robiłam różne ludziki, dodawałam zapałki, ustawiałam je w wymyślnych pozach, robiłam zwierzątka. Dla zwierzątek żołędzie były lepsze na główki niż kasztany. Potem długo trzymałam ten mój dziecięcy projekt na podstawce, ustawiony za pomocą plasteliny, aż wreszcie kasztany stawały się szare, pomarszczone i matowe. Mama dyskretnie wyrzucała kasztanowe zwierzątka do śmieci, a ja czekałam kolejny rok, na kolejną jesień.
Pośród liści, których nikt w alejkach cmentarza nie sprząta, nie usuwa, a które stanowią naturalny jesienny rudo-złocisty dywan dopóki deszcz i pierwsze przymrozki go nie zniszczy, w tym roku też znalazłam kasztany. Spadły jak zawsze ze starych wielkich kasztanowców. Piękne świeże, mocno brązowe z jaśniejszą łatką. Zebrałam kilka w dłoń. Lśniły swoją wyjątkową pięknością. Zabrałam je i mając nadzieję, że dowiozę je do Houston dla moich wnuków. Niestety, po kilku dniach, w ciemności mojej torebki straciły swój powab, swoją naturalna piękność i też stały się matowe, trochę pomarszczone. Smutne pewnie, że jak kiedyś, nie mogły stać się kasztanowymi ludzikami, zwierzętami. Nie mogły ożyć choćby na parę jesiennych dni… Duże dziewczynki już nie mają takiej mocy jak kiedyś. Za to mają potrzebę trzymania kasztana w swojej dłoni. Także tu w Houston, także dzisiaj…
Zauważyłam, że teraz tuż przy wejściu na cmentarz, na stoiskach, gdzie zawsze można kupić kwiaty i znicze na groby swoich bliskich, o tej porze roku sprzedają bardzo dużo wrzosów. Wrzosy w doniczkach: fioletowe i ciemno-różowe, trochę bordowe. Jest ich dużo na pomnikach cmentarnych. To także jesienny element. Kiedyś wrzosów nie było. Były chryzantemy. Te także są. Żółte, złociste, białe. Choć więcej ich będzie bliżej listopadowego święta Zmarłych. Ta polska tradycja jest tak piękna i tak jesienna, że nie mogłaby pojawić się żadną inną porą roku.
Na Rynku Krakowskim, choć róże w każdym kolorze są przez cały rok, to jednak we wrześniu jesienne kwiaty zdominowały stoiska pod parasolami: różne odmiany astrów, dalii, chryzantem, śliczne aksamitki, wrzosy i przeróżne suszone kwiatki ułożone w bukieciki lub wianuszki.
Wszystko tak bardzo kolorowe i radośnie jesienne. Bo jesień wrześniowa jest wciąż ciepła, kolorowa i nastrajająca nostalgią, rozmarzeniem, wspomnieniem. Jak w wierszu Tuwima..
Jesień w Houston przychodzi pewnego poranka, gdy otwieramy drzwi na patio, do ogródka i czujemy, że powiało jeszcze nie chłodne, ale już świeże powietrze. Zniknęła nagle wilgotność, która przez całe długie lato potrafi męczyć nas utrudniając oddech. To pierwszy symptom cichutko zbliżającej się jesieni do upalnego Houston. Jeszcze ciepły dzień, ale już ranek i wieczór przynoszący ulgę i lekki chłodek. I pierwsze spadające liście, choć tu w Houston wiele drzew i krzewów nie traci liści na zimę. W moim ogródku bardzo niecierpliwe są liście figi.
Spadają z drzewa już w sierpniu! Dziwne to zjawisko, ale figa już we wrześniu traci swoje wielkie liście i wygląda bardzo łyso! Wciąż są na niej figi choć i one opadają albo zjadają je wiecznie głodne wiewiórki. Powoli widać zmiany w ogrodowych roślinach. Mimo, że część z nich poradzi sobie z niższą temperaturą i jeśli nie dopadną ich przymrozki (a bywa, że zima często tu jest łaskawa..) to rozkwitną na nowo wraz z nową wiosną.
Jesienią dzień robi się coraz krótszy, złote kolory zamieniają się w szare, słońca coraz mniej, a na niebie pojawiają się chmury ołowiane i deszcz, który bywa czasem zimny, dokuczliwy. Wtedy nastrój człowieka też staje się smutniejszy. Choć – ktoś kiedyś powiedział, że w jesieni powinny opadać liście a nie nastrój..
Ale tak już jest w życiu, że jesień kojarzy się z przemijaniem, z etapem życia już zakończonym, albo kończącym się. Jest wciąż piękna, ale już nostalgiczna, wspomnieniowa, mijająca. Nieprzypadkowo tak często domy dla starszych ludzi nazywane są jesiennie jak “Jesienna Przystań”, “ Dom Pogodnej Jesieni” czy “Jesienna Róża”.
..”A w nas jeszcze tyle wciąż radości jest
Tyle słońca z lata jeszcze w nas
I jesienny smutek nam nie grozi, wiem
Dobry los wciąż sprzyja nam..” (fragm.”Miły, już jesień” – Eleni)
O, proszę nie myśleć, że moje rozmyślania jesienne idą gdzieś w depresyjną stronę! Nie, nie! Jak każda starsza osoba mająca za sobą już spory kawałek życia lubię przystanąć i popatrzeć wstecz. To nic złego! A jesień ku temu skłania. Ale moja jesień nie niszczy moich marzeń. Zamyka je tylko w szufladkach dobrej pamięci. Wiem, że wiele marzeń pozostanie tylko marzeniami. Może właśnie dlatego są piękne? Moja jesień jest ciepła i przychylna.
Odpycham z pamięci tę słotną, zimną, ponurą jesień, taką która przynosi zimno nie tylko to zewnętrzne, ale to w nas, w środku. Bo wtedy pojawia się naprawdę smutek i nachodzą nas ciężkie myśli i przygnębiające rozmyślania. Każdy ma takie dni. Takie myśli i czucia dopadają każdego. Nie chcę ich. Bronię się jak umiem, ale nie umiem do końca skutecznie. Mam więc swoje własne “pretensje” do świata, że tak zamyka się na ludzi, że pozwala ludziom zaakceptować samotność, zmieniać w normalność to co jeszcze niedawno było nienormalnością jak na przykład praca z domu w piżamie, nieogolonym, nieumytym. Brak wspólnych spacerów, szalonych randek, chodzenia do kina.. Bo dziś można w domu, bo wystarczy rozmawiać przez telefon, bo – o zgrozo! – można wymieniać się skróconym systemem sygnałów sms-owych wieści i to ludziom wystarcza.. Ja ciągle buntuję się. Świat bez kontaktów międzyludzkich, ciepłych i prawdziwych dla mnie jest światem robotów i sztucznych istot bez serc i duszy…
Sklepy przestały się starać, żeby wystawy były ładne zadbane, bo ludzie kupują (albo nie) przez komputer, a tam przecież żadna wystawa nie jest potrzebna.
Nikt nie potrzebuje wkładać wysiłku w estetykę wnętrz w miejscach pracy, bo połowa ludzi do pracy nie przychodzi. Każde publiczne miejsce wygląda gorzej niż dwa lata temu, jakby zaniedbane, trochę.. byle jakie. Tylko niektóre restauracje, zwłaszcza te nowe, starają się i chociaż to cieszy.
Taniej? Łatwiej? Wydajniej?? Na pewno nie.. Dla mnie nie.
Dlaczego brakuje dziś ludzi do pracy? Dlaczego moja córka mimo starań, ogłoszeń nie może znaleźć chętnych do pracy w swoich dentystycznych ładnych gabinetach? Przecież jeszcze dwa lata temu chętnych mieliśmy nadmiar.
Moje jesienne myśli krążą wokół zwykłych codziennych spraw. Mój świat, który miał być spokojnym emerytalnym czasem, jakoś wykrzywił się i nie podobny jest do tego z moich marzeń i wyobrażeń.. MÓJ świat staje się niezrozumiały, odizolowany od rzeczywistości. Albo rzeczywistość ucieka zbyt szybko ode mnie… a nie mogę jej zrozumieć, bo jest taka nagle inna. Taka już N I E moja.
Wracam wciąż do naszego pobytu w Polsce. Spotkałam tych samych ludzi, zawsze dla mnie ważnych, ale jakby mniej tych spotkań. Z jednej strony rozumiem to w pełni, sama czuję się bardziej zmęczona, w końcu wszystkim nam przybywa każdy jeden dzień w ten sam sposób. Ale czuję, że to nie tylko wiek, czas. To także znużenie, niechęć do spotkań, zmęczenie tym, co od dwóch lat nas wszystkich gnębi i otacza. Nie spotkałam moich dawnych koleżanek z harcerstwa, nie spotkałam się z kolegami z dawnej klasy z Sobieskiego…
Powodów jest wiele, z obu stron. Rozumiem. Ale smutno mi. Jesiennie smutno..
Z wielu rozmów, serdecznych i entuzjastycznych wynika, że mamy bardzo różne spojrzenia na pandemię, na podróże, na nasze potrzeby, które kiedyś wydawały mi się podobne, a teraz jakby rozpierzchły się w inne strony.
Podobnie z poglądami politycznymi na to co dzieje się w świecie, tak ogólnie, nie wchodząc w szczegóły danego kraju. Doświadczyłam przykrego momentu, kiedy przy wyjściu z terenu Unii, urzędnik w Amsterdamie sprawdzający nasz paszport amerykański zapytał nas czy posiadamy także polski paszport. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że tak. Podaliśmy go, a on przyjrzał się naszym twarzom (kazał zsunąć maski), przesunął paszportem w komputerze i odezwał się głosem brzmiącym bardzo nieprzyjemnie: “Nigdy więcej TUTAJ nie pokazujcie mi paszportu amerykańskiego!” Tutaj – tzn. w Unii. Nigdy też przez ponad 20 lat jak latałam do Polski czy do Europy niemal każdego roku, już z amerykańskim paszportem, nie usłyszałam od żadnego urzędnika takiej wypowiedzi, w tak nieprzyjemnej w tonacji, nie widziałam tak zimnego wręcz nienawistnego wzroku. W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam, że może mi się zdawało, iż ta wypowiedź była tak zdecydowanie negatywna, ale mój mąż potwierdził jej brzmienie i znaczenie. Byłam zszokowana. Tak bardzo, że właściwie nie mogłam dojść do siebie przez najbliższe kilka dni. To że urzędnik zapytał nas o polski paszport mnie nie zdziwiło, ale to, że skomentował to w tak arogancki sposób było dla mnie wielkim szokiem. To była wypowiedź urzędnika publicznego UNII, wyraźnie polityczna, antyamerykańska. Skąd się wzięła taka reakcja? Dlaczego? Jeszcze kilka lat kraje Europy Zachodniej zawsze zachowywały się przychylnie wobec Amerykanów, nigdy nie spotkałam się z żadną publiczną negatywną reakcją.
Oczywiście, zdaje sobie sprawę, że osobiste sympatie czy antypatie ludzkie mogą być różne. Jedni nie lubią Rosjan, inni nie lubią Niemców, jeszcze inni Chińczyków czy Wietnamczyków. Ale to nie ma nic do rzeczy z oficjalną wypowiedzią urzędnika na granicy państwa. Świadkami tej sytuacji była pewna para Amerykanów, która siedziała obok nas. Już po minięciu punktu kontroli miły pan obrócił się do nas i wyraźnie zatroskany poradził nam: “niech pan im w Unii pokazuje ten polski paszport a nie amerykański..” Co w domyśle znaczyło : “uniknie pan niepotrzebnych kłopotów i przykrej sytuacji”. Był mu wyraźnie zawstydzony, podobnie jak my. Nie wstydzę się polskiego obywatelstwa ani tego, że mam obywatelstwo amerykańskie, ale obojętnie w które z nich rzucone takie zdanie przez obcego urzędnika innego państwa i to z taką pogardą, zabolało bardzo mocno!
To także coś czego jeszcze dwa lata temu nie spotkalibyśmy na swej wakacyjnej drodze… A teraz ten smutny incydent dołączył do moich jesiennych przemyśleń.
Mój brat przysłał mi dziś jesienne kwiaty ze swojego polskiego ogródka. I grzyby. Zapomniałam już, że kiedyś jesienią zbieraliśmy grzyby. Te najbardziej jesienne to były maślaki i kurki. Oczywiście także prawdziwki fachowo nazywane borowikami. Pamiętam, jak smażyliśmy na patelni na masełku kurki niemal prosto z koszyka, natychmiast gdy wróciliśmy z lasu. Jeszcze lepiej smakowały położone na rozgrzaną blachę wiejskiego pieca “duśki” czyli “gołąbki”. Do dziś nie wiem jak fachowo te grzyby się nazywają! Nasza pani gospodyni, do której jeździliśmy na wakacje w czasach dzieciństwa, tak je nazywała i my taką nazwę przyjęliśmy za nią. Te smaki zapamiętałam na zawsze. Nic już tego smaku i zapachu dziś nie zastąpi, choć grzybki zaserwowane przez Anię Aniołową na pożegnalną kolację w tym roku też bardzo smakowały. 🙂
Grzyby można kupić w każdym sklepie spożywczym, można przyrządzić na setki sposobów, ale żadne z nich nie powtórzą tego jedynego zapachu i smaku świeżości grzyba i lasu. I niech tak zostanie..
Lubię jesień. Tę polską i tę tutejszą houstońską. Tę dawną i tę powtarzającą się każdego roku. Trochę zamglony poranek. Leniwie budzące się słońce. Dzień krótszy. Każda jesień ma w sobie coś z wiosny i coś z lata. Coś najlepszego, co pozostaje z minionego czasu. Trochę słońca i zieleni, trochę pełnej dojrzałości, trochę mroku dawnych leśnych ścieżek.. I tyle kolorów!! Nie sposób i policzyć. Podobnie jak wspomnień. Życie. To spokojna, pogodna i ciepła pora. Pora siwych włosów (no, chyba, że nie chcesz siwych..) i mądrości doświadczeń.
“JESTEM JAK JESIEŃ
złota, szczera, ciepła…
KOCHAM JESIEŃ! Kiedyś przysypie mnie liśćmi
JESTEM JESIENIĄ… Widzę, że przemijam..” (fragm. „Jesień” Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)
Nie moje to słowa. Ale piękne. Wtapiam się w nie całą sobą.
BACK





Esej o jesieni jest tak piękny,, że niekomlementarny!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Ludziki z żołędzi i kasztanów cieszą do dzisiaj i pomysłów nie brakuje, jak ten: https://joemonster.org/mg/show/164222
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Bardzo pięknie i lirycznie. W ogóle – ślicznie. Nie jester pewien, ale chyba trzeba podawać w jakimś o przypisie autorów cutie any help wierszy. No i ostatni paragraf wymaga biernika, czyli …”tę polską i tę tutejszą houstońską…” Ale gorące całuski za te zwierzenia.
PolubieniePolubienie
No tak..zafascynowałam się słowami jesiennymi, że zapomniałam o prostych zasadach podania ich autorów:) Zaraz uzupełnię!
Dzięki za czuwanie nad porządkiem w moich postach:)
PolubieniePolubienie