1 października, 2025
Środa
Melancholia. Dopada wszystkich. Kiedyś i przy różnych okazjach. Mnie dociska dość często, choć nie należę do osób smutnych. Bo moja melancholia to nie smutek, chociaż ludzie często mylą te dwa pojęcia.
We mnie melancholia jest „ładnym” uczuciem. Ciepłym, choć na pewno nie mogę nazwać go szczęśliwym.
Melancholia to jesień. Kolory przydymione, nieostre. Zachodzące mgłą. Słońce, które już nie męczy, ale wciąż daje nam ciepło. Melancholia to łza, która nie boli, ale oczyszcza. To powiew wspomnienia. Nawet jeśli było kiedyś bolesne, to dziś już nie.
W przypadku odczuwania mojego świata – melancholia to “przepracowane” uczucie. Może niespełnione, a może spełnione nie tak, jak bym chciała. Ale warte pamiętania. Warte zrobienia dla niego miejsca w moim sercu.
@@@@@@@@@@
Czwartek
Miałam sen. Musiał “dziać się” tuż przed późno-porannym obudzeniem, bo pamiętam go bardzo dokładnie. Sen, który powinien być miły, radosny. To była wigilia, a ja oczekiwałam wielu gości, a miałam mało czasu na zorganizowanie wieczornej kolacji. Biegałam po całym domu (czyim, jakim?.. nie wiem) i szukałam mnóstwa potrzebnych rzeczy – krzeseł (nie było ich nigdzie!), obrusów (były w płaskiej szufladzie, a jak już miałam je wydobyć, to szuflada się rozsypała i nie mogłam poradzić sobie z jej naprawą), szłam do góry po schodach, ale nie mogłam dojść na piętro… Prosiłam kogoś… (znajomego, zaprzyjaźnionego) żeby pojechał do sklepu po zakupy, ale ten ktoś odmówił… Zobaczyłam obok mnie znajomego i zwróciłam się do niego po imieniu, ale ten ktoś upierał się, że ma inaczej na imię. Choć go rozpoznałam i wiem na pewno, że to był Donek… jedyny Donek, jakiego w życiu znałam.

Obudziłam się i nie mogłam złapać oddechu. Byłam przerażona, a kiedy opowiedziałam mojemu mężowi mój dziwny sen, on podsumował: “no to dobry sen, czemu się denerwujesz?…” Nie wiem. Nie wiem dlaczego tak zdruzgotał mnie “dobry sen – wigilijny.”
Nie doszukuję się znaczenia symboliki snów, nie zamierzam pamiętać tego uczucia, napięcia i bezradności. A mimo to, czuję wciąż trzepotanie serca. Myśli krążą wokół. „Życia nie oszukasz”. To nie był szczęśliwy sen..
Sny nie muszą straszyć duchami, okropnościami obrazów, żeby wywołać w nas dygoczący niepokój.
@@@@@@@@@@
Czwartek, wieczorem
Gdy przestajemy pracować zawodowo i życie zmienia się na emeryckie, otwiera się nowy świat. U jednych pojawia się euforia, czują się wolni i z radością snują plany co teraz będą robić i jak zagospodarować swój czas. Inni – wpadają w otchłań rozpaczy i bezsensu – co robić z tym wolnym czasem, jak sobie poradzić ze swoją zawodową “bezużytecznością”.
W moim przypadku cały ten okres tuż po odejściu z pracy przeszłam niemal bezboleśnie. O, nie! Nie chwalę się, że jestem taka silna i mądra i wiem od początku co i jak robić. Daleko mi do takiego ideału 😃.
Dlaczego tak mi „się ułożyło”? Może dlatego, że mentalnie „po swojemu” umiałam się na to przygotować. Może dlatego, że nigdy po skończeniu pracy nie odczułam pustki. Były wnuki, którymi wciąż czasem trzeba było się zająć. Byłam w kręgu przyjaciółek i życia towarzyskiego, które nadal (choć może już nieco inaczej) trwa. Znalazłam sobie BLOG, a raczej wymyśliła go moja przyjaciółka, a ja dałam się (łatwo) namówić. Miałam wciąż dużo energii, zdrowia na wyjazdy, wycieczki, spotkania. Wydarzenia rodzinne kłębiły się często i intensywnie. No i wciąż do tej pory coś tam z “pracowych spraw” kręci się wokół mnie…
Śniadanie (nie u Tiffany’ego! 😂)
Dziś już zwolniło się tempo życia małżeńskiego (bo i mąż jest emerytem), ale w zamian późne powolne śniadanka, spokojna kawa mają także swoje zalety. Można oglądać filmy do północy i nie mieć żadnego wyrzutu sumienia, że wstanę po 9-tej rano. A może nawet o 10-tej. Też będzie dobrze. Bo – już mam plan na nowy dzień! Trzeba włożyć nową farbę na włosy (jaki odcień tym razem, żeby nie było tak samo jak poprzednio?), trzeba przejrzeć sukienki letnie, może coś, czego dawno nie nosiłam albo już mi się nie podobało, wróci do łask?… Może nowy makijaż, a może po prostu leniwy dzień – jakieś zaległości e-mailowe, książkowe, fotograficzne. LUZ.
@@@@@@@@@@
Piątek
Niektóre pomysły nawet w starych głowach są zwariowane! Sama nie wiem, skąd się nagle pojawiają.
Kiedyś lubiłam rysować, malować. Ale tak normalnie, bez sukcesów i nadmiernego talentu. Dla siebie. Bez specjalnych przyczyn, pojawiały się takie napady… Czasem lubię “artystyczne wyzwania”. Coś udekorować, coś powiesić na ścianie, ustawić fajną kompozycję, coś zmienić w domu. Może dla innych ludzi to niezauważalne, ale mnie sprawia przyjemność. Lubię zmiany. Nie lubię stagnacji.
I nie lubię naszych houstońskich płotów. Są byle jakie, drewniane, z upływem czasu (dość szybko) i pod wpływem wilgotnej pogody robią się szare, brzydkie. Tylko drogie osiedla, gdzie domy stoją na wielkich działkach, mają płoty żelazne albo z jeszcze innych materiałów, które są ozdobą, a nie tylko służą do odgrodzenia się od bliskiego sąsiada.
Któregoś dnia mój mąż powiedział: “namaluj krowę”. Jeśli ktoś czyta choć trochę mój blog, to wie, że bardzo lubimy krowy. Bo krówki są bardzo sympatyczne, mają takie poczciwe oczy i nieograniczoną liczbę artystycznych wersji!!
Następnego dnia poszliśmy kupić najprostsze i szybkoschnące farby do drewna i napadła na mnie narkotyczna, szalona konieczność (ale się wymądrzam z tym porównaniem, zwłaszcza, że nigdy nie miałam „narkotycznej konieczności” 😜) i zabrałam się do malowania na płocie – krowy. Jeszcze jedna do naszej kolekcji, tyle że nie mieści się na półce. Ta krowa wyszła na “łąkę u płotu”
I tak powstał pierwszy domowy “płotowy” i mój własny emerytalny malunek. No, ale potem dalej i dalej..
A mijały tygodnie i ciągle ktoś mi dokładał pomysł. Motylki były moje, ale owieczki już nie. Potem kotek. Świnka znów była pomysłem męża. Dobrze, że miałam dużo różowej farby…
Od ponad 50 lat ulubionym rysunkiem mojego męża (i wciąż potrafi go narysować!!😂) jest łabędź. Wychodzi mu to bardzo pięknie. Najpierw kaligraficzna “dwójka”, potem jeden ruch i ptak gotowy! Sam zaproponował, że namaluje. Ale widać nie ma takiego “emeryckiego zacięcia artystycznego” jak ja! 😜 Wreszcie udało mi się go zmobilizować do pociągnięcia kredką pastelową konturu ptaka, a ja już dokończyłam resztę. Potem okazało się, że świnka wyszła trochę za gruba, a łabędź ma za krótką i za grubą szyję… Ale przecież to artystyczne “płotowe murale”, więc są dziełem wyobraźni takiego “artysty” jak ja, a ta jest nieokiełznana i dowolna 🤣 👍
Jeśli ktoś myśli, że to proste namalować coś na płocie, to wyjaśniam, że nie jestem Tomkiem Sawyerem i wcale nie poszło mi to łatwo! Za to bawiłam się świetnie i sprawiło mi to radochę. Zwłaszcza, gdy znajomi i przyjaciele zadawali pierwsze pytanie (oczywiście – po zachwycie!) – ” kto to namalował??”
Odpowiedź była zabawna. I prawdziwa – JA!!
Nie masz pomysłu co robić? Masz trochę niezagospodarowanego czasu? No i masz płot, którego nie lubisz.. Maluj!
@@@@@@@@@@
Sobota
O tym, że język jest tworem żywym i zmiennym, dowiedziałam się już na pierwszym roku polonistyki. Na zajęciach z historii języka usłyszałam wiele przykładów słów pochodzących z łaciny, greki. Nic mnie to nie dziwiło. Było to bardzo logiczne i uzasadnione. Ale już wiadomość, że słowo kościół nie jest polskie i przyszło do nas z języka niemieckiego bardzo mnie zadziwiło… Słowo “kościół” używane niemal każdego dnia w moim języku młodości, nie podlegało wątpliwości, że musi być nasze.
Dziś po 50-60 latach, po 35 latach mieszkania na obczyźnie, w dobie internetu, otwartości świata, mieszania się kultur i języków – trudno sobie z mową/językiem dać radę. To co się dzieje w obrębie jednego języka jest niewyobrażalnie wielką zmianą niemal każdego dnia.
Wiele lat temu, może nawet z 20 lat… jedna z moich przyjaciółek cały czas mieszkająca w Polsce, w jakiejś naszej rozmowie, na moje oburzenie, że młodzi tak gładko i bez przerwy używają słowa “zajebiście” równocześnie zachwycając się jego emocjonalnym wydźwiękiem (wspaniale, wyjątkowo, niesamowicie) uświadomiła mi, że któregoś roku właśnie to określenie wygrało konkurs na najbardziej popularne słowo roku w języku polskim! Mało tego – przysłała mi jakąś tabelę, gdzie był dowód, że „zajebiście” było zwycięzcą. A cała seria słów w kolejności, równie mi nieznanych – ustawiła się w kolejce za… Dziś już przyzwyczaiłam się do tego określenia i już wcale mnie to słowo nie dziwi. I nie razi…
My, pokolenie lat 50, 60-tych biegaliśmy na imprezy i prywatki, mówiliśmy nonszalancko na rodziców “wapniaki”, używaliśmy takich zdań jak “rzuć wapno na druty”… W szkole dostawaliśmy “pałę” albo “lufę”. A od czasu do czasu “pionę”. Jeśli bardzo chcieliśmy podkreślić swoją wiarygodność (słowo daję, naprawdę!) to mówiliśmy “ jak bum cyk, cyk”.

A moja przyjaciółka, kilka dni temu nauczyła mnie powiedzonka: “rozmawiać jak głupi z kukułką” i nie sądzę, że jest to współczesne powiedzenie. To coś w rodzaju jak – „rozmawiał ślepy z głuchym” albo „mówić ze ślepym o kolorach”… Czyli – nie dogadamy się!!
A wszystko to przypominam sobie i rozważam, bo wpadła mi znów w oko tegoroczna statystyka najpopularniejszych słów polskich. I już tak mnie to zszokowało, że aż głowa mi zmrowiała od od kręcenia w lewo i prawo..
SIGMA – to słowo zwycięzca. Jakież było moje “zdziwienie wyłupiastych oczu”, gdy przeczytałam, że “Sigma to osoba odnosząca sukcesy, wyjątkowa, pewna siebie, ale nie wylewna. Raczej samotnik przekonany o swojej wyjątkowości. Ma swoje zasady i bezwzględnie je praktykuje” (to wyjaśnienie z oceny i statystyki rocznego konkursu).
Dla mnie Sigma to litera greckiego alfabetu, nazwa jakiejś japońskiej korporacji fotograficznej, Sigma Beauty i wiele innych. Ale muszę uczciwie przyznać, że to określenie faktycznie odnosi się też do człowieka o takich cechach, jakie zacytowałam powyżej.
Znalazłam też najnowsze słowa języka polskiego, takie jak: skibidi, glamur, de lulu, rizz. Proszę, niech nikt mnie nie pyta co oznaczają! Owszem poszperałam, przeczytałam, ale NIC nie zapamiętałam. To już nie mój język. Albo – jeszcze nie..
Nie mogę przecież zaprzeczyć, że jeśli uda mi się pożyć jeszcze kilkanaście lat i mieć głowę “w porządku”, to może nauczę się i takich nowości. Tak jak nauczyłam się rozumieć: siema, spoko, nara, w porzo, do zo.. “
Językowy DOM WARIATÓW!! I niech ktoś zaprzeczy stwierdzeniu, że uczymy się do ostatniego dnia życia, to powiem, że nie ma racji. I to nawet we własnym języku..
@@@@@@@@@@
Poniedziałek
Lubię miasto. Lubię uliczny nieustający ruch. Nawet teraz, kiedy już mnie męczy. Lubię ludzi.
Uwielbiam małe kawiarenki (jak w piosence Jarockiej), kilka stolików w ogródku oddzielonym pasem zieleni i kwiatów w doniczkach. Siedzę wtedy i czekam na kawę. Abo na kieliszek czerwonego wina. Przyglądam się przechodniom mijającym moje miejsce. Samotnym, szybko sunącym po ulicy. Młodym parom przytulonym do siebie. Roześmianym i beztroskim. Jeszcze nie obciążonych trudami realnego życia. I dobrze. Na wszystko przyjdzie czas. Dzieciaki, których matki ciągną za rękę, bo przecież patrzą na świat z połowy naszej wysokości. I widzą wszystko, trochę inaczej, ciekawiej.
Spoglądam na kolorowe ubrania, tak różne w stylu i gustach. Na rozwiane włosy. Na zabawne torby i drogie eleganckie buty. Albo tenisówki. Takie różnorodne, modne teraz.
I wtedy przychodzi mi na myśl fragment wiersza Wisławy Szymborskiej, który już dawno zrobił na mnie wielkie wrażenie. Lubię poezję Szymborskiej. Jest ironiczna i zaskakująca. Nierozumiana przez wielu ludzi.
“Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach”
Twarze.
Miliardy twarzy na powierzchni świata.
Podobno każda inna
od tych, co były i będą.
Ale Natura – bo kto ją tam wie –
może zmęczona bezustanną pracą
powtarza swoje dawniejsze pomysły
i nakłada nam twarze
kiedyś już noszone…
(zapożyczone z sieci)
Ludzkie twarze. Wczoraj, dziś i tysiąc lat temu. W każdym miejscu, każdego koloru. Każda inna. Nie powtórzy się. Wiem, co mówi nauka na ten temat. Nie ma takiego samego DNA. Wszystkie – jakiekolwiek już istniały i zaistnieją w przyszłości będą jedyne. Niepowtarzalne…
Czy aby na pewno? Czy mogę być pewna, że Natura nie płata nam figli, że nie skopiuje mojej twarzy i nie da jej komuś przypadkowemu? Może to będzie ktoś w Zimbabwe, może na Bora Bora. A może w górach Bhutanu czy w Nowej Zelandii. Nie mogę tego wiedzieć. Jutro jest mi nieznane… A może zdarzyło się to już dawno?
Pewnie Szymborska miała podobne wątpliwości jak ja mam? Kiedyś znów znajdzie się wśród ludzi moja twarz. I Szymborskiej i twoja…
Takie dziwne snują się pytania w szarych komórkach starej głowy.
Wiemy wszystko i … nic nie wiemy. Mamy wyobraźnię i pytania. Tylko Człowiek może myśleć. Tylko Człowiek może mieć wątpliwości i marzenia.
Zamyślenia. Od poniedziałku do niedzieli. Przez całe życie.
@@@@@@@@@@@@@
I piękna piosenka w wykonaniu Kingi Preis pt,”Raz Dwa Trzy” . „Pod niebie pełnym cudów wciąż nie wiem, czego nie wiem” …















