Kraków – moje serce wraca z radością i wzruszeniem

Europa 2021 – część III

09/20/2021

Kolejny słoneczny poranek wakacyjny. Samolot wylądował na smutnym lotnisku w Katowicach/Pyrzowicach. Długo czekaliśmy na bagaże, jeszcze dłużej wyczekała się na nas moja kochana przyjaciółka Łucja, aż wreszcie wpadniemy sobie wzajemnie w ramiona, by udać się do Sosnowca. Mieliśmy zaplanowany dla siebie jeden wspólny dzień. Krótko, ale wiedzieliśmy, że rozmów, wrażeń i wspomnień będzie aż w nadmiarze.

Po drodze do domu Łucji przejechaliśmy przez ulicę, przy której wciąż stoi nasz blok. Tam, na szóstym piętrze mieszkaliśmy kilka ostatnich lat przed wyjazdem do Stanów. Drzewa rosnące przy ulicy są już tak wysokie, że prawie tego budynku nie widać. Ledwo  widoczne jest ostatnie dziesiąte piętro. Kiedyś, z balkonu widoczna była cała szeroka dwupasmowa ulica, pośrodku przejeżdżał tramwaj tak głośny, że gdy w letnie dni drzwi na  balkon były otwarte, w domu nie dało się normalnie rozmawiać. Za to przy dobrej pogodzie, widać było zarysy dalekiej, wtedy nowej, dzielnicy Zagórze. 

U Łucji w domu był ruch rodzinny wielopokoleniowy, poznaliśmy Synową z jej najmłodszą córeczką i wpadła córka Asia, którą znam od urodzenia, a która od niedawna jest dumną Mamą. Pojawiła się z mężem i malutką Ninką i jeszcze jedną małą dziewczynką, która jest córką Asi męża. A gdy już gwary, płacze, śmiechy ucichły, dzieciaki pojechały z rodzicami do domów, my zostaliśmy sami, dołączyli do nas nasi dawni sąsiedzi i przyjaciele, Lucyna i Wojtek. 

Łączy nas wiele wspomnień, kiedyś mieszkaliśmy w tym samym, wyżej wspomnianym bloku, w którym oni zresztą mieszkają do dzisiaj – na tym samym piętrze, tyle że w dwóch sąsiadujących klatkach. Mieliśmy połączenie między klatkami na ostatnim piętrze (nasze mieszkania znajdowały się na szóstym) i często odwiedzaliśmy się nawet późną nocą niemal w piżamach. Gdy Wojtek wyjechał na stypendium do Stanów, jego żona akurat była w ciąży z drugim dzieckiem.  Obiecaliśmy mu, że będziemy czuwać nad Lucyną i solennie się nią opiekować. Z obliczeń wynikało, że ojciec przyszłego dziecka wróci na poród, ale niestety, w tamtych czasach niezbyt precyzyjne były obliczenia i wyszło na to, że to mój mąż w środku nocy zawiózł Lucynę na porodówkę, zdenerwowaną bólami porodowymi podtrzymywał na duchu, pożegnał w imieniu męża albo raczej udając faktycznego męża, po kilku dniach odebrał ją z nowo narodzonym maluszkiem ze szpitala i.. siłą tych wszystkich faktów  został potem ojcem chrzestnym Maciusia. Jak dowiedzieliśmy się od rodziców, mały Maciuś ma dziś 37 lat i jest całkiem przystojnym i niezależnym facetem. Ogromnie nas to zdziwiło, że tak już “wydoroślał”. 🙂 

Ich starszy syn Tomek przez siedem lat chodził w podstawówce z naszą córką do tej samej klasy, co z kolei zadziwiło Wojtka, gdy zapytał mnie ile lat ma Kasia, a ja ze śmiechem odpowiedziałam, że tyle samo ile ma ich syn, bo przecież siedzieli z Tomkiem w jednej ławce szkolnej..

Łucja, jak prawdziwa Matka-Polka pichciła, gotowała prawdziwe polskie potrawy, bardzo zdrowe i pyszne: zupę z soczewicy, ser zapiekany, sałatkę, kluski śląskie, sos pieczarkowy, mięsko, deser.. Uff! Długo by jeszcze wymieniać!

Wieczorem – jakby było mało – przerzuciła się na włoskie specjały. Serwowała nam i sąsiadom kolejną sałatkę i wspaniały włoski makaron z fantastycznym sosem, szynką i już nawet nie umiem powiedzieć co tam jeszcze było ukryte, ale tak dobre, że oczywiście zjedliśmy kolejny już tego dnia “obiadowy” posiłek. Całe szczęście, że zawsze było obok dobre wino i wspaniałe towarzystwo! Wtedy wyrzuty sumienia z powodu obżarstwa są nieco złagodzone. 🙂

Następnego dnia znów obudziło nas piękne słoneczko, choć aplikacje pogodowe złośliwie zapowiadały 80 procent deszczu. Nie będę nawet wyliczać, co czekało nas na stole na śniadanko, dość, iż powiem, że w moim długim życiu nigdy jeszcze nie jadłam o 8 rano śledzików i nie piłam kieliszka wódki do tego! Łucja przeskoczyła najwyższy stopień w inwencji układania polskiego menu śniadaniowego, żeby nam dogodzić ( bo śledzik to była tylko mała jego cząstka)!  Natychmiastowa przymusowa dieta po powrocie do Houston będzie bardzo ciężkim procesem. 🙂

Wita nas Krakow!

Do Krakowa dotarliśmy w godzinach południowych i po zainstalowaniu się w ładnym mieszkaniu naszych houstońskich przyjaciół, którzy byli tak mili i “pożyczyli” nam swoje “krakowskie włości” na ten tydzień, oczywiście pierwsze nasze kroki skierowaliśmy na Krakowski Rynek.  Późne popołudnie, zbliżający się powoli wieczór. Atmosfera Rynku – jakby nic się nie zmieniło.. Wokół kawiarnie, restauracje, stoliki pod parasolami. Okrągłe, kwadratowe. Kwiaty. Hejnał z wieży Kościoła Mariackiego. Pełno ludzi, choć przecież już sezon turystyczny nieco zelżał. Słychać tętent kopyt końskich i kół białych dorożek  wiozących turystów wokół miasta. Malowniczy obrazek. 

Pierwsze spotkanie z Krakowem

Fasady wąskich kamieniczek, Sukiennice, Ratusz, Kościół Mariacki – wszystko na swoim starym miejscu. To jest ten właściwy moment… Gdy stanę na Rynku i widzę wokół siebie od dzieciństwa zapamiętane budowle, te same kwiaciarki, pomnik Mickiewicza, kamieniczki niby bardziej kolorowe dzięki kawiarenkom, tłumy turystów i kolorowe parasole, to dopiero oddycham i wiem, że to MÓJ Kraków! To Kraków, który pamiętam. Po trzydziestu latach od opuszczenia Krakowa, choć rozumiem, że miasto rozwinęło się daleko w każdą stronę świata, wciąż w mojej głowie prawdziwy Kraków to ten mały skrawek wokół Rynku i blisko mojej ulicy Łobzowskiej. To mój pierwszy dawny dom dzieciństwa, to zamknięty na zawsze krąg wspomnień nieporównywalny do żadnego okresu życia. 

Bracia – Janusz i Wacek i żony – do ozdoby i dobrego towarzystwa! Było super!

Tego wieczoru spędziliśmy fantastyczny wieczór z bratem mojego męża i jego żoną.  Od lat spotykamy się w tej samej restauracji, może tylko teraz te nasze spotkania są coraz dłuższe, coraz cieplejsze, coraz więcej wina wypijamy razem, coraz więcej śmiejemy się wspólnie. Gdyby nie fakt, że obsługa musiała posprzątać i zamknąć restaurację siedzielibyśmy tam dużo dużo dłużej.

Każdy następny dzień obfitował w nowe spotkania, każde było ważne i każde było inne.

„Zielonym do góry” – czyli nasze spotkanie z Niną

Spotkanie z moją przyjaciółką Niną ze szkolnej ławy, z naszych harcerskich czasów, odbyło się w restauracji o śmiesznej nazwie “Zielonym do góry”. W dodatku w części miasta, o której nawet nie wiedziałam, że jest wydzieloną samodzielną dzielnicą o nazwie Zabłocie. Dziś tyle różnych takich kultowych ciekawych miejsc wyrosło w Krakowie, jak grzyby po deszczu. Tubylcy to wiedzą, ja ze zdziwieniem podziwiam i odkrywam nowości tego starego miasta. Spotkanie wzruszające, pełno nowych i starych wspólnych tematów. Jak zwykle – skarbnica niewygasających wspomnień, dawnych wspólnych znajomych, których trzeba “obgadać”, zapytać co u nich słychać.  Przez 55 lat, niezależnie od dłuższych czy krótszych przerw w kontaktach, od listów, e-maili, WhatsApp-ów wciąż mamy wspólne tematy. Niewyczerpane – przeszłe i przyszłe. Nina jest jedyną moją przyjaciółką ze szkolnej ławy, która odwiedziła nas kilka razy w Ameryce, z którą mam niemal regularny kontakt przez lata, choc był i taki czas, że urwał się on na kilka lat. Odnalazłyśmy się na dobre tuż przed spotkaniem klasowym z okazji 30-lecia naszej matury. Od tego czasu już się nie gubimy i mam nadzieję, że tak będzie zawsze! 

Mafia Muchy – Anioły znów w akcji !

A potem znów pojawiły się koło nas nasze odwieczne “ANIOŁY”. Anioły krakowskie – Anioły z dzieciństwa, z młodości, Anioły z lat harcerskich i z wakacyjno-wyjazdowych, rodzinnych i tych na odległość, gdy już wyjechaliśmy z kraju.. Anioły, które zawsze są. Czasami bardzo blisko a czasem daleko, ale zawsze w każdym możliwym wspólnym miejscu, gdzie nas los razem “przyłapie”. Dziś już chyba zabrakłoby papieru, by wyliczyć gdzie byliśmy razem, co robiliśmy przez te wszystkie lata skrzyżowanych dróg, czasem tylko na krótką chwilę a bywało na długie wakacje, przegadane noce.  Po dwóch “pandemicznych” latach widzenia się tylko na Skypie, zaczęliśmy od lunchu z “mafią – Don Corleone”, dobre włoskie jedzenie, piwko i inne trunki, wymyślny niespodziankowy kubek urodzinowy dla mojego męża, książka – kryminał, ale oczywiście z akcją w Krakowie! I spacer po mojej ukochanej ulicy Floriańskiej. 

Środa była dniem spotkań z moim bratem i bratankami. Śniadanie (kawę i pyszną kanapkę) zjedliśmy z towarzystwie najmłodszego syna mojego brata, Piotra którego uwielbiam nazywać Piotrusiem choć dziś jest dorosłym żonatym mężczyzną. Mam nadzieję, że nie ma mi tego za złe, jest najmłodszy z trzech braci, urodził się tuż przed naszym wyjazdem do USA i właśnie wtedy został Piotrusiem i tak dla mnie jest do dzisiaj. Pewnie przez grzeczność dla starej ciotki, nie protestuje. 🙂 Piotruś jako jedyny z całej rodziny mojego brata mieszka w Krakowie, tu skończył studia i tu znalazł sobie żonę, śliczną drobniutką Kasię, z którą ożenił się 5 lat temu. Ktoś przedstawił ją wtedy jako „Calineczkę” i myślę, że świetnie pasuje do niej to określenie! Oboje są bardzo zapracowani. Piotruś jest inżynierem – górnikiem (tak, wciąż jeszcze są górnicy w Polsce!) a ona inżynierem chemikiem, pracują na zmiany, więc często także w nocy. Tym razem Piotruś jechał do pracy na popołudniową zmianę, więc zdążyliśmy się spotkać tylko na poranną kawę. Jestem mu za to bardzo wdzięczna, że zawsze potrafi wygospodarować trochę czasu na spotkanie z nami. To są miłe chwile, zawsze opowie coś o sobie, o braciach, o rodzinie z Sanoka. On też dogląda grobów rodzinnych w Krakowie, których mamy wiele, a na które niestety, niewiele osób ma czas i możliwość pójść, posprzątać, zapalić świeczkę, tak po ludzku – pamiętać. Piotruś często robi to za nas wszystkich…

Dzień spędzony z rodziną z Sanoka- z bratem Jankiem i dwoma bratankami – Pawłem i Piotrusiem

W południe z Sanoka przyjechał Paweł, najstarszy mój bratanek i zarazem mój chrześniak razem z moim bratem Jankiem. Wiem, że Sanok to nie koniec świata, ale jednak jest to wyprawa na cały dzień i wcale nie taka wygodna, bo polskie drogi, ruch na nich nie należą do super szybkich – autostradowych. Tym bardziej doceniam zawsze fakt, że mój brat i ktoś jeszcze z rodziny mobilizuje się i możemy spotkać się choćby na kilka godzin w Krakowie. Zrobiliśmy zakupy zakąskowe i przygotowaliśmy trochę szybkiego jedzonka w naszym tymczasowym ładnym mieszkaniu, by dobrze nam się gadało po ponad dwóch latach, a potem pojechaliśmy na obiad do restauracji na Błoniach. Kiedyś (oboje z Jankiem pamiętaliśmy to miejsce, choć on chyba ma więcej wspomnień stamtąd) był tam basen (może baseny?) Cracovii. Dziś zachowując częściowo fragmenty budynków, przerobiono ten teren i między innymi jest restauracja o nazwie „Bistro na Błoniach” .

Rolada wołowa i kluski śląskie-pychota!

Jedzenie raczej tradycyjne polskie, panowie zgodnie zamówili roladę z kluskami śląskimi (była znakomita!) a ja kolejny raz skusiłam się na kaczkę, choc w innym wydaniu niż poprzednio. No i jadłam zupę z borowików! Była bardzo dobra. Mój brat dużo czasu spędza teraz na wsi w domu pod Sanokiem, tam znalazł swoją nową pasję. On kilku lat uprawia ogród zarówno piękne kwiaty jak i różne jarzyny, zioła i sam robi przetwory: ogórki kiszone, kapustę, prawdziwą różę na pączki, które potem też sam piecze (pyszne!). Dostaliśmy od niego w prezencie jeden słoik ogórków, niestety jakoś nie miałam odwagi spakować go do walizki, bo miałam wizję, że jak mi pęknie to stracę ubrania, a przede wszystkim te pyszne ogórki. Postanowiliśmy więc zjeść te pychoty w czasie pożegnalnej kolacji z Aniołami, Jagą i Panem Kolegą, które świetnie wkomponowały się w menu śledzikowo-grzybkowe i wszystkim bardzo smakowały. Natomiast trzy małe słoiczki róży dotarły nienaruszone i czekają na .. pączki – hmm.. nie umiem, ale może kiedyś zawsze jest pierwszy raz? Ostatecznie umiem robić bardzo dobre rogaliki francuskie z różą, takie jak robiła kiedyś Mama. Fajnie nam się rozmawiało, dużo było tematów „pandemicznych”, zmian, problemów planów. Paweł spoważniał „na korzyść” (żeby ktoś nie zrozumiał, że coś piszę o dodaniu lat. 🙂 Jest bardzo odpowiedzialnym mądrym ojcem i synem. Widać, że dba o swoją rodzinę. Nie udało się tym razem zobaczyć Krzysia i jego rodziny, ale rozmawialiśmy także o nich. Lubię te rozmowy, cieszę się, że chętnie opowiadają o sobie, że znam ich życie ze zdjęć bieżących i trochę z tych wieści. Mój brat, choć mówi, że jest zadowolony ze spokoju i ciszy na wsi, wydawał mi się bardziej przygaszony niż dwa lata temu. Może miał jak to mówią „gorszy dzień” – ale dostrzegłam w nim więcej smutku i mniej entuzjazmu życiowego niż podczas naszego poprzedniego spotkania. Jest ode mnie młodszy o cztery lata i wciąż powinien mieć marzenia i dużo planów na przyszłość. Pojechali do Sanoka późnym popołudniem, w domu byli dopiero wieczorem. Dziękuje im za ten dzień, to dla mnie zawsze bardzo ważne!!

Takie pierogi, naleśniki i placki ziemniaczane można zjeść tylko w Krakowie:)

A następnego dnia, z Anią i Andrzejem, czyli z Aniołami – wyjazd na cmentarze i wspólna zaduma przy grobach naszych rodziców… 

I najlepsze od lat pierogi! Ruskie, ukraińskie, z cielęcina, z jagodami. I naleśniki ze szpinakiem i pewnie byłoby tego o wiele więcej, bo wybór zdawał się nie kończyć, ale na szczęście nasze żołądki nie były w stanie  nic więcej zmieścić.  Zwłaszcza, że po dokonaniu obowiązkowych zakupów w Empiku i moim ulubionym butiku koło Barbakanu, do którego zawsze wracam jak pszczoła do miodu, już pędziliśmy na kolejne spotkanie. Tym razem z moją chrześnicą Olą, jej mężem i córeczką Hanią. I jej mamą, a naszą dawną przyjaciółką Teresą, którą znamy od przysłowiowych “stu lat”.  Kiedy mój mąż zaczął studiować rusycystykę (to już na pewno było sto lat temu 🙂 spotkał w swojej grupie Teresę i zaprzyjaźnił się z nią i jeszcze dwoma dziewczynami. I tak przez pięć lat tworzyli zgraną czwórkę do wspólnej nauki, zdawania egzaminów, picia kawy, wina, plotkowania itd.. Historyjki o tej “czwórkowej bandzie” znałam tylko z opowieści, gdy poznałam mojego chłopaka (przyszłego męża) – byłam wtedy w trzeciej klasie liceum a on na trzecim roku studiów. Znałam Teresę z opowiadań i jakimże miłym zaskoczeniem dla mnie (a szczególnie dla Wacka ) było, gdy nagle spotkaliśmy Teresę w Sosnowcu, pracującą już od ponad roku na rusycystyce, na Uniwersytecie Śląskim, gdzie właśnie pracę dostał mój mąż. Był rok 1974.

Teresa, Ola z rodziną – nasze sosnowieckie wspomnienia i przyjaźnie nie ustają mimo lat i odległości jaka nas dzieli

 Oboje nie mieli o tym fakcie pojęcia! I w ten sposób rok po studiach życie postawiło ich znów na tej samej drodze. Przez wiele następnych lat pracowali razem, zaprzyjaźniłyśmy się, a nasze małe dzieci chodziły razem do przedszkola.  Po kilku latach otrzymaliśmy mieszkania bardzo blisko siebie, na sąsiednich ulicach (wielkie to wydarzenia w życiu w tamtych czasach!) i właściwie  widywaliśmy się niemal codziennie. Po kilku latach urodziła się Ola, a ja zostałam jej matką chrzestną. Potem jeszcze połączyły mnie z Edkiem, mężem Teresy interesy mojej firmy, którą wówczas prowadziłam z kuzynem. I tak aż do wyjazdu do USA w 1990 r. nasze losy przyjacielsko-rodzinne splatały się bardzo mocno. A gdy rozdzieliły nas wielkie wody Oceanu i już nie biegaliśmy do siebie każdego dnia na plotki i winko czy wódeczkę, po latach nasze dorosłe już wtedy  dzieci kontynuowały (i nadal kontynuują) przyjaźń zawiązaną w pewnym sosnowieckim przedszkolu, a my przy każdej  okazji odwiedzin w kraju spotykamy się razem, by wrócić choć na chwilę do czasów tamtych młodych dawnych lat. Bo to, co naprawdę jest wartościowe, łączy ludzi na zawsze. Nieważne jest gdzie jesteśmy, jak inne jest nasze życie. Ważne jest, że gdy znów się spotkamy mamy o czym ze sobą rozmawiać. Chcemy spędzić ze sobą jeszcze jeden wieczór. Czujemy wciąż ten magnes przyjaźni, którą nawiązaliśmy bardzo dawno, ale i bardzo mocno.  

Spacer po nocnym Krakowie

Siedzieliśmy w kafejce, na ulicy tuż u wejścia z ulicy Mikołajskiej na Rynek, z widokiem na krakowskie kwiaciarki i Sukiennice, najpierw oświetlone zachodzącym słońcem a później podświetlone pięknie światłami, które podkreślały urodę tego miejsca. Nie wiem kiedy minęło te długie pięć godzin, bo było jak 15 minut!  Zapadła noc, bynajmniej nie cicha, bo Kraków jest o wieczornej porze pełen życia i pewnie jeszcze długo siedzielibyśmy razem, ale 5-letnie dziecko domagało się swoich praw i najzwyczajniej w świecie zasypiało z główką na stole:) W Krakowie już czuć było jesień, w ostatnie dni naszego pobytu zrobiło się chłodniej, nawet deszczyk nas trochę nas postraszył. Ale dzięki temu powietrze zrobiło się świeże, rześkie i przyjemne. W przedostatni wieczór wybraliśmy się z Kolegowstwem na obiad prawie – pożegnalny a potem na jeszcze jeden wieczorny spacer po krakowskim Rynku i okolicznych uliczkach. Kolejny raz nie mogłam oderwać oczu od czaru i doskonałości tego miasta. Zwłaszcza nocą Kraków jest jak bajkowy olśniewający obraz z wyśnionej planety. 

Zdaję sobie sprawę, że każdego zwykłego dnia ludzie tam pracują, biegają, mają swoje zwyczajne problemy jak w każdym innym zakątku świata. Wiem, że drogi są rozkopane, dziury w asfalcie, kłopoty, jak wszędzie. Dni bywają trudne i ludzie zmagają się ze zwyczajnym życiem. 

Najpiękniejszy, bajkowy, pełen niepowtarzalnego uroku – KRAKÓW nocą !

Ale w głowie moja wyobraźnia zatrzymuje obraz Krakowa z Rynku i okolic. Tego, który pamiętam z dawnych lat. Choć wiem, że wtedy nie był taki wielobarwny jak dzisiaj, to ten skrawek świata pozostanie dla mnie najbardziej wiarygodnym Krakowem. Stanęłam też pod bramą kamienicy, w której od urodzenia mieszkałam przez dwadzieścia jeden lat. Zaglądnęłam między metalowymi prętami przez szybkę starych ciężkich drzwi, ale niewiele zobaczyłam. Korytarz wciąż ma te same kafelki w kostkę na posadzce, ten sam kolor na ścianach, ale już ściany są czyściejsze, na pewno odmalowane. Szkoda, że drzwi wejściowe na podwórko i dalej były zamknięte…

Idąc spacerkiem w stronę Rynku potrafiłam odtworzyć w pamięci każdy dawny sklep. Pamiętałam gdzie była masarnia, cukiernia, fryzjer, bar piwny. Była jeszcze repasacja pończoch, ale kto dziś pamięta co to było?? 

Ostatniego dnia, w sobotę wyraźnie się ochłodziło. To także sygnał, że czas wracać do domu. Jeszcze jedno krótkie spotkanie z moim kuzynem Kazikiem, tym razem ze strony rodziny mojego taty, z którą niewiele mam kontaktu. Jest to jedyny kuzyn z mojej linii “wiekowej”, z którym mam od czasu do czasu kontakt. Nie wiem czy ktokolwiek inny z tej linii rodziny by mnie rozpoznał lub ja ich. Cóż, losy nas rozrzuciły, rozsypaliśmy się. I tak bywa..

Późnym popołudniem spotkaliśmy się z Kolegowstwem i Aniołami na ostatnie “goodbye” przy najbardziej tradycyjnym polskim śledziku, ogórkach ukiszonych przez mojego brata, które dostałam w prezencie, a  których niestety nie odważyłam się zabrać do Stanów. Mieliśmy też na stole marynowane ręką Ani Aniołowej grzybki i tegoroczne świeże borowiki, robione “na gęsto” (jak mówiła moja Mama) 🙂 ze śmietanką, wódeczkę i czerwone winko, którego cały kieliszek z emocji, smutku rozstania Ania wylała na biały obrus i dywan. Ale Pan Kolega jest nieoceniony w każdym nieprzewidzialnym i trudnym momencie, zaprał wszystko… pianką męską do golenia, ścierał tak długo i skutecznie, że wszystko zeszło aż do białości i śladu po czerwoności winka nie zostało.  

Polskie tradycyjne przysmaki na pożegnalne spotkanie. Zapamiętamy te smaki, nastroje, słowa, Was..
DZIĘKUJEMY!!

Mam nadzieję, że tym sposobem uchronił także Anię od zawału, bo wyraźnie była bliska takiej reakcji. 🙂 Na deser była chałwa z Grecji i sezamki (ha! Kto zna??) 

Noc była krótka, pobudka o 3 rano. Długi lot. Mieszane uczucia. 

Jedno czuję mocno: radość, że wreszcie znów odwiedziłam Polskę, Kraków, Gdańsk. Rodzinę i przyjaciół. Dziękuję wam wszystkim za to, że jesteście i chcecie swój czas spędzać z nami!

W tym momencie pozostawię te europejskie opowieści bez podsumowania. Są świeże. Zbyt świeże i jeszcze nieprzetrawione.  Ochłonę i pewnie wrócę do wielu ciekawych spostrzeżeń już z dystansu i po odpoczynku. Odpoczynku po wakacjach. Bo po takich wakacjach, tradycyjnie – zawsze potrzebuję odpocząć. 🙂 


BACK

4 myśli na temat “Kraków – moje serce wraca z radością i wzruszeniem

  1. Bardzo pieknie. Co ciekawe, ja tez mam prawie takie same uczucua o Krakowie i o przyjaciolach. MIeszkalem tak samo blisko plant jak Malgosia, tylko na przeciwnej ich stronie, i do Rynku mialem blisko, tylko z przeciwej strony. Pewnie dlatego losy nas polaczyly

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz