“Ołowiane” pejzaże

1 kwietnia, 2026

Kto jeszcze nie zdążył obejrzeć serialu pt.”Ołowiane dzieci” w reżyserii Macieja Pieprzycy, być może nie zrozumie mojej potrzeby napisania tego postu. Kto nie przeżył tamtych 70-ych lat, pomyśli o tych obrazach jak zazwyczaj myślimy o historii sprzed 2-4 wieków. 

Oglądałam każdy odcinek z ogromnym poruszeniem wszystkich moich komórek pamięciowych, z próbą połączenia moich własnych wspomnień z obrazami filmowymi. Nie chcę, by ten tekst był powieleniem wielu recenzji i wspomnień innych, którzy już zdążyli w różny sposób wypowiedzieć się na temat serialu i tamtych czasów.

Chwilowo serial jest na “topie” nie tylko w  Netfliksie, ale także w rozmowach, dyskusjach, wspomnieniach i ocenach. To “majstersztyk” gry aktorskiej kilku wspaniałych aktorów (bardziej aktorek), ale także tych, którzy odtworzyli kostiumy tamtych lat, atmosferę w familokach śląskich, język gwarowy, brud uliczny, no i SYSTEM polityczny! Od działaczy, którzy naprawdę byli u szczytu swojej władzy i mogli wszystko (!!) do języka i obrazów autentycznych wydarzeń uwiecznionych w kronikach z tamtych lat. 

Dolne zdjęcie to „mapa” na której zaznaczono „Targowisko”. Górne zdjęcie – ta sama dzielnica – współcześnie (2022 rok) – zdjęcia zapożyczone z sieci

Rzecz dzieje się na Śląsku, konkretnie w Szopienicach, a określając jeszcze dokładniej – tuż przy Hucie Metali Nieżelaznych. 

W jednej z drobnych, ale bardzo personalnych recenzji przeczytałam zdanie, że w tym filmie na ekranie gra wszystko!! Grają ludzie – profesjonalni aktorzy (Joanna Kulig, Agata Kulesza, Kinga Preis, Zbigniew Zamachowski, Marian Dziędziel, Michał Żurawski, Sebastian Pawlak – genialni!) a także statyści, zwykli Ślązacy, prości ludzie. Gra tło ulic, samochody, brud, hałdy (zwane również zwałowiskami). Gra gwara śląska i dzieci bawiące się na podwórkach między familokami, przy śmietnikach… Grają także “kiecki” tamtych czasów.

Kadry z serialu „Ołowiane dzieci”

A ja dodałabym – grają śląskie kobiety o solidnych fizycznych posturach, wydatnych biodrach i piersiach. Już to przywodzi na myśl siłę i zdeterminowanie tego środowiska, choć nie od początku serialu. 

W każdym kolejnym odcinku obserwujemy formowanie się tej siły… ”Bo jak śląskie baby się zbiorą, to spokoju nie będzie…” – pada takie zdanie w filmie. 

Dlaczego ja – Krakuska z urodzenia i wychowania w centrum tego miasta, mam tak wielką zawieruchę w głowie, po obejrzeniu serialu “Ołowiane dzieci”? 

Był rok 1974. W filmie historia zaczyna się kilka miesięcy wcześniej. 

Moja “śląska” historia życia rozpoczęła się we wrześniu. Tak naprawdę, to miejsce na mapie Polski pojawiło się w mojej głowie w momencie, gdy mój (przyszły) mąż przyszedł do mnie w lutym 1974 roku i oznajmił mi, że dostał wymarzoną pracę na uniwersytecie, jako asystent na rusycystyce, w katedrze literatury współczesnej i teorii literatury. Oszołomiona sukcesem i radością, z zachwytem patrzyłam na niego i już oczami wyobraźni widziałam naszą cudną przyszłość za pół roku – po ślubie. 

Szybko “otrzeźwiałam”, gdy padły słowa – Uniwersytet Śląski… w Katowicach. 

Nie miałam tu wiele do powiedzenia, bo sprawy się już działy – mój „lada miesiąc” mąż już zaczął swą pracę i przez semestr wiosenny jeździł pociągiem raz w tygodniu, do Katowic, na zajęcia ze studentami. Okazało się, że nie tylko rozwój przemysłu jest ambicją. Okazało się, że nie tylko rozwój przemysłu jest ambicją Śląska i Zagłębia, ale także dynamiczne plany naukowe i uniwersyteckie.

Trzeba uświadomić sobie chwilę, w której wtedy nasze życie się znalazło. Piękny Kraków, o którym wiedziałam wszystko od 21 lat. Szkoły niemal tuż obok domu, a raczej dwupokojowego mieszkania w kamienicy na ul. Łozowskiej. Codzienne poranne bieganie na uniwersyteckie zajęcia, nie dłużej niż 10-15 minut, czasem też drugi raz na wieczorne. Odbywały się tuż obok Rynku, na ul. Gołębiej, w tzw. “Gołębniku”, gdzie mieściła się katedra polonistyki i większość zajęć odbywała się właśnie tam. Albo w pobliskiej okolicy. Wokół przyjaciele z harcerstwa i ze studiów. Wszystko na wyciągnięcie ręki.. 

Śląsk, a jak się później okazało, Zagłębie czyli Sosnowiec, było mi kompletnie nieznane, nieplanowane i spadło na mnie jak meteor z nieba. Nie gwiazdka. Bo z przysłowiową “gwiazdką z nieba” nie miało NIC wspólnego!! 

Po wrześniowym ślubie i podróży poślubnej (tak, mieliśmy taką… do Rumunii!)  spakowaliśmy walizki, nasze prezenty ślubne (o, naiwni!) i wyjechaliśmy do Katowic. Tam otrzymaliśmy miejsce/pokój w akademiku na osiedlu 1000-lecia w nowoczesnym wysokim bloku. 

Żeby nie było prosto, od razu dodam, że spadała nam na głowę “cegła za cegłą”. Chyba już kiedyś wspominałam o tym, mimo dopełnienia wszystkich wymaganych “papierków” okazało się, że miejsce w akademiku jest dla mojego męża, bo jest pracownikiem akademickim, a ja – jego żona – studentka NIE dostałam akademika.

Budynek, gdzie mieściły się wszystkie wydziały filologiczne – między innymi filologia rosyjska. Miejsce pierwszej pracy mojego męża.

Zaczęło się nielegalne wchodzenie do budynku, stres za każdym razem, bo sprawdzano legitymacje. Dojazdy autobusem z Katowic do Sosnowca… dla mnie makabra! Właśnie okazało się, że tego lata w 1974 r. filologia polska otrzymała nowy budynek i przeniosła się do Sosnowca. Inne filologie m.in. rosyjska, też były w Sosnowcu, tylko w innym budynku. Wszystko to zmieniło moje życie w nieznany mi koszmar. Szybko przestałam pamiętać, że to nasz “miodowy miesiąc” i pierwsze wspólne tygodnie budowania własnego domu. 

Domu nie było, dopiero po kilku miesiącach (cudami: załatwiania, pisania podań, wchodzenia i wychodzenia z biur pań, które mogły wszystko!!) otrzymaliśmy wspólny legalny pokój. A i tak jeszcze było dużo niespodziewanych i zadziwiających kombinacji… 

Kto z was pamięta takie wydarzenia? Gdy tylko wspomnę, mam ciarki od stóp do głowy..

Jeśli oglądniecie “Ołowiane dzieci”, to zrozumiecie jak działał system polityczny, szczególnie tam, gdzie jego siła sięgała w życie zwykłych ludzi, dużo głębiej niż np. w Krakowie. A może tylko mi się tak wydawało, bo wcześniej nie dotykały mnie tak ekstremalne osobiste sytuacje… Życie krakowskie było oazą spokoju.

Brud na ulicach, familoki… tak, też były w Sosnowcu. Ale my nie bardzo ocieraliśmy się o takie problemy. Wbrew pozorom, Sosnowiec był całkiem dużym miastem, a my mieszkaliśmy w jego nowoczesnej części. Rzadko mieliśmy potrzebę przejeżdżania przez Szopienice czy podobne okolice. Za to w dzielnicy Sosnowca – Zagórze mieszkała matka Edwarda Gierka. Podobno Pierwszy Sekretarz PZPR odwiedzał ją dość często. Ja tego nie widziałam, ale różne plotki o wyłączaniu ulic, setkach zabezpieczeń itd. krążyły wśród ludzi.                                                

Pozytywne strony tych wydarzeń były takie, że sklepy były zdecydowanie lepiej zaopatrzone niż w innych miastach Polski. W mięsnych, na hakach wisiała pięknie suszona kiełbasa, była szynkowa, prawdziwa szynka (no, może nie zawsze), boczek. 

Był sklep “Moda Polska”, gdzie można było kupić dobre perfumy i ładne modne ubrania. Dało się kupić pralki i lodówki. Górnicy mieli swoje specjalne sklepy zaopatrzone niemal jak Pewexy, tyle że nie za dolary.

Walcząc z urzędami na Uniwersytecie i w Spółdzielni Mieszkaniowej, wchodząc drzwiami i wychodząc “oknem”, by znów tam wrócić, po wielu trudnościach, łapówkach, prezentach etc. po ponad trzech latach, w lutym 1977 r. otrzymaliśmy własne M-4. Gdy przeprowadzaliśmy się do trzypokojowego mieszkania z maleńką kuchnią (ale z oknem!), nasza córka miała równo 11 miesięcy.  

Porównując nasze szanse na mieszkanie w Krakowie – Zagłębie było naszym dobroczyńcą. Budowało się dużo więcej niż w innych miastach. Gierek dbał o swoje tereny… I to pod wieloma względami. Pamiętam, że gdy moja Mama przyjeżdżała do nas pomóc nam w zajmowaniu się malutką Kasią, pierwsze co robiła, to wstępowała do sklepu mięsnego i kupowała suchą kiełbasę. Towar na “wagę złota” w Krakowie. 

Wiedziałam, że Śląsk to kopalnie węgla, huty, kominy. Wiedziałam, że jest brudniej niż gdziekolwiek indziej, ale przecież nawet Kraków uchodził za miasto “skażone”, bo Nowa Huta też zanieczyszczała. Mycie okien co kilka tygodni nie było niczym nadzwyczajnym. Po prostu było wpisane w duże sprzątanie “z myciem okien i podłóg”.

Najbardziej widoczny był kurz i lepki brud na balkonie. Jeśli był to czas zimy i nie używaliśmy balkonów (no, chyba że jako naturalną “lodówkę” w czasie mrozów), sprzątanie balkonu było katorgą. W lecie, by móc z niego korzystać, trzeba było przecierać barierki i myć podłogę niemal codziennie. 

W zimie, gdy spadł biały puszysty śnieg, czysty był tylko przez jeden dzień… Później pokrywał się czarnymi pyłowymi plamami. Ale człowiek szybko przyzwyczaja się do czegoś, co jest “normalne” choć normalne nie powinno być i nie było. 

Nie zwracaliśmy uwagi, że jest brudno – w powietrzu, na chodnikach, na podwórkach, gdzie wciąż bawiły się dzieci… Nie dziwił codzienny widok do połowy brudnych aut, autobusów, tramwajów. Nieodzowny element śląskiego i zagłębiowskiego świata. 

Dopiero, gdy po półtora roku pobytu w Houston, pierwszy raz przyjechałam do swojego domu w Sosnowcu, otworzyłam okna i… zobaczyłam balkon, szyby okienne i “czarne” firanki – zrozumiałam, co znaczy brud powietrza…

Nigdy wcześniej nie raziły mnie brudne samochody na ulicach, dziury z kałużami na drogach czy chodnikach. I nigdy nie myślałam o tym, że gdzieś obok nas, niemal na wyciągnięcie ręki istnieje problem bardzo chorych dzieci na ołowicę… 

Szopienice kojarzą mi się z autobusowymi przejazdami, bo wszystkie te miasta – satelity położone były niedaleko od siebie i koncentrowały się wokół Katowic. A do Katowic jeździłam często. “Spodek” wyraziście stanowił centrum “politycznego świata” tamtych czasów, symbol  siły politycznej i dumy.  W “Ołowianych dzieciach” stanowi przeciwwagę ponurej dzielnicy “Targowisko”.

„Spodek” – w roku 1975 i dzisiaj.

Lubiłam chodzić główną ulicą prowadzącą od „Spodka” w stronę najbardziej ciekawych sklepów, kina, hoteli i dworca kolejowego Katowice. Wokół Spodka było rondo, zawsze pełne ulicznego ruchu. Gdy autobus dojeżdżał do Spodka – dla mnie zaczynały się “prawdziwe Katowice”. Ta strefa Śląska była ładna, oświetlona i pełna intensywnego życia… Innej nie znałam. Albo bardzo niewiele.

Mieszkałam w Sosnowcu przez szesnaście lat. I kilka miesięcy w Katowicach. Bywałam w Dąbrowie Górniczej, Zabrzu czy Gliwicach. Pewnie też i w innych miasteczkach wokół…

 Mój świat tamtych lat był zakurzony, brudny, zaciągnięty szarymi chmurami oparów z hut i kopalń wokół.   

Ale był też światem pierwszych lat samodzielnego, rodzinnego życia. Nowych przyjaciół i nowej pracy. Niełatwym życiem. Był czasem oporu wobec systemu (tego doświadczyliśmy osobiście), ale też nigdy nie wstąpiliśmy w szeregi partyjne, nigdy nie ulegliśmy wpływom szefów w pracy, ani różnym partyjnym przekonaniom naszych znajomych. Dzisiaj, po przeszło pół wieku, serial “Ołowiane dzieci” przywrócił w pamięci moje ołowiane pejzaże. Tak bliskie tamtych Szopienic i tak inne w moim życiu. 

Jeśli jeszcze nie obejrzeliście tego serialu, to gorąco polecam. To nie dokument, choć oparty na pewnych faktach. Wciąż przecież żyje mnóstwo ludzi, którzy dobrze pamiętają tamte czasy i tamte “pejzaże”. 

Dla młodych i młodszych – to tylko wycinek historii “socjalistycznej” Polski. Dla mnie to kawałek młodego życia, którego nie chcę i nie mogę zapomnieć.

Nawet jeśli był to “brudny” i trudny czas.

**********************************

Dopełniam obraz tamtych trudnych, socjalistycznych lat” 😂 piosenką, która oddaje głęboką prawdę naszego życia. Tu w wykonaniu Krystyny Prońko, podczas Festiwalu w Opolu w 1981 r. Nie widać, nie słychać w niej ani brudu ulicznego, ani wyziewów wysokich kominów… A słychać w niej walkę o wolność, i wielką nadzieję na lepsze, która potem charakteryzowała moje pokolenie… Posłuchajcie – bo to też kawałek polskiej historii…”Psalm stojących w kolejce” ” za czym kolejka ta stoi?.. po szarość, po szarość, po szarość..Piosenki w moich wpisach


POWRÓT

Dodaj komentarz