06/27/2022
Kiedyś wszystko było proste. 🙂 Wakacje zaczynały się właśnie 24 czerwca, a przynajmniej ten dzień był symbolicznym dniem rozpoczęcia wakacji. Kończył się rok szkolny, wręczano nam świadectwa a my już mieliśmy poukładany plan wyjazdów na obozy, kolonie, wczasy z rodzicami, czy wyjazdy zagraniczne, bo i takie się w moich czasach młodości przytrafiały. Rodzice byli bardzo aktywni, dbali o nasz dwumiesięczny wypoczynek i bardzo się starali, aby przerwy pomiędzy zmianami miejsc i przemieszczaniem się były jak najkrótsze. Pamiętam, że każde kilka dni spędzone w mieście w lipcu czy sierpniu było jakby wstydem, że jestem w Krakowie. Mimo, że wcale nie mieliśmy dużo pieniędzy, oczywistym było, że wakacje trwają dwa miesiące i dzieci wyjeżdżają! Każdego roku wraz z naszym dorastaniem propozycje zmieniały się. Najpierw były to wyjazdy na wieś pod opieką Mamy z rodziną ciotek, kuzynów i wujków, potem zostawaliśmy z zaprzyjaźnioną gospodynią i jej dziećmi. Gdy nieco dorośliśmy wciągnęliśmy się w harcerskie kolonie i obozy i przez lata uwielbialiśmy taką formę wakacji.
Rodzice, z racji że mieli samochód, zabierali nas na wspólne wakacje do rodziny mieszkającej nad morzem albo nieco później do Jugosławii, Bułgarii, Turcji. O tym wszystkim wspominałam przy okazji innych opowieści. Zawsze jednak były to wakacje aktywne. Gdziekolwiek jechaliśmy, gdziekolwiek znaleźliśmy się – nigdy nie siedzieliśmy w jednym miejscu dłużej jak dwa, trzy dni. Wiecznie gnaliśmy do przodu, mieliśmy plan zobaczenia czegoś nowego w okolicy, zwiedzania, oglądania. I choć niejeden raz kiepski budżet ograniczał nasze plany i zdarzało się, że zwiedzaliśmy ciekawe miejsca w dość “dziwny sposób” (bez szczegółów!) 🙂 to jednak wspomnień z tamtych czasów mamy mnóstwo. W końcu niewielu naszych przyjaciół z dzieciństwa mogło pochwalić się wakacyjnym spotkaniem młodego przystojnego Amerykanina podróżującego po chorwackiej wyspie KRK (wówczas jugosłowiańskiej), który nie znając języka polskiego (a my angielskiego) bardzo zaprzyjaźnił się z nami, a zwłaszcza z 14-letnią smarkatą Polką. Spał na skalnej ziemi w śpiworze, ale za to miał gitarę. Moja Mama jak to matka – Polka dokarmiała go, a on śpiewał nam wieczorem amerykańskie ballady. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. 🙂 Tata zawsze miał pomysł gdzie się zatrzymać, żeby coś zobaczyć. Zatrzymywaliśmy się w drodze w dziwnych miejscach. Do dziś nie mogę pojąć w jaki sposób bez porządnych map, GPS-ów docieraliśmy do tych wszystkich meczetów, cerkwi w Stambule, Sofii czy Bukareszcie. Widzę wciąż w pamięci te miejsca drewniane, kolorowe i dziś już nie umiem odtworzyć gdzie były i jak się nazywały ale wiem, że wiele pięknych miejsc dzięki tym rodzinnym podróżom bardzo wcześnie w życiu zobaczyłam. A przede wszystkim – połknęłam bakcyla podróżowania, wewnętrznej potrzeby poznawania Świata. Przecież nie wiedziałam wtedy jak ułożą się moje losy, gdzie i jak przyjdzie mi spędzać dorosłe lata życia.
Wiele czasu upłynęło zanim zaczęłam podróżować po wielkim Świecie. Zanim do tego doszło pierwsze lata dorosłych wakacji, to wyjazdy w polskie piękne miejsca. Bory Tucholskie, Pojezierze Mazurskie, Beskidy, polskie Morze Bałtyckie, Kaszuby. Dziesiątki pięknych zakątków, z których każdy pozostawił niezapomniane wspomnienia. W tamtych młodych ale już dojrzałych latach, kiedy wszyscy byliśmy rodzicami i mieliśmy rodziny “ na dorobku”, małe dzieci i robiliśmy wszystko, żeby żyć i zarabiać jak najlepiej, nasze pomysły wakacyjne były szalone i bardzo kreatywne. Dostosowane do warunków wakacji z dzieciakami, warunków kryzysowej Polski, gdy trzeba było niemal wszystko zabrać ze sobą na takie wakacje, bo był to czas pustych półek i zakupów na kartki, no i do możliwości przewiezienia tego, co zamierzaliśmy ze sobą zabrać.

A nade wszystko – najważniejsze było towarzystwo, czyli paczka ludzi, z którą planowaliśmy spędzić wakacje. Nie zawsze wychodziło to tak samo. Życie pokazało, że “nic dwa razy się nie zdarza” i jak raz coś wyszło fantastycznie, to wcale nie znaczy, że tak samo będzie za drugim i trzecim razem..
Ale – jedne z najfajniejszych wakacji naszej młodości były w Borach Tucholskich. Wierzcie, nie wierzcie – nie wiem jak to się stało, ale uzbierało się nas aż siedem rodzin. Zaczęliśmy już spotkać się i planować ten wyjazd w styczniu. Najpierw miały być cztery rodziny zaprzyjaźnione i dobrze się znające. Spotykaliśmy się często, dyskutowaliśmy wszystkie opcje. Mieliśmy po znajomości mieć dostępny prywatny teren od Leśniczego tuż nad jeziorem, tak żeby nie było tłumnie, z dala od campingów i ludzi. Musieliśmy wziąć namioty, śpiwory, pościel, garnki, zaopatrzenie, naczynia, stoliki, krzesła. Oczywiście osobiste kosmetyki, ubrania dla dzieciaków, dla nas itd, itd.. Mieliśmy jechać na noc, bo dzieci małe w wieku 3 do 7 lat, więc będą spać w nocy a my młodzi i silni to mogliśmy prowadzić samochody całą noc. Oczywiście, Bory Tucholskie nie są tak bardzo daleko od Sosnowca (stamtąd wyjeżdżaliśmy, gdzie pakowanie jednego Poloneza i dwóch “maluchów” czyli Fiatów 126 trwało cały dzień!!) ale jazda i tak zajęła nam ponad 12 godzin i oczywiście była z wieloma przygodami.
Gdy dobrnęliśmy do celu i znaleźliśmy leśniczówkę, ledwo udało nam się wyciągnąć leśniczego, żeby nam pokazał nasz obozowy teren. Wtedy okazało się, że… miejsce jest dziewicze! Nie ma nic – ani stołu, ani śladu po jakimkolwiek wcześniejszym obozowisku, ani miejsca na ognisko, prowizoryczną kuchnię ani nawet .. latryny. A obiecano nam „złote góry”! Wszystko trzeba sobie wybudować, namioty postawić, wymyślić miejsce na zaopatrzenie, zbudować wychodek. Leśniczy miał dla nas mnóstwo rad, ogromne ilości zwykłej wódki i wielką chętkę na nasze towarzystwo. A, i jeszcze bardziej towarzyską Leśniczynę, która miała pojawić się z nim następnym razem. No, ale od czego harcerskie doświadczenia zakładania obozowiska! Zabraliśmy się do roboty. Hierarchia ważności funkcji dość szybko sama się ustaliła.
Zanim dojechały następne rodziny mieliśmy już naczelnego kucharza Andrzeja i takiego jednego, co przez cały nasz turnus obozowy nosił za nim chochlę (czyli mojego męża) 🙂 Marta i ja byłyśmy na stanowiskach kierowniczych, to znaczy od kultury, bo rozrywka była najważniejszą częścią udanych wakacji. No i jeszcze zaopatrzenie (głównie alkoholowe, bo o to nie było łatwo, zwłaszcza że wydawano je na kartki i trzeba było jechać aż do Tucholi) To my – dziewczyny wzięłyśmy na siebie, a szefową była żona Janusza.

Dzieci bawiły się doskonale w grupach i podgrupach, w zależności od humorów, nastroju i pogody. Raz zrobiliśmy im wielką imprezę chrztu Neptuna i nadania imion słowiańskich. Wtedy jeszcze miałam niekończącą się wyobraźnię i energię do wymyślania takich obrzędów i zabaw. Dzieciaki były zachwycone!
W sumie – mimo, że była tam Mama jednej z naszych koleżanek i mieszkała w przyczepie i nie brała zbyt czynnego udziału w naszych szaleństwach, mieliśmy też jedną rodzinę, która trzymała się nieco na uboczu, on długimi godzinami łowił ryby (jedna z atrakcji dla podniebienia, choć nie zawsze jego wyprawy kończyły się sukcesem) to nie odczuwaliśmy jakiś specjalnych konfliktów czy niesnasek. Nie znaczy to, że życie towarzyskie płynęło jak w bajce. Szczęśliwie byliśmy młodzi, ognisko i dużo alkoholu łagodziło obyczaje.
Tego lata mieliśmy swoja ulubioną listę przebojów, nie pamiętam jak uruchamialiśmy nasze radio w tym dzikim zakątku, ale można było włączać je na cały regulator i wtedy tańczyliśmy jak zwariowani. Szczególnie zapamiętałam z tamtych wakacji piosenkę ”Daj mi tę noc”.
Któregoś dnia Leśniczy wraz z żoną Leśniczyną zaprosili całą nasza bandę na kolację, na mięso z dzika. Nie pamiętam kto z nas tam pojechał, może dzieciaki zostawiliśmy z kimś z dorosłych a może tez były z nami. Dość, że pojechaliśmy piaszczystymi leśnymi drogami do leśniczówki w kilka samochodów. Oczywiście więcej niż mięsa z dzika było tam wódki, a raczej pewnie jakiegoś samogonu, bo przecież wciąż wódka była towarem kartkowym. Była kiełbasa i inne mięsiwa, wszystko własnych wyrobów. Wszystko pięknie przygotowane, pokrojone, ułożone. Najpiękniejszy obrazek jaki wbił mi się w pamięć po wejściu do ładnego drewnianego domu, to wielki stół pełen mięsa a po przeciwnej stronie zwinięty w rulon dywan. I Leśniczyna, która z rozbrajającą szczerością oświadczyła: “żebyście mi nie ubrudzili dywanu”. 🙂
Gdy wreszcie, późną nocą, wyrwaliśmy się ze szpon rodziny Leśniczego, przejedzeni i przepici do granic możliwości, my dziewczyny jeszcze jakoś czułyśmy się na siłach zasiąść za kierowce i jechać, na szczęście pustym piaszczystym traktem leśnym, do naszego obozowiska. Było już na pewno po północy.
A w pewnym momencie w pierwszym samochodzie kierowca (płci żeńskiej 🙂 ) zatrzymała się, otworzyły się drzwi po obu stronach, z całą siłą głosu zabrzmiała piosenka “Daj mi tę noc” a my natychmiast wszyscy zatrzymaliśmy swoje auta i wyskoczyliśmy dołączając się do dzikiego tańca w rytm naszego ulubionego obozowego przeboju tego lata. Gwiazdy świeciły obłędnie tej nocy i był to jeden z niezapomnianych momentów szaleństwa wakacyjnego!

Może następnego roku a może dwa lata później próbowaliśmy powtórzyć podobne wakacje w podobnym składzie, ale już nie wyszło. Także nie wyszło, gdy pojechaliśmy do Borów Tucholskich tylko w dwie rodziny. Choć miejsce było równie pięknie, to nie udało się powrócić do podobnej atmosfery. Nie ma w tym niczyjej winy. Po prostu – coś nie łączy się, nie ma “chemii”, coś nie iskrzy tak jak powinno. I tego nie możemy przewidzieć, nawet gdy przyjaźnimy się od lat, nawet gdy już mieliśmy wcześniej udane wyjazdy wakacyjne i wspólne wycieczki. Jak w każdym związku, w najlepszych i najbliższych układach – są góry i doliny. Bywa, że coś się nie klei i nie wychodzi. A potem znów wraca na swoje miejsce. 🙂
To trochę tak jak z najlepszą ulubiona sukienką. Trzymasz ją w szafie, bo ją lubisz i nie chcesz się z nią rozstać. I pewnego dnia ubierasz, patrzysz w lustro i stwierdzasz, że absolutnie nie możesz już w niej się nikomu pokazać! Jest za krótka i twoje kolana wyglądają już nieładnie! Ma za duże wycięcia na ramionach i nie czujesz się już komfortowo, jest nieco za obcisła w pasie.. itd. itd.
Taka złość, taki żal, bo to przecież nie twoja wina. Minął jej czas, minął twój czas w tej sukience i dla tej sukienki. Nie przylegacie do siebie, choć nadal ją lubisz…
Ja zazwyczaj szybko pakuję taką sukienkę do torby, którą przekazuję zaprzyjaźnionej osobie. Wiem, że będzie przez nią lubiana i używana. Nie mam żalu, że skończyła się moja “era” ulubionej sukienki. Co najwyżej zła jestem przez chwilę, że zmieniły się moje “gabaryty”, ale w końcu każdy tak ma. Za to mam miejsce na nowy ciuch. I w życiu też tak jest. Coś minęło, zostają fajne wspomnienia, zaczną się kolejne wakacje. Poznam nowych ludzi, otworzy się nowa przygoda, wydarzy się coś nieznanego.

Po tylu latach życia, po ogromnej ilości przejechanych dróg, krajów, zakątków, gór i mórz, miast i miasteczek mogę śmiało powiedzieć, że nie warto trzymać się jednego planu, jednego sposobu na wakacje. Kiedy jesteśmy młodzi oczekujemy czegoś innego od wakacji niż gdy mamy rodzinę i planujemy wakacje z dziećmi.
Nasze priorytety zmieniają się, gdy budżet staje się stabilny, mamy większe wymagania w kwestii wygód, możemy sobie pozwolić na większe i droższe plany. Mamy też inne wyobrażenia o miejscach wakacyjnych. Nie szukamy już ekstremalnych przygód, dziwnych szokujących spotkań. Zazwyczaj wszystko to mamy już poza sobą. Nasze konto wakacyjne jest mocno wypełnione. Moje konto jest pełne choć zawsze są miejsca, które chciałoby się sprawdzić.
Pytanie tylko – czy naprawdę tego chcę? Czego w głębi duszy teraz pragnę?
Jakie wakacje spełniłyby moje potrzeby?
Nie miałabym nic przeciwko znalezieniu zacisznego domku, wygodnego, ładnie urządzonego, z wszelkimi wygodami, dużymi oknami. Z widokiem na piękną zieleń, może las albo jeszcze lepiej, z drugiej strony w oddali na brzeg morza. Z sąsiadami niezbyt blisko, ale nie bez ludzi w pobliżu. Z ciszą dookoła. I z dojazdem do miasteczka, gdzie będą sklepy i przyzwoite restauracje. Bo wsi amerykańskich nie bardzo lubię. Wolę, żeby w okolicy mieć “cywilizowane” miejsce, choć nie musi być to żadne duże miasto. Dziś już nie. Oczywiście mówię o wakacjach, nie o mieszkaniu na stałe. 🙂
Domek, gdzie byłby taras i piękny widok przy porannej kawie. I bym mogła nie spieszyć się nigdzie. I chodzić na krótkie a nie wielomilowe spacery. Bym czuła się bezpiecznie i nie miała poczucia opuszczonej. By życie było “ na wyciągnięcie ręki” ale by nie przeszkadzało w moim skupieniu, myśleniu, czytaniu, pisaniu, oglądaniu filmów. Nie potrzebuję już wielkich wakacyjnych wyczynów, dokładnych planów na każdy dzień. Dziś mogę i chcę żyć bez planu. Pójść pojechać tam, na co dziś przyjdzie mi ochota. Znaleźć coś, o czym jeszcze wczoraj nie wiedziałam, spotkać kogoś, kto stanie na mojej drodze i porozmawia ze mną przez chwilę. Kupić jakiś drobiazg, który sprawi mi przyjemność, bez logicznego uzasadnienia, że jest mi potrzebny. Ale z uzasadnieniem, że cieszy moje oko i moją duszę. Moje wakacje mogą być we dwoje. Ale także jestem otwarta na przyjaciół, którzy potrzebują tego samego co my. Którzy poszukują podobnych warunków i oczekują podobnego wakacyjnego odpoczynku. Wspólne rozmowy przy winku, wycieczki po okolicy, spacerki nad morzem czy po lesie – wszystko to nie zakłóca mojej wizji wakacji. Czy ja już kiedyś o tym nie mówiłam? Jeśli tak, to znaczy że chyba naprawdę starzeję się..
Z drugiej strony – lubię wciąż wyzwania i od czasu do czasu pojawia się we mnie tęsknota dalekich podróży. Marzy mi się wciąż afrykańskie Safari, Bora-Bora, wyspy Galapagos, Chorwacja (choć tam już byłam to myślę, że dziś jest tam już inny świat). Indonezja może Wietnam, Maroko… Ach, lista nieskończona! Nie ma szans, by zdążyć za jednego życia. Ale zawsze można coś jeszcze uszczypnąć. Pożyjemy – zobaczymy!
Moja dotychczasowa lista wakacyjna jest tak bogato wypełniona, że nie mogę narzekać. Zobaczyłam wiele piękna na Świecie, tak wiele sprzeczności, cudów, bogactwa i biedy, zwyczajów zadziwiających i wprawiających w zachwyt, zarówno w naturze jak i nad ludzką wiedzą, pomysłowością i mądrością, że mam o czym rozmyślać, pisać i cieszyć się, że życie dało mi szansę i wyposażyło mnie w ogromną niepowtarzalność doświadczeń i wrażeń.
Podróżowanie w młodości czy nawet jeszcze kilka lat temu było synonimem wakacji. Dziś postrzegam to nieco inaczej. Zwiedzanie, bieganie z grupą, dostosowanie się do rozkładu zajęć i planu wycieczki ułatwia zwiedzanie i daje szansę zobaczenia tego, czego samodzielnie często nie da się oglądnąć. Zwłaszcza teraz, gdy już jesteśmy starsi i stanie w kolejkach w tłumie turystów, których coraz więcej wszędzie, nie należy do przyjemności. Ale, z drugiej strony – ciężko jest dostosować się do tempa zorganizowanych wycieczek, wstawania “na godzinę” dopasowania się do wszelkich zbiórek, utrzymywania tempa za przewodnikiem..
Powoli zaczyna mnie to męczyć. Cóż – coś za coś! Dziś gdy mówię sobie: chcę pojechać na zwiedzanie, chcę pojechać zobaczyć coś nowego – świetnie, ale to nie będą wakacje odpoczynkowe. To nie będą WAKACJE. To będzie wycieczka krajoznawcza.
Moje wakacje dziś zmieniły swoje priorytety. Moje wakacje mają być ciszą dla duszy, myśli. Odpoczynkiem od codziennej bieganiny, przyjemnością dla samej MNIE.
To ja muszę wiedzieć, że mam wakacje. To moja głowa, moja dusza musi odpoczywać i uspokajać się. Spa, masaż, mała galeria w miasteczku i nowy obrazek dziś kupiony albo drobna biżuteria, która cieszy oko. Dobra fascynująca książka, nowy pomysł na pisanie bloga, kieliszek wina albo metaxy z mężem i przyjaciółmi. Wieczór z rodziną. Rozmowa z wnukami. Gra w karty. Spacer i obserwacja dziko rosnących kwiatków. Nigdy na to nie zwracałam uwagi, a teraz tak lubię je fotografować z bliska. Bywają takie piękne i zadziwiające…
Tak, sama jestem zdziwiona sobą, że o tym piszę. Odkrywam w sobie zmiany i odkrywam potrzebę mówienia o nich.
To naprawdę wciąż ja? Zmieniamy się. A raczej nasze potrzeby, preferencje. Mam wrażenie, że w ludzkiej naturze potrzeby tasują się jak karty do brydża. Szybko, sprawnie. Wybieramy te, które w danym etapie życia są nam najbardziej przydatne. Zmienia się czas, zmieniają się potrzeby, zmieniają się nasze “karty”. I nie ma co się martwić ani wstydzić.
Bo “wszystko ma swój właściwy czas” !
Czy ja już nie mówiłam tego kilka razy?! 🙂
BACK



