O kolorach, gustach i smakach się nie dyskutuje

06/22/2022

Taki banalny temat! 

Ale przydatny na każdą okazję i w każdym momencie.  Tematy “służbowe” – jak np. pogoda, gdy już nie wiemy jak zagadnąć, jak nawiązać rozmowę z kimś obcym, nowo-poznanym, jak zachować się w niezręcznej sytuacji. Byle tylko nie zabrnąć w temacie zbyt głęboko, bo może stać się niebezpieczny. Zwłaszcza ten dotyczący gustów osobistych w przeróżnych dziedzinach może zaprowadzić nas w ślepą uliczkę albo “na manowce” i na zawsze przekreślić dobre relacje z drugą osobą. 🙂 

Z drugiej strony, gdybyśmy pogrzebali w literaturze, artykułach, licznych dyskusjach fachowych zdziwilibyśmy się jak wiele już powiedziano mądrych słów na temat ludzkich gustów, znaczenia kolorów czy smaków. Te, wydaje się proste i zwyczajne elementy naszego codziennego życia mają wielki wpływ na naszą psychikę, osobowość. Potrafią wiele opowiedzieć o człowieku.  Trzeba tylko umieć i chcieć to odczytać. Na poważnie ale i na wesoło.

Claude Monet, Red Poppy

Powszechnie wiadomo, że kolory wþływają na emocje człowieka, potrafią wywoływać energię, szczęście albo odwrotnie – niepokój i smutek. To dlatego potrafimy odczytywać nastrój z obrazów malarzy.  Claude Monet podobno mówił, że “świat kolorów jest jego codzienną obsesją, a także jego męką” .

Czerwona ja!

Należę do tych osób, które uwielbiają ostre wyraziste kolory i nigdy nie stronię od ich mocy. Czerwony kolor pobudza mnie do działania, jest moją siłą codzienną, wydaje mi się, że jest kolorem najbardziej mnie reprezentującym. Żółty wyzwala we mnie radość życia, podobnie jak piękna soczysta zieleń. Zieleń może być w każdym możliwym odcieniu. Od piszczącej “kanarkowej”, poprzez delikatną wiosenną do jesiennej ciemnej prawie brązowiejącej.  Błękit jest dla mnie uspokajający, ale nie smutny. Jest ciepły i spokojny. Daje poczucie bezpieczeństwa i otuchy. Taki też jest mi czasem potrzebny.  

Lubię także czerń zwłaszcza w połączeniu z bielą  i czerwienią. Są jak ogień i woda. Są żywiołem i nigdy, mimo czerni nie wywołują we mnie smutku.

Za to wszelkie odcienie beżu i szarości są całkowitym przeciwieństwem mojej duszy, mojej osobowości. Dla mnie to nie są kolory. Mogą istnieć tylko w połączeniu z kolorami intensywnymi, stanowiącymi podkład i kombinację z innym kolorem i niosącymi w sobie przesłanie, siłę i moc.  Szarość powala mnie psychicznie, zasmuca moją głowę, wywołuje depresję, poczucie, że jest mi fizycznie zimno. Czuję się “skurczona” wewnętrznie. 

Beżowy – jeszcze gorzej: unicestwia mnie całkowicie. Jakby mnie nie było!  W beżowym pokoju czuję się jak na pustyni bez końca, bez szans na dojście do końca, do punktu wyjścia. W ubraniach beżowych, czuje się nago, mam wrażenie, że moja skóra jest ziemista, bez wyrazu, a ja cała przeźroczysta i nieistniejąca.  Zdecydowanie te dwa kolory nie kooperują z moja psychiką i moim samopoczuciem.  

Lubię też kolory mniej popularne jak fioletowy, różowy zwłaszcza ten mocno-różowy prawie amarantowy, lubię turkusowy czy pomarańczowy. Każdy z tych kolorów przynosi pozytywne odczucia. Kto nie lubi porannego widoku szklanki soku pomarańczowego na stole? Nawet jeśli go nie piję, to sam widok jego koloru napawa mnie optymizmem i wywołuje  uśmiech na twarzy. Moje ulubione fiołki i ich piękny kolor, to jedno z najpiękniejszych wspomnień młodości, nie tylko ze względu na pierwsze wzruszenia i uniesienia uczuciowe ale także na zapach i kolor tych kwiatków.

Obraz stosu pomarańczy leżących na stoisku przed sklepem w grudniowy mroźny i ciemny wieczór,  które właśnie “rzucili” tuż przed świętami Bożego Narodzenia, a po które stała długa kolejka ludzi, by przynieść ten rarytas do domu chociaż raz w roku… Pomarańczy najbardziej pomarańczowych na świecie! Tak bardzo nie pasujących do szarzyzny tamtego świata i tamtych czasów. Koloru, który wbił mi się w pamięć po dziś dzień, choć przecież od lat widzę pomarańcze niemal codziennie.  

Z dzieciństwa pamiętam tęsknotę za ładnymi mocnymi kolorami. Musiałam mieć dużą wrażliwość na kolory, bo do dziś pamiętam szarość otaczającego nas świata. Brzydkie kolory ubrań, zwłaszcza zimowych kurtek , butów i grubych spodni . Wszystko to było bure, nawet jeśli mógłby to być ładny np. granatowy kolor, to zabarwiony był taką powłoką szarości, “nieczystości” tego koloru. Trochę lepiej było z letnimi ubraniami, czasem udawało się Mamie kupić bardziej kolorowy materiał i uszyć letnią sukienkę, która nie była smutna i szara. Czasami Mama dorwała coś na placu z ciuchów przywożonych pokątnie z zagranicy. Miałam też kuzynkę, która dostawała paczki z Ameryki .

Jedna z niewielu sukienek amerykańskich, którą dostałam od swojej kuzynki. Uwierzcie mi, miała piękny żółty kolor i była uszyta z cieniutkiego delikatnego materiału. Na ówczesne czasy – CUDO!

Bywało, że dostawałam od niej albo po niej bardziej kolorowe ubrania. Choć byłam małą dziewczynką pamiętam, jakie poczucie estetyki budziło się już wtedy we mnie. Wyraźnie czułam, że świat kolorów jest bogaty, że wzbudza różny nastrój, że roztacza aurę radości i chęci do życia.  Potem wpadł mi w ręce jakiś zachodni magazyn, a w nim piękne kolorowe zdjęcia i już wiedziałam, że kolor to fascynujący element oddziaływający na nasze zmysły w wielu aspektach. 

Już na początku szkoły podstawowej zaczęłam malować kredkami, farbkami. Może żadna ze mnie artystka, ale każdy kolor działał na moja wyobraźnię i gdy rodzice zaczęli podróżować do Czechosłowacji czy do NRD takie prezenty jak kolorowe kredki czy farbki należały do wymarzonych.

Długie lata minęły zanim w swoim życiu mogłam decydować samodzielnie w sprawie kolorów w różnych sferach swoich poczynań. Niełatwo było w Polsce dojść do decyzji pomalowania ścian własnego mieszkania na mocne ostre kolory. Zawsze spotykało się to z krytyką. Od najbliższych poczynając.. Pamiętam, gdy już wreszcie wprowadziliśmy się do własnego pierwszego mieszkania (w roku 1977) a był to czas, gdy ściany pokrywało się tapetą a nie malowało się, po długim szukaniu kupiliśmy do największego pokoju (to nawet nie nazywało się wtedy salonem..) tapetę w kolorze ciemno – bordowym ze złotym wzorem, nie za ostrym, raczej w odcieniu starego złota. Bardzo nam się podobała. Zakładaliśmy ją sami, a raczej mój mąż z przyjacielem, a nie było to łatwe, bo wzór był trudny do uchwycenia, by zgadzał się i układał się w równy deseń. Namęczyli się chłopaki ogromnie, ale wyszło świetnie!  Komentarzy było od groma!  Dla wielu osób był to szok, ale z czasem ci którzy u nas bywali, a bywało wielu i często, przyzwyczaili się  do naszych kolorystycznych ekstrawagancji. Podobnie – w łazience, mieliśmy tapetę (tak, też tapetę!) ciemno-zieloną z elementami żółci i czerni. Wyobrażacie sobie jakie to w tamtych czasach w ponurej polskiej rzeczywistości robiło wrażenie?! 

W kolejnym mieszkaniu, już po  przeprowadzce do większego, zrobiłam projekt łazienki czarno – biało – popielatej i też wyszła fantastycznie!  Wtedy już było nieco lepiej i można było przy dobrych znajomościach i sposobach na “poszukiwanie” kupić coraz fajniejsze rzeczy do domu i zaczynało być coraz bardziej kolorowo. 

No a potem wyjechaliśmy do Ameryki… Początkowo mieszkaliśmy w wynajętych  mieszkaniach, więc nie mogłam rozszaleć się za bardzo, ale jak już w 1996 zamieszkaliśmy w pierwszym swoim domu moja wyobraźnia kolorystyczna rozbuchała się na dobre. I do dziś już tak mam. Lubię kolor w domu, lubię kolor w ubraniach, lubię kolor w kwiatach, w drobiazgach i w dużych elementach.  To my nadajemy rzeczywistości kolory. Im więcej w nich odcieni, im więcej ciepłych pozytywnych energetycznych kolorów, tym ładniejsze jest  życie.  

Dodam jeszcze mój najnowszy projekt (pandemia była twórczym czasie u nas w domu 🙂 – łazienka szaro-czarno- biało-pomarańczowa! Bardzo ją lubię

Wiem, bywa czasem, że wpadam w “otchłań szarości” choć jej nie lubię. Bronię się przed szarością, ta kolorystyczną i tą egzystencjalną. I jak każdemu człowiekowi, nie zawsze udaje mi się tego uniknąć.  Ale mam taki swój sposób na malowanie każdego dnia. Kolorami, które są mi w danym dniu, w tej godzinie potrzebne. 

Jak w piosence:  Więc chodź, pomaluj mój świat..

Kolor to nierozerwalna część naszego gustu, a na tym polu to już nie ma żadnych dyskusji. No, można sobie pogadać, tak dla wymiany poglądów, ale pamiętajmy – to może być “bomba zegarowa”! Ilu ludzi na świecie – tyle gustów, tyle odczuć wrażeń i wariantów opinii. I tyleż racji!  I prosta prawda – to właśnie dlatego świat jest taki piękny i wspaniały, bo każdy z nas widzi go inaczej. Nasze gusta niemal w każdej dziedzinie są inne. Wrażliwość na na muzykę, sztukę malarską, naturę, najbliższe otoczenie, w którym przebywamy na co dzień – wszystko to każdy człowiek postrzega trochę inaczej. Dlatego mamy o czym ze sobą rozmawiać, spierać się, dyskutować, wymyślać wspólnie nowe wizje, nie zgadzać się.. Tak powstają jeszcze wczoraj nie istniejące projekty, pomysły. Tak właśnie działa “duch- wieczny rewolucjonista”. W taki sposób tworzy się postęp, od najmniejszych wizji do wielkich ogromnych projektów. Tworzymy coś zgodnie ze swoim gustem, coś co będziemy robić, co nam będzie się podobać. Tylko wtedy jesteśmy zadowoleni ze swojej pracy. Tylko wtedy osiągamy ostateczny kształt naszego projektu, który będzie nas cieszyć. Musi być zgodny z naszym gustem. Wprawdzie gusty człowieka na przestrzeni lat często się zmieniają, ale to dzięki temu mamy też znów nowe pomysły, nowe inicjatywy do działania. 

Przecież nic nie jest “na zawsze”, no i bardzo dobrze! Odkrywamy w sobie pasje, o które nie podejrzewaliśmy siebie przez całe długie lata i nagle gustujemy w zupełnie innym sposobie na życie, niż przez np. ostatnie 30 czy 50 lat. I to jest piękne! 

Często słyszę: ja bym tak nigdy nie zrobiła! ja bym tak nie potrafiła..  Ba, sama tak mówię o innych ludzkich wyborach. Bo żyjemy bardzo indywidualnie, lubimy podróżować albo spędzać czas w swoim własnym ogródku, lubimy towarzystwo wokół siebie albo samotność i spokój. Uwielbiamy ciszę wsi i samotny domek na skraju lasu albo 24-godzinny gwar i pokrzykiwanie klaksonów samochodowych w wielkim mieście.  Gusta, guściki.  Tyle ich jest ilu nas. 

Szukamy drugiej osoby o podobnych upodobaniach, o podobnych gustach, spędzamy razem czas, bywa, że i życie.  Ale i tak w szczegółach nasze gusta się różnią. Poczucie elegancji, piękna, zamiłowanie do sztuki, ochota na coś dobrego, przyjemnego, styl ubierania się.. – zawsze jest coś, co nas będzie różnić. I lepiej to zaakceptujmy… bo o gustach się nie dyskutuje (!) choć pogadać można. 🙂 

A jak już o gustach, to aż się prosi dodać trzy grosze o smakach.

O jedzeniu można mówić w nieskończoność. Zwłaszcza teraz stało się to modne i temat jest nieograniczony. Kiedyś, za czasów mojego dzieciństwa temat jedzenia podejmowało się co najwyżej w okolicach Wielkanocy czy Bożego Narodzenia, kiedy Mama  zaczynała planować skąd i jak zdobyć kawałek szynki, trochę dobrej prawdziwej kiełbasy czy mnóstwa innych koniecznych produktów do świątecznego menu. Co zresztą jakimś sposobem w każdym polskim domu udawało się zdobyć mimo, że półki w sklepach były puste i za każdym razem mieliśmy przeczucie, że tym razem to już nie będzie “normalnych” świąt.

Z tamtych polskich czasów w pamięci pozostały mi domowe smaki, pewnie niektóre nawet potrafię zrobić – ale nigdy nie smakują identycznie jak u Mamy. Zwijane makowce, piernik, chrusty, pączki, rogaliki z różą, pyzy z mięsem i całe mnóstwo niepowtarzalnych jedynych domowych… 

I chociaż wachlarz polskiego menu był bardzo skromny w stosunku do tego co znamy dziś, co zdążyłam już w swym życiu, w podróżach po wielu krajach Świata spróbować, to jednak niektórych smaków dzieciństwa nie zapomina się nigdy.  W letnie wakacyjne późne popołudnie wpadaliśmy na podwieczorek i dostawaliśmy pajdę świeżego wiejskiego chleba z właśnie niedawno ubitym przez naszą  gospodynię wiejskim masłem i posypaną grubo cukrem. To była pychota!  

Albo świeże jajko, do tego kilka łyżeczek (niezdrowego) cukru i ucieraliśmy sobie kogel-mogel. Kto miał więcej siły i zaparcia kręcił łyżką dłużej i rozcierał cukier, a kto był bardzo niecierpliwy, zjadał jajko jeszcze bardzo żółte z gruboziarnistym cukrem. Byle było słodkie. 🙂  

Za to nie znosiłam mleka “prosto od krowy”, które było przysmakiem wakacyjnym wielu dzieci.  I tak mi zostało do dziś. Mleka nie lubię, mimo że mleko dziś ma zupełnie inny smak i nie ma nic wspólnego z zapachem mleka wiejskiego i nie robi się na nim słynny z czasów dzieciństwa “kożuch” (dlaczego właściwie to nazywało się kożuchem??)  Owszem, mleko używam do kawy, ale to już zupełnie inna bajka. 

Galaretka z kurczaka – dzieło Ani W. Uwielbiam!

Niektóre potrawy, ich smak, zapach wbiły się w pamięć i zawsze z przyjemnością do nich wracamy. Nie robię tego zbyt często, ale każdy lubi zjeść czasem to, co pamięta z domu dzieciństwa. Wprawdzie chleba z masłem i cukrem już nie jadam, ale galaretkę z kurczakiem, gdy zrobi ją moja przyjaciółka jem z największą rozkoszą.

Podobnie jak pączki  (szczególnie te od G!) albo mój mazurek pomarańczowy czy śledzie w oleju lub śmietanie.  A jeszcze niedawno na przystawkę można było dostać  w polskiej restauracji świeży chlebek ze smalcem i skwarkami.. I kto z Amerykanów zjadłby coś takiego??? Nikt inny oprócz nas Polaków naszego pokolenia już takich smaków nie rozumie..

Właściwie mogłabym powiedzieć, że lubię wszystko – mniej lub bardziej, ale nie byłaby to uczciwa wypowiedź. Chyba nie ma takich ludzi co lubią wszystko. Tak jak nie ma (i nie powinno być) 🙂 ludzi, którzy lubią wszystkich. Smaki, podobnie jak uczucia, gusta muszą podlegać wyborom. Jeśli spojrzymy logicznie na temat smaków, to oczywistym jest, że nie  ma takiej opcji, by poznać wszystkie smaki świata. Gdziekolwiek się pojawimy, zawsze odkryjemy coś zupełnie nieznanego co nas zaskoczy, zadziwi, co wyda nam się bardzo smaczne albo odwrotnie – nasze kubki smakowe natychmiast odrzucą ten smak jako obrzydliwy. Głównie dlatego, że w pierwszej chwili jest nam całkowicie nieznany. Czasem musimy przygotować się na to, co będziemy próbować, dlatego zazwyczaj w restauracjach dania są opisane w menu albo kelner stara się klientom opowiedzieć o składnikach, sposobie przyrządzania i końcowym smaku. Wbrew pozorom, w kwestii smaku też mocno działa nasza wyobraźnia. Jeśli dowiadujemy się, że coś zawiera składnik, którego nie lubimy, właściwie z góry odrzucamy to danie. Sama wiem jak to działa. W dzieciństwie i młodości nie znosiłam szpinaku.  W Polsce szpinak zawsze był przyrządzany w jedyny znany wówczas sposób – ugotowany na papkę, z dodatkiem rozmąconego jajka i czosnku, miał konsystencję.. Nie będę nazywała tego, bo musiałabym użyć brzydkiego słowa. Tyle, że miał ładny zielony kolor. W naszym domu nie gotowało się szpinaku, choć wiadomo było, że jest “zdrowy dla dzieci” zawiera dużo żelaza i powinniśmy go jeść. Był w końcu łatwo dostępny, tani a to się wtedy liczyło. Na szczęście nikt u nas tego nie lubił, więc i nas dzieci nie zmuszano nas do tej potrawy. Gdy poznałam mojego przyszłego męża okazało się, że taki właśnie szpinak był jednym z jego wielkich przysmaków. Po ślubie od razu zapowiedziałam mu, że tego świństwa u nas w domu nie będzie i nie ma szans mnie do tego przekonać, ani do gotowania, ani do jedzenia. Nie rozwiódł się ze mną z tego powodu, ale szczęśliwy nie był z takiej odmowy. Po wielu latach, gdy zamieszkaliśmy w Stanach okazało się, że  szpinak pojawia się tutaj w przeróżnych postaciach: w surowej sałatce, na gorąco lekko sparzony, z orzeszkami, z innymi jarzynkami, samodzielnie i jako dodatek. Słowem – zanim zorientowałam się, że to ten sam znienawidzony przeze mnie szpinak, polubiłam go w przeróżnych innych postaciach. Dziś sama przyrządzam go z powodzeniem, ale i tak mój mąż najchętniej i wciąż marzy o papce szpinakowej. 🙂 

Nasze ulubione – rodzinne jedzenie. Ja (niestety!) tylko prezentuję te pyszności, za to ten FACET przyrządza najlepsze sushi i nie tylko! Polecam!!

W życiu zdążyłam spróbować przeróżnych dziwnych owoców, jarzyn których nazw nawet nie zdążyłam się nauczyć czy  zapamiętać. Jadłam pizzę z mięsem krokodyla, i steki z kangura, i żabie udka, i pyszne ślimaki. Można wykrzywiać się na te nazwy, ale to naprawdę pyszne potrawy. Nie wiem co próbowałam w Chinach, bo nikt nam tego nie tłumaczył a dania były co najmniej.. dziwne, ale niezłe. Uwielbiam japońskie sushi i sashimi w każdej postaci. Wszelkie glony i inne zielska i sałatki z nich zawsze są naprawdę dobre i zdrowe. 

Lubię jedzenie meksykańskie, i uwielbiam steki argentyńskie i brazylijskie i choć ludziom wydaje się, że są takie same albo bardzo podobne, to nie są!!

Świat jest zadziwiający także pod względem oferty jedzenia i przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy ile smaków istnieje i ile można by w życiu cudów dla jednego podniebienia dostarczyć. Ale znam też takich ludzi, którzy boją się nieznanych im potraw, nowych wyzwań smakowych i są  szczęśliwi, gdy pachną im młode ziemniaczki z koperkiem i poczciwy polski kotlet schabowy. No i też dobrze!

Zapewne otwarcie na próbowanie nowych smaków związane jest z osobowością każdego z nas. Ludzie ciekawi świata, zawsze będą zaciekawieni tym co nowe, niezależnie czy będzie to jedzenie, czy moda, czy muzyka czy podróże. Ale zawsze też będziemy dokonywać wyborów, bo gust to jedna z najbardziej indywidualnych cech człowieka. Im bardziej niekonwencjonalny, dogłębny charakter tym większa indywidualność w percepcji każdej sfery życia. 

Dlatego nasze życie jest takie ciekawe, piękne i bogate. Każdego, dnia w każdym miejscu mamy miliony wyborów. Dodatkowo zmieniają się w nas z wiekiem, okolicznościami, doświadczeniem – bogactwo wrażeń na kolory, smaki i wszelkie inne odczucia są jak ogromne nieograniczony kalejdoskop. 

A nasz gust reguluje to w zależności od nastroju, wrażliwości i miejsca, w jakim właśnie w życiu się znajdujemy. Cieszmy się więc każdą chwilą i nie ograniczajmy sobie tego, czego właśnie pragniemy!  Pewne elementy życia nie podlegają dyskusji!! 🙂

..jak moja ulubiona Metaxa 🙂


BACK

Dodaj komentarz