Ach, ten Maj!

19 maja 2024

Chciałoby się powiedzieć, że to takie banalne. Każdy lubi miesiąc Maj. Ma przecież tyle zalet, że nawet jeśli coś komuś zgrzytnęło w tym miesiącu, to pewnie mu wybaczył. 

Oczywiście ludzkie gusta są bardzo różne, więc na pewno znalazłabym i takich, którzy nie zgodzą się z zachwytami nad wyższością Maja wobec innych miesięcy.  

Acha – i żeby było jasne – mój Maj będę pisała z dużej litery, bo w tym wpisie będzie bohaterem moich wynurzeń. Niech będzie, że jest ważny, a nie tylko kalendarzowy, coroczny powtarzający się od wieków. 

Ten Maj będzie osobisty, ale też wspólny dla wszystkich, którzy chcą choćby kawałek mojego Maja polubić 😀.

Maj ma setki skojarzeń. Dla jednych emocjonalnych, dla innych estetycznych albo muzycznych. Jeszcze inni widzą w nim miesiąc patriotyczny czy religijny. No i tak można listę skojarzeń wydłużać… 

Dla mnie Maj to przede wszystkim obraz zielonej otchłani. Wybuchającej nagle z niesamowitą siłą. Świeża, zielona barwa. Zieleń liści, trawy, kiełkujących roślin w donicach i na trawnikach. Zieleń w górach, na łąkach i na balkonach w skrzynkach. Zieleń, jakiej nigdy potem już nie ma – choć zielono wokół jest aż do późnej jesieni. 

Nie wiem ilu ludzi zastanawia się nad odcieniami zieleni w naturze. Pewnie wielu. Ale równie dużo nawet tej różnorodności nie zauważa. 

I jest jeszcze COŚ w tej majowej zieleni – jej niepowtarzalny zapach!

Tak świeżo, tak “deszczowo” i młodo pachnie tylko majowa trawa, majowy ogród, majowa grządka.

W Houston ten proces dostrzegam trochę inaczej. Tu zieleń wybucha swym kolorem niemal w ciągu jednej nocy! I w kwietniu. Mówimy – „Była zima…. A wczoraj w nocy przyszła wiosna” 😂. To taki „BUCH” natychmiastowy. Każde drzewo pokrywa się setkami małych listków, które niemal w ciągu doby są już “dorosłej wielkości”.

Może dlatego ludzie nie przeżywają tak nawrotu wiosny jak w Polsce. Nie zwracają szczególnej uwagi na wkroczenie w nasze życie miesiąca Maja… A przecież w głębi serca na wiosnę, tę „Majową” czekamy wszyscy. Bo to nie tylko pora roku. To stan naszego ducha. 

Mój prawdziwy Maj przychodził w  Polsce. Miał swoje WIELKIE wejście, był ważny doceniany, oczekiwany  i witany radośnie. 

Ten hiacynt wyhodowałam kilka tygodni temu. Tu, w Houston. Tak – w doniczce.. ale za to pachniał tak samo pięknie.

Po długim okresie nagich drzew bez liści, pustej szarej ziemi zamiast trawników, każdego nowego dnia wypatrywałam maleńkich pączków zapowiadających pierwsze listki. 

Gdy mocniej przygrzało słońce, budziło się nowe życie. Czasem już w kwietniu, ale tak naprawdę w Maju uderzała fala zieleni i wszelkich kolorów kwiatów wiosennych. Tych pierwszych – malutkich, pojawiających sie na chwilę, ale ważnych, bo oczekiwanych jak na pierwsze dziecko w rodzinie. Najpierw zawilce, śnieżynki, krokusy, kaczeńce, pierwiosnki. A zaraz potem te coraz śmielsze – narcyzy, żonkile, tulipany, hiacynty… 

I dwa najpiękniejsze bukieciki na całym Krakowskim Rynku! – delikatne białe dzwoneczki postrzępione na krawędziach, zaplanowanym przez naturę pięknym wzorkiem – Konwalie. Osadzone na równie delikatnych gałązkach, ale za to liście mają silne i duże, jakby stworzone po to, by chronić pozornie słabowite kwiaty. I ten niepowtarzalny zapach.. 

Górne zdjęcie to fiołki na leśnej łące. Kiedyś udało mi sie takie zrobić. Dolne- to już zdjęcie z internetu. Ale – pamiętam takie bukieciki. Kiedyś takie dostawałam 27 dnia każdego miesiąca... ❤

I jeszcze Fiołki. Koniecznie te prawdziwe. Dzikie, maleńkie. Te najprawdziwsze z  fioletowych!!!  I pachnące najprawdziwszym fioletem!! Czy mnie rozumiecie? 🤔

 Widzę je „oczami” moich zmysłów, mojej pamięci z młodości. Czuję zmysłem zapachu, którego nigdy się nie zapomina. Nie tego sztucznego, ale tego, który zapamiętałam, gdy pierwszy wiosenny  bukiecik, prosto z pojemnika z wodą krakowskiej kwiaciarki, zbliżałam do nosa, by poczuć wszystkimi zmysłami ten jedyny niepowtarzalny “fioletowy” zapach. 

Nie ma NIC innego podobnego na świecie!  Zapachu naturalnych konwalii i fiołków nie da się powtórzyć !! Tylko natura potrafi nas tym obdarzyć.

Ja wiem, że wy to wiecie, a ja mówię o tym nie po raz pierwszy. Ale kolejny raz nie mogę powstrzymać się od wdychania majowego wspomnienia tamtych kwiatów.. 

Majowy ogród w Houston szaleje i kwitnie na potęgę. Choć u mnie głównie w donicach, to o tej porze już kolory niesamowite. Niestety- lipcowe- sierpniowe słońce spali je szybciej niż bym sobie tego życzyła.

Kiedy już jest pięknie na świecie, wiosennie, zielono, to witajcie w ogrodach, parkach, ogródkach. Na działkach, balkonach, na tarasach, na skrawkach najmniejszych posesji, gdzie można ułożyć skrzynki, postawić donice albo przynajmniej małe doniczki. Nasypać ziemi i posadzić kolorowe kwiaty, zielone rośliny, byle tylko zrobiło się radośnie wokół nas. 

I już można ustawić stół, krzesła z kolorowymi poduszkami, obok grill i koniecznie zaprosić gości.  Przyjaciół, rodzinę, wnuki. 

Czas na wspólne biesiadowanie. Zimne piwo, wino, szampan. I kiełbaski, mięsko pachnące. Jarzynki szybko usmażone, zdrowo przygotowane, bez tłuszczu i sosu. No może trochę.. Nie przesadzajmy, że zupełnie bez 😂. I desery lekkie, z owocami, galaretką, szarlotki z nowymi jabłkami, ciasto z rabarbarem. Co za marzenia dla podniebienia! 🙂

Świeże owoce, których pojawia się coraz więcej. Sery, dipy czyli inaczej może sosy?😂 I rozmowy, żarty, przekomarzania się, bo nic tak nie daje radości jak wspólne chwile przy ogrodowym stole. Albo wieczory przy ognisku, bo wreszcie ciepło i wystarczy tylko sweter czy koc na ramiona i można snuć rozmowy, marzenia, plany. 

Dzień Matki (Mother’s Day) 2024. Mamy w naszej rodzinie.

Ale przecież ludzie mają różne potrzeby. Nie wszyscy lubią duże towarzystwo, tłum wokół siebie. Wszyscy obchodzimy rodzinnie w mniejszym lub większym gronie Dzień Matki, w Polsce zawsze 26 maja, a w Stanach w drugą niedzielę tego miesiąca.

Mniej kojarzymy ten miesiąc  z tradycją katolickiej religii. Przecież to miesiąc poświęcony Matce Bożej. Nabożeństwa Majowe to jedne  z piękniejszych kościelnych tradycji. Odbywają się codziennie wieczorną porą, przez cały miesiąc. Muszę przyznać, że kiedy byłam dzieckiem we wczesnym wieku szkolnym, chodziłam na te nabożeństwa i jest to jeden z momentów kościelnych, które  wspominam z rozrzewnieniem. Lubiłam te wieczory. To nie były długie nabożeństwa. Kościół był mały, tuż obok mojego domu (przynajmniej ten który zapamiętałam). Tonął w kwiatach i pięknie pachniał wiosną. Każdego dnia stawiano świeże kwiaty. Nie pamiętam jakie pieśni były śpiewane, ale pamiętam, że podobały mi się.  Te msze (przepraszam, to były nabożeństwa, a to nie jest to samo!) były takie … lekkie w nastroju, miłe i wcale nie były ponure i smutne! 

Zdjęcia komunijne moich dzieci. Kasia – 1985 r. Jacek oczywiście też był w białym garniturku! rok 1988. Zdjęcie w górnym prawym rogu – to moje komunijne – rok 1962.

Pewnie niedługo w nich uczestniczyłam, bo później już ich nie pamiętam, ale do dziś kojarzą mi się z przyjemnymi wrażeniami kościelnymi. Także z majowym czasem pierwszych komunii, bielą sukienek małych dziewczynek i chłopców w białych garniturkach. Bo w Krakowie za moich czasów chłopcy chodzili do Pierwszej Komunii Świętej w białych garniturach. Gdy znalazł się jeden w garniturze granatowym, to.. czuł się jak niemal jak “czarna owca” 😂.

No i oczywiście, te wieczory, to były także spotkania towarzyskie, bo przecież do kościoła chodziliśmy koleżeńskimi grupami, więc tym bardziej wieczór po nabożeństwie, odprowadzanie się do domu kilka razy tam i z powrotem, należał do dodatkowych atrakcji majowych Nabożeństw Maryjnych.

W maju zaczynał się szał wycieczek sobotnio-niedzielnych. Ruszali wszyscy, w jakikolwiek sposób mogli. Pieszo, na rowerach, podmiejskimi pociągami. No i ci szczęściarze, którzy posiadali samochody i mogli planować nieco dłuższe trasy. Wokół Krakowa atrakcyjnych miejsc nie brakowało, począwszy od Lasu Wolskiego, poprzez Skałki Krakowskie, trasy nad Rudawą, do Kryspinowa nad jeziorko, nad Rabę do Myślenic, aż do Zakopanego, Poronina czy innych nieco dalszych ciekawych miejscowości. 

Kroiliśmy chleb na kanapki z żółtym serem i zwykłą kiełbasą. Albo z pomidorem i ogórkiem (to już był rarytas!)  Jakieś kruche ciasteczka, czasem mama upiekła placek, czasem bułeczki drożdżowe.  Herbata w termosie albo kompot (…. bboooo )🤔 😞.

I juz byliśmy gotowi na wyjazd. Byle daleko od miasta! 

Tym wyjazdom, wieczornym przechadzkom, randkom, długim rozmowom w parkach sprzyjało rozwijanie się nowych przyjaźni, pierwszych, drugich… miłości. Związków, które kiełkowały szybko, buzowały szaleństwem hormonów. Śluby majowe. Welony i piękne suknie. Krótkie mini, bo taka wtedy była moda.  

Muzyka majowych koncertów. Nie, nie takich głośnych i krzykliwych jak dzisiaj, chociaż nasi rodzice tak właśnie uważali. Mówili, że to niezrozumiałe słowa, że “dziwny jest ten świat”, że włosy za długie, że bez rytmu, bez melodii..

A my dziś tęsknimy i z rozrzewnieniem wracamy do tych starych piosenek. Do melodii najbardziej melodyjnych. Do słów, które wzruszają, poruszają. I wcale nie wydają się ostre, niezrozumiałe. Jak te dzisiaj – raperskie czy inne, za którymi młode pokolenie przepada. I rozumie je, tak samo jak my kiedyś te dawne, nasze, wtedy uwielbiane.

Tak to już jest – “Każdy ma swój właściwy czas”.  😀

Było takie popularne powiedzonko “majowy deszczyk”

I ten deszczyk miał być orzeźwiający drobny, ciepły. Zbawienny dla młodych roślinek i nowych pojawiających się kwiatów, owoców i warzyw. Ale z mojej młodości pamiętam dwie wielkie ulewy, które wbiły się mocno w moją pamięć, bo łączą się z ważnymi wydarzeniami w moim życiu. I pewnie nie tylko w moim.

Kiedyś, właśnie w maju – przez Polskę, Czechosłowację i NRD przejeżdżał każdego roku słynny kolarski WYŚCIG POKOJU. Wszyscy pasjonowaliśmy sie tym sportowym wydarzeniem. Trwał chyba około dwóch tygodni i co roku miał nieco inną trasę. Zawsze było to wielkie wydarzenie i zarówno wsie, miasteczka jak i duże miasta, gdzie w danym dniu kończył się kolejny etap, cała trasa przejazdu pełna była kibiców.. Nie pamiętam, który to był rok, ale na pewno byłam już w końcowej klasie podstawówki lub na początku liceum, jeden z etapów Wyścigu miał zakończenie w Krakowie na Stadionie „Wisły” (jeśli dobrze pamiętam??)

Była to niebywała okazja, żeby zobaczyć zawodników z bliska i na żywo. Postanowiłyśmy z koleżankami wybrać i ustawić się jak najbliżej wjazdu na stadion. Od rana dzień był upalny. W tamtych czasach nikt specjalnie nie zawracał sobie głowy sprawdzaniem pogody, dopiero kiedy w trakcie naszego marszu (w dużym tłumie ludzi, dużo wcześniej niż zawodnicy mieli zacząć przyjeżdżać na stadion) czarne chmury zaczęły zbierać się nad Krakowem. A potem – dopadła nas wszystkich ogromna i długa ulewa. To nie był majowy deszczyk! To była ściana wody, deszczowa zasłona! Bez parasoli (większość ludzi, tak jak my nie pomyślała o takich detalach.. )

W jednym momencie tłum stojących w kilku czy kilkunastu rzędach zmienił swój wizerunek na zmokłe kury zlepione, trzęsące się z zimna, bo dość szybko spadła też temperatura, co nie jest takie nietypowe w polskim klimacie. Wody było po kostki albo i więcej, sandałowe paski letnich bucików rozsypały się i poluźniły, bo nie były to czasy dobrych wyrobów “skórzanych”  🤣🤣.

Na zdjęciu u góry wspaniały Ryszard Szurkowski, na dolnym – równie fantastyczny kolarz – Stanisław Szozda.
Środkowe – to drużyna polska która zwyciężyła w Wyścigu Pokoju w Warszawie, 1974 r

Ale nikt nie pomyślał nawet o opuszczeniu swojego stanowiska, skoro już ustawił się tak dobrze i czekał tyle godzin. Deszcz nieco zmalał, nawet chwilami słońce połyskiwało zza chmur, a my dzielnie czekaliśmy na pierwszego zawodnika. Nie jestem pewna, ale być może miał to być Ryszard Szurkowski a może Stanisław Szozda?? ( proszę wybaczyć jeśli mieszam czas i nazwiska)… 😂 🤔 W końcu miałyśmy swoich faworytów! Niestety, nie udało mi sie ustalić daty tego Wyścigu Pokoju, gdy jeden z etapów kończył się w Krakowie.. A pamięć o szczegółach dziś już zawodzi.

Oczywiście, burza i ulewa wpłynęła również na zawodników, którzy dotarli dużo (!!) później do mety i wcale nie w takiej kolejności “jak miało być”.. 

Ale – co widziałyśmy – to nasze!! Co przeżyłyśmy – to własne!! Wracałyśmy do domu na bosaka, stopy poranione na twardych płytach chodnika, ale kto by sie takimi drobiazgami przejmował! Z sandałkami w ręku, bo paski pourywały się dość szybko, za to letnie sukienki zdążyły wyschnąć na nas już kilka razy. 🤣

Stopy poranione, ale my w świetnych humorach, odświeżone przez majową ulewę i niecodzienne na owe czasy przeżycia. 

W końcu każdy Polak wie, że  majowy kalendarz ma też “trzech zimnych ogrodników – Pankracego, Serwacego i Bonifacego” i “zimną Zośkę” do kompletu. (12,13,14,15 maja) Czasem tylko „zimna czwórka” miewa swoje klimatyczne kaprysy i przesuwają sobie daty.. 

Może i pomyliłam się o jeden miesiąc, ale deszcz a właściwie ulewa była naprawdę. I helikopter z Papieżem na pokładzie też! 😀

Drugi deszczowy ulewny moment, który zapamiętam na zawsze to dzień wizyty Jana Pawła II w Katowicach i msza na starym lotnisku w Muchowcu w 1983 r. Bardzo chciałam w tej mszy uczestniczyć, ponieważ, gdy Papież zawitał po raz pierwszy do Polski i był tak blisko nas – w Krakowie i w Częstochowie, ja właśnie urodziłam syna i niestety  nie mogłam uczestniczyć w tych uroczystościach. Za to już w 1983 r. wybrałam się  podmiejskim pociągiem specjalnie uruchomionym na tę okoliczność i pojechałam z grupą koleżanek na tę mszę. Tłumy ciągnęły z każdej strony Zagłębia, całego Śląska, wszystkich miasteczek i okolicznych wsi, z Krakowa i skąd tylko się dało. Ogromne tereny lotniskowe Muchowca mogły pomieścić wszystkich chętnych.  Nie mogę sobie przypomnieć czy tego dnia lał deszcz od rana, czy w nocy już była ulewa… Dość, że szliśmy polami w błocie, kałużach, po trudnych nieprzygotowanych drogach. Zwłaszcza powrót był bardzo ciężki. Ale – przeżycie, którego tam doświadczyliśmy warte było wszystkich trudów. Helikopter, który przyleciał z Papieżem ( resztą bardzo opóźniony przez deszczową pogodę) lądował bardzo blisko nas.

… OH! Stara głowa ma kłopoty z pamięcią! Właśnie sprawdziłam, że wizyta Papieża na katowickim Muchowcu odbyła się w czerwcu a nie w maju – czyli  moje wspomnienie o ulewnym deszczu, błocie i kałużach troszkę przesunęły mi się  czasie – za co Czytelniku, bardzo Cię przepraszam. Choć.. zapewne majowy deszcz od czerwcowego za bardzo się nie różni 🙂.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za kilka lat pojadę do Rzymu i będę uczestniczyła w publicznej audiencji Jana Pawła II, a kilka dni później nasza grupa będzie przyjęta w bardzo ograniczonym gronie polskich turystów, w letniej Rezydencji Papieskiej na krótkie, ale specjalne i niesłychanie emocjonalne spotkanie. Był lipiec 1986 rok. 

Tyle na temat pogodowych wiosenno- majowo- czerwcowych wspomnień. 

A jak już jestem w rozbiegu wspominania o ważnych imprezach, to rzucę datę 17 Maja. Już wiadomo – to mój dzień. To nasz dzień podpisania cyrografu na całe życie.  

W pewnym krakowskim Urzędzie Stanu Cywilnego, w kamienicy tylko o jedną (a może dwie bramy dalej) od miejsca, gdzie kiedyś urzędował Papież Jan Paweł II, wtedy jeszcze dobrze zapowiadający się ksiądz i biskup Karol Wojtyła (polecam do obejrzenia film “Figurant”w reżyserii Roberta Glińskiego, 2023), w zachmurzony piątek o 11.15 rano  w obecności najbliższej rodziny, kilku osób z mojej grupy ze studiów I-go roku polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i najbliższych przyjaciół z harcerstwa – stało się!   

I to właśnie było 50 lat temu, 17 maja 1974 r.   I było podobnie ważne jak Wyścig Pokoju  i Msza prowadzona przez Jana Pawła II albo może jeszcze WAŻNIEJSZE w tamtym momencie, choć mój mąż mówi, że to “nielegalne”, bo legalne dopiero nastąpiło we wrześniu. 

Dzień wcześniej, 16-go, też padał deszcz i było brzydko, i szaro, i zimno. Jak nie w Maju…

A my biegaliśmy do najbliższych wujków i cioć, by ich jednak zawiadomić, zaprosić na ten krótki – tajemniczy – “nielegalny ślub”, bo mój tata wpadł w panikę, że jednak… jak fakty ślubne wyjdą na wierzch, to na pewno rodzina pomyśli, że jestem w C I Ą Ż Y… I co wtedy stanie się  z rodzinną moralnością?????

I to już wszystko, co na temat Maja i jego wyjątkowych zalet skojarzyło mi się. Nic nowego i nic wyjątkowego. I jednak..

Ach, ten MAJ!  Ma swój urok, ma zapach, ma kolor, ma miłość, ma niepowtarzalna muzykę. 

I chociaż pamiętam takie powiedzenie; “W maju ślub- rychły grób” , to w moim przypadku na szczęście przepowiednia nie sprawdziła się. Widocznie nie dotyczy tych “nielegalnych ślubów”. 😂 😂 Jak i wielu wielu innych zupełnie legalnych i całkiem szczęśliwych…

***********************************

I tu aż wyrywa mi sie prosto z serca, by przypomnieć MOJĄ piosenkę „Małgośka” w wykonaniu ukochanej Maryli Rodowicz albo równie z wielkim sentymentem śpiewanej przez Ewę T. w naszym Polskim Teatrze. Ale wiem, że „co za dużo to niezdrowo” (choć w tym wypadku dla mnie to NIE za dużo ) i już nie będę kolejny raz wam jej powtarzać.😀

Ale – znalazłam piosenkę o Maju- z tłem zielonym, świeżym i soczystym, ze słowami o kwitnących kasztanach, o majowych parkach, spacerach, miłości, łabędziach i górskich wycieczkach. A wszystko to w wykonaniu tych, co kochają Polskę i polską muzykę. Oddaję głos Golec uOrkiestra! Na pewno pobudzi was Majowo do życia!!

Miłego majowego słuchania!


BACK

Dodaj komentarz