Mówią “podróże kształcą” – łap to, co cię dziwi, zdumiewa i zachwyca

15 kwietnia 2023

Niedawno wróciłam  z podróży wakacyjnej z Mexico City. Już dawno temu wspominałam (nawet w całym długim wpisie 😀), że jestem mieszczuchem, lubię duże miasta, uwielbiam je zwiedzać i każde które już odwiedziłam, a było ich dużo! To miasto zachwyciło mnie inaczej i na swój sposób. W Meksyku byliśmy już cztery razy, zawsze to były wakacje relaksujące, raz nawet rejs po Zatoce Meksykańskiej. Z Houston to bardzo popularne i wygodne. Można odpocząć, łatwo “nabić baterie życiowe”, nie ma więc nic łatwiejszego jak wyskoczyć i zrelaksować się na szybkich wakacjach w Meksyku. 

Ale ja dziś nie o tym. I ani przez chwilę nie miałam zamiaru być konkurencją dla wielu bardzo ciekawych blogów podróżniczych opisujących Mexico City. Nie będą to typowe wspomnienia z naszej tygodniowej, zresztą fantastycznej wycieczki w tym mieście.

Przyszło mi na myśl, że warto opowiedzieć o kilku spostrzeżeniach, które w ciągu tygodnia biegania po miejscach historycznych w Mexico City, po muzeach, restauracjach, ulicach wielkich i malutkich zaskoczyły mnie obserwując tamtejsze życie. Życie zwykłe jak nasze. A jednak uchwyciłam wiele jego elementów, które zaskoczyły mnie innością.  Zmieniło to w mojej głowie wiele schematów, które ktoś kiedyś mi wpoił albo po prostu przypadkowo zapamiętałam sobie z jakiś artykułów, książek, programów telewizyjnych lub rozmów towarzyskich. Z czasów “ polskich” 

Meksykanie kojarzyli mi się z narodem dalekim, nieznanym – wstyd przyznać – mało wyedukowanym i mało nowoczesnym. Potem, kiedy już zamieszkałam w Houston, Meksykanie stali się ludźmi bliżej znanymi, bo mieszka ich tutaj wielu.  Szybko zdążyłam się zorientować, że to ludzie solidni i pracowici. Poznałam też meksykańskie rodziny bogate i wykształcone. Powoli moja ocena zmieniała się. Trudno jednak oceniać cały Meksyk jako kraj bywając tylko w luksusowych resortach.. Wiadomo, że obraz wakacyjnego luksusu, to nie rzeczywiste odbicie całego kraju.  

Kiedy więc nagle mój mąż zaprosił mnie na wycieczkę do stolicy Meksyku, z przewodnikiem tylko dla nas dwojga, gdy zapoznałam się z bardzo bogatym programem wycieczki, nie mogłam uwierzyć, że Mexico City może nam tak wiele zaoferować!!  

Podobne wycieczki odbyliśmy już wiele razy i w różnych miejscach Świata, zarówno w miastach jak i górach – w Peru, w Costa Rica, w różnych częściach Europy czy Azji – nic mnie nie zdziwiło i nie wystraszyło. Może tylko to, że  jesteśmy coraz starsi i kondycja fizyczna juz nie ta co kiedyś, a Mexico City do małych miast nie należy – mieszka w nim ponad 10 milionów ludzi, a licząc miasto z “przyległościami” – zbliża się do 21 milionów!! 

Pan przewodnik okazał się bardzo miłym człowiekiem, niemal natychmiast zaprzyjaźniliśmy się z nim. Jego wiedza okazała się ogromna!  Sposób opowieści ciekawy, dużo zabawnych historyjek, anegdotek. Był bardzo elastyczny, cokolwiek chcieliśmy zmienić, dodać – wszystkie propozycje natychmiast uwzględniał.

Takie piętrowe autobusy śmigają równie szybko jak skutery, motory i wszelkiej wielkości auta.

Już pierwsze ciekawe zdarzenie mile mnie zaskoczyło – jedziemy z lotniska do hotelu. Nie do żadnego wielkiego Hyatt, Marriott czy Hilton. Ładny hotel w stylu meksykańskim, położony w pobliżu amerykańskiej ambasady. Zanim do niego dotarliśmy uświadomiłam sobie, że jedziemy ulicami, na których jest nieprawdopodobny ruch! (była sobota, więc dzień weekendowy). Nie ma zaznaczonych żadnych pasów ruchu! Samochody w ilości nie do policzenia, co chwilę przemieszczają się z jednej linii na drugą a za chwile na trzecią i czwartą (ulica ma kilka linii w jedną stronę, co najmniej 6-8 a i czasem więcej)..  I nikt się nie denerwuje, nikt nie trąbi i nikt nikomu nie stwarza niebezpiecznej sytuacji. Pomiędzy setkami aut śmigają motory, skutery, rowery, wcale nie z mniejszą prędkością niż samochody. No i oczywiście piętrowe eleganckie autobusy, równie sprytnie przemieszczające się z linii na linię obok i dalej.. 

Patrzyłam na to szeroko otwartymi oczami. Były to nasze pierwsze minuty jazdy po ulicach Mexico City.. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę!! Tempo tych zmian było tak szybkie jak na filmach kreskówkach dla dzieci. Nasz pan robił dokładnie to samo!

 I tak już było przez cały następny tydzień! Tyle, że w tygodniu ruch był dużo większy, a pan zazwyczaj w czasie tych operacji wyprzedzania, zmiany pasów, przesuwania się.. opowiadał nam aktualne historie w zależności od bieżących potrzeb tematycznych. Ufff.. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że przeżyliśmy to bez szwanku i że pod koniec tygodnia naprawdę baliśmy się coraz mniej (ale tylko jako pasażerowie, bo jako kierowca to chyba zeszłoby mi jeszcze 10 lat zanim bym odważyła się zasiąść tam za kierownicą). 

Po drodze potrzebowaliśmy zatrzymać się w aptece i kupić wodę destylowaną.  Apteka była, ale miejsca do zatrzymania nie, bo ulica była niesłychanie ruchliwa. Był wjazd i wyjazd do garażu podziemnego. Pan zatrzymał się dokładnie na tym wjeździe, wypuścił mojego męża do apteki a sam udał się.. do policjanta, który pilnował porządku przy wjeździe.  Pogadał, pomachał rękami i za chwilę przesunął auto o kilka metrów zajmując miejsce pośrodku wjazdu/wyjazdu… Byłam zszokowana! Policjant w Stanach na pewno tak nie pozwoliłby się zatrzymać. Policjant w Polsce zakrzyczałby kierowcę dziesiątkami przepisów i wyrzuciłby natychmiast takiego delikwenta.. Znów – nikt się nie zdenerwował, nikt nie zatrąbił, że ktoś niebezpiecznie zakłóca porządek ruchu ulicznego.. 

Podobna sytuacja, która upewniła mnie, że to “się dzieje”  w Mexico City, wydarzyła się następnego dnia. Wjechaliśmy na teren Uniwersytetu, gdzie bardzo trudno było zaparkować poza wyznaczonymi miejscami parkingowymi, całkowicie zresztą wypełnionymi autami.  Ale nasz pan przewodnik był niezrażony taką sytuacją.  Dojechał do miejsca, skąd już tylko “pół kroku” było do muralu Diego Rivera i znów udał się na pogawędkę do policjanta pilnującego tego miejsca. Pogadał, pogadał z prędkością światła, bo ten hiszpański w Meksyku jest bardzo szybki i pan policjant z uśmiechem na ustach, z wielką uprzejmością zgodził się, żebyśmy zostawili auto w miejscu zupełnie NIEDOZWOLONYM do postoju, pod jego czujnym okiem. I poszliśmy oglądać to, czym Meksyk może się pochwalić obcokrajowcom. 

Przypadek?? Nie! Jak wszędzie na świecie policja ma pilnować porządku, ale może też pomagać ludziom, być miła i uczynna. Szok!! 

Jak już dotknąłam tematu murali, to zatrzymam się przy nim nieco dłużej. Pewnie  wszyscy mniej więcej wiedzą co to są murale. Nie jest to zbyt popularny rodzaj sztuki, co nie znaczy, że nieznany. Murale to ogromne obrazy malowane bezpośrednio na murach, na ścianach o nieprawdopodobnie ogromnych wielkościach. Nie tylko malowanych. S ą też takie, które są monumentalnymi mozaikami.  Historia murali sięga czasów starożytnych i jego pierwotne przesłanki pojawiły się na murach starożytnego Egiptu czy Rzymu. 

W różnych krajach i różnych czasach pełniły inną rolę. Legalną i nielegalną.  Były dziełem największych artystów i stanowiły narzędzie w rękach wandali. 

To tylko namiastka tego co można podziwiać na murach w Mexico City

Często pełnią rolę  reklamującą produkty, mają przesłanie informacyjne, symboliczne.

Mówiąc o muralach w Mexico City oczywiście mam na myśli piękne, wielkie  dzieła Diego Rivera i jego „kompanów artystycznych”. Oglądnęliśmy te na Kampusie uniwersyteckim oraz te, które znajdują się w “Muzeum Mural Diego Rivera”. Również stadion piłkarski zbudowany na Olimpiadę  w 1968 roku, którego ogromna część zewnętrzna udekorowana jest muralem mozaikowym.  

Nie sposób opisać je wszystkie, zresztą nie taka jest moja intencja.  Nie umiałabym tego zrobić tak dobrze, by oddać piękno tych swoistych dzieł sztuki. 

 Jak powszechnie wiadomo Diego Rivera, podobnie jak jego przyjaciółka a później  trzecia żona, Frida,  byli zagorzałymi komunistami. Przyjaźnili się między innymi z L. Trockim i przy okazji tej wycieczki dowiedzieliśmy się wielu historii o Trockim i jego działalności w Mexico City, o których nigdy nie słyszałam, mimo iż osoba Trockiego przewijała się w historii Polski niejednokrotnie.  O tym, że był z pochodzenia Meksykaninem usłyszałam po raz pierwszy, gdy zwiedzałam muzeum znajdujące się w jego byłym domu.  Jego związki prywatne z Fridą i Diego były bardzo bliskie. 

Jeden z murali D. Rivera oglądany przez nas dokładnie  i omawiany przez naszego przewodnika  przedstawia ponad 150 postaci, z tego ok. 90-ciu postaci zostało rozpoznanych i opisanych. W centralnej części muralu znajduje się sam Diego, ale  przedstawiony jest jako dziecko trzymany za rękę przez elegancko ubraną postać kobiecą, z twarzą kościotrupa. Tuż za Diego stoi Frida, dorosła. Choć wiadomo, że to ona była od niego młodsza o 20 lat. Ten mural to skarbnica postaci tamtej epoki. Księży, przeciwników i popleczników politycznych, kobiet, które dla Diego miały szczególne znaczenie. Nasz pan przewodnik opowiadał długo i ciekawie. Szkoda, że nie potrafiłam wszystkiego zapamiętać chociaż chłonęłam te opowieści z wielkim zainteresowaniem. Oczywiście, wszystko jest spisane i można dotrzeć do szczegółowych informacji. Albo po prostu – pojechać na wycieczkę do Mexico City!    

Oczywiście, murale możemy spotkać w wielu dużych miastach. Ich przesłanie jest różne i zwracamy na nie większą lub mniejszą uwagę albo i nie.  

Murale w Mexico City są dziełami sztuki.  Są niesamowite! Oglądają je tysiące turystów, nie mogąc nadziwić się wielkością, tematyką, sposobem tworzenia w tamtych czasach kiedy powstawały. 

W muzeum możemy zobaczyć nie tylko dzieła skończone, ale także prześledzić  sposób ich powstawania. Geniusz Diego i artystów skupionych wokół niego był tak wielki, że do dziś dech zapiera. Nie dziwi mnie, że ten zwalisty, gruby, brzydki mężczyzna miał w sobie tyle silnego piękna, które jak magnes przyciągało nie tylko kobiety, ale i mężczyzn zafascynowanych jego geniuszem. 

Czytałam dużo na temat Fridy i Diego, ich życia i sztuki, a jednak koloryt, wielkość, atmosfera tych miejsc oczarowała mnie jeszcze silniej niż się spodziewałam.  

Mówiąc o kolorach, Mexico City jest po prostu skąpane w tysiącach barw. Powszechnie wiadomo, że miasto to jest miejscem silnych kontrastów. Z jednej strony – bogate piękne dzielnice, niesamowite nowoczesne budynki, biznesy z całego świata. Z drugiej strony – bieda, niskie zarobki, trudne warunki  mieszkaniowe, duża korupcja. Prawdopodobnie trzeba by pomieszkać długo w tym mieście, by naprawdę umieć obiektywnie o tym wszystkim opowiedzieć. My widzieliśmy to, co w Mexico City najcenniejsze i najpiękniejsze, co nie znaczy, że przewodnik nie dotknął problemów tego miasta… 

Kolory kolory – we wszystkich odcieniach, w każdym zakątku miasta!

Już w pierwszym dniu przy okazji zwiedzania “Niebieskiego Domu” czyli Muzeum Frida Kahlo, kręcąc się po dzielnicy Coyoacan natychmiast zwrócił naszą  uwagę na  kolorowe domy. Każdy inny, każdy piękny! I w dodatku tonące w kwiatach i kwitnących drzewach! Podobnie jak nasz hotel. Pomalowany na biało z szafirowymi wykończeniami, a wokół dziesiątki wielkich donic z kwitnącymi pnącymi się po ścianach kwiatami. Soczysta zieleń, kolorowe światła wieczorna porą – to wszystko sprawiało magiczne wrażenie. Cudowne dzielnice takie jak Condesa, Roma – można spacerować po tych uliczkach długimi godzinami.

Ta biedna dzielnica – z daleka sprawia wrażenie ślicznego obrazka kolorowej dziecięcej książeczki

Gdy następnego dnia długo jechaliśmy do słynnej miejscowości Teotihuacan nieco poza miastem, gdzie znajduje się najsłynniejsza Piramida Słońca i kilka innych, po drodze mijaliśmy długi pas domów zwanych “Brazilian favelas”. – najbiedniejszej  dzielnicy, która żyje swoim własnym życiem i własnymi prawami. Natomiast z daleka jej zabudowa wygląda bardzo ładnie! Stanowi bajkowy obrazek wielokolorowy ślicznie pomalowanych domków, które wcale nie wyglądają na biedne i w dodatku.. niebezpieczne. Znaliśmy już ten problem z Brazylii, a pan przewodnik opowiedział nam dodatkowo o problemie społecznym tej grupy ludzi. Trudno było uwierzyć, że przy takich problemach i tak smutnym życiu ci ludzie mają siłę i ochotę na tak wesołe zewnętrzne kolorowanie swoich domów. 

Tłum łodzi, roześmianych ludzi, muzyka Mariachi i cała paleta kolorów – oto prawdziwy folklor meksykański

Na każdej ulicy, w ogrodach, w parkach, kawiarniach, na murach przy ulicach, na mostach  i obskurnych fragmentach starych zniszczonych części domów – wszędzie było kolorowo.  I te kolory były świeże, mocne ostre. Wesołe i radosne. 

Podobnie, gdy spędziliśmy kilka godzin na tradycyjnej meksykańskiej łodzi, w pełnym kolorycie strojów grających i śpiewających Mariachi, wśród dekoracyjnych malunków. Folklor meksykański jest piękny!  Ma w sobie tyle pozytywnej energii, radości i sił witalnych, że obdzieli każdego potrzebującego. 

O zaletach części historycznej Mexico City nawet nie zacznę pisać, bo z pewnością mogłabym rozpędzić się na kilka długich wpisów. Przywiązanie Meksykanów do własnej tradycji i historii jest imponujące. Na każdym kroku widać jak silna jest ich świadomość przynależności do ojczystej ziemi. Cywilizacje prekolumbijskie pozostawiły swoje ślady sprzed prawie trzech tysięcy lat a współcześni mieszkańcy Meksyku pielęgnują swą historię od narodzin świata Majów i Azteków poprzez epokę kolonialną i uzyskanie niepodległości aż po dzień dzisiejszy. (polecam koniecznie zwiedzenie National Museum of Anthropology- rewelacja!!) W każdym kamieniu  czułam siłę meksykańskiej historii, moc tego narodu i ich dumę. Muszę uczciwie przyznać, że byłam tym wielce i bardzo pozytywnie zaskoczona! 

Zapraszam was do odwiedzenia Mexico City, bo opisać tego co możecie zobaczyć i tak nie potrafię. Za to zachęcić was mogę z pełnym entuzjazmem!! 

A na koniec, żeby nie było, że Mexico City polałam lukrem i oslodziłam jak najsłodsze ciacho.. opowiem o doświadczeniu, które budzi we mnie “dwubiegunowe” odczucia. 

Zdaje sobie sprawę, że świat nie składa się tylko z tego, co piękne dobre i przyjemne. Wiem, że trzeba mówić i o tym, co zadziwia i budzi odczucia powiedzmy… zdziwienia, odrazy, zaniepokojenia.. 

Ludzie są różni. Urodzeni, wychowani w dziwnych miejscach i w jeszcze dziwniejszych kulturach i wierzeniach.  Wiara i wierzenia w niekoniecznie “religijne” bóstwa także istnieją i to często na wyciągnięcie ręki. Tuż obok nas. Nawet jeśli to jest XXI wiek. Nauka, postęp technologiczny nie ma nic do ludzkiej wiary i przesądów, które człowiek potrafi zmieścić w swojej głowie. 

Zwiedzając duże miasta turyści lubią  zajrzeć na markety. Prawdziwy market to skarbnica folkloru, autentyczności, szansy na zakupy zazwyczaj tanie a prawdziwe, charakterystyczne dla specyfików regionu czy kraju. My też poprosiliśmy pana przewodnika o takie doświadczenie. Pan trochę się opierał, ale w końcu w ostatni dzień naszego pobytu przystał na naszą prośbę pod kilkoma warunkami, które nam bardzo dokładnie przedstawił. Nie będę podawała nazwy tego marketu, choć nie jest to tajemne miejsce, jest dość dokładnie opisane w internecie, ale ponieważ nie było zaplanowane w programie naszej wycieczki, więc pozostanę przy opisie bez jego oficjalnej nazwy. 

Jeden z marketów, których wiele w miastach meksykańskich. “Obiegliśmy “ go dość szybko i trzymając się cały czas blisko przewodnika, który wcześniej przygotował nas czego mamy się tam spodziewać i jak go oglądać. Zatrzymywaliśmy się na krótko i tylko w niektórych miejscach. Zresztą –  nieprawdopodobna ciasnota pomiędzy stoiskami nie dawała możliwości rozglądania się i przypatrywania się temu, co jest wystawione. A było wszystko, co tylko można i nie można sobie wyobrazić!!  Głównie zszokowały mnie rzeczy związane z wierzeniami “religijnymi”, subkulturą różnych grup – figurki jakiś potworków, diabłów, zwierząt nierozpoznawalnych, koszmarnie powyginanych, pokręconych. Świece w różnych kolorach służące każda do innych rytuałów, guseł, czarów (czarne – oczywiście do tych śmiertelnych!), zapachy – niektóre okropne! najprzeróżniejsze, bardzo przerażające laleczki voodoo. “Pinaty” wielobarwne, ale służące zupełnie do innych celów niż te, które znamy tutaj w Houston i które tak bardzo lubią dzieci, kiedy są napełnione cukierkami czy czekoladkami.  Była też sekcja ziół, leków na wszelkie możliwe dolegliwości, choroby, które podobno leczą wszystko! Osoby sprzedające te zioła ponoć znają się na nich, mają przepisy jak je przygotowywać, używać tylko, że ja chyba nie miałabym odwagi do końca im zawierzyć…  

Miliony drobiazgów, z których większość trudno rozpoznać co oznaczają i do czego służą. Znajdują się na tak małej powierzchni, zawieszone wysoko i rozłożone wszędzie wokół, wszystko to sprawia wrażenie niesłychanie zaciśniętej klaustrofobicznej powierzchni. Przerażające! A już najbardziej przygnębiająca jest sekcja sprzedaży żywych.. zwierząt: koguty, małe ptaszki, iguany, pieski… Nie byłam w stanie rozglądnąć się i zauważyć więcej. Bardzo intensywny brzydki zapach, ludzie krzątający się pomiędzy, popiskiwanie zwierzątek. Uciekliśmy stamtąd natychmiast. Nie miałam odwagi robić zdjęć, dosłownie udało mi się kliknąć jedno czy dwa, a ludzie tam pracujący bardzo pilnują, by turyści zdjęć nie robili. Nie dziwię się. 

Na ulicy można spotkać szamanów oczyszczających dusze, wyganiających z ciała choroby i złe duchy. Jest to ciekawa ceremonia i jeśli zdarzy wam się okazja, warto jej się przyjrzeć albo. .. nawet wziąć w niej udział.

Byłam zdegustowana, zniesmaczona i przerażona, ale przewodnik usiłował nam wytłumaczyć, że jest to częścią kultury tamtejszego życia i zarabiania pieniędzy na przetrwanie. I nie jest niczym nadzwyczajnym. Ani – nielegalnym…

Trudno ułożyć sobie to w głowie. Ale to właśnie jest dowód na to, że wiele sposobów na życie bardzo rożni się do naszej codziennej normalności. Już sam fakt, że ludzie pracujący w tamtych warunkach, cały dzień spędzają w tak malutkiej przestrzeni, pośród ogromnej ilości towaru, który zamyka dopływ powietrza, widok na cokolwiek innego, jest tak depresyjny, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie, aby spędzić tam choć nawet godzinę… Oczywiście są też dziesiątki innych stoisk z “chińszczyzną” o cenach tak niskich, że wydaje się, iż wyprodukowanie jednej sztuki spodni czy koszulki musiało mieć ujemną cenę.. Można kupić absolutnie wszystko! Ceny super niskie i jakość także. 

Tak! To był mocny akcent “INNOŚCI” na koniec naszej wycieczki! 

Na szczęście, tego dnia mieliśmy jeszcze w planie zwiedzanie Monument to the Revolution, Museo De Arte Moderno z kolejnymi obrazami i Diego Rivera( z jego ostatnich lat życia) i innych artystów oraz ostatni pyszny lunch, tym razem z owoców morza.

Moja i tak przydługa opowieść (sorry!!!) to tylko garść “perełek” z Mexico City, które złapałam w czasie tygodnia naszej podróży.   Mogłabym więcej i więcej… 

Ale – mam nadzieję, że jeśli lubicie podróżować, po tej lekturze Mexico City znajdzie się na waszej liście planowanych podróży! Bon Voyage!  

Dołączam fragment jednej z piosenek naszych Mariachi na łodzi, by dodać choć  odrobinę autentyzmu meksykańskiego muzycznego folkloru! Jedźcie tam!


BACK

2 myśli na temat “Mówią “podróże kształcą” – łap to, co cię dziwi, zdumiewa i zachwyca

  1. Bardzo trudno to opisać tak wybiórczo, a i tak w którymś momencie zauważyłaś, że piszesz za długo. Wcale nie za długo. To była unikalna wycieczka w unikalnym mieście i z unikalnym przewodnikiem. Ogromna liczba ogromnych i bardzo kolorowych murali, chociaż największe na świecie takie malowidło znajduje się nie w Mexico CIty, ale w Rio de Janeiro, wykonane przez Eduardo Kobra o powierzchni 32,300 stóp kwadratowych (które widzieliśmy w grudniu 2019 roku). Ale w Mexico CIty ich liczba, i kolorystyka jest nie do ogarnięcia. Podobnie jak uniesienie uczuciowe, seksualne, polityczne i twórcze łączące Friedę Kahlo z Diego Rivera, ich dwa małżeństwa, (bo pierwsze rozleciało się gdy Frieda zdradziła swego męża z goszczącym przez lata w ich domu Lwem Trockim) i mnóstwo romansów każdego z nich w tzw. „międzyczasie”, przerażająca wręcz wciąż się pogarszająca kondycja fizyczna Friedy i jej upór w malowaniu, nawet w pozycjach nie do wyobrażenia przez jakiegokolwiek innego twórcę i zarówno jej jak i jego motywacja w osiąganiu celu i mniejszych cel(ików). To tylko jedna z myśli, jakie utknęły w mej pamięci z tego tygodnia. I już jest pół strony. Małgopsiu, napisałaś pięknie i podziwiam Cię za taki wybór informacji i opisu Twoich emocji z tej wycieczki. I bardzo dziękuję Kasi i jej przyjaciółce Saszy za sugestię i porady w realizacji planu tej wycieczki.
    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ja też dziekuję wam jeszcze raz za tak piękny prezent urodzinowy! I cieszę się ze uzupelniłeś moj wpis własnymi wrażeniami. Dzieki temu stał się bogatszy i pelniejszy . I.. nie tylko mój! Dzięki wielkie!

      Polubienie

Dodaj komentarz