Zasady, postanowienia, marzenia – kto taki worek w życiu udźwignie?

04/12/2021

Każdy z nas chciałby… Każdy marzy. Każdy zadaje sobie życiowe zadania, postanawia, zapiera się, że tym razem swój plan na pewno zrealizuje. I wielka chwała tym, którym się udaje. Szczęśliwie – każdemu coś się udaje! Tyle, że jak przyglądam się dokładnie i uczciwie sobie i swoim życiowym poczynaniom, to udało mi się trochę i wyrywkowo różnych postanowień i marzeń zrealizować, ale tak naprawdę to więcej było takich, co wyślizgnęło się z listy i nie powróciło nigdy więcej. 

Oczywiście i na szczęście, mamy sprawy ważne i mniej ważne, mamy takie, które w normalny sposób przemijają i naturalnie przestają być istotne, a więc nie muszą gnębić nas do końca życia wyrzutami sumienia, że nie zrealizowaliśmy naszych punktów i punkcików planu. 

Ba.. błąd. Te właśnie małe drobne sprawy czasem są ważne i uczą nas solidności i konsekwencji. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy wytrzymywali w swoich postanowieniach. Nawet jeśli trudności opóźniały realizację końcową, nawet jeśli kosztowało ich to więcej niż przewidywali na początku. A z drugiej strony..  Może to dziwnie zabrzmi – nie lubię takich uparciuchów, którzy za wszelką cenę – jak to mówią “ po trupach” dążą do pierwotnego planu, nie weryfikują niczego, nie potrafią być “elastyczni”. “Głową o mur” – ale musi być tak jak chcę! Może więc istnieją w życiu każdego człowieka różne sytuacje, nie zawsze wszystko jest czarne czy białe i żadna zasada nie jest prosta, jednoznaczna i łatwa do podejmowania i trzymania się jej sztywno i do końca.

Podobnie bywa z marzeniami. Albo jeszcze trudniej. Kiedy jesteśmy młodzi, zdrowi, szczęśliwi, marzenia mnożą się jak grzyby po deszczu. Nie mamy ograniczeń, nie myślimy o realiach wokół, wszystko wydaje się dostępne na wyciągnięcie ręki! No i bardzo dobrze! Tak właśnie powinno być. Takie powinny być marzenia. Lekkie, dostępne, piękne, niepodważalne. Nikt z nas nie ma wątpliwości, że marzenia MOGĄ mam się kiedyś spełnić.  A potem mijają lata, zmieniają się warunki, możliwości, układy życiowe i pewnego dnia marzenie sprzed 20-30 lat.. spełnia się! Tylko, że ono już nie jest takie, jak było kiedyś “w naszym marzeniu”…  Odkrywamy jakiś inny obraz.  Tak, to o tym przez lata śniliśmy, ale dziś nasz sen stracił dawną siłę, lekkość marzenia uleciała, sens tamtego marzenia przybladł, przygasł.

To o czym chciałabym dziś pogadać? Cisną mi się do głowy takie moje własne trudne życiowe doświadczenia. Kiedy byłam nastolatką już niejeden raz pisałam, że ogromne piętno wycisnęło na moim wychowaniu harcerstwo. W późnych latach 60 i 70-tych nasze krakowskie harcerstwo było fantastyczne! Opierało się na twardych Baden-Powell – owskich zasadach. Jeśli ktoś z nas przetrwał pierwsze lata najtwardszych prób i sprawności szeregowego zucha i harcerza, połknął bakcyla i dotarł do stopnia instruktorskiego, już do końca życia pozostał harcerzem.  

Mój szczep Harnasie początkowo był szczepem męskim, a ja weszłam w jego skład jako jedna z pierwszych dziewczyn – instruktorek. Nie miałyśmy łatwego życia. Niby chłopcy krążyli wokół nas jak satelity, ale na każdym kroku dało się odczuć, że męska grupa to podstawa i trzon szczepu. Zasady były twarde i często bywały zwyczajnie “życiowo” nieprzyjemne.  Mieliśmy wspaniałego Szczepowego “Szefa”, ale był ostry i żadnej zasady nikomu z nas nie odpuścił. To wtedy nauczyłam się, że nie wolno z niczego rezygnować, że wszystko musi być na czas, że nie można się spóźniać. I jeśli podejmuję się coś komuś zrobić, załatwić, to MUSZĘ to wykonać. Obietnic trzeba dotrzymywać, trzeba być w nich wiarygodnym. Wielokrotnie koszt trzymania się takich zasad był ogromny, bywało że ważniejszy od ówczesnych obowiązków szkolnych, rodzinnych i własnych młodzieńczych pragnień czy marzeń. Niejednokrotnie rezygnowaliśmy z imprez, spotkań tak ważnych dla młodych ludzi  w wieku szkolnym, bo wykonanie zadań “specjalnych” i poleceń związanych z harcerskimi zasadami, w które wierzyliśmy aż do bólu było ważniejsze. Nie było w tym nic złego, wtedy było to częścią solidnego wychowania, wpajania nam zasad przyjaźni, wierności, uczciwości i to wszystko na pewno mocno we mnie wyrosło na lata. Może za mocno…  I tak zostało mi to do dzisiaj. Po wielu wielu latach przyznaję, że z jednej strony jestem osobą naprawdę dobrze zorganizowaną, umiejąca sobie poradzić z niejedną trudna sytuacją, ale z drugiej strony – to bardzo utrudnia mi życie. Wiele osób wykorzystuje takie “zdolności“ innych, poza tym po latach okazuje się, że napięcie spowodowane odpowiedzialnością za perfekcję organizacyjną spowodowało u mnie takie “zmęczenie materiału”, że często marzę, by to ktoś się mną zajął, zaopiekował choć przez chwilę, a nie zawsze liczył na to, że ja to zrobię. Czasami nienawidzę w sobie tej ustawicznej i wielkiej “odpowiedzialności” za cały świat!!  Za dopracowanie każdego szczegółu w domu, za zorganizowanie wyjazdu na wakacje, za odpowiadanie na każde pytanie dotyczące terminów, wiedzy “rodzinnej”, gdzie co leży, gdzie może być schowana każda najdrobniejsza rzecz itd.itp.. A równocześnie wiem, że sama sobie nie potrafię odpuścić, bo wszystkim zamartwiam się i stresuję, nie umiem powiedzieć sobie, że może jak nie będę wiedziała i pamiętała, to świat się nie rozleci.. 

Oto najlepszy przykład, że przestrzeganie zasad tak do przesady, do dna, do wyciśnięcia w swojej głowie niemal dziury głębokiej jak rana, która nigdy nie potrafi się zabliźnić – wcale do końca nie jest dobrą cechą życiową. Pomaga w wielu momentach. Pomaga poukładać życiowe zawieruchy, rozwiązać wiele problemów, ale czasem przeszkadza znaleźć balans psychiczny, odprężyć duszę i głowę. Umieć walczyć o siebie, a nie tylko o innych. Żyć bez wyrzutów sumienia, że minuta myśli o sobie jest skradziona komuś bliskiemu…

Trzeba było przeżyć prawie 7 dziesiątek lat, żeby świat zmienił perspektywę wokół mnie. A i to nie jest proste. Taki garb nigdy nie odchodzi na zawsze. Bo garbaci, pokrzywieni, pokręceni ludzie już nigdy do końca nie wyprostują się. Nigdy nie staną się młodzi, nieskażeni i nie zaczną tworzyć siebie od nowa. 

Możemy tylko próbować poprawić zasady, bo te na szczęście można zmienić, ulepić na nowo, uwierzyć, że stare już nie są takie ważne.. Wyrzucić je z życiowego worka, bo wyraźnie ciążą nam i nie możemy ich już więcej dźwigać. 

Ile razy mówiłam: postanowiałam… iść na dietę! Ha! Już słyszę śmiech wokół i wszystkich naraz!  Ile razy w życiu przeciętna  kobieta wypowiada takie słowa?! 

Nigdy nie należałam do chudych i nigdy nie miałam ambicji być chudą. Lubiłam siebie i swój wygląd i nie uznawałam żadnych diet. Ale pamiętam moja biedną Mamę, która zawsze miala kłopoty z “nadmiarami” w wymiarach i nigdy nie mogła niczego ładnego znaleźć w sklepach dla siebie, bo nie uznawano za normalne, że na świecie żyją też osoby o nieco pulchniejszych figurach. Moja Mama odchudzała się więc ciągle, nie mając zbyt dużej wiedzy o diecie ani też nie mając specjalnie możliwości wyboru jedzenia w komunistycznych sklepach. Kto tam się przejmował liczeniem kalorii, ważeniem porcji czy szukaniem chudego mięsa, skoro i tak jakiekolwiek ciężko było złapać w sklepie. 

Tak naprawdę swoją figurą zaczęłam przejmować się, gdy przyjechałam do Ameryki  i w dość szybkim czasie mając już blisko 40-ki przytyłam w amerykańskim dobrobycie. O ironio! Taki wybór! Tyle możliwości, gdzie właśnie można uniknąć niezdrowego jedzenia i nauczyć się, co jest dobre i zdrowe a czego nie jeść. A właśnie tutaj  waga poszła w górę szybciej niż przez lata w Polsce! 

Ach, te smaki, zapachy, nigdy nie spróbowane ciasteczka, które uwielbiam (niestety, niestety, niestety!!) soki owocowe, które wcześniej znaliśmy tylko z filmów amerykańskich, wyjścia do restauracji, przyjęcia, wycieczki, wakacje..  

Jak udźwignąć postanowienie, że NIE będę jadła takich dobroci?  Jak odmówić przyjemności życia, które są tuż obok i w dodatku zawsze w dobrym miłym towarzystwie? Przecież w domu tak nie gotuję. W domu gotuję logicznie i w miarę zdrowo. I normalne porcje. I ogólnie nie mogę obwiniać siebie  za nadmiary i pulchności. Ale – już gotowanie obiadu dla całej rodzinki, przyjmowanie gości – to już zupełnie inna sprawa. Tu już nie działają postanowienia diety! Nie ma ograniczeń małych porcji (bo może zabraknie i co goście pomyślą?  Przecież nie mogą być głodni!!) No i musi być “coś na ząb” przed obiadem, bo każdy lubi jakiś serek, jakiś “dip”, oliwki czy świeży pyszny chlebek. No a po – dla podniebienia dobry deserek. Najlepsze na świecie ciasteczko, serniczek, tarta, może pączek, beza z bitą śmietaną, kieliszek metaxy, whisky i winko, winko, winko.. I jak tu żyć na diecie!!?? 

To już celibat byłby łatwiejszy.. Kolejny więc raz po kilku tygodniach czy miesiącach męczenia się z dietą znów złamałam swoje postanowienie.. 

Zła na siebie, wściekła na swój obrazek w lustrze,  wkurzona na brak własnego zaparcia i uporu, rozdrażniona kolejną porażką. 

A równocześnie.. Trzeba przyznać, że przyjemność tych spotkań, celebracji, wspólnych pięknych chwil, ludzi dobrych i ważnych wokół, tych wspólnych biesiad, rozmów z winkiem i dobrym jedzeniem jest tak istotna, że kolejne złamane postanowienie .. wybaczam sobie bez mrugnięcia oka. No, może nie na długo, ale na chwilę. Przez chwilę, dłuższa czy krótszą nie mam wyrzutów sumienia.  Aż do następnego przymierzenia zeszłorocznej sukienki, do kolejnego spojrzenia w lustro, do stąpnięcia na wagę i pojawienia się tych obrzydliwych czerwonych cyferek.. 

I kółko się zamyka. Gra zaczyna się od nowa. Wraca frustracja. W głowie pojawia się absolutna pewność, że tym razem to już nie odpuszczę i dam radę. Moje postanowienie jest ostateczne: żadnych ciasteczek! Żadnych niedozwolonych drinków, makaronów, ziemniaczków i innych dobroci.. Wkrótce znów następuje faza pozornego pogodzenia się z rzeczywistością, ironiczne, podejście do siebie samej. Trudno, widać tak musi być. Nie wszyscy muszą byc piękni, zgrabni, szczupli i jeszcze szczęśliwi. Najbardziej depresyjne są momenty, gdy spotykamy się z przyjaciółkami a one – niezależnie czy mają problemy z nadmiarami czy nie, zaczynają rozmowy od tematu “dyżurnego” – co jest dietetyczne, co powinniśmy, czego nie, która właśnie schudła itd… A tak naprawdę, to posuwamy się podobnie wszystkie jednakowo. Są takie, które nawet nie muszą się za bardzo starać, bo po prostu są szczupłe i zgrabne, choć lata im przybywają podobnie jak każdemu. A inne- cóż.. “Wałeczek” tu “wałeczek” tam, do tego dyskretna zmarszczka, ale przecież zawsze można kupić nowy ciuch, zakryć fantazyjnie niedogodności, uśmiechnąć się i zatuszować życiowe dodatki, zamiast walczyć z dietami  i nocnymi koszmarami.   

I tak właśnie pocieszam się, bo już czuję, że nadchodzi.. Kolejna burza złości,  depresji, kolejny już nie do policzenia etap postanowień, przysięgań samej sobie, że tym razem znalazłam sposób na najlepszą na świecie dietę – łatwa do wytrzymania, efektywna, taka co na pewno na MNIE zadziała…  No i chyba nie muszę pisać, że zaczyna się bardzo dobrze, pierwsze efekty  widać już po tygodniu, podniecenie, zachwyt i wiara we własne “ja” rośnie i – dalej “krzywa” wyników po skoku w dół złośliwie znów dostaje skrzydełek i wzlatuje w górę. Za to moja wytrzymałość podupada, humor dostaje otępienia, potem wkurzenia a potem zobojętnienia i już wiem, że jestem beznadziejna.  Podziwiam moje koleżanki, które potrafią znaleźć w sobie tyle pozytywnych “ukojeń słownych”  i wytłumaczeń, że już są znów szczuplejsze i że wyglądają lepiej i tak świetnie dają sobie radę z problemem. Bo ja to jakoś nie mogę wypracować sobie takich sposobów na siebie. Pewnie moja uczciwość wyszlifowana w szeregach harcerskich nawet i tego mnie pozbawiła. 🙂  No, nie! Chyba przesadziłam, żeby swoje dylematy tuszowe zwalać na piękne zasady harcerskie (haha!!) 

Czy można się oprzeć takim pysznościom? …ja, niestety, nie mogę 🙂

Za to z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że wspólne wyjścia piątkowe całą instruktorską “bandą” na pączki na pewno przyczyniły się do mojego uwielbienia dla ciastek, ciast i ciasteczek – niestety… I to w dodatku nie dla wszystkich – tylko dla tych naj, najlepszych! A jak wiadomo:  „wszystko co dobre jest… niedobre” i w ten oto sposób przez wiele dziesiątek lat jedzenia pyszności, których na tym świecie nie brakuje, moje niejedno postanowienie legło w gruzach. 

A teraz, żeby już przestać siebie biczować, będzie coś o marzeniach. O najpiękniejszej zawartości mojego dzisiejszego worka. Ale też o najbardziej ulotnej, eterycznej, delikatnej i finezyjnej. 

W końcu wszyscy lubimy jeść dobre rzeczy, czy to w dawnych trudnych polskich czasach czy dziś gdy świat dostarcza nam nieograniczonych ilości i wyborów  pyszności. Kto “nie grzeszy” niech podniesie rękę. 🙂 

Nie jestem pewna czy każdy przyzna mi rację, ale z własnego doświadczenia życiowego wiem, że marzymy więcej i intensywniej, gdy jestesmy młodzi. Wierzymy łatwo, że marzenia spełnią się.  Przekuwamy w swoich myślach marzenie niemal na realny obraz, choć wiemy, że ono jeszcze się nie spełniło. Ale czujemy, że jest blisko, jest tuż tuż..  Czasem rzeczywiście spełnia się i szybko zapominamy, że kiedyś było tylko marzeniem.  Innym razem – staje się odległe, coraz bardziej mgliste, jakieś inne nowe marzenie przypływa znienacka i już to niespełnione przestaje być istotne. 

Są jednak marzenia, które w duszy ludzkiej pozostają przez całe życie. Są głęboko ukryte.  Są tajemnicą, która podąża z nami gdziekolwiek jesteśmy, dokądkolwiek pójdziemy. Mijają czasem dziesiątki lat, marzenie przygasa, smutnieje.. Aż pewnego dnia – bywa – ze zdziwieniem odkrywamy, że marzenie nabrało realnego kształtu. Ziściło się w najbardziej nieoczekiwanym nieprawdopodobnym momencie naszego życia. I już nie jest tym najpiękniejszym, tym wyśnionym, wyczekiwanym przez lata.

Dlaczego?  Dlaczego marzenie nie jest już MOIM marzeniem?  NIE, to nie marzenie się zmieniło! To ja się zmieniłam. Bo marzenia to motyle, delikatne ulotne. Nie trwają wiecznie, choć ludziom wydaje się, że skoro są wytworem naszej wyobraźni, naszych pragnień będą na zawsze. Ale wszystko co istnieje w nas, zmienia się. To czego pragniemy w młodości, nie jest nam już potrzebne w wieku dojrzałym. To, co kiedyś było na najwyższej półce naszych potrzeb, teraz przysiadło cichutko gdzieś na końcu życiowych pragnień. A marzenia, jak motyle. Fruwają, przemieszczają się szybko i lekko i gdy nie uda się ich złapać w odpowiednim momencie – znikną  w natłoku zwykłych spraw, obowiązków, wydarzeń i odlecą cicho i niezauważalnie. 

Aż pewnego razu – po latach.. np. znów znajdziesz się w “Hawajskim raju” po raz drugi w życiu. Mnie udało się spełnić to marzenie. Choć tyle pięknych miejsc w świecie widziałam, to nigdy nie miałam poczucia, że chciałabym do któregoś z nich kiedyś wrócić. Po każdej niesamowitej podróży ogarniała mnie przemożna siła i potrzeba gnania dalej i zobaczenia czegoś nowego, czegoś, gdzie mnie jeszcze nie było.. Tylko jeden raz, ponad 12 lat temu, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Hawaje, w innym miejscu, na innej wyspie, w innych okolicznościach i towarzystwie – pragnienie powrotu na ten skrawek Ziemi pojawiło się jak piorun nagły i niespodziewany. I przykucnęło to marzenie powracając tylko czasem we wspomnieniach i opowieściach rodzinnych. 

Kolory Hawajskie

Tyle spraw się ważnych i dobrych, trudnych i zwyczajnych wydarzyło się w tych latach. Tyle podróży, tyle nowych doświadczeń, a Hawaje choć nie są czymś z “kosmosu” na warunki tak zwyczajnie, radośnie, rodzinnie.  A ja..  pomyślałam – marzenia jednak wracają. Marzenia spełniają się po latach. 

Z lotu ptaku – czyli lot helikopterem

Hawaje są tak samo piękne. Oszałamiające nasyconą zielenią we wszystkich jej możliwych odcieniach, kolorowe i kwitnące, zapierające dech swym bogactwem natury i kolorystyki.  Tylko, że my już nie tacy sami.. Nie możemy już biegać, chodzić swobodnie po szlakach jak 12 lat temu. Ciężko jest pod górę, trudno zejść w dół po kamieniach, nie da się dotrzymać kroku własnym dzieciom, które mogą wejść wszędzie, dotrzeć do najpiękniejszych zakamarków, cieszyć się w taki beztroski sposób, jak kiedyś my cieszyliśmy się wakacjami. Bez utraty oddechu, bez zmęczenia, bez strachu, że nie dadzą rady dojść do wyznaczonego celu…

Oto marzenie ziściło się, a my w tym marzeniu jakby zatraciliśmy “lekkość skrzydełek motyla”. Nigdy wcześniej o tym pomyślałam. Dziś nie muszę już o tym myśleć. Dziś już to wiem.  

Rodzinne hawajskie chwile

Marzenie o Hawajach to jeden z przykładów, jakie dziś spełnia się w moim życiu. Z rodziną i dzięki niej. Mimo, że dziś wiem jak inne są nasze marzenia po latach, jak często w ogóle się nie spełniają, to doceniam fakt, że warto je mieć, warto przechowywać głęboko w duszy i myślach. Może, gdy się spełnią po raz drugi nie będą już miały lekkości młodego motyla, ale przyniosą nam nieocenione chwile, których dawne pierwsze marzenie nie mogło spełnić?…

Są w życiu ludzi chwile, rozmowy, wartości tak cenne, że za żadne pieniądze kupić ich nie można. I jeśli to przydarza nam się w życiu, szybko czujemy, że warto marzyć, warto cieszyć się choćby ułamkiem marzenia, nawet jeśli czasem przychodzi późno.


BACK

Dodaj komentarz