1 marca 2026
Znane polskie powiedzenie: “Święta, święta i po świętach”. I nie wiadomo dlaczego, każdemu z nas kojarzy się to ze Świętami Bożego Narodzenia.
Może dlatego, że te właśnie Boże Narodzenie tradycyjnie wymaga od nas najwięcej energii do przygotowania, zarówno organizacyjnego jak i wyjątkowo dużego wkładu pracy. Jest tyle wariantów spraw z nimi związanych! Od wielkiego sprzątania domu (kiedyś to się nazywało… „z myciem okien”😂), poprzez zakupy prezentów, wysyłanie kartek świątecznych, kupienie i dekoracja choinki i wreszcie gotowanie co najmniej dwunastu tradycyjnych potraw (a często nawet więcej). Trudno powiedzieć, czy tylko w Polsce te święta tak nas angażują, czy też w innych krajach także.
„Każdy kraj ma swój obyczaj”. Przekonałam się o tym, gdy przyjechałam do Stanów Zjednoczonych i ze zdziwieniem uświadomiłam sobie, że święta te same, a obchody jednak inne.
Najbardziej zdziwiło mnie to, że kolorowa i wesoła celebracja zaczyna się tutaj tuż po Thanksgiving (Święto Dziękczynienia), a Boże Narodzenie to ukoronowanie tego radosnego okresu. No, może jeszcze trwa do Nowego Roku, ale dzień później już właściwie nikt o nich nie pamięta. Podczas, gdy w Polsce cały grudzień to czas oczekiwania, ciszy, spokoju.
Jednak i tam ostatnie lata uruchomiły marketing. Sklepy i reklama działają, namawiając do wcześniejszych zakupów. Ale tak naprawdę, to czasy szaleństwa i zabawy nastają od Sylwestra i trwają aż do połowy lutego. Są to fakty tak oczywiste, że nikt nie zastanawia się dlaczego w innym miejscu świata jest inaczej.
Mimo, że kalendarz wskazuje na pełnię zimy (no może nie w Australii😂) bardzo różnie reagujemy na pierwszy miesiąc roku. W Houston, choć mrozy bywają rzadko, to jednak atmosfera zimy jest wyczuwalna.
Mnie osobiście udziela się zmęczenie po-świąteczne. Także to “atmosferyczne”. Logika wskazuje, że powinnam się cieszyć z chłodu i odpoczynku od ciągłego słońca. A jednak – jest mi zimno, marzną mi stopy i koniuszki palców. W domu przestawiam chłodzenie na ogrzewanie… Zaczynam rozumieć, że ciało przyzwyczaiło się do tutejszego klimatu. Styczniowa pogoda, choć bywają dni słoneczne, sprawia, że czuję się osłabiona, zmęczona i niechętna do wielu robót domowych. Być może – intensywność świątecznych działań też ma w tym swój udział.
Nadmiar różnorodnego jedzenia, dużo słodkości, imprez i spotkań towarzyskich wpływa na potrzebę wyciszenia się. Spokoju. Pojawia się w głowie próba analiz wydarzeń minionego roku. Planów na kolejny. Porządki w szafach, nowe ubrania, nowa moda, nowe książki. No i koniecznie zapowiedzi, że już w następnym roku nie będę tyle gotować!! I tak nikt tego nie zjada! A przecież szkoda wyrzucić… Fakty oczywiste, powtarzające się każdego roku. I powracające następnego… Do końca życia nie nauczę się już inaczej. Widać – tradycja silniejsza niż logiczne myślenie.
Styczeń to dla mnie “przednówek”. Tak kiedyś nazywaliśmy polskie miesiące: luty, marzec. Przedwiośnie. Przed… Tęskne oczekiwanie na pierwsze zielone pąki i listki na drzewach. Na znikające w pierwszych promieniach słońca brudne kałuże po śniegu. Na świeże nowalijki. Kiedyś przednówek był synonimem biedy, braku jedzenia i oczekiwania na nowe. Dziś to tylko symbol…
Tu nie ma śniegu (mówię o Teksasie), a ja i tak oczekuję na chwilę, gdy zacznę porządki ogródkowe, pomyślę o świeżych sadzonkach, doniczkach. Szukam pomysłów, co można by zmienić w domu, bo nie zaprzeczę, że lubię zmiany. Nawet drobne. Cieszy mnie wszystko co przypomina o ruchu – w każdym sensie. Byle nie stagnacja i zawieszenie 😄.
Przecież już w sklepach wszędzie czerwono i różowo – Valentine’s Day (Dzień Św. Walentyna) łypie na nas z każdej półki. Poddaję się tym obrazkom bardzo łatwo, bo są dla mnie odmianą. Potrzebą uruchomienia wyobraźni, nowości, które odświeżą mój świat. To nieważne, że tak jest każdego roku! W końcu Święta też powtarzają się co roku…
Ważne jest, aby nie wyłączyć się z ruchu, choć jest mi coraz trudniej uruchomić w sobie kolejne pokłady energii. Coś mija – zamyka się rozdział. A nowy natychmiast otwiera drzwi. Wracam do pozornej rutyny. I choć kalendarz obrócił kartkę i znów zaczynamy rok od początku, to jednak nie ten sam.
Samopoczucie człowieka jest bardzo uzależnione od pory roku, od klimatu. I te miesiące przed pełną wiosną są trudne. Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy, jaki mamy status czy sytuację rodzinną, odczuwamy stagnację i przemęczenie… Po świętach. Można odpocząć. Tyle, że odpoczynek dla każdego z nas ma inny wymiar.
U mnie już poświątecznie posprzątane, a na stole już pojawiają się nowe dekoracje. Ale wciąż jeszcze, tak po polsku – spotykamy się, już nie na balach karnawałowych (choć i takie są!), ale w duchu świątecznym lub z akcentem walentynkowym. Albo po prostu – przyjacielskim.
Chwila przerwy po świętach. Już niedługo będą następne. Wiosenne…
Z młodości pamiętam styczeń jako miesiąc ponury. Ciemne poranki, szybko zapadające wieczory. I powoli zanikająca “przedświąteczna adrenalina”. Dużo pracy w szkole, bo to zawsze był koniec semestru.


ZIMA w Polsce – styczeń 1972. Luty 1981 – ileż tych ubrań trzeba było wcisnąć na dzieci…
Za to w soboty dużo się działo, bo wciąż trwały spotkania, prywatki i bale karnawałowe. Wszystko w innym wymiarze niż dzisiaj, ale wkładaliśmy dużo energii i młodzieńczej radości, by bawić się naprawdę “karnawałowo”. Dekoracje były biedne, zwykle “papierowe”, które organizatorzy wykonywali sami. No i zawsze w tym czasie były zabawy dla dzieci, które organizowano w zakładach pracy naszych rodziców.
Moja Mama pracowała w krakowskiej Spółdzielni Inwalidów “Trud” jako księgowa. Lubiła swoją pracę, lubiła ludzi, z którymi spędzała cały tydzień. I zawsze wciągała się w pracę społeczną. Pewnie po niej też tak mam (miałam). Zawsze sugerowano, żeby dzieci się przebierały za postaci z bajek i znanych filmów. Dlatego na tych dziecięcych zabawach były królewny, książęta, myszki Miki, kowboje, zajączki, misie itp. A dla tych, co mieli na sobie własne ubranka, zawsze przy wejściu był stół z dużym wyborem czapek karnawałowych.
Najpopularniejsze były “stożki” wysokie i dekorowane na różne sposoby. Ja lubiłam i wybierałam zawsze czapkę – opaskę z dużym kwiatem z przodu. Były wymyślne, kolorowe i efektowne. Wszystko z tektury i kolorowych bibułek. Czasem z dodatkiem brokatu. Starałam się zawsze dowieźć tę czapkę (czemu to nazywaliśmy czapkami??) do domu, bo potem przez najbliższe dni służyły mi do zabawy w domowy karnawał. Były to piękne akcenty dziecięcych czasów, styczniowych ponurych dni.
Dzisiaj, gdy starość biega za nami, nie dajmy się wciągnąć w smutek i ciszę dnia. Może nie ma w nas dziecięcego entuzjazmu, ale chęć do wspólnych po-świątecznych imprez wciąż nie mija. Kilka dni temu my, “houstońskie dziewczyny ” w udekorowanym wciąż świątecznie domu, przy stole pełnym przysmaków i z akcentem “czapeczkowym” w włosach (super pomysł, Basiu!) szalałyśmy karnawałowo. Bez tańców, ale za to z opowieściami, przy których śmiałyśmy się do utraty oddechu. Trochę inaczej niż 60 lat temu, ale równie wesoło i zabawnie. No i wcale nie wyglądamy gorzej niż w tamtych siermiężnych polskich czasach. 😂
…Już po świętach. Ale świątecznie. Bo każdy dzień może być świętem. I powinien.
Nie chcę stracić żadnej godziny. Będę świętować, bo “żaden dzień się nie powtórzy…” (Wisława Szymborska).
O tym właśnie myślałam, gdy inni to wyśpiewali uderzając w sedno moich rozważań… „Święta, święta i… po świętach” – Dom na Kaszubach






