17 marca 2023
Moja blogowa strona jest zielona.!
Lubię zmiany, więc próbowałam zmienić też jej kolor. I cokolwiek robiłam – wszystko kręciło się wokół zielonego. Mój ulubiony to świeży, żywy, wesoły i jaskrawy. Ale – są dziesiątki odcieni zieleni: butelkowy, miętowy, limonkowy, oliwkowy, szmaragdowy, morski, pistacjowy, seledynowy, trawiasty… I jeszcze można by piętrzyć kolejne odcienie.
Nie jestem maniaczką, nie trzymam się tylko jednego koloru. Wręcz przeciwnie – lubię kolory różne, mocne, lubię świat wielobarwny i nie boję się ostrych zestawów kolorystycznych. Co więc jest takiego w zieleni, że przyciąga mnie jak magnes?
Kolory wymyśliła natura, a człowiek przyswaja je sobie na swój własny sposób.. Kolory są potrzebne w życiu każdego z nas i w każdym momencie nieco inaczej. Właśnie barwy są metodą badawczą w psychologii, muzyce, medycynie i sztuce. Innymi słowy – bez koloru nie ma normalności. Bo biały i czarny to też kolory, choć często ludzie mówią – “ja nie lubię kolorów, dla mnie istnieje tylko czarny i biały.” Ja osobiście kolor beżowy i szary uważam za “bez-kolory”, ale to także kolory, które mają swoją wymowę i różnym ludziom są potrzebne.
Wszystkie aspekty życia, wybory, decyzje, nastroje i wrażenia opierają się na kolorystyce. Nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo wpływają na to, co się z nami dzieje i dlaczego. Psychologia potrafi określić naszą osobowość, charakter nawet pragnienia na podstawie kolorów, które lubimy lub nie. Niekoniecznie musimy do końca w to wierzyć i wcale nie jest to jednoznaczna opinia, bo przecież paleta kolorów jest wielka, a my nie identyfikujemy się tylko z jednym kolorem. Odcienie kolorów są różne, przenikają się wzajemnie i podobnie jest z ludzkim charakterem i naszą głęboką osobowością.
A jednak – często wyróżniamy jeden kolor, lubimy go bardziej niż inne. Dlaczego? Znów psycholog czy psychiatra miałby tu więcej do powiedzenia niż ja.
Zieleń jest kolorem ziemi, natury. Jest wszechobecna, o każdej porze roku, w każdym miejscu. Odpręża, koi nerwy, przynosi dobrą energię. Ma wszystkie te zalety, o których mówimy “ ekologiczne”. To takie modne i ważne słowo w dzisiejszych czasach. Zieleń można łatwo łączyć z innymi kolorami. Ale także można podświadomie używać go z wielu innych powodów, które “biegają” w naszej głowie.
O znaczeniu tego koloru można poczytać w setkach naukowych rozprawach w bardzo różnorodnych sferach życia i nauki. I nie myślcie, że ten kolor ma tylko pozytywne skojarzenia i znaczenia! Choć zdecydowanie pozytywnych jest więcej.
Z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości zielony kojarzy się z wakacjami na wsi (Laskowa, koło Limanowej), niedzielnymi wycieczkami z rodzicami ( bo – może nie wszyscy pamiętają, ale w soboty rodzice pracowali jak w każdy inny dzień tygodnia a my chodziliśmy do szkoły 🙂). Zielone góry, lasy z wysokimi drzewami. Te liściaste i te szpilkowe. Błękit nieba i zieleń wszędzie wokół. Kamienie górskiej rzeki Łososiny, śliskie od zielonego “wodnistego mchu”. A później kolonie zuchowe i obozy harcerskie, zawsze w terenie zielonym, gdzie wszystko działo się w zielonej naturalnej scenerii.
Nadszedł czas młodości, niełatwej w naszych komunistycznych polskich warunkach, a mimo to każdy dzień przynosił coraz więcej marzeń – zielony kolor miał posmak nadziei. Zielona koniczynka na szczęście, zielony szmaragd to kamień szczęścia. Zawsze lubiłam zielone pierścionki. Rzadko dostawaliśmy w tamtych czasach takie prezenty, zaręczyny nie kojarzyły się z pierścionkiem jako koniecznym elementem przedmałżeńskiej umowy. Ale gdy zdałam maturę Tata przyniósł mi duży bukiet kwiatów, a wśród zielonych dużych liści zawieszony był pierwszy prawdziwy pierścionek! (oczywiście, nie licząc tych, które czasem udało się wyłudzić od rodziców na odpustach 😂 ) Ten złoty pierścionek składał się z pięciu cieniutkich obrączek połączonych w jeden, na każdym znajdowały się drobniutkie szmaragdy i opale, które układały się w ładny wzór skośnego kwadratu. Może i nie był tak piękny jak dziś modne pierścionki z diamentami, ale dla mnie zawierał tak ogromną dawkę emocji, miłości i piękna, jakiej wcześniej tak obrazowo nie doświadczyłam.
Pierścionek nosiłam od święta i dużych okazji, był dla mnie relikwią rodzinną i miał wielkie emocjonalne znaczenie. Właściwie – powinnam powiedzieć: MA, bo po latach przekazałam go swojej córce Kasi, w równie ważnym momencie jej życia. A wraz z nim – tę samą miłość ukrytą w zielonych maleńkich szmaragdach. W kolorze nadziei, spokoju, harmonii wewnętrznej. Kolorze siły witalnej, której na pewno jej nie brakuje! Mam nadzieję, że i ona widzi w zieleni tych szmaragdowych oczek coś więcej niż “tylko pierścionek”.
Z tamtych czasów pamiętam także częsty temat “zielonych” Czyli o dolarach mowa. Mieć dolary – oznaczało mieć szansę na lepsze a przede wszystkim łatwiejsze życie. Zakupy w Pewexie za dolary (a czasem za bony, wymiennie) to było marzenie wielu z nas. Polacy robili wszystko co możliwe, by wyjechać do Ameryki, popracować parę miesięcy, rok albo i dwa i wrócić do kraju z dolarami. Za zielone (oczywiście wymienione po “czarnym kursie” ) można było dom wybudować, auto albo mieszkanie kupić i żyć znacznie lepiej niż przeciętna polska rodzina. Właśnie niedawno przeczytałam gdzieś, że w latach 70-tych czarnorynkowa cena dolara utrzymywała się w granicach 100-150 złotych. A już na przełomie lat 1982-88 cena wzrastała sukcesywnie od 300 zł do 800.
Ludzie, którzy pracowali oficjalnie zagranicą lub dostawali spadki, darowizny ze strefy dolarowej formalnie otrzymywali wypłaty w polskim banku w bonach. Można je było wykorzystać na zakup rarytasów w Pewexie (i to nie tylko ciuchów czy smakołyków) ale także można było kupić materiały budowlane, wyposażenie mieszkań, sprzęt domowy jak lodówki, zamrażarki, samochody itd. Wszystko, co “normalnemu” człowiekowi w tamtych czasach mogło się tylko przyśnić.
Za to handel dolarami na czarnym rynku kwitł (ryzykownie 🙂) i miał się dobrze, mimo, że był nielegalny. Pamiętam, że swoje pierwsze prawdziwe jeansy kupiłam w Pewex-ie za pożyczone dolary od mojego (ha! młodszego kuzyna). To były ciemno-błękitne “RIFLE” za $7!!! Były piękne – wąskie rurki, czysty fantastyczny kolor. Wielkie marzenie młodej dziewczyny! Miałam wtedy może 15 lat.. Boże! Jak ja długo zbierałam złotówki, żeby mu oddać za te dolary!
“Zielone” – to był synonim dobrobytu w biednej Polsce. Koniak kosztował $2.20, można było kupić dzieciom prawdziwe czekolady, odżywki do mleka.
Nasz pierwszy NOWY (nieużywany) samochód – oczywiście Maluch czyli Fiat 126 kupiliśmy za dolary zarobione przez mojego męża w czasie jego pierwszego pobytu w Stanach w 1982 roku. Był tam trzy miesiące, trochę podróżował, trochę pracował, a po powrocie – mogliśmy kupić auto. I jeszcze przez długi czas mieliśmy pieniądze na różne przyjemności. 🙂 Takie to były czasy! Zielone to był nie tylko “biznes”. To była szansa na lepsze życie, na spełnienie życiowych marzeń, bo normalny sposób zarabiania takiej szansy nie dawał.
Zielone pozwalały również spełnić marzenia o podróżach. Był taki czas, że jeśli nie wykazało się posiadania konta dolarowego, to nie było szans na wyjazd do Jugosławii, Turcji, Grecji. Trzeba było przywieźć do kraju z jednej podróży pewną ilość dolarów, zgłosić to na granicy, wpłacić do banku, by następnego roku udowodnić, że posiada się środki na kolejną podróż. Wiem to dobrze, bo mój ojciec bardzo starał się podróżować do innych dostępnych wtedy krajów a potem w latach 70 i 80-tych ja już z mężem robiliśmy to samo. Nie jestem pewna czy ktoś z młodego pokolenia potrafi dzisiaj to zrozumieć..
Jest takie popularne powiedzenie: Pokaż mi swoją szafę a powiem ci kim jesteś”.
Nie wiem czy moja szafa mogłaby służyć za taki dowód ale na pewno można w niej znaleźć mnóstwo zieleni albo przynajmniej zielonych akcentów. Już dawno zauważyłam, że gdy przeglądam ciuchy, biżuterię torebki w sklepach to wśród dziesiątek “szmat” ściśniętych na wieszakach czy też luźno porozwieszanych na miejscach do przyciągania wzroku klienta – prawie zawsze odruchowo chwytam za coś, co jest zielone. Co nie znaczy, że kupuję tylko zielone. Ale instynkt działa dla oka jak magnes. ZIELONY – i to we wszystkich odcieniach – od najbardziej jasnych delikatnych aż do bardzo ciemnych prawie czarnych. Nie ma zieleni, której nie lubię! Jest zdecydowanie MOIM kolorem. Mogę dodać czerwień, żółty, szafirowy, czarny ale i tak zielony wyjdzie na wierzch.
Nie ma takiego czegoś: to NIE MÓJ kolor! Każdy kolor jest dla każdego. Trzeba tylko mieć trochę więcej odwagi, by ubrać zieloną marynarkę czy czerwone spodnie. Zwłaszcza ludzie w starszym wieku uważają, że “nie wypada”. Wszystko jest dla ludzi, wszystko zależy od tego, jak w danym kolorze się czujemy .
Dlatego tak lubimy ogródki, własne działki pod miastem, grządki kwiatków na balkonach, kwiaty doniczkowe w domu. Powiew zieleni daje radość, poczucie spokoju. A z dodatkiem każdego innego koloru po prostu jest piękna! Zieleń w mieście to temat, który jest zawsze na czasie. Parki, ogródki, trasy spacerowe wśród drzew – nikt nie wyobraża sobie miasta bez zieleni!
Najpiękniejszą zieleń zapamiętałam z podróży do Nowej Zelandii. Jest mnóstwo miejsc na świecie gdzie zieloność piękna, wręcz przytaczająca swoja siłą – Hawaje, Costa Rica, Peru… można by wymieniać długa listę. Ale zieleń w Nowej Zelandii ma coś w sobie niezwykłego. Ma siłę, stanowi epicentrum zieloności. Ma w sobie taką wielką świeżość i energię, że człowiek zanurza się w niej jak w oceanie spokoju i wyciszenia. Nowa Zelandia jest jedną wielką zieloną łąką! Zieloną z dziesiątkiem odcieni, od jaskrawych do ciemnych butelkowych. W zależności od miejsca, pory dnia, słońca. Ma wiele łagodnych wzgórz, leniwych potoków, czystych przejrzystych. Jeśli do tego dodać ogrom kwiatów, niezwykły błękit nieba, odgłosy pszczół, motyli i zapach ziół traw, to nigdzie drugiego takiego obrazu nie znajdziesz.

Zapamiętałam taki obrazek – wjechaliśmy na tereny słynnej atrakcji turystycznej Nowej Zelandii – Hobbiton, gdzie kiedyś powstał film „The Hobbit”, na podstawie słynnej powieści “The Lord of the Rings”. Autobus zatrzymywał się co kilka minut, pan przewodnik opowiadał całą historię miejsca i powstawania filmu a ja z zachwytem oglądałam niesamowitą zieloność tej ziemi. Nagle autobus zatrzymał się i wsiadł do niego młody chłopak z bielutką owieczką na rękach urodzoną dosłownie przed godziną czy dwoma.. Gdy wyszliśmy z autobusu, biała śliczna delikatna owieczka na tle intensywnej zieleni to obrazek, który utkwił mi w głowie na całe życie! To właśnie jest zielona Nowa Zelandia “w pigułce”!!
Zielone oczy są niezwykle atrakcyjne. Kocie oczy. Zielone oczy podobno częściej posiadają kobiety, choć ogólnie procent ludzi na świecie z zielonymi oczami jest niewielki (podobno tylko 1-2% populacji.) Uważa się, że na podstawie koloru oczu lekarze potrafią wyjaśnić i ocenić wiele chorób, większą czy naszą podatność na niektóre, ale ja jakoś bym się tym za bardzo nie fascynowała 😀. Jednak nie dziwi mnie powszechna ocena, że “oczy zielone są seksowne, spokojne i inteligentne”. 🤔
W marcu, 17-go, obchodzimy Patrick’s Day. Kiedyś nie miałam pojęcia o takiej tradycji, ale dziś wiem, że to także piękne, irlandzkie, zielone święto. Tego dnia nawet rzekę maluje się na zielono. I piwo pijemy zielone i zieloną koniczynkę , w dowolnej postaci, na szczęście, nosimy przy sobie. I musimy mieć “coś” zielonego na sobie albo chociaż przy sobie! Bo zielone jest piękne. I szczęśliwe! Niesie z sobą powodzenie, spokój, harmonię w sercu i duszy, nadzieję na dobro. Jest symbolem płodności (też ziemi), powodzenia w życiu i biznesie, witalności, energii – czyli samych dobroci w naszym życiu!
Ale – uwaga! Są też negatywne historyczne odniesienia tego koloru. Można o tym przeczytać i dowiedzieć się w wielu pracach naukowych o różnych innych kulturach i tradycjach. Tak, zgodnie z tym, co mówi mądre przysłowie: „Kij ma DWA końce”
Dla mnie zieleń to – nadzieja, zdrowie, spokój, młodość i wciąż każdego roku odradzające się życie. I tego się trzymam!!
“Grasz w zielone? Gram! Masz zielone? Mam!”
*********************
„Zielono mi” – słowa tej piosenki napisała Agnieszka Osiecka w 1970 r. (jakże by inaczej!) muzykę stworzył Jan Ptaszyn Wróblewski. Pierwszym wykonawcą był Andrzej Dąbrowski, później Andrzej Zaucha, Anna Maria Jopek, Mariusz Lubomski i inni. Ja wybrałam interpretację Katarzyny Nosowskiej. A wam się podoba?








