12/26/2022
Ho, Ho, Ho!!!
Zaczynam pisać te zdania wciąż w przedświątecznym nastroju, ale do głowy wpychają mi się myśli bardzo “obok-świąteczne”.
Choć dookoła nastrojowo i grudniowo, bo przecież jesteśmy tuż tuż przed wigilią i żyjemy w ferworze przygotowań kulinarnych, dekoracji, kupowania i pakowania prezentów, pisania kartek z życzeniami dla najbliższych, słuchania najpiękniejszych świątecznych piosenek i kolęd, to przychodzą mi na myśl takie wspomnienia, które choć zdarzyły się w grudniowym czasie, mogły przecież zdarzyć się każdego innego dnia.
Tragiczne wydarzenia polityczne w Polsce czasów mojego pokolenia latach 70 i 1980-tych, które nastąpiły w grudniu, w miesiącu radości i oczekiwania świątecznego wydają się niepojęte i niemożliwe, a były najbardziej prawdziwymi faktami naszego młodzieńczego życia. Był śnieżny grudzień, jak każdego roku zmagaliśmy się ze zorganizowaniem brakujących artykułów spożywczych, by Boże Narodzenie było piękne i obfite, jak tego pragnął każdy Polak, każdy zwykły człowiek. Ale rząd zamiast tego, co grudzień przynosi ludziom całego świata, nam zgotował strach, ciemne puste ulice, czołgi i patrole wojskowe i milicyjne kontrolujące każdy nasz ruch.
W niedzielę rano, 13 grudnia 1981 roku pojechaliśmy na giełdę kupić samochód, bo tak akurat nam wypadło w tym momencie życia. A wróciliśmy.. Tak, jakimś autem, ale bez szans na zatankowanie benzyny, bez radości posiadania nowego pojazdu dla rodziny, bez nadziei na następny dzień, że pójdziemy normalnie do pracy… W ciągu kilku godzin nasze życie wywróciło się do góry nogami a przede wszystkim przyniosło nam tyle niewiadomych, tyle pytań bez odpowiedzi, strachu w głowie i niepewności w sercu. Z godziny na godzinę traciliśmy grunt pod nogami, a marzenie o pięknej choince, prezentach, smażonym karpiu i kutii odsuwały się gdzieś daleko w zakamarki kompletnie “nie-grudniowych” przemyśleń.
Mieliśmy wtedy małe kilkuletnie dzieci, oczekujące na gwiazdkę i Aniołka z prezentami, na wyjazd do Krakowa do Dziadków, z którymi co roku spędzaliśmy Boże Narodzenie. Co mogliśmy im powiedzieć, jak wytłumaczyć grozę kolejnych dni i zupełnie nie-świątecznych zachowań?
Mimo braku czynnych telefonów, nieistniejącego jeszcze internetu, ograniczonej i kłamliwej informacji telewizyjnej – byliśmy coraz bardziej przygnębieni docierającymi do nas wiadomościami o internowaniu naszych przyjaciół, kolegów, o braku możliwości poruszania się po kraju, o godzinie policyjnej. Obserwowaliśmy od miesięcy puste półki w sklepach, patrzyliśmy ze smutkiem i niepewnością na jutrzejszy dzień, nie wiedzieliśmy jak obronić siebie i swoją rodzinę przed znikającą nadzieją świąteczną.
Byliśmy jednak młodzi, a młodość ma swoje prawa. Młodość to siła, młodość nie ulega trudnościom, nie poddaje się. Chcieliśmy żyć “normalnie”, chcieliśmy mieć święta, wigilię i bliskich ludzi wokół.

Nawet w najbardziej trudnych momentach życia, w najbardziej dziwnych warunkach człowiek kurczowo trzyma się tradycji, zwyczajnego prawa do zwyczajnego, codziennego życia. Babcia Helenka sobie tylko znanym sposobem dowiozła z Krakowa do Sosnowca choinkę, prawdziwą pachnącą lasem, my jak tysiące innych Polaków zdobyliśmy w sklepie karpia, ugotowaliśmy barszczyk i podzieliliśmy się opłatkiem. Tylko nie dojechaliśmy do Krakowa… To były święta, które spędzaliśmy z przyjaciółmi, ale bez rodziców i bliskiej rodziny, którzy pozostali w Krakowie…
Potem był Sylwester, tego roku nie było szalonego balu, bo nie mogliśmy się gromadzić, ale witaliśmy nadchodzący Nowy Rok 1982 z nadzieją w sercu, że mimo wszystko – będzie lepiej..
Długo nie było. Przeżyliśmy wiele ciężkich chwil, buntów, politycznych i społecznych rozrachunków, z którymi nie zgadzaliśmy się do końca.. Nie pogodziliśmy się i nie przyjęliśmy warunków “nowego porządku”.
Żyliśmy najlepiej jak potrafiliśmy. Szukaliśmy dróg, które miałyby nam wszystkim zapewnić lepszą przyszłość, a naszym dzieciom szanse na prawdziwe polskie spokojne i tradycyjne święta grudniowe następnego roku. Dziesięć lat później przyjechaliśmy do Houston. Ale to już inna historia..
Życie nie toleruje próżni. Wypełnia każdą chwilę i nie daje szansy na pustkę. Buduje, dodaje skrzydeł, daje nadzieję, otwiera nowe kolejne drzwi… Życie oczekuje od nas ciągłej inwencji, nowych decyzji, akcji, pomysłów. Życie nie lubi leniuchów, ludzi nieruchawych, ospałych i bezczynnych.
Życie także niosąc coraz to nowe wiosny i jesienie, śnieżne grudnie i kolejne kwitnące maje – pozwala człowiekowi być ciągle zajętym i zapomnieć to, co było trudne i co bolało. Każdy nowy dzień stawia przed nami ciekawe a czasem trudniejsze wyzwania i każe nam bezustannie patrzeć w przyszłość. Piąć się w górę i iść do przodu. Przeszłość jest po to, byśmy pamiętali doświadczenia, które nauczyły nas siły, odporności, wrażliwości i dobroci. Byśmy potrafili poradzić sobie z segregacją dobrych i złych nauk życiowych. Przeszłość ma nas inspirować do działania, a nie zatrzymywać w rozpamiętywaniu tego, co było złe.
Nie, nie chcemy zapomnieć. Ja nie chcę! Pamiętam tamten grudzień. Wspominam go każdego roku.. I doceniam, że każdego roku mocniej i głębiej rozumiem ciepło i świąteczną “normalność” kolejnego grudnia.
Pamiętam inny grudniowy epizod w moim rodzinnym domu. Był dla mnie jak pierwszy „wstrząs elektryczny” w dziecięcym samodzielnym życiu.
Nie wiem kiedy to mogło się wydarzyć, ale na pewno były to końcowe lata 60-te, może początek 70-tych. Byliśmy z bratem jeszcze dziećmi. Tata wymyślił kilkudniową podróż do byłej Jugosławii, jeden z jego zwariowanych pomysłów na “szybkie “ zarobienie dodatkowych pieniążków na świąteczne potrzeby, prezenty. Taki to był czas, że podróże z towarami wymiennymi w “tamtą stronę świata” były wtedy popularne, dostępne i przynosiły zawsze jakiś dodatkowy zarobek dla domu. Rzecz tylko w tym, że Tacie nagle przyszła do głowy ta niespodziewana podróż w pierwszych dniach grudnia, czego nikt przy zdrowych zmysłach w tym czasie nie robił. W owych czasach takie wyskoki podróżnicze łączące trochę przyjemności, trochę dreszczyku i ryzyka, no i trochę szans na dodatkowy zarobek, wielu Polaków organizowało w okresie wakacyjnym lub przynajmniej pogodowo “przyjaznym”. Może i w Jugosławii czy Bułgarii zimy były cieplejsze i nie tak śnieżne jak w Polsce , ale żeby tam dojechać trzeba było przekroczyć teren byłej Czechosłowacji, a tym samym góry Tatry, gdzie zima dopadała te rejony dość wcześnie, już w listopadzie, a drogi w wysokich górach często nie były przejezdne w grudniowym czasie. Z jakiegoś powodu Tata wymyślił tę krótką wycieczkę w początkowych dniach grudnia a Mama, tak zazwyczaj rozsądna i logiczna kobieta, dała się na tę wyprawę namówić.
Oczywiście – wszystko było zorganizowane i domówione i wyglądało bardzo normalnie i bezpiecznie.. My z bratem zostaliśmy sami w domu. Doglądała nas nasza ciocia, niewiele starsza od nas, którą raczej uważaliśmy za starszą siostrę. Była w wieku, gdy interesowało ją wszystko inne, a zajmowanie się dzieciakami było na pewno ostatnią rzeczą na jej liście.
Gdy rodzice wyjeżdżali z domu (już nie pamiętam czy wtedy mieli poczciwą Syrenkę czy małego Trabanta czy może już czeską – na tamte czasy bardzo luksusową Skodę?) – było mroźno, ślisko, ale śnieg nie padał. Oczywiście o żadnych bezpiecznych zimowych oponach nie było mowy. Wiadomo, jakie auta- takie bezpieczeństwo… Mieliśmy przygotowane jedzenie, plan na kilka dni i wytyczne co i jak robić i nawet cieszyliśmy się na te kilka dni samodzielności i wolności.
Tylko, że zaraz potem zaczęły się „nieprzewidziane” wielkie opady śniegu, zawieje, ślizgawice. Nie wiem w jaki sposób do kogo i przez kogo, dotarły do nas wieści, że rodzice mieli wypadek i utknęli w zaspie śnieżnej w górach, że ktoś wyciągał ich końmi czy traktorem, po wielu godzinach spędzonych w zimnym samochodzie..
Do dziś nie wiem, co tak naprawdę wydarzyło się w tej ich podróży, gdzie rodzice dotarli, kto im pomógł, co później się z nimi działo. Wrócili po kilku dniach i właściwie NIE pamiętam, żeby kiedykolwiek o tym opowiadali. Mama była bardzo przygaszona i ledwo pozbierała się, by zorganizować normalne w tamtym czasie święta rodzinne.
Nie pamiętam wielu faktów i pewnie to, o czym wspominam jest bardzo wyrywkowe. Ale jedno pamiętam – ogromny dziecięcy strach, że rodzice mogą nigdy już do domu, do nas nie wrócić. W jednej chwili, z radosnego dziecka, które cieszyło się, że zostaliśmy w domu na kilka dni sami, że jesteśmy “dorośli” na tyle, że nie musimy być kontrolowani, bo potrafimy sobie poradzić sami – w jednym momencie poraził mnie wielki paraliż! NIE wiedziałam co mam dalej robić, przecież za chwilę mogę być sama, bez Mamy i Taty! Moja młoda wyobraźnia działała jak huragan! I nagle poczułam wielką odpowiedzialność za młodszego brata, dom, w którym jestem sama i przerażenie, że ja nie umiem, nie wiem co dalej… Panika dziecka, które poczuło pierwszy życiowy strach.
Dziś już naprawdę NIE pamiętam, jak długo to trwało, kiedy rodzice wrócili (na szczęście nic im się wielkiego nie stało). Jedyne, co do dzisiaj pamiętam, a minęło już około 60 lat, że to też był grudzień i oczekiwanie na święta, które przecież mogły być dla nas zupełnie inne.. Był śnieg, był czas rodzinny, a ja pierwszy raz w życiu zrozumiałam, jakie to ważne być razem. Mieć rodzinę. I czekać wspólnie na wigilię przy wspólnym stole. Tamtej wigilii nie pamiętam. Ale wiem, że ją mieliśmy, że tamten grudzień przyniósł mi lekcję rodzinnej miłości, którą zapamiętałam do dzisiaj.
Grudzień kojarzy mi się także z milszym corocznym wydarzeniem – tradycyjnym w czasach mojej młodości kuligiem. Najpierw pamiętam wyprawy na kulig organizowane z pracy mojej Mamy. Był to zazwyczaj wyjazd autobusem do Bukowiny Tatrzańskiej albo Zakopanego na dwa dni. Wyjeżdżały całe rodziny w sobotę rano a popołudniu, kiedy już zaczynało się robić ciemno formowała się długa kolumna sań góralskich ciągniętych przez parskające koniki, powożone przez górali w charakterystycznych kożuchach i czapach futrzanych. W saniach były ciepłe grube futrzane nakrycia, byśmy nie zmarzli, bo prawie zawsze był siarczysty mróz. Mieliśmy pochodnie przyczepione do sań. I jeszcze do dużych sań często były doczepione małe sanki. Kto miał ochotę i jeszcze nie był całkiem zmarznięty mógł pędzić na małych sankach, które ciągle się przewracały i dostarczały wielkich śniegowych atrakcji. Po powrocie do chat górali (a może schronisk, zupełnie tego nie pamiętam..) my dzieci biegaliśmy bzikując, by rozgrzać się po długiej przejażdżce, a dorośli mieli swoje – wiadomo jakie- rozrywki :).
Kiedy nieco dorosłam i zaczęłam każdej zimy w drugi dzień Świąt wyjeżdżać na zimowiska harcerskie, uczestniczyłam w kuligach, które były obowiązkową atrakcją naszych wakacji zimowych. Niestety, zdarzyło się i tak, że przez całe zimowisko nie było dostatecznej ilości śniegu i kulig musiał być odwołany. Nasze kuligi zazwyczaj składały się z jednych dużych sań, no może dwóch i długiego „pociągu” małych saneczek. I tu niestety zawsze było dużo problemów – a to sznurki nie wytrzymywały obciążenia i ciągle się urywały, a to sanki były niestabilne i wywracały się przy najłagodniejszym zakręcie (przypadkowo lub nie..) a to ktoś się gubił po drodze i trzeba było go szukać.. Zazwyczaj wracaliśmy kompletnie przemoczeni, przemarznięci do szpiku kości, zmordowani i nie zawsze najszczęśliwsi. 🙂 Jedną z najpopularniejszych zimowych piosenek była wtedy piosenka Skaldów ” Z kopyta kulig rwie”
(proszę zwrócić uwagę jakie stare nagranie udało mi się znaleźć 🙂
Nie wiem czy w Polsce nadal organizuje się takie kuligi i czy są tak popularne jak za mojej młodości. Zima bez kuligu, bez grzańca, a często ogniska i pieczonych kiełbasek na zakończenie była zimą „straconą”, nieprawdziwą. Moje wnuki takich kuligów już nie znają, choć atrakcji zimowych każdego roku mają mnóstwo, a na nartach jeżdżą znakomicie. Ale fakt – za to ja w zimie nigdy nie korzystałam z jacuzzi i na pewno wtedy nie miałam pojęcia co to jest… 😀😀
Grudzień jest jednym z dwunastu miesięcy w kalendarzu. Jak każdy inny miesiąc może przynieść nam dni szczęśliwe i dni trudne. Dzieci rodzą się każdego dnia, każda godzina przynosi komuś moment wzruszenia i wielkie niezapomniane przeżycie. Podobnie – może być chwilą gorzkiej łzy, smutnego pożegnania i wstrząsu dla naszego serca, któremu ciężko będzie przywrócić regularny człowieczy rytm.
A jednak – jest coś wyjątkowego w tym ostatnim miesiącu roku, coś magicznego ciepłego. Mimo mrozów i śniegu, krótkich dni i ciemnych wieczorów. Jest wiara. Wiara w dobro, które przynosi nam każdego roku pierwsza gwiazdka wigilijna zwiastująca tradycyjnie narodzenie Jezusa. Czy jesteś religijna czy nie, nieważne jaką wiarę wyznajesz – w coś musisz wierzyć!! Człowiek jest istotą myślącą, czującą i ma swój własny świat – w sercu, w myśli. Czasem dojrzale i spokojnie poukładany, czasem chaotyczny, wciąż poszukujący swojego własnego wizerunku i własnego w nim miejsca.
Szukamy pomocy w znakach grudniowych: w dobrym niespodziewanym i szczęśliwym wydarzeniu, w mrugającej do nas gwiazdce na niebie, w ciepłym słowie listu, którego nie spodziewaliśmy się otrzymać. Chcemy wierzyć, że grudzień zamknie drzwi minionego roku na “cztery spusty” do wydarzeń, które były trudne czy smutne i otworzy na oścież drzwi dla nowych pięknych chwil, godzin i dni Nowego Roku.
Miną dni świąteczne, chwilę odpoczniemy i będziemy szykować się na tradycyjne powitanie kolejnego Roku. Przed nami nowe wyzwania, wiele doświadczeń i wcale się ich nie boimy. Albo boimy się.. Ale i tak idziemy do przodu bo “życie próżni nie toleruje”. 🙂
W Houston w tym roku – przedświąteczna niespodzianka pogodowa! Wprawdzie na śnieg nie liczymy, ale zawitała do nas naprawdę zimowa temperatura i wszystko wskazuje na to, że uda nam się w dzień wigilijny założyć płaszcze a nawet futerka, jeśli ktoś takowe posiada. A ja mam (sztuczne, ale kto by się odważył teraz nosić prawdziwe! 🙂 Tak więc grudzień przyniósł nam zimową aurę i namiastkę temperatury blisko zera. A meteorolodzy straszą, że nawet poniżej zera będzie w wigilijną noc..
Może to śmieszne i trudne do pojęcia dla tych w Polsce, którzy śnieg piękny i niemal codziennie świeży mają już od kilku tygodni, ale dla nas to duża niespodzianka pogodowa, no i całkowicie od nas niezależna. 🙂
A jak już jesteśmy przy tym pogodowym temacie, to wyobraźcie sobie przez chwilę wigilijny wieczór w Australii – na plaży, gdzie upalne temperatury w dzień dochodzą do 25-35 C (no, może nie w każdej części Australii)
Tak, Świat jest ciekawy. I bardzo różny. Podobnie jak ludzie.
A może dlatego, że ludzie są różni, budujemy tak różne światy?..
A na koniec – przymknijcie oczy, wspomnijcie swoje ważne grudniowe wydarzenia i posłuchajcie piosenki Haliny Mlynkovej..
BACK





