Papierzyska, test, stres – czyli wakacje w Europie 2021

Część I-sza: Gdańsk

9/5/2021

Kilka miesięcy temu pod “presją” dobrych wieści” wyjazdowo-wakacyjnych” stanęło, że i my polecimy do Europy. Wirus covidowy tak nam, jak i całemu światu zmienił życie, usidlił w domu na długie miesiące. I choć już kilka razy odważyliśmy się być na wakacyjnych wyprawach, to jednak wciąż nie mieliśmy odwagi sięgnąć dalej, poza granice amerykańskie. Zresztą, dzięki temu, przypomnieliśmy sobie, że wciąż we własnym kraju  mamy wiele nieodkrytych zakątków i warto je odwiedzić, bo Ameryka jest piękna!  

Moje sentymenty i tęsknoty rodzinne nie dawały mi spać spokojnie, odkładanie spotkań rodzinnych na kolejny rok w tych codziennie zmieniających się czasach wydawało mi się coraz większym bezsensem. Po drodze, w rozmowach towarzyskich pojawiła się jeszcze słoneczna i stara Grecja a właściwie piękna wyspa Kreta i tak powstał plan tegorocznych wakacji, Europa 2021. Łatwo powiedzieć – trudniej z realizacją… Zaczęłam śledzić informacje o wyjazdach do Europy i powrotach do Houston i okazało się, że niby przepisy powinny być jednakowe a jednak – każdy podróżny ma inne doświadczenia. To co trzeba było koniecznie MIEĆ zrobione w czerwcu, w lipcu już niekoniecznie było aktualne. To co przydarzyło się komuś na lotnisku w Amsterdamie, niekoniecznie spotkało kogoś innego nawet w tym samym czasie.. Jak uwierzyć, a jeszcze bardziej jak być pewnym co trzeba, co powinniśmy zrobić?  Każdy radził co innego.  Na wszelkiego rodzaju stronach internetowych informacjom nie ma końca i każda w tonie groźby i bardzo jednoznacznych wymagań. Zabrałam się do ustalania listy zadań przedwycieczkowych do wykonania i okazało się, że lista wydłuża się z dnia na dzień. Ostatecznie, doszliśmy do wniosku, że mając zaświadczenia o podwójnym szczepieniu, testu covidowego nie będziemy robić. A zaraz potem dowiedziałam się, że właśnie kilka dni temu ktoś lecąc przez Amsterdam (tak jak my) miał kłopot z wjazdem do Polski, bo nie miał zrobionego testu. Wpadłam więc w panikę i chcąc uniknąć jakichkolwiek zatrzymań, kłopotów, przedłużeń podróży i innych niespodzianek tego covidowego bałaganu, uznałam, że jednak zrobimy test. Test można zrobić tylko w ciągu 48 godzin przed wylotem i tylko w określonych miejscach. I nagle okazało się, że takich miejsc wcale nie jest tak dużo, że wcale terminy nie są tak łatwo dostępne jak wszyscy o tym mówią i jak podaje niemal każda strona internetowa. 

W sumie – test zrobiliśmy w piątek rano, niepewną ręką, bo w końcu skąd pewność, że wiemy jak go sobie zrobić samemu? Wyniki przesłano mi e-mailem późnym popołudniem w sobotę, a mojemu mężowi dopiero w niedzielę rano mimo, że test miał zrobiony w tym samym momencie co mój. Przyznaję, że nie było miłe i spokojne oczekiwanie na wyniki. Godzinę później byliśmy już w drodze na lotnisko. 

Na szczęście od tego momentu wszystko szło jak “z płatka” (skąd właściwie takie powiedzonko?). Szybka bezproblemowa odprawa, żadnych dodatkowych pytań, żadnych sprawdzań, otwierań walizek, torebek itd. Natychmiast dla odprężenia poszliśmy na lunch i winko. A gdy weszliśmy w strefę oczekiwania na wejście do samolotu, przez moment myślałam, że to jakaś pomyłka.. Nie pamiętam sytuacji, by 20 minut do czasu rozpoczęcia odprawy tak mało ludzi oczekiwało na lot wielkim samolotem do Europy.. Samolot był wypełniony może w jednej trzeciej jego pojemności. W związku z tym każdy pasażer miał cały rząd miejsc dla siebie, mogliśmy wygodnie siedzieć, przespać się w czasie lotu, wygodnie się ustawić w swoich siedzeniach. Takiego “luksusu” w swoich podróżach z normalnej klasie ekonomicznej nie pamiętam w swoich podróżach!

W Amsterdamie szybko i sprawnie przenieśliśmy się do samolotu do Gdańsku, który już był wypełniony, ale lot krótki i sprawny. Gdańsk powitał nas zachmurzonym niebem, siąpiącym drobnym deszczykiem i dość niską temperaturą. Niską – porównując do upałów w Houston. 

Dzień pierwszy spędziliśmy z ciocią, która za tydzień będzie w dużym gronie rodzinnym obchodzić swoje 90 urodziny. Niestety, nas już w Gdańsku nie będzie, ale przygotowałam dla niej drobna niespodziankę, którą w czasu uroczystego obiadu wręczy jej w naszym imieniu moja kuzynka. 

Polska Żubrówka i opowieści rodzinne cioci Lili

Ciocia ma się bardzo dobrze, ugościła nas pysznym polskim ciastem, opowieściami rodzinnymi, które końca nie miały przez wiele godzin i ogromną ilością zdjęć zgromadzonych w albumach. Mają one dużą wartość, bo jej mąż a jedyny brat mojej Mamy i jej sióstr był kiedyś dyrektorem stoczni im. Lenina. Pisałam już kiedyś o tym więcej. Czasy, kiedy jego kariera toczyła się od prostego robotnika do naczelnego dyrektora, były trudne i ciekawe i nie ma się co dziwić, że ciocia ma w głowie tysiące wspomnień. Każdy produkowany i sprzedawany w tamtych czasach statek, każda delegacja przybywająca z różnych, wtedy dla nas “egzotycznych krajów” (np. Kolumbia) to były dla cioci, żony dyrektora Stoczni, spotkania i atrakcje niezapomniane do dziś. 

Wsłuchiwaliśmy się w te opowieści,  podziwialiśmy jej pamięć a przede wszystkim cieszyliśmy się, że jest szczęśliwa znów przeżywając swoje przeszłe dobre życie. 

Zjedliśmy dobry włoski obiad z czerwonym winkiem, przeszliśmy się spacerkiem w deszczowej aurze i wieczorkiem pojechaliśmy do kolejnego punktu naszej gdańskiej przygody. Zmęczeni, ale za to szczęśliwi, że jesteśmy w Gdańsku. Po prawie dwóch latach, udało się! Plan podróży wrócił na swoje miejsce..

Spotkanie po latach z moim kuzynem Zbyszkiem i jego wnuczką

Następnego dnia wszystko nabrało właściwego planu i szybkości, moja kuzynka Magda wraz z jej rodziną zorganizowała nam każdą chwilę. Starówka Gdańska, spacer w Sopocie na słynnym od zawsze Molo, śniadanie w kawiarence nad Bałtykiem, spotkanie z moim ulubionym kuzynem Z.

Rodzinna radocha!

Wieczory przegadane, przepite i przejedzone pysznościami, niekończące się opowieści, śmiechy, wspomnienia i plany na przyszłość. I specjalny dzień spędzony w Sulęczynie, w letnim domku mojej ukochanej cioci Hani i jej męża, w scenerii soczystej zieleni, pachnącej kończącym się już tutaj latem. Kawa, niezliczone ilości polskich ciast, winko i koniak Metaxa, który kiedyś “nauczyłam” ciocię pić, gdy kilka lat temu spędzaliśmy wiele godzin nocnych na wspólnych długich rozmowach. Tym razem  życie podarowało nam tylko kilka wspólnych godzin, ale i tak wypełnionych emocjami, ile tylko się dało. Jak dobrze było przytulić się do niej jak do “drugiej Mamy”! Bo ona jest dla mnie drugą Matką, przyjaciółką i najlepszą ciocią ! 

Rodzinny dzień w Sulęczynie z kochaną ciocią Hanią.

 Całą dużą grupą rodzinną udaliśmy się na obiad do starego XVIII -wiecznego Dworku w Sulęczynie, który niedawno został wyremontowany i przebudowany na hotel i restaurację. Wokół śliczne jeziorka, ogrom kwiatów i zieleni. 

Artystyczny obiad w kaszubskiej restauracji w starym Dworku, w Sulęczynie

W restauracji bardzo miła obsługa, menu całkiem imponujące. Zamówiliśmy przystawki, dania główne, wódeczkę do śledzika i wino do obiadu. Na początek otrzymaliśmy na powitanie od szefa kuchni – chipsy z glonów z sosem z serka Philadelphia o smaku cytrynowym z czymś zielonym na wierzchu, dość egzotycznym i pięknie ułożonym. Wszystko to fachowo opowiedziane i zareklamowane przez miłego pana kelnera. Bardzo sympatyczne powitanie w restauracji w kaszubskim Sulęczynie! A później już każda potrawa  zachwycała nas coraz bardziej, a to przystawka – ser kozi z dodatkami jarzyn i sosów czy śledzik (wyglądał jak kawałek egzotycznego węża 🙂 z musem ziemniaczanym i dekoracją z malusieńkich ogóreczków i jabłek i cykorii, a może jeszcze czegoś innego?.. Wszystko to udekorowane sosem lekkim seledynowym kolorze i delikatnym w smaku. I do każdego “talerzyka” pojawiającego się przed nami przyjemny głos kelnera zachęcał nas do jedzenia opisem słownym tego dania. Zachwycała ta oprawa i atmosfera, wystrój i nastrój restauracji. Muszę przyznać,  że czuliśmy się wykwintnie i specjalnie. W małej Kaszubskiej miejscowości Sulęczyno tyle elegancji i pyszności! Moje danie główne, to było żebro z dzika z grzybkami- kurkami i dekoracją z dwóch różnych sałat. Do tego wino argentyńskie, Malbec. Inni wybrali sandacza, czy grillowanego brokuła, wszystko wszystkim smakowało i podobało się, bowiem estetyka potraw była wielce artystyczna!

Na desery nie starczyło nam siły i miejsca w żołądkach, ale za to zebraliśmy siły na urokliwy spacer wokół jeziorka i wśród pięknych, choć już trochę przekwitających kwiatów. 

Za to w domku cioci, na tarasie, z którego tak pięknie prezentuje się widok zielonego schodzącego w dół wzgórza i jeziora w dali, znów była kawka i sernik i polskie ciasto drożdżowe z kruszonką i owocami i wszystko to, co pamiętam z dzieciństwa i co tylko w polskich smakach można znaleźć. 

Muzeum Bursztynu w Gdańsku

Następnego dnia zwiedziliśmy Muzeum Bursztynu w Gdańsku i piękne turystyczne trasy nad rzeką Motławą i Długi Targ. Wieczorem obiad z rodziną i ich przyjaciółmi w restauracji o ciekawej nazwie ( jakby biblijnej? 🙂  “Chleb i Wino” .

Gdańsk nocą. Obiad w restauracji nad rzeką Motławą

Jedzenie wykwintne, dla mnie zrealizowanie moich tradycyjnych “polskich kulinarnych punktów”, bo jadłam tatara wołowego i pstrąga z chrupiącą skórką. Ale znów wystrój i “aranżacja” potraw na talerzu przypominała raczej wystawę malarstwa niż sztukę kulinarną. A może dziś to już jedno i to samo?? 

Wieczorna aura i atmosfera nocnego Gdańska jest w tym miejscu zawsze piękna, coraz piękniejsza i coraz bardziej mnie wzrusza. 

Ostatni dzień spędziliśmy z inną kuzynką,  Elą. Tym razem dzień był bardziej “turystyczny”.  Ela, polonistka z zawodu i z zamiłowania, Gdańszczanka z urodzenia, posiada prawdziwą skarbnicę wiedzy historycznej o tym mieście. Poprowadziła nas po uliczkach starego Gdańska i opowiedziała ciekawie kilka legend, opowieści, których pewnie nigdy nie usłyszelibyśmy w zwykłych rozmowach rodzinnych. Chciałabym, żeby kiedyś powtórzyła je moim wnukom. 

Stocznia im. Lenina – dziś już tylko wspomnienie tamtych dawnych czasów..

Na koniec jeszcze rzut oka na dawną Stocznię im. Lenina, która dziś pełni już tylko rolę historyczną. Wokół niej mieszczą się kultowe kluby dla młodzieży. Życie ma tam dziś już całkiem inny wymiar. Ale pomnik słynnych trzech Solidarnościowych Krzyży króluje wysoko i łatwo go dostrzec z daleka. Jadąc jeszcze spojrzeliśmy na  Stadion Bursztynowy, dumę  miłośników gdańskiej  piłki nożnej. 

Ostatnie wspólne rodzinne chwile. Dziekuję !

A późnym wieczorem kolacja z rodziną Magdy, śledzikowo-rybkowa, ostatnie chwile pełne planów jak i kiedy znów się spotkamy. Choć doświadczenie ostatnich dwóch lat nauczyło nas, że nie można planować nic “na pewno”, to jednak trzeba mieć plany i marzenia.  Dobrze jest nam razem, gdy się spotykamy, więzy które nas łączą są silne i nie są nam obojętne. Wierzymy, że nasz plan na kolejne spotkanie zrealizujemy! 

Uwielbiamy te gdańskie jagodzianki!

Kończy się gdańska część wakacji. 

Wsiadłam do pociągu NIE “byle jakiego”, bo Intercity Pendolino i pojechaliśmy  wygodnie, komfortowo do Krakowa, a dodatkową słodką atrakcją były pyszne „jagodzianki”, które Magda w zgrabnym pudełeczku podała nam na drogę do kawy. Następnego dnia mieliśmy się przemieścić kolejnym samolotem się na południe Europy. Ale o tym będzie za kilka dni w następnej opowieści. 🙂


BACK

4 myśli na temat “Papierzyska, test, stres – czyli wakacje w Europie 2021

  1. Było po prostu przepięknie. Opisałaś tyle niezwykle ważnych wydarzeń w fantastycznym skrócie, ale miejsca i czasu na to nie było, zeby rozwijać. Twój kuzyn Z to Zbyszek S., tak zwykle pisałaś o osobach w swoich blogach. No i zapomniałaś dodać relacji o naszych wieczorach o Magdy, gdzie wszyscy bawili się moimi opowieściami o mydle i o lekarstwach. S póz tym – prefekt .

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do Mark Kowalski Anuluj pisanie odpowiedzi