24 czerwca 2024
Tego jeszcze nie było! Różne tematy przychodzą mi do głowy – zależnie od nastroju, nagłych i niespodziewanych myśli, okazjonalnych wydarzeń, ważnych dla mnie dat itd. Zawsze uważałam, że nie nadaję się do prowadzenia bloga o jednym “głównodowodzącym” wątku, bo lubię zmienność, różnorodność i nigdy nie potrafiłabym poukładać się w jednym temacie i rozwijać go konsekwentnie.
Zaglądam często do innych blogów, lubię podczytywać co inni mają do powiedzenia, jak organizują swoje wpisy. Jestem pełna podziwu dla tych, którzy prowadzą tzw. „blogi tematyczne” np. modowe, kulinarne, podróżnicze, motoryzacyjne, polityczne (uff..) sportowe i wiele podobnych. Trzeba mieć ogromną wiedzę, chcieć i umieć się nią dzielić, być skrupulatnym, zorganizowanym.
Ja jestem jak.. wichura! Raz powieję wspomnieniem, drugi raz skojarzeniami odległych obrazów z życia, ale takimi, które w mojej głowie wydają mi się bardzo bliskie i mają wspólny mianownik. Jeszcze innym razem to uczucia biorą górę i czuję, że muszę się nimi podzielić. Nic nie jest stałe, jednakowe w moich blogach. No, może wartości rodzinne, ludzkie i mimo wszystko, chyba optymizm życiowy.
A to wstępne gadanie to dlatego, bo dziś zamierzam napisać parę słów o czymś, czego z zasady za bardzo NIE lubię. Rzecz będzie o codziennym gotowaniu, czyli zwykłej koniecznej czynności, którą jak prawie każda normalna kobieta “uprawiam” każdego dnia. Hmm, prawie każdego. Na szczęście zdarzają się dni, gdy jadamy w restauracjach, na przyjęciach, na wakacjach, gdy nie trzeba samemu gotować. Są dni, gdy ktoś dla nas gotuje, a nie my komuś. Wreszcie jest (przynajmniej u mnie w domu) dużo dni, gdy mam tak zwany “leftover” czyli pozostałości z poprzedniego obiadu, wystarczy dołożyć małą sałatę i już jest nowy obiad 😀
I żeby było jasne – nie mam “dwóch lewych rąk” do gotowania czy pieczenia, nie uciekam z kuchni, bo jej nie znoszę. Po prostu – gotowanie nie jest moją preferencją życiową. Gdy któregoś dnia jestem sama, nie wysilam się się kulinarnie, zjadam coś małego najprostszego, najłatwiejszego.
Ale ponieważ zawsze gotowałam dla rodziny, teraz od wielu lat dla męża ( na szczęście lubiącego wszystko i nie marudzącego!), to starałam się, żeby posiłki były dobre, różnorodne i ładnie podane. A gdy zapraszamy gości, wtedy dostaję przypływu energii i gotuję z dużo większym entuzjazmem i rozmachem.
Co nie znaczy, że są to potrawy wymyślne i trudne i że poświęcam im dużo czasu.

Lubię dobre jedzenie i lubię jedzenie podane ładnie. Ten mój wrodzony estetyzm (😂) mnie ratuje. Dawno nauczyłam się, że gdy najprostszą kanapkę podam w wyszukany, ciekawy i wizualnie ładny sposób, to na pewno zrobi wrażenie. I już “wzrokowo” smakuje lepiej!
Mam własne opracowane przez życiowe doświadczenia zasady.
Ponieważ wiem, że wieloletnie obserwacje, słuchanie i branie udziału we wspólnym gotowaniu z moimi koleżankami, które są o niebo lepsze ode mnie w tym fachu, nie nauczyło mnie doskonałości w kuchni ani też cierpliwości w podejściu do przepisów.
Wypracowałam sobie inne sposoby gotowania.
Po pierwsze – łatwe, proste, bez przepisu, który wymaga dokładności w zestawianiu składników.
Doszłam w tym do takiej perfekcji, że pewnie każdy szanujący się kucharz dostałby zawału, gdyby zobaczył, co ja robię w kuchni 🙂 Otóż – otwieram lodówkę, wyciągam kawałek mięsa (ryby), patrzę na półki z jarzynami, dorzucam co mam i zaczynam… kombinować 🤗
Bez przepisu, bez proporcji ilościowych. I tu przyznaję, z niezłym doświadczeniem życiowo-kuchennym – opiekam mięso albo rybę. Dokładam jarzyny, dodaję przyprawy (też na “czuja”) czasem dodaję sosu. Obkładam małymi ziemniaczkami. Albo kaszą (różnymi rodzajami), dziwnymi makaronami .
Posypuję zieleniną i zawsze wychodzi całkiem dobre.
Z latami, zwłaszcza po przyjeździe do Stanów zmieniło się moje menu. Rozrosły się rodzaje mięs, zwiększyła się znacznie ilość ryb, moja wiedza o jarzynach, przyprawach itd. Wiadomo – to co jedliśmy i gotowaliśmy 50 lat temu w Polsce, to inna kuchnia i kompletnie inna baza zarówno produktów jak i wiedzy o jedzeniu.
Nie chcę przez to powiedzieć, że zaprzestaliśmy całkowicie gotowania i jedzenia polskich potraw. Kto nie lubi poczciwych pierogów czy naleśników? Albo żurku czy barszczu czerwonego?
Ja na przykład uwielbiam polskiego tatara i nigdy sobie go nie odpuszczam, gdy przyjeżdżam do Polski. Ale też nigdy nie robię go sama.
Lubię gotować nowości podpatrzone na stołach u znajomych, w restauracjach, ale nie sięgam do szczegółów przepisów. Nawet jeśli coś podczytuję, sprawdzam, to raczej potem improwizuję. Lubię bawić się tym, co robię. I na pewno nie dotknę niczego, co trzeba gotować bardzo długo. Nie mam cierpliwości. Wiem, że pewne potrawy są tylko dlatego tak dobre w smaku, że wymagają wielu godzin powolnego pieczenia, trzymania idealnie dobranej temperatury, cierpliwości. A to już cechy bardzo dobrego kucharza! A nie kobiety bez cierpliwości do garnka.
Ja lubię fantazję w kuchni i kolor na stole.
Lubię też potrawy z grilla i choć ludziom wydają się pozornie proste, nie zawsze tak jest.
Zazwyczaj grillowanie wychodzi mi dobrze ale.. Bywało różnie. Czasem mała chwila nieuwagi a już coś przypieczone nie tak. No i ważne jest często przygotowanie zalewy, przypraw, czasu w jakim surowce trzyma się przed grillowaniem.
Zapewne inni potrafią wyczarować na grillu cuda, o których ja nawet nie mam pojęcia. Moje potrawy są zwyczajne. Dobre mięso wcześniej trzymane w przyprawach. Jarzyny lekko posypane dobrą przyprawą, ryba w folii. Grill w połączeniu z tym, co powyżej gwarantuje ten specjalny zapach, smak i soczystość, świeżość i szybkość gotowania. Byle bym nie oddalała się od grilla…
Bo niestety, moja uwaga nie umie być w tej kwestii podzielna. Pilnuję, patrzę i..jest szansa, że nie przeoczę momentu: za długo – za krótko 🙂.
Lubię wszelkiego rodzaju kaszy, couscous, ryże kolorowe-smakowe, przyprawiane na ostro z dodatkiem jarzyn itd. Eksperymentuję – niekoniecznie do końca … wiem co robię. Ale – udaje się 😀
Więcej problemów mam z sosami. Nie bardzo umiem dobierać właściwą ich konsystencję, kolor. Z tym mam trochę problemów i często jest to bardzo przypadkowy wytwór.
Zapamiętałam taki “smak” z akademickiego życia. Mieliśmy na studiach chyba na trzecim roku taką parę, która niemal od zawsze była razem. Byli idealni! Wcale nie piękni, ani nie z tych słodkich, pijących sobie “z dziubków”. Za to zawsze mieli świetne poczucie humoru, razem chodzili na każde zajęcia, dużo dyskutowali, całkiem zawzięcie i wcale nierzadko nie zgadzali się w swoich literackich przyszło-zawodowych wnioskach i poglądach. No i – uwielbiali razem gotować!!
Pewnego razu zrobili i ugotowali nam ( całej naszej akademikowej grupie!) kluski śląskie. Nie wiem czy ktoś pamięta, zna cudo dla podniebienia. Takie ładne okrągłe bardzo kształtne kluski z dziurką. Po ugotowaniu były bardzo mięciutkie, pyszne!! Ale to jeszcze nic. Tą “kropeczką nad i” był ich sos.!!! Nie mam pojęcia jak on to robił (bo to ON) i z czego, ale sos był znakomity. Na pewno był na bazie wywaru wołowego, miał cudowny bardzo ciemno-brązowy kolor, zawiesistą konsystencję, ale nie za gęstą, o niesłychanym aromacie świeżości i smaku wypieczonego mięsiwa, choć mięsa w nim nie było (albo ja nie pamiętam) 🙂 Boże! Ależ ten sos był dobry!! Nigdy później już takiego nie jadłam!! A jak potem dodali do tego “Modro kapuste” czyli sałatkę z czerwonej kapusty w stylu śląskim, to chociaż ja nie Ślązaczka, ale przyznaję, że to jedno z najlepszych dań owych czasów, jakie jadłam i zapamiętałam do dzisiaj.
O gotowaniu niewiele wtedy wiedziałam, choć entuzjazm się budził we mnie jak wszystko w młodości. Po restauracjach zbyt często nie biegaliśmy, ale gotowaliśmy akademickie obiadki na długie wieczorne rozmowy czy brydżowe rozgrywki. Albo po prostu – zakąski do wódeczki. Zawsze coś tam dobrego było.
Moja przyjaciółka i sąsiadka akademikowa, Łucja, ciągle piekła jakieś pyszne ciasta! U mnie też rodziły się już coraz większe ambicje. Szarlotki, placek ze śliwkami, z rabarbarem, babka z kakao, czy nasze kruche ciasto przekładane zwane popularnie “akademikowo” “PSI-PSI” – oto kilka z tych najpopularniejszych, bez których niedziela uznawana była za zmarnowaną :). Potem zaczęliśmy wymyślać bardziej skomplikowane słodkości kulinarno-domowe jak bezy piankowe, ptysie, pierniki..
I – to wszystko umiałam zrobić. I chciało mi się piec! W każdą sobotę/niedzielę, niemal jak pójście do kościoła – ciasto jakieś musiało być. O kupnym mówiło się “fee..” Co najwyżej podawało się czekoladowe pierniczki dla dzieci. Ale my dorośli – dla siebie i dla swoich gości musieliśmy mieć ciasto własnej roboty.
A potem przyjechałam do Stanów i zrozumiałam jaki rozmach może mieć “życie kulinarne”. Trzeba czasu, wiedzy, podglądania, smakowania i długiej orientacji no i .. pieniędzy, że choć trochę pojąć, co to znaczy – kierować się w smakowaniu (nie mówię o gotowaniu!!) jedzenia. Wybór, jaki oferuje się tutaj jest tak wielki, że potrzeba lat, by sobie wyrobić podniebienie na smaki tak liczne i tak różnorodne.
No i wtedy pojawiają się w przeciętnej osobie urzędującej w kuchni dwie bardzo logiczne sprzeczności. Jedna to taka, że fascynuje cię wszystko, co wiąże się z jedzeniem, gotowaniem, różnorodnością smaków, tradycji kulinarnych, dostępu i możliwości dotarcia do wszystkiego, co potrzebne ci do tworzenia cudów kulinarnych…. I wtedy pojawia się nowa pasja, realizują się nowe marzenia, próbujesz, fascynujesz się, uwielbiasz i stajesz się – Mistrzem/ Mistrzynią swojej kuchni! I obojętnie czy to tylko robisz dla siebie, swojej rodziny i przyjaciół. Czy może staje się to twoją zawodową pasją. A może interesujesz się kuchniami Świata czysto teoretycznie i wybierasz poszukiwania nowości, pisanie o nich, smakowanie, polecanie innym. A może konkursy, wielkie gale, uroczystości kulinarne dla innych.. Przecież jest setki możliwości, zależy tylko od ciebie! Czego ty chcesz, co cię pasjonuje i co lubisz. No i co masz odwagę spróbować, jak chcesz się sprawdzić.
I druga opcja – ta moja. Uwielbiam jeść, zachwycam się możliwościami gotowania, rodzajami kuchni Świata, podziwiam tych, którzy je tworzą – ale w pierwszych szeregach to ja na pewno nie pomaszeruję w tej branży..😂
Wszystko to olśniewało mnie przez kilka pierwszych lat. Po 10-15 lat zaczęłam rozsądnie wybierać co lubię. Co będę jadała tylko w restauracjach, a co chętnie spróbuję ugotować w domu. Takie samo nie będzie, ale może coś podobnego wyjdzie.
Z góry wiedziałam, że żadne meksykańskie w moich rękach nie stanie się meksykańskie, że chińskie to raczej nie, ale tajskie bardzo chętnie. Ale też zdecydowanie lepiej jak przygotowują to “znawcy tematu”
Natomiast włoskie, wszelkie “seafood” całkiem całkiem nadają się na moje “podróbki”. Pomysły i ciągłe innowacje wychodzą mi bardzo dobrze i nigdy mnie nie zawiodły.
Sałatki, sałaty – też nieźle. Może być.
Tradycji polskich świątecznych trzymam się mocno. Bardzo chcę, by dzieci i wnuki zapamiętały kilka z nich ze swojego dzieciństwa. Czy będą je kiedyś umiały zrobić – nie wiem. Ale wiem, że będą umiały je nazwać i mam nadzieję, że będą pamiętały ich smak.
Wciąż więc robię barszcz czerwony z uszkami ( uszka, niestety “podrabiane” ze sklepu 😉) jest ryba smażona i po grecku, kutię, kapustę z grzybami… Z grzybami to w ogóle dużo więcej potraw.
Moim popisowym daniem – dziwnym dla Amerykanów, ale lubianym przez mojego zięcia – są śledzie. Robię je w śmietanie z jabłkami i cebulką. A drugie w oleju “pod kołderką” jarzynek: cebulka, czerwona papryka, kiszone ogórki, marynowane grzybki… bardzo po polsku. Wychodzą znakomite.
Potem to świąteczne jedzenie, już zazwyczaj we dwójkę z mężem jemy niemal przez cały tydzień łącznie z pierogami, bo wszyscy się rozjeżdżają. Ale ja nie narzekam, bo nie muszę nic gotować przez kilka dni, chyba że mi się zachce coś innego. A, jeszcze mój Syn lubi zabrać sobie trochę polskiego świątecznego jedzenia, bo tylko on jeden zjada je w swojej rodzinie. Wspomaga więc nas przed wyrzucaniem dobroci do śmieci, czego zresztą NIGDY NIE ROBIĘ !
Gotuję jeszcze wielkanocny żurek z białą kiełbasą i piekę mazurki. Teraz już właściwie ograniczam się tylko do najbardziej ulubionego pomarańczowego na kruchym spodzie i czasem kilku mini- o innych smakach. Wszystko po to, by tradycji stało się zadość.
Ale tak naprawdę prawie nie gotuję polskich potraw albo bardzo rzadko.
Co nie znaczy, że jak ktoś ugotuje pyszny bigos, to choć wiem, że mój żołądek się buntuje😞 i tak zjem z największą przyjemnością!
Oczywistym jest, że przygotowywanie posiłków jest częścią normalnego funkcjonowania życia i nie uważam tego za nieszczęście ani za przykry obowiązek. Mam wiele momentów, kiedy nawet sprawia mi to przyjemność. Na przykład poranną kawę robię z wielką radochą i każdy jej nowy wariant jest dla mnie wyzwaniem i zabawą 🙂


Ale – nie mam w sobie przesadnej miłości do kuchni. Co więcej – nie opowiadam ( bo nie lubię i nie umiem) o tym, co i jak ugotowałam. Gdy ktoś mnie pyta o to, co właśnie podałam na stół, raczej upraszczam i “spłycam” moją wersję wkładu pracy, nie traktuję tego jak cudu kuchennego, a mnie jako twórcy etc. Nie widzę siebie jako wirtuoza kulinarnego.
Owszem – bardzo się cieszę, że to co podaję moim współbiesiadnikom jest zjadliwe i że im smakuje, ale nie pretenduję do kogoś – więcej niż naprawdę jestem.
Nie udaję – a uwierzcie mi, że słowami można dobrze “doprawić” potrawy 😀
I wielu ludzi tak robi. Czasem .. aż trudno tego słuchać… Dużo lepiej po prostu potrawy spróbować i posmakować.

Bywa też odwrotnie! Znam takie osoby, które ciągle mówią, że NIC nie umieją gotować i “że będziemy jeść jedno danie z jednego garnka i że będzie byle jakie..”
No i jest z jednego garnka a czasem z dwóch!:) – tyle, że są znakomite, pachnie pysznie wysmażone mięsko z mocnym sosem i wszystkim bardzo smakuje!! Ryba – też pychota!
Hhmm… każdy ma swój styl- w kuchni też.
Nie trzeba być geniuszem kulinarnym, by sobie dawać radę we własnych garnkach. Ale też nie będę ukrywać, że PODZIWIAM kulinarny kunszt kilku moich koleżanek ( i kolegów), chęć próbowania coraz to nowych przepisów i nowych potraw z różnych krajów. Piękne ich serwowanie na stół. Uwielbiam takie nowości i bardzo chciałabym taką być.. ale nie jestem 😀😀

A to już dla poprawienia humoru- dla wszystkich co czasem „im się w kuchni NIE UDAJE..”
Za to mam inne hobby, ulubione działania i trochę zalet, które z kolei zapewne innych niezbyt „rajcują”.
Czyli – wszystko na swoim miejscu. Każdy ma to co chce, lubi, potrafi. I tak powinno być!
I gdyby zawsze i do końca tak było – świat byłby piękny, a życie niezachwianie radosne.
Ale – bywa różnie.
Gotuję, choć to nie mój „ konik”, bo tak już jest, że nie wszystko co robimy idealnie do nas „przylega”.
Ale i tak jest częścią naszego „ JA”. Bo każde JA to skomplikowany Twór stąpający po Ziemi. I po kuchni też 😂.





















