16 sierpnia 2025
Właściwie to nie lubię pociągów… Dość wcześnie jak na czasy, w których się urodziłam, w mojej rodzinie mieliśmy samochód. W porównaniu do dzisiaj ulice były puste, wszędzie chodziliśmy na własnych nogach, czasem jeździliśmy czerwonym albo niebieskim tramwajem. Nikt nie lubił ulic ze zbyt głośno dzwoniącym odgłosem… tramwajów. Tak bardzo przeszkadzały, że ledwo dało się prowadzić rozmowy. Autobusy, stare i nowe dojeżdżały do każdego małego miasteczka, a nawet do wsi. Jakoś podróżowaliśmy.
Pociąg – ha, to już była zazwyczaj dłuższa podróż. Nie było łatwo złapać miejsce siedzące, zwłaszcza gdy wybieraliśmy się na całonocną wyprawę do Gdańska czy Warszawy. Wtedy jeszcze nie było tzw. miejscówek. Kto pierwszy dopadł miejsce siedzące, ten był wybrańcem i nie musiał przestać w korytarzu długich godzin podróży.
Zdobycie takiego miejsca przywodzi mi w pamięci obraz dużej akcji rodzinnej. Tata wskakiwał do powoli zatrzymującego się na peronie wagonu, dopadał (albo nie…) miejsce lub dwa i zaraz potem Mama podnosiła mnie do okna, z którego tata wystawiał głowę krzycząc “tutaj, tutaj jestem!”. Albo zwycięsko – MAM!!
Dopiero potem podawano walizki i inne bagaże. A na końcu przepychała się do nas przez tłumy w korytarzu Mama. Jeśli jechaliśmy bez taty, to musiał jeszcze zdążyć przebić się z powrotem i wyskoczyć z wagonu na peron.
Z czasem pojawiły się pociągi z tak zwanymi miejscówkami do biletu, które były wymagane jako zapewnienie miejsca siedzącego. Ale długo nie było nas na to stać.
Inna historia, to pociągi podmiejskie kursujące na bliskich odległościach. Było ich dużo, wjeżdżały w Krakowie na inne perony niż te “dalekobieżne” (tak właśnie się nazywały…). Wielu ludzi codziennie dojeżdżało do pracy pociągami i większość chwaliła to sobie, bardziej niż transport autobusowy.
Miałam to szczęście w życiu, że mieszkałam w centrum Krakowa, do szkoły i nawet na początku na Uniwersytet Jagielloński mogłam dojść piechotą. Wszystko było w zakresie kilkunastu czy kilkudziesięciu minut dobrego spacerku. Zawsze podziwiałam koleżanki i kolegów, którzy codziennie dojeżdżali do szkoły.
W moim życiu, oprócz kilku podróży do Gdańska, tak naprawdę pociągi zjawiły się, kiedy zaczęłam jeździć na niedzielne wycieczki z harcerzami. Pobliskie miejscowości wokół Krakowa były popularne na wyprawy harcerskie i dojazd pociągami był zdecydowanie wygodniejszy i łatwiejszy niż autobusowy.
Z czasów szkolnych pamiętam wycieczkę w Bieszczady. Długa noc w pociągu na drewnianych ławkach, w czasie której nie zmrużyliśmy oka, bo było zabawnie i wesoło. W Bieszczadach – nawet nie pamiętam, do jakiej stacji końcowej dojechaliśmy, czekaliśmy pół dnia na kolejny pociąg. To już była jakaś kolejka złożona z kilku wagonów, bez zamykanych okien. Chyba nawet były jakieś wagoniki- platformy.. Podróży do Krakowa już wcale nie pamiętam.. Może po prostu już bardzo zmęczeni spaliśmy w drodze powrotnej.
Zapamiętałam jeszcze jedną ważną dla mnie podróż pociągiem. Był rok 1971, właśnie otwarto granicę z NRD i można było po raz pierwszy swobodnie tam pojechać pociągiem. Wybraliśmy się z moim chłopakiem (przyszłym mężem i wciąż mężem) na wakacyjny wyskok do Berlina. Głównie po to, by kupić tam ładne kaski pasujące do skutera OSA, którego świeżym posiadaczem był mój chłopak. Zdaje się, że kasków wtedy nie kupiliśmy, ale po całej nocy w podroży przełaziliśmy Berlin wzdłuż i wszerz. Z dużymi i ciężkimi plecakami, namiotem na plecaku i kocami zrolowanymi bardzo “profesjonalnie” – po harcersku.
Byliśmy tak zmęczeni, że późną nocą rozłożyliśmy namiot na skrawku zielonej trawy. A rano – chyba bardzo wcześnie rano! – obudził nas głośny dźwięk jadącego po szynach tramwaju. Okazało się, że rozbiliśmy namiot na samym środku pętli tramwajowej… W jednym momencie zebraliśmy nasze lokum i niemal biegiem powędrowaliśmy z powrotem do centrum miasta. Być może udało nam się skorzystać z któregoś tamtejszego tramwaju. 😀
Późnym wieczorem wsiedliśmy do kolejnego pociągu, ale na najbliższej stacji polskiej wysiedliśmy i dalej już, w stronę Świnoujścia i Bałtyku, bo taki był plan wakacyjny, podróżowaliśmy autostopem. Był to wtedy bardzo popularny (i jakoś bezpieczny!) sposób na tanie podróże dla młodych ludzi.
W 2003 roku już z Houston wybraliśmy się na wycieczkę do Japonii. Samolotem dolecieliśmy do Tokio. Sami opracowaliśmy sobie program zwiedzania, obszerny i interesujący. Wielką atrakcją była i zapewne wciąż jest, kolej podziemna. Tamtejsze Metro to fantastycznie zorganizowana sieć pociągów miejskich! Nie jest to odosobnione zjawisko na świecie, wiele miast ma doskonałe połączenia pociągowe podziemne i naziemne.
Jak przystało na znaną i niepodważalną opinię o organizacji, punktualności, czystości i skrupulatności Japończyków, Metro w Tokio jest zorganizowane znakomicie! Wystarczyło (przynajmniej mojemu mężowi) dwa dni buszowania w podziemiach, by zorientować się w pozornie wielce skomplikowanym systemie wielokolorowych linii, “pokręconych” węzłów i przesiadek, łagodnych zmian pociągów. Informacja w języku japońskim i angielskim bardzo czytelna, oznakowania doskonałe! Gdziekolwiek chcieliśmy się dostać, pociąg podziemny zawoził nas bez problemów.
W tym systemie jest też miejsce na pociągi zabierające pasażerów “nieco dalej”. Jedną z wycieczek, na którą udaliśmy się pociągiem Shinkansen, była wyprawa do najstarszej stolicy Japonii – Kioto (Kyoto). Było to niesamowite przeżycie.
W tamtym momencie życia, dla nas był to szok ! – szok nowoczesności, szybkości, standardu i elegancji. Wystarczy powiedzieć, że czas jazdy tym pociągiem na długości 500 km wynosił 2 godziny 17 minut. Wagony miały eleganckie wygodne siedzenia, wszystkie ze stolikami przystosowanymi do pracy na komputerze, bowiem tym pociągiem setki ludzi przemieszczało się na tej trasie (w sumie trzy przystanki) codziennie do pracy. Tam i z powrotem…
W trakcie podróży przez wagony przechodziła pani Japonka ubrana w ładne tradycyjne kimono, przed nią jechał zgrabny “barek” z kawą, herbatą i różnymi mini dodatkami, słodkimi i nie tylko. Pani wchodząc do wagonu za każdym razem pięknie się kłaniała i znów jeszcze raz – opuszczając wagon. W tle leciała cicha bardzo przyjemna, relaksująca muzyka. Nie przeszkadzała ani w pracy, ani tym, którzy drzemali i odpoczywali.
Czysto! Ciepło, świeżo i pachnąco! Przez cały czas podróży na ścianie komputer przekazywał położenie pociągu, czas i szybkość. Byłam zachwycona! Tego doświadczenia nie zapomnę nigdy!
Trzy lata później podróżując po Chinach, doznałam podobnych emocji, kiedy już tuż przed powrotem do Stanów, przemieszczaliśmy się pociągiem w Szanghaju, z miasta na lotnisko. Pociąg nie miał kierowcy – Człowieka, pędził jak szalony, trudno było patrzeć się w boczne okno.. Obraz uciekał jak na mocno przyspieszonym filmie. Linia Maglev łączy stację w centrum miasta ze stacją Pudong International Airport. Szybkość jazdy pociągu.. – sami zobaczcie na zachowanym, ale autentycznym zdjęciu z 2006 roku.
Istnieje również połączenie kolejowe pomiędzy dwoma największymi lotniskami w Szanghaju, trasa liczy 68 km i pociąg pokonuje ją w 40 minut. Ale nie jestem pewna czy w czasie, kiedy my tam byliśmy to połączenie już działało…
Po raz pierwszy w życiu z transportem podziemnego Metra spotkałam się chyba w Moskwie na początku lat 80-tych, gdy pojechałam (też pociągiem!) w odwiedziny do mojego męża. Przebywał tam zbierając materiały do swoich prac naukowych. Trzeba powiedzieć, że rozwiązania architektoniczne, a zwłaszcza piękne i niesamowite stacje, z których każda była (jest?) niepowtarzalna, zrobiły na mnie szokujące wrażenie. Do niektórych stacji zjazd w dół stromymi (!!) schodami był bardzo długi. Kopuła sufitu tuż nad głową sprawiała wrażenie klaustrofobiczne..

Najpiękniejsze Metro just w Szanghaju, najstarsze w Londynie, ale moskiewskie to niekwestionowany majstersztyk i dzieło sztuki. Można je oglądać jak najpiękniejsze obiekty muzealne. Choć to wzorcowy przykład architektury z czasów socrealizmu, są tak bogate w mozaiki, marmury, złocenia, żyrandole, że zapierają dech w piersiach. I tak je zapamiętałam z tamtej bardzo dawnej podróży
Tu w Stanach właściwie nie mam sposobności korzystania z pociągu. Chyba zdarzyło mi się znaleźć w Metrze w Nowym Jorku czy pewnie jeszcze gdzieś.
Pociąg nie znajduje się na mojej liście transportu, choc zdarzało mi się z niego korzystać (np. kilka lat temu pociąg Szczecin- Gdańsk). Ale nie wspominam go miło. Wysiadło chłodzenie a było bardzo gorąco, co do czystości i wygody można było mieć duże zastrzeżenia itd). Przez lata i dziesiątki podróży korzystamy z samochodów. Są tak potrzebne jak codzienna zużyta para butów.
Innym wygodnym sposobem podróżowania są samoloty. Już pisałam kiedyś o tym, jak bardzo je lubię. 🙂
Dlaczego więc tak długo i natarczywie ciągnie się za mną tytuł/cytat bardzo popularnego przeboju Maryli Rodowicz z 1978 roku – “Wsiąść do pociągu.. .“? Bo ta piosenka mówi nie tyle o pociągach, co o marzeniu wolności podróżowania. Zatraceniu się w przestrzeni bez konieczności uważania na konwenanse, oderwanie się od drobnych niewygodnych spraw, złej pogody, podłych nastrojów. Kamyk zielony to symbol naszych marzeń, które w tej beztroskiej podróży możemy zrealizować. Ściskamy go w ręce przez całe życie. Czasem tylko wpada nam gdzieś na dno kieszeni, albo na chwilę odkładamy go do zamkniętego pudełeczka.
Usiąść w wagonie przy oknie, zapatrzeć się w mijające szybko obrazy, nie myśleć o uwierających nas drobiazgach życia codziennego. Uciec daleko, bez planu, bez wiedzy co nas czeka gdzieś daleko w nieznanym miejscu. Uciec, zapomnieć na chwilę o wrogach, o długach, rachunkach, o zrobieniu czegoś, co miałam zrobić wczoraj… Nawet o przyjaciołach.. Zapomnieć o czasie płynącym bezlitośnie, o terminach w kalendarzach, obowiązkach. O wygodach życia, które mam, ale których nie zawsze potrzebuję.
Zamknąć oczy i dać sie porwać myślom, że nic więcej mi w tej chwili wolności i marzeń nie potrzeba. Nie obchodzą mnie brudy polityki, religie, które nie zawsze niosą miłość i dobro ani choroby i nieszczęścia..
Ile to razy w życiu takie odczucia mnie dopadały? Czy uwolniłam się od takich chwil i marzeń? Nie! Choć starzenie się i wygodnictwo coraz bardziej daje o sobie znać – zielony kamyk przypomina… Ucieknę dziś na chwilę – pociągiem wspomnień i marzeń. Zapomnę o wszystkim, co trudne i zwyczajne. Pomknę w nieznane pociągiem byle jakim. To będzie tylko mój pociąg.
Oto pierwsze publiczne wykonanie piosenki „Wsiąść do pociągu..) Młodziutka Maryla Rodowicz zaśpiewała ją jako manifest marzeń o wolności swojego pokolenia, podczas Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu w 1978 roku!
Przez kolejną piękną chwilę zapomnę o bagażu życiowym i o tym, że nie mam biletu “na zawsze” na TEN pociąg. To będzie krótka podróż, ale z podmuchem wolności i radości.
Każdy z nas potrzebuje takich chwil.
Jeśli uświadomimy sobie, że piosenka powstała pod koniec lat 70-tych XX stulecia, łatwo jest znaleźć w niej pragnienia tamtego młodego pokolenia. Lata 80-te to coraz większa świadomość społeczna o potrzebie wolności, o ucieczce od ograniczeń i trudności życia w Polsce tamtych lat. Jeśli dodam, ze muzykę napisał Seweryn Krajewski, a słowa Agnieszka Osiecka, to mamy już manifest pokoleniowy. Tak przekonywujący i tak wzruszający, że do dzisiaj wszyscy go znamy i chętnie słuchamy.
Niedawno zakończył się Festiwal w Operze Leśnej w Sopocie, 2025. Końcową częścią był koncert „Krajewski by Krajewski” poświęcony twórczości Seweryna Krajewskiego. Aranżacją i dyrygenturą zajął się jego syn, Sebastian. Ten niesamowity koncert nie mógłby być tak wzruszający, gdyby nie wystąpiła w nim (razem z wieloma innymi znanymi i lubianymi artystami) MARYLA RODOWICZ.
Niezapomniany duet Seweryn- Maryla szedł razem przez muzyczne życie polskiej sceny estradowej dziesiątki lat. Rzadko zdarza się tak dobrane “małżeństwo” – artystycznie i scenicznie!
Artystka, choć już dziś zbliża się do 80-ki, tryska energią, nadal zaskakuje niesamowitymi kostiumami i głosem, który rozpoznawalny jest od ponad 60 lat.
Niektóre piosenki nie starzeją się! Mają w sobie moc słowa, ciepło melodii, charyzmę i energię ich wykonawczyni. Nie da się ich zapomnieć, żyją już z kilkoma pokoleniami.
Dla mnie to właśnie “zielony kamień” sprawia, że wciąż jesteśmy w podróży z piosenki “REMEDIUM” (mniej znany tytuł).
Pędźmy tym pociągiem w dal, z marzeniami i bez zbędnego bagażu, bez jesiennego smutku – za to koniecznie z “zielonym kamykiem” w zaciśniętej dłoni..
*******************************
Na dokładkę – kilkuminutowa migawka (prosto z TV) nagrana w czasie koncertu „Krajewski by Krajewski” będącym hołdem dla twórczości legendarnego Seweryna Krajewskiego… Nowe aranżacje starych niezapomnianych piosenek w wykonaniu artystów młodego pokolenia i dawnych przyjaciół S. Krajewskiego. Oto fragment finałowej piosenki – „Wsiąść do pociągu…” w wykonaniu Maryli Rodowicz (po 47 latach!) wspólnie z całą festiwalową publicznością.
Są przeboje i artyści, których kocha się niezależnie od mijającego czasu…







Podróże dzieciństwa a podróże wieku bardzo już dojrzałego to zupełnie inne zjawiska. Pamiętam w miarę częste wycieczki w wieku „podstawówkowym” a nawet wcześniej, z Krakowa do kopalni soli w Wieliczce, które zajmowały cały dzień. Pociąg z towarowymi wagonami, zwanymi bydlęcymi, tyle że wyposażonymi w ławki dla pasażerów wzdłuż ścian, z przystankiem w Płaszowie na zmianę lokomotywy na drugi koniec pociągu, skąd podróż odbywała się jakby w przeciwną stronę. Odległość – około 16 kilometrów. Dziś autobusem przejazd trwa 35 minut, pociągiem – 20 minut. Końcowy przystanek w Wieliczce jest około 500 metrów od wejścia do kopalni. Myślę, że wtedy wydawało mi się, że tak się podróżuje pociągami.
Potem było już coraz lepiej, najpierw drewniane ławeczki w ogólnym wagonie, potem wagony z przedziałami – były też takie, kiedy do każdego przedziału oddzielnie wsiadało się z peronu, wiec drzwi miał wagon dość dużo, nie pamiętam jednak korytarza, ale konduktor przecież jakoś musiał się przemieszczać w czasie jazdy pociągu… Jako syn kolejarza miałem, wraz z Mamą i Bratem, 80% zniżki na bilet, więc podróże pociągiem mieliśmy niemalże bezpłatne. Nawet pierwsza klasa nie była poza zasięgiem naszej dość skromnie finansowo przędącej rodziny. Pamiętam częste przejazdy do Babci i rodziny brata Mamy, z Krakowa do Kluczborka, z dwoma przesiadkami: w Katowicach i Tarnowskich Górach, aż wreszcie wynaleziono pociągi expressowe z imiennymi nazwami, no i z miejscówkami, i do Kluczborka wiózł nas WIELKOPOLANIN z zaledwie dwoma przystankami: w Katowicach i Gliwicach, a cała podróż zajmowała około 4 godzin. Pamiętam jeden przejazd z Tobą, Małgosiu, z Krakowa do Gdańska w salonce, wytwornym wagonie dla wysoko postawionych urzędników PKP (Polskich Kolei Państwowych), na którą zabrał nas mój Tato, jadący z rocznym bilansem do Dyrekcji PKP w Gdańsku (nie wiem, dlaczego tam akurat) w towarzystwie kilku krakowskich dyrektorów. Ten wagon, z zewnątrz zwyczajny pasażerski wagon z PAFAWAGu zwany pulmanem, był zaopatrzony we wszystkie atrybuty pięciogwiazdkowego salonu hotelowego, z łazienkami wyposażonymi w prysznic, z salą restauracyjną zamienianą w razie potrzeby na pokój narad, oczywiście z działającym telewizorem, z kuchnią o bogatym menu śniadaniowym, obiadowym i kolacyjnym, no i z barem, z kucharzami i kelnerkami. Tyle że łóżka były jak w zwykłej kuszetce, ale dyrektor zabrał nas na wycieczkę do swojej sypialni, która też była jak w 5-ciogwiazdkowym hotelu.
Ale pamiętam też przejazdy z grupą kwatermistrzowską na zbudowanie obozu harcerskiego, gdzie w wagonie towarowym, takim jak kiedyś do Wieliczki, tylko prawdziwym do przewozu towarów, więc bez ławeczek, w trzy lub cztery osoby wieźliśmy cały dobytek obozowy z Krakowa: materace, składane łóżka (tzw. kanadyjki), konstrukcję pieca kuchennego wraz z kotłami, garnkami i innymi naczyniami do gotowania, namioty sypialne z osprzętem (niepodobne do 5-ciogwiazdkowych hoteli), narzędzia typu pił, siekier, toporków, młotków, łopat i saperek, gwoździe i wiele innych niezbędnych przedmiotów. Całość tego sprzętu, załadowana na ciężarówki przez przyszłych obozowiczów przed szkołą, przy której funkcjonowała nasza drużyna, a potem szczep, dowieziona została na bocznicę dworca towarowego w Krakowie i tam załadowana do tego wagonu. Podróż do stacji docelowej trwała zazwyczaj około trzech dni, a tam zamówione ciężarówki załadowaliśmy już sami i po dowiezieniu przez nie sprzętu rozładowaliśmy na terenie przyszłego obozu. Podobnie było w drodze powrotnej, tylko że już nie tak atrakcyjnie. Grupa kwatermistrzowska oczywiście jechała w tym wagonie. Wtedy dowiedzieliśmy się, że pociągi towarowe też mają rozkłady jazdy.
Daleko nam było wtedy do prędkości podróżowania pociągiem jak te, które opisujesz, Małgosiu, z miasta na lotnisko w Szanghaju czy z Tokio do Kioto. A w Ameryce nie jechałem pociągiem nigdy. O wagonach bydlęcych i o tym, jakie tragiczne były losy przewożonych dowiedziałem się więcej z literatury dysydenckiej, głównie rosyjskiej, i z filmów o zesłaniach, też rosyjskich albo o repatriantach, wśród których pojawiła się na szczęście też znakomita komedia „Sami Swoi”. Głowne skojarzenie jednak to przewożenie ludzi jak bydła, albo gorzej.
Wacek
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Ja tez pamietam ten wyjazd grupy kwatermistrzowskiej na oboz do Jaroslawia. To byla fajna jazda . Pamietam jak pociag stanal gdzies w polu i my wyskoczylismy na chwile a ten ruszyl. I to szybko. Cudem go dogonilismy .
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Ja też pamiętam tę podróż salonką. to było niesamowite! mało kto wiedział ze takie coś istnieje.
Tata – kolejarz się spisał!!!
PolubieniePolubienie