O podróżach – inaczej

14 września 2023

“Podróże kształcą” – to każdy wie. Z własnej praktyki albo z teorii książkowej, internetowej czy wysłuchanej od innych doświadczonych podróżników.  

Moja wiedza podróżnicza jest duża, ciekawa i własna. A przede wszystkim różnorodna. Ta, z dawnych czasów – czasów dzieciństwa i młodości przepełniona jest doświadczeniami, o których dziś młodym ludziom nawet się nie śni. Możemy opowiadać im o tym godzinami, ale czy nam uwierzą?.. Mam duże wątpliwości 😀. I wiedza zdobyta w podróżach ostatnich 30-40 lat, zupełnie inna niż ta z “pierwszego życia”. Ale i ta nowsza część podróżnicza wykluwała się mozolnie, powoli i zmieniała swoje sposoby podróżowania: rodzaje przemieszczania się, warunki, komfort podróży, umiejętności odnajdywania się w sytuacjach.. 

To proste. Wszystko się zmienia. Ostatnie kilka dekad w turystyce to wielki bum przemian. Jeszcze nigdy nie podróżowało tak wielu ludzi, tak chętnie i tak łatwo. Dziś samolot to jak za moich młodych czasów zwykły czerwony uliczny tramwaj. Kupujesz bilet, wsiadasz – wysiadasz, czasem jeszcze przesiadasz się po drodze i niemal tego samego dnia jesteś na innym kontynencie oddalonym o tysiące kilometrów. 

Czy jednak jest to cała prawda? Czy technologia, szaleństwo Internetu aż tak usprawniło nasze życie?  

To tylko kilka z setek aplikacji, które przydadzą nam się w czasie podroży. Każda wymaga od nas zalogowania się, zapamiętania hasła i umiejętności posługiwania się nią. 🙄

Kolejny raz sprawdza się powiedzenie “kij ma dwa końce”.  Podróże wydają się ułatwiać nasze kontakty, usprawniać poruszanie się po świecie. A równocześnie stwarzają coraz więcej komplikacji, z którymi trudno jest się uporać i połapać organizacyjnie. My starsi gubimy się w nowych zarządzeniach, poleceniach, wypełnieniach aplikacji, logowaniach itd.  Cokolwiek chcę się dowiedzieć, natychmiast dostaję  długą listą działań internetowych – wpisz… podaj… kliknij… dalej… OOOJJJJJ!!!! 

A zaraz potem następuje setki ostrzeżeń, zaleceń, poleceń – co muszę, co mogę, czego NIE mogę.. 

Jak to zapamiętać, żeby nie pobłądzić? Gdzie trzymać takie wiadomości, żeby w każdej chwili mieć do nich dostęp i je łatwo odnaleźć?  Jak zapamiętać dziesiątki haseł, PIN numerów, gdy każda strona internetowa, każda kompania ma swoje własne wymagania. Duża litera, małe litery, znak specjalny, dwie liczby, symbole, strzałki, plus, minus.. Horror! 

I w dodatku w przypadku najmniejszej pomyłki, o którą w moim wieku bardzo łatwo, zaraz zaczyna się kołomyja odnawiania, poszukiwania starego hasła lub wprowadzania nowego i zapamiętania go kolejny raz.  I tak za każdym razem. Ile ta moja/nasza biedna, stara, przeciążona głowa może? musi? wytrzymać.  

Mimo to walczę. Nie poddaję się. Mam przecież syndrom “nowoczesnej Babci”, buszuję więc po Internecie, z cierpliwością w palcach (i napiętych do ostatecznych granic, nerwów) kolejny raz loguję się w tym samym miejscu.. Mam wnuków, więc pytam. Odpowiadają – jeszcze nie stracili do końca cierpliwości. 🤣 🤣

Potem zaczynam to samo tłumaczyć mężowi, który cierpliwości ma jeszcze mniej niż ja. Czasem się udaje bez awanturki, rzadziej jednak nie.. Ale – mimo wciąż z godziny na godzinę rozwijającego się oporu, a co gorsze – zmieniającej się technologii, trzymamy fason i pokonujemy  trudności. 

Część internetową (bez – papierową) mamy załatwioną i gotową do podróży.  Co wcale nie oznacza, że już nic w tej kwestii nas nie zaskoczy i nic się nie zmieni. O nie! Przy każdym wyjeździe zawsze jest jakiś nieprzewidziany BUM!!

Nagłe zmiany dla młodszych są normalką. Młodzi elastycznie podchodzą do nowości, na  porządku dziennym dają sobie z tym radę. Ja zazwyczaj wpadam w panikę, każda zmiana przez moment wyprowadza mnie z równowagi. Potem już jakoś idzie do przodu, ale pierwszy moment to zawierucha w głowie… Zaraz przychodzi myśl, że coś ucieknie, ze za moment zniknie to, co już sobie poukładałam i zapamiętałam. 

Jak już w komputerowym przygotowaniu chwilowo spokój, to  zaczynam mój własny plan przygotowań “domowych”. Lubię kiedy moje wyjazdowe sprawy są dopięte na ostatni guzik. Lubię plan tam, gdzie może być zaplanowane. 

Tak więc w mojej głowie, a potem najlepiej w telefonicznych notatkach powstaje lista spraw do załatwienia. Najpierw – w domu – to co przygotować, zapłacić, nie zapomnieć, dopilnować, sprawdzić w ostatniej chwili. Nie wiem jak inni sobie z tym radzą, ale ja muszę mieć po kolei wszystko spisane i odfajkowane, jeśli już jest załatwione.  I jak mam pewność, że nic nie pominęłam. A niestety, łatwo i sprawy i rzeczy umykają. 

To tylko niewielki skrawek mojej listy – ciągle jeszcze w procesie przygotowania i zmian 😀

Najważniejsze to spis dokumentów, potem rzeczy do zabrania. 

Lista ubrań i drobiazgów jest długa i nie rodzi się  za jednym zamachem. Dużo na niej pozycji ze znakami zapytania. Takich, które w trakcie następnych dni, w zależności od humoru, pogody, nastroju będą wymienione. A i tak zawsze coś potem mi nie pasuje. Zawsze żałuję, że czegoś nie wzięłam albo coś wzięłam zupełnie niepotrzebnie…

Polecam świetnie spisujące się w organizacji pakowania „cube” – różnej wielkości pudelka

Mogę jednak pochwalić się z całą odpowiedzialnością, że umiem się pakować. Moje rzeczy mają swój system, dobry system. Nigdy nie są zmięte. Zawsze wiem, gdzie co mam. Wszystko ma swój sens i logikę. 

Nic nie jest przypadkowe, wszystko do siebie pasuje. Spodnie do bluzek, części wierzchnie jak swetry, kurtki do tego, co pod spodem. Biżuteria, buty.. No, prawie zawsze. Czasem pogoda zaskakuje, ale ogólnie nie muszę mieć do siebie pretensji.  Jestem w “te klocki” niezła. Umiem obliczyć, ile czego potrzebuję.

Perfekcyjne pakowanie! w tych dwóch pojemnikach zmieściły się wszystkie tops, bluzki z krótkim rękawem i z długim i spodnie – na cale dwa tygodnie z przewidzianą zmienną pogodą.

Nie biorę niepotrzebnych rzeczy. No i zawsze pakuję się w podręczną walizkę, którą biorę ze sobą do kabiny samolotu.  Z wyjątkiem podróży do Europy i to tylko wtedy, gdy lecimy z mężem we dwoje. Jedna walizkę mamy nieco większą (choć moglibyśmy mieć dwie, bo tyle nam przysługuje). Ale już drugą mamy podręczną.  Pakuję jedną i nadaję na bagaż, głównie z powodu wygody, by przy przesiadkach i oczekiwaniach, bieganiach nie obciążać siebie niepotrzebnymi ciężarami.  Podróż jest długa, więc im mniej bagażu w rękach, tym dla nas wygodniej. 

Mała okrągła torebka na kosmetyki. Wygodna, łatwo dostępna. Jeszcze dużo pomieści..

Pamiętam zawsze o moich lekarstwach. Pakuję je w systemie, który stworzyłam sobie na własny użytek i powiem, że jest on zupełnie inny niż np. stosuje mój mąż. Ale – każdy z nas jest inny i każdy ma indywidualny kod zapamiętywania własnych ważnych spraw. 

Także moja indywidualna lista bardzo prywatnych i bardzo ważnych rzeczy jak kontakty i krople do oczu, komputer,  kabel, torebka, kosmetyki i inne tylko moje, moje i tylko moje… Malutkie ale ważne. I muszą ze mną jechać! 

Nie jestem księżniczką- podróżniczką z 5-ma ogromnymi walizami, pudłami i puzderkami. Nie mam obsesji dwudziestu par butów i kilkunastu sukienek na 10 różnych okazji. Jestem pod tym względem zupełnie normalna, choć mam wszystko co potrzeba.  

I przyznaję – lubię się pakować!!  Tak, tak!! Już słyszę, że to nie jest normalne, bo nikt NIE lubi się pakować. A ja lubię 🙂.

Już na kilka tygodni wcześniej pakuję się w mojej głowie.  Planuję, sprawdzam, mierzę, czy aby na pewno to, co chcę zabrać wchodzi na mnie bez “zaskoczenia”.  Piorę, dokupuję – słowem – wszystko pod kontrolą! 

Jak przystało na starsze pokolenie – lubię także szukanie informacji tradycyjnym sposobem – w książkach i mapach.

W tak zwanym międzyczasie (bo jak wiadomo międzyczasu nie ma!)  bardzo solidnie przygotowuję informacje na temat miejsc, do których się wybieram. Lubię wiedzieć! Mieć pojęcie o historii, geografii. Szukam ciekawostek związanych z tym regionem, miastem, państwem. 

Jeśli jedziemy w dobrze znane nam miejsce i znów spotkam się z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi, odnawiam kontakty, rozmawiam, umawiam spotkania. Jestem bardzo podekscytowana, że znów będziemy mieli okazję zobaczyć się po latach i miesiącach przerwy.  Ten czas przygotowań, to dla mnie wielka frajda. Lubię znów wracać do układania nowych planów.  Cieszę się i zawsze i wspominam to, co było dobre i miłe. 

Z przeszłości biorę całymi garściami to, co najlepsze. To co warte pielęgnowania w pamięci. 

Zbliża się tydzień wyjazdu. Napięcie rośnie. Wyciągam walizkę i powoli według mojej listy przygotowuję rzeczy do pakowania. Wyciągam z szafy, szuflad. Pierwsze zmiany. Kolejne zmiany. I znów zmiany. Może nieduże, ale jednak. Sprawdzam pogodę. Za dużo letnich rzeczy. Albo odwrotnie. Po co tyle swetrów, po co dwie kurtki..  

Zaczynam się denerwować.

Sprawdzone sto tysięcy razy!! nigdy nie za dużo.

Nie! Nie denerwuję się. …

Denerwuję się!  Tylko dlaczego? Przecież bardzo lubię podróżować. 

Kolejny raz sprawdzam listę dokumentów. Muszą być spakowane w sposób, który sobie dopracowałam, żeby mieć do nich łatwy dostęp, ale by równocześnie były bezpieczne w czasie podroży. Dokumenty są najważniejsze! Nic nie może ulec zmianie. Absolutna pełna kontrola. 

Dwa dni do wyjazdu. Mój mąż nawet nie wyjął swojej walizki. To doprowadza mnie do szału. Pytam – kiedy się spakuje. Jutro. Zawsze jutro. To jutro nadchodzi w ostatnią noc, niezależnie o której godzinie następnego dnia rano musimy wstać. Mniej więcej o północy zaczynają się pytania: “nie wiesz może, gdzie są te moje…” albo “gdzie moja koszula, ta…” 

Trzęsie mnie już “w środku”  – nie chce mi się wiedzieć, nie chce mi się mówić i zła jestem, że jestem zła… bo przecież wiedziałam, że tak będzie. Bo tak jest odkąd jesteśmy razem (czyli od 120 lat!!) i odkąd podróżujemy razem.  Zawsze tak jest i nic się nie zmienia 😬!! No i pewnie się nie zmieni. Czemu więc ja się denerwuję?  Przecież ja się też nie zmienię.. 

Wiem, że moja rodzina zawsze sobie żartuje ze mnie, że przy każdej nowej planowanej podroży „mama pakuje walizki na miesiąc przed wyjazdem”. I robi listę na dwa miesiące wcześniej.. To dobry rodzinny temat do śmiechu!!

Ale ja się już tym wcale nie przejmuję. Kiedyś mnie to drażniło, dotykało. Dziś już nie. Już kilka razy moja organizacyjna i czasowa zapobiegliwość uratowała nas od bardzo niemiłych konsekwencji. Ostatnio tylko dlatego, że wyjechaliśmy na lotnisko dużo wcześniej (bo lubię mieć „zakładkę czasową” i spokojnie wypić kawę a jeszcze lepiej winko już po dokonaniu wszystkich formalności na lotnisku) zdążyliśmy zawrócić z 1/3 drogi, odszukać pozostawione przez moja przyjaciółkę w domu wakacyjnym dokumenty (!!) i dojechać na czas na lotnisko. I UWAGA! jeszcze łyknąć wino na uspokojenie nerwów. 🤣

Podobnie zdarzyło się kiedyś, gdy cała moja rodzina przeszła przez kontrolę security i nie zauważyła, że mnie z nimi nie ma, bo własnie okazało się, że przez pomyłkę mój bilet „miał na imię Małgosia” zamiast Małgorzata i zakwestionował mnie jako mnie.. Gdyby nie dodatkowy extra czas (o który od wczesnego rana kłóciliśmy się z moim mężem, że ja zawsze MUSZĘ być na lotnisku „pół dnia wcześniej”… ) to nie miałabym szansy dokonać zwariowanej operacji zakupu dodatkowego biletu, być przeprowadzona przez uprzejmą i bardzo przejętą moją sytuacją panią, pracującą – jak to mówią – „we właściwym czasie i we właściwym miejscu”. Ta pani pokonała kolejki (to był ranek Święta Dziękczynienia – Thanksgiving!!), przebiegła wszystkie możliwe skróty, niemal zatrzymała mój samolot i wrzuciła mnie w zamykające się już drzwi.. Dzięki temu nie spędziłam święta Indyka na lotnisku, sama! I nadal wcale nie przejmuję się, że spędzam więcej czasu na przygotowania do podróży niż inni członkowie mojej rodziny 😀.

Dzień przed podróżą – walizka stoi spakowana. Właściwie p r a w i e spakowana, bo w ostatniej chwili dopakuję absolutnie ostatnie kilka rzeczy, które umieszczam na osobnej liście w notatniku telefonicznym (do ostatniego sprawdzenia!!): lekarstwa na drogę, dokumenty (do sprawdzenia – jeszcze raz i jeszcze raz!!), telefon, kabel, karty kredytowe… czyli to, co mam ze sobą, przy sobie przez cały czas podróży. 

I wtedy – nachodzą mnie różne głupie myśli… Nie, nie nachodzą! Przebiegają przez głowę z prędkością światła i natychmiast znikają odepchnięte mądrym logicznym INSTYNKTEM, który czuwa nade mną. I szczęśliwie nigdy nie pozwolił mi na poddanie się żadnym rozważaniom, że… Ale nie będę udawać, że takich chwil słabości nie mam, bo niestety, gdzieś tam w zakamarkach mózgu zaplątują się sekundowe przebłyski.. „A co jeśli.. ” Odpycham natychmiast! Mam mój amulet, który mnie chroni – w głowie i nie tylko. Nie powiem co to jest, bo to mój i tylko mój talizman. Mój „good luck

Tak naprawdę to wiara jest najważniejsza! Dobre duchy nad nami czuwają, jeśli w nie wierzymy. I ja takie dobre duszki mam!  😂  🙏

A jak już wyjadę z domu, zamkną się drzwi i przede mną droga szeroka – symbol rozpoczynającej się kolejnej podróży – obojętnie czy samochodowej, czy na lotnisko i dalej samolotem, czy może to będzie statkiem podróż morska.. Wszystkie  obawy znikają. Nie ma już rozmyślań czy coś zapomniałam, odpuszcza nerwowe napięcie i wszystko staje się oczekiwaniem na kolejną przygodę. 

Wiem, że jutro może być pełne niespodzianek. Wiem, ze moje podróże stają się coraz trudniejsze i hmm.. zaskakujące. 

Ale – wciąż jeszcze chce mi się planować, pakować, szukać nowych nieznanych miejsc, widoków, wrażeń. Już wolniej, trochę na innych zasadach niż kiedyś, a jednak jeszcze nie zamykam drzwi na klucz. 

Szukam wciąż dróg, nieznanych i znanych, po których jeszcze nogi niosą w dal…

************************

Zachęcając do gotowości kolejnych podróży, przypomnę starą piosenkę Haliny Frąckowiak „Bądź gotowy dziś do drogi”. Akurat to wykonanie pochodzi z Opola 2022 roku. A więc – apetyt na podróże wciąż trwa! Nie tylko u mnie i nie tylko u pani Haliny. Spójrzcie na entuzjazm publiczności! 😄 😄


BACK

4 myśli na temat “O podróżach – inaczej

  1. Bardzo fajne przygotowanie. Znam to skądś. Przybycie na lotnisko 2 godziny przed odlotem kiedys mnie cieszylo, bo mozna bylo spędzić ten czas na winku albo KRWAWEJ MARYSI, jak to lokalni patrioci nazywają w Krakowie, ale przecież jest to Bloody Mary. Teraz, kiedy tylko kibicuję pijacym i jeszcze uważam, żeby wody nie wypić za dużo, bo w samolocie korzystanie z kibela (tak mówił Luki jak miał 2-3 lata) do przyjemności i rozrywek nie należy, wcześniejsze przychodzenie na lotnisko ma sens tylko dlatego, że korytarze w terminalach są długie i można namaszerować sobie trochę kroków, bo później nie będzie już warunków.

    Powrót do domu po zapomniane dokumenty to była duża atrakcja naszego czerwcowego wyjazdu, i udawałem, że nie jestem zdenerwowany, bo panie były zdenerwowane bardzo, ale na szczęście w Nowym Meksyku jest na tej drodze z Durango w Kolorado do Albuquerque ograniczenie do 80 mil na godzine, więc biorąc pod uwagę zwyczajową ulgę policji w wysokości 10%, można jechać prawie przez cały czas 90, co skraca czas przejazdu w sposób znaczny.

    Jak Malgosia slusznie zauważyła, a nie trzeba być szczególnie spostrzegawczym, żeby to odnotować, ja pakuję się w ostatnią noc i oczywiście zadaję przytoczone przez Malgosię pytania około północy albo później. Ale swojej listy uczę się na pamięć już od dawna, i nawet wykonuję pracę domową. którą zadaje mi Malgosia dwa miesiące wcześniej, jeśli jest taka potrzeba. W tym roku w Porto wykonanie jednego z głównych zadań, nad którym pracowałem nocami nie zadając pytań zostało obalone przez obydwie panie, którym wycieczka rzeką do winnic produkujących Porto jakoś się nie spodobała. Inne elementy zadania domowego zostały jednak wykonane.

    Nie umiałbym jednak tak precyzyjnie opisać „przedpodróżowego” nastroju. Dzięki, Kochanie, za wspaniałe obserwacje.

    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Kolejny i kolejny raz potwierdza się prosty fakt, że jesteśmy rożni. Nawet tacy jak my co wytrzymują ze sobą już (prawie) 50 lat😀 Ja przecież wiem, ze z tym pakowaniem to juz się nic nie zmieni, ale lojalnie uprzedzam, ze tez nie popuszczę. Podróże zawsze przynoszą dużo adrenaliny, zwłaszcza takie, na jakie my się wyprawiamy. Czasem jednak lubimy też cos spokojniejszego, myślę, że trzeba już sobie organizować także spokojniejsze wyprawy.
      Byle sił starczyło jeszcze na długo, bo pomysłów i miejsc na Świecie nie zabraknie!

      Polubienie

  2. Wspaniale, że jeszcze chce Ci się odkrywać nowe zakątki świata. Robienie listy i pakowanie się wg niej, nigdy się u mnie nie sprawdziło, bo….listy nie robiłam. Jeśli czegoś bym zapomniała, to nie koniec świata przecież. Tydzien lub miesiąc można wytrzymać bez tej rzeczy, no chyba że byłaby to szczoteczka do zębów. Jeśli to nie jest pustynia, to są sklepy 24/7.
    Najważniejsze dokumenty, one powinny być przygotowane, przed otwarciem walizki.
    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    1. Masz racje! mozna bez listy i mozna zapomniec i dokupic, co sie zapomnialo. Ale ja lubie te czesc wstepna podrozy i troche sie tym…bawie.
      Tak, wciaz lubie nowe plany i nowe podroze! Choc, przyznaje, bywa ze troche juz mecza

      p.s Ciesze sie ze wrocilas na moj blog!😊

      Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz