Majowe echo mojej młodości.

05/22/2022

W pamięci, w zakamarkach głowy.

W rozmyślaniach i w odbiciu w lustrze.

Jakiś refleks, skojarzenie drobnego wydarzenia, smaku, dawno zapomnianej melodii… Wszystko to od kilku tygodni krąży wokół mnie jak uparte satelity, które mnie nie opuszczają.

Zacznę od dzisiejszego dnia, gdy zaczynam pisać ten wpis – 17 maja. Czterdzieści osiem lat temu był pochmurny piątek, zamiast iść  na zajęcia z gramatyki historycznej, szykowałam się do wyjścia do krakowskiego Urzędu Stanu Cywilnego. O godzinie 11.15 rano odbył się nasz  “nielegalny ślub” jak do dziś mój mąż nazywa to wydarzenie. Nie da się jednak ukryć, że wobec prawa był najlegalniejszy i papier połączył nas w zalążek rodzinny.

My – w dniu ślubu cywilnego – z najbliższą rodziną i moją grupą z pierwszego roku studiów polonistycznych

Emocjonalnie ważny i bardzo uroczysty ślub odbył się dopiero we wrześniu, ale ten majowy poranek, w obecności rodziców, małej grupy rodziny, kilku przyjaciół harcerskich i.. zupełnie przypadkowo – mojej grupy ze studiów, którzy załatwili tego dnia odwołanie zajęć – staliśmy się mężem i żoną. Byliśmy młodzi, piękni, szczęśliwi i nie zastanawialiśmy się nad żadnymi trudnościami życiowymi. Był maj, wszystko odbywało się trochę na “wariackich papierach” i dla owego “papierka”, byśmy mogli zgodnie z naszymi planami, od nowego roku akademickiego czyli od października, legalnie przeprowadzić się do Katowic, na Uniwersytet Śląski. Wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, że ten plan życiowy oznacza dla nas początek drabiny, po której będziemy piąć się do góry w niekonwencjonalny sposób i w bardzo nieoczekiwane i nieprzewidziane miejsca.. 

 Smutno, bo czas leci a my coraz wolniej dreptamy, coraz więcej prostych faktów zapominamy, coraz bardziej pochylamy swoje sylwetki. Nie, nie wpadam w depresję starości, ale wiem, że czas dla ludzi starzejących się biegnie inaczej niż dla młodych. Wiem też, że czas jest sprawiedliwy i nie oszczędza nikogo. Każdy kto myśli, że oszuka choćby jeden dzień, jedną krótką godzinę, myli się okrutnie. 

Ta wspomnieniowa “satelita” krążyła dziś od rana sentymentalnie i trochę smutno. Kolorowa kwiaty stoją w wazonie, jak zawsze od 48 lat, bo o tym mój mąż nigdy nie zapomina i to trzeba mu oddać, nawet PODWÓJNIE, bo przecież rocznice ślubu, jak i wiele innych mamy dwa razy w roku. 🙂

Jak w wierszu Wisławy Szymborskiej:

“ ..Żaden dzień się nie powtórzy
Nie ma dwóch podobnych nocy..”
“Nie będziemy repetować
Żadnej zimy ani lata..”

11 maja minęło 50 lat od dnia, kiedy wraz z gronem moich koleżanek i kolegów z którymi przez cztery lata spędzałam dni szkolne, lepsze i gorsze, szare i kolorowe, zwyczajne i wariackie – zasiadłam przy stoliku do pierwszego egzaminu maturalnego z języka polskiego.  Kolejny satelita pamięci krążył od rana wokół mnie.  Mała restauracyjka na Brackiej. Śniadanie. Z przyjaciółką ze szkolnych lat. Pijemy kawę, winko (a że tak wcześnie? Nie szkodzi! Przecież to dzień wyjątkowy!) 

A w Krakowie cudna wiosna!

Idziemy wolnym krokiem przez Rynek krakowski. Jest piękna słoneczna pogoda. Ktoś powiedział, że przywiozłam tę pogodę z Houston. Mój prezent dla pięknego Krakowa, żaden deszcz, zimny wiatr czy pochmurne niebo nie zepsuło nam atmosfery dobrych wspomnień i radości, która ogarnia nas już od rana. Przy zbiegu linii AB w Rynku i ulicy Floriańskiej zatrzymujemy się, bo Nina mówi, że trzeba kupić krakowskiego “bajgla” (kiedyś nazywaliśmy je obwarzankami albo preclami 🙂 i najlepszy jest taki ze “wszystkim” – z solą, makiem i sezamem. Mają przypieczoną skórkę i są miękkie w środku. I są dużo większe teraz niż za moich czasów młodości. Jemy jeden z Niną, na pół.  Idziemy moją kochaną ulicą Floriańską, z widokiem wprost na Bramę Floriańską.  Uwielbiam to miejsce! Wstępujemy do księgarni. “Pływamy” po półkach, oglądamy głównie nowości polskie, choć zagranicznych autorów jest też zatrzęsienie.  Z wielką satysfakcją stwierdzam, że ogrom tytułów albo mam w swojej houstońskiej biblioteczce, albo znam z audiobooków, które słucham na Empik.go. Jestem z książkami, które są w kręgu moich zainteresowań całkiem na bieżąco jak na osobę, która mieszka w Ameryce! Nie kupuję dużo, dwa tytuły zwracają moja uwagę. Nina już zdążyła mnie zaopatrzyć w wielka ilość książek, z których pewnie 3-4 wezmę do walizki a resztę mój przyjaciel, jak zawsze będzie dosyłam mi pewnie przez pół roku! Tuż po wyjściu z księgarni dogania nas pani ekspedientka i z miłym uśmiechem pyta pyta: czy to pani zostawiła?  I podaje mi moją saszetkę turystyczną, w której mam WSZYSTKIE najważniejsze rzeczy w tej podróży: dwa paszporty, polski dowód osobisty, wszystkie karty kredytowe jakie miałam ze sobą, pieniądze, polskie legitymacje i amerykańskie prawo jazdy. Na chwilę umieram.. Moje “dziękuję” nie ma granic wdzięczności dla tej miłej pani, dla jej błyskawicznej spostrzegawczości, bo w końcu mogła tego w ogóle NIE zauważyć, dla jej natychmiastowej reakcji i wielkiej uczciwości. To naprawdę było dosłownie minutę od naszego wyjścia z księgarni. Do dziś nie chcę nawet myśleć co by było, gdyby scenariusz potoczył się inaczej.. Nie pamiętam nawet twarzy tej pani, ale mam nadzieję, że ktoś inny w moim imieniu kiedyś wynagrodzi jej podwójnie podobnie trudną sytuację. Karma wraca – zwłaszcza ta dobra. 🙂

Idziemy dalej, już opuszcza mnie napięcie, przecież po prawej stronie już widać Jamę Michalika, po lewej zawsze ten sam Hotel pod Różą. I tłum roześmianych ludzi, Krakowian i turystów, młodzieży szkolnej, dzieci z lodami w ręku. Idziemy na zakupy. Babskie zakupy do jedynego butiku, który odwiedzam zawsze, gdy przyjeżdżam do Krakowa.  Znajduje się naprzeciwko muru po lewej stronie Bramy Floriańskiej wciąż wewnątrz miasta. I od lat, o dziwo, niezmiennie jest. I prowadzi go wciąż ta sama pani, która mimo, że bywam tam rzadko i nieregularnie, rozpoznaje mnie! W zasadzie nie kupuję ciuchów w Polsce, nie bardzo wiem gdzie, nie mam na to nigdy czasu, sklepy w mall-ach są takie same jak u nas a towary w nich znacznie droższe. Ale ten jeden sklep przypadł mi do gustu przed wielu laty i tam wpadam w szał poszukiwań “szmatowych” zwłaszcza, że właścicielka (lub może tylko wierna sprzedawczyni) świetnie i fachowo zachęca do zakupów i doskonale reklamuje cały asortyment sklepu . Komplementuje klientów, w każdej sukience, bluzce czy cokolwiek na siebie wrzucimy, by przymierzyć! A do tego natychmiast podaje dziesiątki dodatków biżuteryjnych, szali, torebek. Nie można się temu oprzeć – zwłaszcza jeśli się wcale takiego zamiaru nie ma!  Tym razem nawet Nina, która zamierzała mi tylko towarzyszyć i doradzać uległa atmosferze najpierw przymierzania, a potem kupienia i cieszenia się z opanowania całego sklepu przez godzinę tylko dla nas i przez nas. Wyszłam ze znacznie lżejszą  saszetką, ale za to nadal miałam ją ze sobą i w iście szampańskich humorach i z dużymi torbami  papierowymi pomaszerowałyśmy Plantami kierując się w stronę mojego tymczasowego apartamentu.

Konwalie, bzy fioletowe i białe, tulipany o bardzo dziwnych różnych kształtach i krakowskie bajgle czyli obwarzanki albo precle.

Planty to tej porze roku toną w świeżej cudownej zieleni, kwitną cudne klomby różnokolorowych tulipanów. Niektóre tak dziwne, że gdy po powrocie pokazywałam zdjęcia mojemu mężowi, uparcie zaprzeczał, że to są tulipany. 🙂  No i bzy! Najpiękniej rozkwitłe chyba właśnie na mój “maturalny” przyjazd i zniewalająco pachnące. O najcudowniejszym leciutko fioletowym kolorze wśród bujnych mocno zielonych liści. Kwitną dokładnie tak samo jak kiedyś… Ale nie pamiętam, żeby aż tyle bzu było na Plantach 50 lat temu… A może po prostu, wtedy co innego zauważałam w moim życiu? 

Kwitły także ogromne drzewa kasztanowe, obsypane białymi kwiatami. Sypały się z drzewa jak delikatny majowy śnieg. Najpiękniejszy symbol  dojrzałej wiosny i szkolnych matur. 🙂  Zawsze wszyscy licealiści z ostatniej, czwartej klasy wiedzieli – kasztany zakwitają, nic nas już przed egzaminem dojrzałości nie uratuje. Dzień “prawdy” nadchodzi. 🙂

Na rogu Plant i Szewskiej jest restauracja “Zalipianki”. Szefową tej restauracji jest Ewa Wachowicz, dziennikarka i prezenterka telewizyjna, dawna Miss Polonia z 1992 i sekretarz prasowy premiera W. Pawlaka w latach 1993-95. Na gotowaniu też się zna, bo restauracja jest znana i lubiana, bazuje na naturalnych produktach, sprawdzonych recepturach, w atmosferze małopolskiego Zalipia (jak sama napisała we wstępie do swego menu).

Tam właśnie zjadłyśmy z Niną lunch z winkiem, bo podkład trzeba było mieć solidny przed imprezą, zarówno konsumpcyjny jak i lekko – alkoholowy, bo do takiego spotkania trzeba być w najwyższym stopniu przygotowanym!  Czekał nas jeszcze przyjemny spacerek Szewską do Rynku i potem na Gołębią, gdzie po dotarciu do mojego tymczasowego mieszkanka potrzebowałyśmy nieco czasu na kolejną porcję wesołych plotek, wspominek, żartów “uczniowskich”, zakrapianych kolejnym kieliszkiem dobrego czerwonego wina (Pan Kolega spisał się znakomicie i wszystko przygotował  na medal!).

Nasza klasa na spotkaniu z okazji 30-lecia matury, Maj 2002

A potem to już, jak na babcie pięciorga wnuczątek, dość zresztą wyrośniętych, to z wielkim rozpędem i ogromnym przyspieszeniem wpadałyśmy pod prysznic, do szafy po “kreacje”, wytrzepywałyśmy z kosmetyczek wszystko, co nadawało się do makijażu, zatuszowania zmarszczek, podkreślenia tego, co lepsze i ukrycia tego, co dla świata już za bardzo się nie nadaje. Ale że impreza zaplanowana była w podziemiach klubu dla “Singli” na ulicy Św. Marka, o czym wiedziałam od Niny i byłam poinformowana, że światła tam skąpią (oczywiście dla podtrzymania atmosfery 🙂 ). A poza tym, to wszyscy jedziemy na tym samym… ”wieloletnim” wózku, więc nie należy przejmować się. Grunt to humor, radocha i przeżycie kolejnej wspólnej matury. 

To nie żart, to już naprawdę minęło 50 lat!!

Tuż przed wejściem do klubu chwilę czekałyśmy małą “ babską grupą”, ale już od pierwszego słowa nie mogłyśmy się nacieszyć przywitaniami i rozpoznawaniem się, choć to nam poszło właściwie bez specjalnych trudności. A środku czekali na nas nasi organizatorzy, za chwilę doszli następni. Nie było nas wielu, kilka osób nie dojechało zza granicy (4), ktoś tam odmówił, ktoś źle się czuł, ktoś inny mimo wysiłków nie został “namierzony” i zaginął na przestrzeni – co tu dużo mówić.. pół wieku.  Ci co się stawili, tryskali radością spotkania. Tego wieczoru nikt z nas nie czuł upływu czasu. Zwłaszcza, gdy na wszystkich wielkich monitorach zawieszonych  na kamiennych ceglanych stylowych ścianach w kilku salach równocześnie, spoglądaliśmy na nasze roześmiane facjaty z różnych minionych lat i wydarzeń. Nie wszystkie rozpoznaliśmy jednako, każdy dopowiadał, co podsunęła mu pamięć i tak powstawały całe obrazy szkolnych dni, pozaszkolnych wydarzeń, wycieczek, psikusów, powiedzonek odtwarzanych w naszej trochę już podstarzałej pamięci. Ale co kilkanaście głów to nie jedna, więc po kilku godzinach, wielu kieliszkach szampana, wina, piwa i wszelkich innych mieszanych drinków obraz życia maturzystów sprzed 50 laty wykluwał się całkiem wesoły i interesujący.

Moje najlepsze szkolne przyjaciółki. Ela i Basia – razem chodziłyśmy jeszcze do podstawówki. Z Niną wciąż utrzymujemy świetny kontakt

Ja na przykład dowiedziałam się,  że nauczyłam moje najbliższe koleżanki palić papierosy już w pierwszej klasie liceum i może bym im w to uwierzyła, gdyby nie to, że usilnie upierały się, iż było to pod jakimś mostem w Krakowie. Ale – pod jakim – żadna z nich nie pamiętała…  Myślę więc, że pamięć nie tylko mnie zawodzi, za to historyjka nabrała kolorów a opowiastka rozbrzmiewała śmiechem i dodatkowymi interpretacjami dość długo, dopóki nie przeszliśmy na inne temu podobne “sensacje” sprzed lat. 🙂 

Wiesiu zrobił nam wielką przyjemność prezentacją – wspomnieniem poczynając od zdjęcia naszego poczciwego “Sobka” i  przypomnieniem opublikowanych w popołudniówce krakowskiej “Echo Krakowa” z dnia 11 maja 1972 tematów z języka polskiego.  Każdy usiłował sobie przypomnieć, który temat  wtedy wybrał. Ja jestem pewna, że musiałam pisać ostatni temat, współczesną literaturę. Zawsze lubiłam tzn. “tematy wolne” a ten taki właśnie był, o ile w tamtych czasach o wolnych tematach możemy mówić.  Prezentacja przypomniała nam wiele fajnych faktów, które wydarzyły się nie tylko w maju 1972 ale w całym tym roku. Niektóre z nich były naprawdę zaskakujące…  Np. właśnie w tym roku Polska zakupiła licencję na produkcję coca-coli..  Albo, że od stycznia 1972 otworzono granicę pomiędzy Polska a NRD i można ją było przekraczać tylko z dowodem osobistym. Te fajne ciekawostki i wiele innych opowiedziałam po powrocie moim dzieciom i wnukom. Dla nich to zupełna “bajka”. Bajka o dziwnym starym życiu babci. A jednak. 🙂 

Jedna z naszych koleżanek jest zakonnicą. Już 20 lat temu, na nasze spotkanie z okazji 30-lecia matury także się pojawiła. Roześmiana, wesoła chętnie opowiadała nam o swoim jakże innym życiu w zakonie Albertynek. A my oczywiście pytaliśmy, czasem może “zbyt odważnie” bo przecież nieczęsto ma się okazję do spotkań takich ludzi, zwłaszcza jeśli kiedyś siedziało się razem niemal w jednej ławce. Dostaliśmy od Władzi (tzn. od Siostry Renaty) na pamiątkę różańce i długopisy z napisem/przesłaniem jej zakonu “ Powinno się być dobrym jak Chleb”. Ładne przesłanie..

Czas mijał, było gwarno, wesoło, rozmawialiśmy w małych podgrupach i w większych kręgach. O tym jak minęło nam te 50 lat, o tych, co odeszli już na zawsze i o dawnych nauczycielach. I o tym, że jest w tym wszystkim jakiś magnes, jakiś  niewidzialny, ale mocno wyczuwalny ciepły bakcyl, że po tylu latach, po dwudziestu kilku historiach różnych indywidualnych długich życiowych dróg, chcemy i potrafimy się zmobilizować i spotkać się na jeden taki specjalny wieczór. 

Rozmowy, opowieści, wspomnienia żarty…

Przyznam, że tym razem, z wielu nietypowych i nieprzewidzianych wcześniej powodów i wątpliwości, dużo mnie kosztowała ta wyprawa do ukochanego Krakowa na pięć i pół dnia . Ale równocześnie od pierwszego zwiastuna wieści, że takie spotkanie jest planowane, ciągnęło mnie, by takiej okazji bycia znów z klasą “IV c” nie opuścić. To są chwile, których nikt nam nie odbierze i których nikt nie może zrozumieć, jeśli sam nie doznał takich przyjaźni, takich wspomnień i takich wieczorów.  To trzeba przeżyć, choć jak widać ja próbuję to także opowiedzieć. 

Było już  grubo po 1-szej w nocy, gdy wyszłam z podziemnego klimatycznego miejsca, wprost na ulicę Floriańską, od której zaczęliśmy ten dzień z Niną. Zaskoczył mnie w środową noc (tzn. już był czwartek) 🙂 tłum ludzi spacerujących roześmianych, pełnia świateł na Rynku, tu i ówdzie kwiaty na Rynku przy “Adasiu”, jak za dawnych lat.. Marcin, jak zawsze szarmancki i elegancki odprowadził mnie pod bramę apartamentów „Roman”, pożegnaliśmy się słowami: do zobaczenia. Wierzę, że jeszcze będzie następna i następna okazja do spotkań. W większym czy mniejszym gronie. Kameralnie czy znów z jakiejś klasowej okazji..   

Dla takich wieczorów warto żyć.  Warto pielęgnować przyjaźnie i wspomnienia, nawet jeśli są to już tylko “strzępki” dawnego młodego życia. Nawet jeśli spotykamy się po 20 czy 50 latach. Bo jeśli to mamy, to znaczy, że mamy w sobie spoiwo młodych lat i tych obecnych, że nie odpuszczamy dobrej energii młodości, że wciąż to „coś” mocno i radośnie pcha nas do życia. Do “kolejnej matury” – każdego nowego roku! 

A jak do tego dodać wszystkie moje spotkania, które odbyły się w ciągu pozostałych pięciu dni mojego pobytu, od wspólnych śniadań do późnych godzin nocnych – z rodziną z Krakowa, Sanoka, Gdańska, przyjaciółmi krakowskimi i sosnowieckimi.. Czyż mogłabym sobie życzyć bardziej owocnej szalonej podróży do Krakowa??  Lotu powrotnego NIE pamiętam, bo powietrze uszło ze mnie jak z przebitego nagle balonika. Z nadmiaru emocji, radości i winka – nie żyłam. 🙂 

Dziękuję organizatorom i wszystkim, którzy dotarli na to spotkanie, ta moja szkolna klasa dziś daje mi więcej radochy i energii niż kiedyś. 🙂 Dziękuję sobie, że adrenalina nie odpuściła aż do powrotu do Houston 🙂

Do zobaczenia!  Nie wiem kiedy – ale jakoś znów dojadę, najwyżej na .. wózku inwalidzkim.. (Tfu! Proszę odpukać w niemalowane!!!)


BACK

Dodaj komentarz