Piwo, wino, szampan… Czy lubić alkohol to znaczy mieć zadatki na alkoholika? 

 8/15/2021   

Coś mi się wydaje, że wraz z tytułem już mam tysiąc wrogich spojrzeń na ten wpis 🙂

Z kieliszkiem czerwonego wina zawsze odważniej pogadać:)

Broniłam się przed tym tematem, ale życie mnie do niego ostatnio coraz częściej popychało, moja przyjaciółka głośno mnie namawiała, a ja sama mam w swojej głowie pękającą szufladkę przemyśleń, które domagają się wyrzucenia ich na kartki komputerowe. Oczywiście, będzie to moje i tylko moje!  Nikt nie musi się ze mną ani zgadzać ani utożsamiać, bo jak wiadomo, temat alkoholu to temat stary jak świat i wielki jak kosmos i rwący jak strumień górski.  Jestem na tyle stara (przepraszam – dojrzała) 🙂 i na tyle wciąż trzeźwa, że mogę sobie bełkotać jak po kilku butelkach dobrego czerwonego wina. A że wino lubię najbardziej, to wybieram ten właśnie trunek i zaczynam moje gadanie.

Tak, tak – wiem. Wszystko już w tej kwestii zostało powiedziane! Na poważnie i na wesoło. W komiksach i w historiach, które skończyły się bardzo tragicznie. Każdy, ktokolwiek i kiedykolwiek o tym pisał czy mówił, na pewno miał swoje racje. Alkohol – dla wielu jest koszmarem życiowym i nieodwracalną tragedią całych rodzin.  Przyczyną śmierci, samobójstw, kalectwa. Ale  niezupełnie w tym wymiarze chcę dziś popatrzeć na alkohol. Nie mam jednak zamiaru bagatelizować  tematu. 

Bo temat jest wielowymiarowy i dla większości z nas stanowi przez całe życie element normalnego dorosłego funkcjonowania. Jak wszystko inne, co każdego dnia zdarza nam się robić. Pytanie tylko – jak to w naszym życiu egzystuje? Jak sobie z tym dajemy radę? Jakie miejsce zajmuje alkohol w hierarchii naszych spraw, działań, życia towarzyskiego?  Odpowiedź jest trudna i niejednoznaczna, bowiem wiadomo, że na różnym etapie życia alkohol dla nas ma różne znaczenie. Wpływ też ma dom rodzinny, geny, towarzystwo, w które zapląta nas jakiś  moment życiowy, nasza odporność psychiczna, wydarzenia osobiste etc. etc..

Piwa jasne i ciemne… ale to już współczesny wybór

Urodziłam się w Polsce, w czasach, gdy podstawowym jeśli nie jedynym trunkiem była wódka i to dość kiepskiego gatunku. Owszem, były i lepsze ale większość ludzi piło tę najtańszą. Dopiero znacznie później pojawiło się na półkach dużo innych gatunków wódek i wybór był znacznie większy. Popularnym alkoholem było piwo i choć dziś Polska uchodzi za drugiego największego producenta piwa w Europie (po Niemcach) to w latach 50-60-tych piwsko było po prostu piwskiem. Dostać lepsze piwo było bardzo trudno. Kiedy już byliśmy nastolatkami i jeździliśmy z rodzicami na wakacje w okresie zimowym, do Wisły albo Szczyrku, tata był bardzo dumny jak udało mu się kupić piwo Żywiec czy Lech. 

Wino? Hmm.. Pamiętam z wystaw sklepowych tylko “J-23” czyli tak nazywano wino owocowe marki “jabcok” za 23 zł. Kto to pił? Ano, ci co kupowali i zanim wyszli ze sklepu już wypijali pierwsze  trzy wielkie hausty..  

Moi rodzice lubili napić się piwa w letni gorący dzień, ale nigdy nie pamiętam, żeby w domu było piwo tak na “wszelki wypadek” jakby gość wpadł w odwiedziny. Dopiero dużo później, już w latach 80-tych alkohol był w domu w barku. Choć ten barek to była tylko umowna półka w starym kredensie. 

To koniaczek, we współczesnej wersji serwowania u moich kuzynów w Gdańsku.

Kiedy tata zaczął podróżować do dawnej Jugosławii i Bułgarii lubił przywozić stamtąd koniaki a właściwie brandy: bułgarską Pliskę i jugosłowiański Cezar.  I wtedy rodzice wieczorkiem, przy oglądaniu telewizji lubili napić się kieliszek brandy. Chyba jednak używali nazwy – koniak. 

Jako nastolatka, harcerka obracająca się w towarzystwie młodzieży trzymającej się zasad prawa harcerskiego nigdy nie miałam ani potrzeby ani specjalnych okazji do picia alkoholu. Chodziłam na prywatki, potańcówki, ale zupełnie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek był na tych imprezach alkohol. Szczerze mówiąc to w ogóle nie pamiętam co wtedy piliśmy. Pamiętam wieżę małych polskich kanapeczek z kiełbasą i pomidorem i serkiem i ogóreczkiem. I ciasto domowego wypieku, bo przecież nikt by nie kupił w sklepie, i ciasteczka. Ale – napoje? Tak trudno było zdobyć wtedy upragnioną coca-colę czy sok pomarańczowy.. Woda na pewno nie wchodziła w grę (pewnie dlatego do dziś jej nie lubię) 🙂 Co więc piliśmy??  Nie wiem.  

Miałam może 17 lat kiedy tata nalał mi do ładnego małego kryształowego kieliszka troszkę koniaku Cezar. Uznał, że lepiej będzie jeśli spróbuję prawdziwego alkoholu w domu, pod okiem rodziców, niż gdzieś po kryjomu w nieznanych warunkach z nieznanym towarzystwem jakąś wódkę i to będzie moje pierwsze doświadczenie alkoholowe. Do dziś jestem mu za to wdzięczna. Chyba nie za bardzo smakował mi ten koniak, ale było mi ciepło w żołądku, kieliszek był bardzo estetyczny i pamiętam, że był to wesoły wspólny wieczór.  Niewiele takich mieliśmy razem.

Gdy już byłam dorosła, gdy przyjeżdżałam do domu już z mężem,  tata lubił wypić z nami koniaczek. Dużo rzadziej piwo czy wódkę. 

Na imprezach rodzinnych, imieninach czy świętach dorośli pili jednak wódkę, do wigilii czy śniadania wielkanocnego podawano kieliszek czystej. Takiej lepszej jak “Wyborowa” a potem nawet coraz to inne gatunki gościły na stole. Dopiero do deseru serwowano kieliszek koniaku. Ale nigdy wino. Bywało wesoło, szczególnie gdy dopisywali goście imieninowi, ale nigdy nie było pijackich burd i awantur. Mój dom rodzinny nie był domem „alkoholików”. Tata miał małą tolerancję na alkohol, więc nigdy nie pił dużo, a jak mu się zdarzyło przekroczyć „jego” granicę, to bardzo cierpiał 🙂 a mama zawsze wiedziała ile może wypić, by być po prostu wesołą. Potrafiła bawić się na luzie i nie “przeginać” z nadmiarem alkoholu. Do dziś mamy legendę rodzinną, gdy nauczyła się już u nas w Ameryce pić gin z tonikiem i jak za pierwszym razem nazwała swój drink “dżimikiem” – tak my w naszej rodzinie, do dziś inaczej na ten napój nie mówimy 🙂

Wino w moim i naszym życiu pojawiło się w latach lat 70-tych, gdy zaczęliśmy wyjeżdżać do na wakacje do Niemiec. Oprócz popularnego tam piwa, którym zarówno Wacek jak i Anioł zachwycali się i spijali go w ogromnej ilości (tak, w młodości odporność na ilość alkoholu była nieco większa niż teraz..)  bywaliśmy w regionach, gdzie wino było popularniejsze nawet niż niemieckie piwa. Wina reńskie i mozelskie. Jedne w butelkach zielonych drugie w brązowych. Od słodkich i półsłodkich do wytrawnych. Częstowano nas w zaprzyjaźnionych domach, próbowaliśmy kupować i smakować różnych i.. zachwycaliśmy się wtedy odkrywając zapach, delektując się  delikatnością alkoholu, które bez obawy upicia się  można było pić do obiadu, rozmowy z przyjaciółmi, deseru. Nasi tamtejsi i ówcześni znajomi i przyjaciele polecali, opowiadali a my coraz bardziej wchodziliśmy w świat win, które u nas jeszcze były niedostępne i nieznane. Dziś, gdy próbuję te wina nie mogę uwierzyć, że kiedyś zrobiły na mnie takie wielkie smakowe wrażenie.!! Jak bardzo zmieniają się nasze smaki i upodobania. Ale – do tego jeszcze była daleka droga.. 

Gdy wróciliśmy do Polski, mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i wtedy już powoli wina zaczęły pojawiać się w polskich sklepach. 

Trudno jest złamać alkoholową tradycję narodu, zwłaszcza starszego pokolenia. Ale my, młodzi mogliśmy przecież o sferze alkoholowych przyjemności myśleć inaczej. 

Niestety, po ślubie zamieszkaliśmy w akademiku, na krótko w Katowicach a potem w Sosnowcu, a tam.. Cóż – nasi panowie preferowali wódeczkę, do brydża, do nocnych dyskusji o literaturze, na wyjazdy szkoleniowe, na imprezy towarzyskie.. Oj, dużo tego było! Dużo za dużo. Kto nie ma takich grzechów na sumieniu? niech podniesie rękę! Nie widzę… 

Nasze „akademikowe” wino – Gellala, pierwsze czerwone wino, które kupowaliśmy w Polsce w latach70-tych

Ale wtedy już zaczęliśmy kupować wina węgierskie, bułgarskie i algierskie. Było takie wino, które szczególnie zapamiętałam i chyba właśnie wówczas przerzuciliśmy się na wina czerwone. Nazywało się Gellala i kosztowało wtedy aż 56 złotych! I na pewno nie było słodkim winem!! 

Starsi (tzn. my) 🙂 pamiętamy! młodzi pewnie są w szoku! ale tak było, było naprawdę!!

Mroczne lata 70, 80-te to czasy, gdy nawet wódka była reglamentowana na kartki. Pół litra wódki na miesiąc na “głowę” dorosłego i butelka wina. Oczywiście byli tacy, co robili na tym dobre interesy i od razu zaczęli odsprzedawać swoje cenne malutkie kwadraciki z karteczki miesięcznego przydziału. Pamiętam dobrze tę “kombinację” bo ślub mojego brata odbył się w stanie wojennym w 1982 r. i trwał cały ten kołowrotek z dodatkowym przydziałem z okazji wesela. A i tak wódka musiała znaleźć się z dodatkowych źródeł i być dobrze zabezpieczona przed władzami kontrolującymi. 

W tym czasie mój mąż często jeździł do Związku Radzieckiego, co także nie pomagało w zmianach obyczaju smaków alkoholowych, bo stamtąd, jak wiadomo opowieść o piciu byłaby bardzo monotematyczna.. 

Radziecki szampan szampanem naszej epoki młodości!

Ale – za to był (wtedy tak nam się wydawało…) bardzo dobry szampan “Sowieckoje Igristoje” – półsłodki, trudno dostępny w Polsce i mój mąż przywoził do za każdym powrotem do domu. Raz nawet kupił ten szampan czerwony (raczej różowy) co dla nas było niezwykłym zjawiskiem, bo nikt wtedy takiego nie pił i nie widział. Zapowiedział, że tym razem taki szampan przywiezie, czekałam w napięciu. Niestety, mimo zabezpieczeń w walizce (a podróż odbywała się pociągiem, więc nie było to takie trudne mieć oko na stabilność bagażu) cała butelka szampana rozbiła się zalewając nie tylko wszystkie ubrania, ale także.. polską książkę kucharską z wielkim trudem zdobytą w rosyjskiej księgarni 🙂 Do dziś mam tę książkę tu w Houston z czerwonymi rogami kartek zalanymi “wykwintnym” rosyjskim szampanem lat 80-tych. Musiał jednak być wyjątkowy, skoro jego kolor do dziś przetrwał na papierze 🙂 🙂

A potem, gdy znaleźliśmy się w Houston – smaki, obyczaje, sposoby picia alkoholu, po prostu zupełnie się zmieniły. Inni ludzi, inne środowisko, inne alkohole. Inne spotkania i inne zwyczaje. Każdy pije. Każdy coś lubi. Niewielu ludzi jest niepijących. Nie piją tylko ci, którzy są naprawdę alkoholikami. Takimi, którzy przestali pić z różnych przyczyn.  Przeszli terapię albo są podczas terapii. Wiedzą, że prawdziwy alkoholik jest NIEPIJĄCY. Może brzmi to dla niektórych dziwnie, ale tak jest naprawdę.

Są jeszcze tacy, którzy alkoholu po prostu  nie lubią. Nie piją, bo z jakiegoś powodu – fizycznego czy psychicznego mają wstręt do wszelkich napojów alkoholowych. Ci mają najtrudniej. Zwłaszcza ci młodsi, bo w starszym towarzystwie nikt już się niczemu nie dziwi i nie zadaje za dużo pytań. Ale młodzi często mają “ciężkie życie” na imprezach. Być trzeźwym wśród pijących, to często większy problem dla tych, co stoją z drinkiem w ręku, niż dla tych, co sączą sobie sok pomarańczowy czy wodę mineralną. 

Dlaczego grecki lubię najbardziej? może geny smakowo-koniakowe wciąż ciągną mnie w tamtą stronę świata 🙂

Dziś, po ponad 30 latach mieszkania w Ameryce mamy dużą wiedzę o winach, jakie takie obycie po wielu wycieczkach i wizytach w Napa Valley, Sonoma, Monterey, w regionie w Santa Barbara, Washington, w winnicach we Włoszech, Hiszpanii, Australii, Nowej Zelandii czy w Argentynie… Wszędzie tam piliśmy dobre wina, próbowaliśmy różnych – i dziś już wiemy, że najbardziej lubimy wina czerwone, Merlot. Ale kiedy upał houstoński doskwiera albo okazja do celebrowania wyjątkowa, lubię dobre Chardonnay,  kocham zimny wytrawny szampan (nie, nie półsłodki radziecki!!) Po południu lubię od czasu do czasu “dżimik z tonikiem” mojej Mamy i z kropelką wermutu, a wieczorem, jak nauczyła mnie moja tradycja rodzinnego domu – kieliszek brandy, ale  teraz lubię grecką Metaxę. 

Wino w beczkach, wino w winiarniach, drinki własnego pomysłu, bar w oczekiwaniu na gości, wymyślne drinki na plaży.. Wszystko dozwolone, byle w rozsądnych ilościach!

Nie piję wódki (no.. chyba że jest polski śledzik, to wtedy wyjątkowo, śledzik bez kieliszeczka czystej nie może być!), nie piję whisky. Choć wiem, że wokół mnie jest wielu smakoszy tego trunku – z własnego domowego podwórka to znam, to mnie wyjątkowo ten rodzaj alkoholu przeszkadza. Zapach mnie drażni, choć ponoć to właśnie on najbardziej się w whisky i jej rodzajach liczy.  Cóż – każdy jest inny i każdy ma swój własny nos.  Mój wyraźnie na ten zapach się buntuje.  Mamy różną tolerancję na alkohol. Każdy człowiek wie, że zależy to od wieku (tak, im starsi jesteśmy tym mniej odporni 😦  Od pory dnia, a nawet godziny. Od genów przekazanych nam przez rodziców, od wychowania, od indywidualnej odporności psychicznej itd.

Tak wiele aspektów składa się na sposób naszego podejścia do alkoholu, do umiejętności jego spożywania i tolerowania go przez nasz organizm. Jedna osoba mówi: ja nie mogę pić szampana, bo od bąbelków boli mnie głowa, inna – mogę tylko czystą wódkę, drinki mieszane to dla mnie katastrofa. Jeszcze inna nie może łączyć piwa z winem.. Każdy ma swoje teorie albo swoje praktyki picia. Tak naprawdę – szkodzi nam tylko ilość!!  Za dużo alkoholu, za często. To jedyne co naprawdę jest SZKODLIWE! Dla głowy, dla zdrowia fizycznego, żołądka, wątroby, serca, umysłu. Dla nas samych i dla naszych najbliższych. Jeśli ciągniemy “grę alkoholową” dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, aż przeradza się to w długie lata.. już nie panujemy ani nad sobą, ani nad tym co za nami i co przed nami.  Znam takich przypadków wiele. I nie myślę teraz o historiach z książek, z kronik policyjnych, ze zwierzeń podczas dziesiątek spotkań AA.  Myślę o tych, których znam, których spotkałam na swej drodze długiego życia, kiedy byli fajnymi inteligentnymi ludźmi. Wesołymi i zabawnymi, jak my wszyscy. A którzy tak wiele stracili dla siebie i dla swoich bliskich przez zatracenie balansu.

Tatuś szampan, córka winko – niepijących brak..

 Nikt nie jest idealny. Nikogo nie oceniam. 

Lubię alkohol jak większość z nas. Mam to szczęście, że życie (geny??) podarowało mi “czerwoną lampeczkę” w głowie, która prawie zawsze zaświeca się w odpowiednim momencie i daje mi sygnał ostrzegawczy – dość! 

Nie przysięgnę, że nigdy się nie upiłam, ale było to może kilka razy w całym życiu?  “Helikopter na suficie” jak mówiła moja dawna, już nie żyjąca koleżanka, czy trzepotanie serca bardzo rzadko mi się zdarzyło. Nie znoszę takiego uczucia i chyba mój strach przed tymi objawami jest tak silny, że czerwona lampka zapala się szybciej dla ostrzeżenia. 

Gdzie my, tam winko szampan i radość. Tylko w takim sensie alkohol jest dobry na wszystko!

Są różne objawy podniecenia alkoholowego – jedni zaczynają być bardzo głośni, krzyczą w towarzystwie, inni upijają się na smutno i wyciągają wszystkie swoje kompleksy, jeszcze innych nachodzą wspomnienia sprzed 50 lat albo mówią głupoty, których w ogóle nie sposób zrozumieć. Reakcje mamy różne…

Na szczęście, na wesoło jakoś tolerujemy siebie wzajemnie i jeśli nie przekraczamy granicy i nie ranimy siebie, to w sumie na następny dzień zapominamy o kieliszkowych przewinieniach. 

Czy jesteśmy alkoholikami? Nie!  Czy mamy zadatki, żeby się nimi stać? Każdy ma. Ale – skoro dotrwaliśmy do dziś przy winku czy szampanie, wspólnie i na wesoło, to myślę, że wszyscy traktujemy alkohol jako element towarzyski. 

Mniej czy bardziej – ale dajemy sobie radę nie przekraczając granicy, za którą już jest inny, bardzo smutny świat…


BACK

2 myśli na temat “Piwo, wino, szampan… Czy lubić alkohol to znaczy mieć zadatki na alkoholika? 

  1. Nie jestem alkoholikiem. Po raz perwszy dowiedzialem sie, ze alkoholikiem jest ten, kto nie pije wcale, nic, ani kropli, bo pil(a) wczesniej. Bylo to w czasie naszej przepieknej wycieczki z Malgosia i Kasia oraz jej rodziną do Costa Rica w 2012r., w czasie ktorej przejechalem podobno na najdluzszej na świecie Zip-Line kompletnie na trzeźwo. Ale alkoholikiem był zaprzyjaźniony pan właściciel baru pod wulkanem, gdzie chodziliśmy na winlo i kolacje. Nieważne. Potem zacząłem poznawać coraz więcej alkoholików. I cieszę się, że dzięki mojej rodzinie i pracy nigdy nie zostanę ALKOHOLIKIEM. Wacek

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Zosia Anuluj pisanie odpowiedzi