03/17/2021
Marzec to wiosna. Wiosna to nadzieja. I nowe życie. I radość.
W górach zawsze zakwitają krokusy, kaczeńce złocą się szerokimi dywanami, drzewa otwierają pączki i wypuszczają świeże zielone listeczki. Wszystko wokół krzyczy: “Wiosna! Wiosna! Wonna i radosna! Nadzieją życia upaja się świat”. Każdego roku zegar przyrody odradza nas i wszystko wokół. Nic nie jest w stanie zatrzymać tego pięknego daru natury.
Mój rodzinny najpiękniejszy dar także przyszedł do mnie w marcu.
Marzec to błogosławiony miesiąc w naszej rodzinie. W marcu urodziła się moja kochana Mama, także moja teściowa. Mój brat wpisał się w rodzinny krąg wraz z kalendarzową wiosną, a moje dzieci pojawiły się na świecie w marcowych w datach, odległych od siebie o 11 dni (plus trzy lata) 🙂



Każdy człowiek widzi swoje szczęście inaczej, czuje inaczej. Szczęście zmienia swoje oblicze wraz z wiekiem, z warunkami w jakich się znajdujemy, z pragnieniami, jakie w danym etapie życia nas ogarniają.
Moim największym szczęściem zawsze była rodzina. Choć to bardzo ogólne określenie. Tak naprawdę rodzina to bardzo szerokie pojęcie i definicja tu niczego nam nie upraszcza. Ani fakt, że rodzina to podstawowa grupa społeczna ani to, że to więzy krwi czy małżeństwo połączone aktem ślubnym a potem wspólnymi dziećmi. Wszystko to prawda i każda z takich definicji zawiera w sobie trochę racji. Związki rodzinne mogą być przeróżne, o czym nauka mówi i dyskutuje od wieków. W końcu każdy wie albo choć trochę słyszał o poligamii i jej odmianach, o haremach, o wielożeństwie, wielomęstwie, o szczepach, kastach, rodach i innych formach rodzinnych. Nikt nie powiedział, że te inne formy nie są szczęśliwe. Z historii, literatury znamy wiele przykładów związków kazirodczych, mezaliansów, rodzin patriarchalnych czy matriarchalnych. Wszystkie te formy prawdopodobnie nie istniałyby, gdyby ludzie nie znajdowali w nich jakiejś formy szczęścia.
W naszej kulturze, w dzisiejszych czasach obraz typowej rodziny, który wyniosłam z rodzinnego domu coraz częściej ulega zmianie, z czym często nasze pokolenie nie może się pogodzić. Tolerancja to trudne uczucie. Widzę to we własnym najbliższym otoczeniu. Trudno jest zmienić wyuczone prawdy, nawyki całego życia, wiarę. A jeszcze trudniej pogodzić się z faktem, że świat wokół nas też się zmienia i nie może stać w miejscu, takim jak byśmy go my chcieli widzieć. Nie znaczy to, że jest gorszy czy lepszy. Jest po prostu inny. Ewoluuje wszystko. Także ludzie, ich marzenia, potrzeby. Przychodzą kolejne młode pokolenia, które budują nowe zasady własnego życia. Kreują własne szczęście.
Szczęście, choć jest najpiękniejszym słowem, a przede wszystkim najcieplejszym i najpiękniejszym uczuciem, wcale nie jest łatwe. Na “szczęśliwe szczęście” musimy w życiu ciężko pracować. I niejeden raz idziemy na oślep. Błąkamy po krętych nieznanych drogach i dróżkach. Nie mamy pewności czy to nasze pragnienie doprowadzi nas do celu. Czy naprawdę będziemy szczęśliwi..
Szczęście nie trwa długo. Często jest tylko małą chwilką, na którą pracujemy długie miesiące albo lata, ale warto. Warto, bo uczucie szczęścia wypełniające serce i duszę jest oceanem radości. I ta radość potrafi wrócić do nas w najgorszych, najtrudniejszych momentach zachwiań, potknięć życiowych i przywrócić nam równowagę. Dać siłę do walki, kiedy już wydaje się, że rzeczywistość podcięła nam skrzydła na zawsze.
Dzieci mają swoje marzenia. Nam dorosłym wydaje się, że są małe dziecinne i proste, że możemy je łatwo spełnić. Ale to nieprawda. Dzieci mają swoje “wielkie” marzenia. A my dorośli często nie potrafimy ich zrozumieć, ogarnąć.
Podobnie, gdy nasze dzieci dorastają, stają się myślącymi nastolatkami, walczącymi z własnymi rozstrojonymi potrzebami, planami, przemyśleniami. Z wizją do szczęścia, które jawi się im każdego dnia inaczej. Dlatego tak trudno dogadać się z nastoletnimi dziećmi, a im z rodzicami, którzy wydają im się “starzy” i niczego nie rozumiejący. Mimo, że w moim życiu nie doświadczyłam „ostrych zakrętów” to jednak nie obyło się bez zgrzytów. Siedemnastolatek wparowujący do domu z ogoloną na łyso głową, czy z kolczykiem w uchu, choć rodzice długo prosili i tłumaczyli, że nie jest to konieczne.. może być kilkudniowym szokiem. Ale , na szczęście, nie jest to tragedia. Przecież nie ma idealnych dzieci a tym bardziej idealnych rodziców 🙂
Większość rodziców (bo przecież nie myślę i nie piszę tu o marginesowych przypadkach) chce dla swoich dzieci szczęścia i tylko szczęścia. Każde dziecko dla rodzica jest jego wielkim szczęściem, marzeniem spełnienia. To proste stwierdzenie. Ale w realizacji – niełatwe. Jeśli ktoś teraz powie, że ma idealne stosunki z własnym dzieckiem – czy to z nastolatkiem czy to z dorosłym synem czy córką obojętnie na jakim etapie życia – nie uwierzę! Tak jak nie uwierzę, że my dorośli rodzice, którzy rozumiemy, że mamy samodzielne, niezależne dzieci – nigdy nie wkurzamy tych dzieci, nie zadajemy im trudnych wyborów, niemiłych uwag, “wtrącań się” w ich prawo do samodzielnego własnego życia. Taka to już sztafeta pokoleń!
Relacja dziecko – rodzic jest wyjątkowa i bardzo specyficzna. Ma coś z przyjaźni, ale czystą przyjaźnią nie jest, ma w sobie siłę uzależnienia, ale nie może nią do końca być, jest miłością bezgraniczną, ale nie powinna być miłością bezmyślną, ślepą, ograniczającą. To wszystko razem sprawia, że “zasady” stają się dla każdego z nas inne i inaczej rozumiane. Bo kochamy inaczej, czujemy inaczej i budujemy własny świat wrażliwości i potrzeb emocjonalnych. Świat niepowtarzalny! Jedyny, w sercu każdego rodzica. I każdego dziecka.
Są różne związki między dorosłymi dziećmi i rodzicami. Bywają rodziny żyjące na odległość, spotykające się raz czy dwa w roku, a czasem nawet rzadziej. Zdarza się jakaś rozmowa telefoniczna, lakoniczna niemal bez słów. Jakieś zdjęcia od czasu do czasu. Ale – za to nie ma konfliktów. Gorzej, gdy dzieci nie rozmawiają z rodzicami, bo mają do nich żal o coś albo odwrotnie – to rodzice mają do dzieci pretensje i tym “karmią się” całymi miesiącami, latami podsycając w sobie niechęć do porozumienia. I tak mijają lata. Jest rodzina, ale szczęścia nie ma. Nie pamiętają nawet jak wzajemnie wyglądają, oddalają się od siebie tak, że pustka która rodzi się pomiędzy nimi jest jak kosmiczna przestrzeń. Tragiczna przestrzeń. A przecież siła ludzkiego uczucia, jedno mocne wyciągnięcie ręki znaczy tak wiele, że może taką przestrzeń wypełnić. Nic nie jest proste, ale nie ma takich związków, którym nie byłoby warto dać drugiej i trzeciej szansy..
Są związki, kiedy matka nie może żyć bez telefonicznej rozmowy z córką czy synem nawet przez jeden dzień, a gdy mieszkają w tej samej miejscowości, to pod byle pretekstem odwiedzają się każdego dnia. A to podrzucę małe zakupy, a to ugotowałam zupkę pomidorową, a to wpadnę tylko na kawę… Ileż to młodych małżeństw rozbiło się przez takie toksyczne związki dobrych rodziców z dorosłymi dziećmi. Jeszcze gorzej gdy kochana mamusia roztoczy skrzydełka opiekuńcze nad dorosłym synem i nie pozwoli mu zdecydować się na żaden związek z kobietą, bo przecież każda spotkana jest “niewłaściwą” dla niego. Są związki pokoleniowe uzależnione finansowo, gdy dorosłe dzieci nie potrafią zapracować na siebie, bo zawsze ktoś z rodziców trzyma „finansową rękę” na pulsie. I tak naprawdę nigdy nie wiadomo, po której stronie leży wina w takiej zależności, ale nigdy taka relacja nie jest zdrowa.
Och, można by snuć setki przykładów, życie i literatura robi to codziennie. Psychologia, wszelkiego rodzaju terapie mają tu pełne ręce roboty. 🙂 Wystarczy tylko obrócić się wokół siebie.
Urodzić dziecko to wielkie szczęście. Większość kobiet tak czuje, taka nasza natura i taki wybór. Są i takie kobiety, które dokonują wyboru nie mieć dziecka. Ja to szanuję, choć nie rozumiem. Ale dawno się temu nie dziwię. Wiem, że ludzie są różni i szczęście dla każdego człowieka może mieć inny wymiar !


Dorosłość własnych dzieci bywa trudna do pełnej akceptacji.
Urodzić i być szczęśliwą matką to dopiero początek. Potem to walka o „szczęście” każdego dnia. Płacz, bolący brzuszek czy ucho i pierwszy uśmiech. Pierwsze kroki i rozbita głowa podczas nauki jazdy na małym rowerku. Pierwszy dzień w przedszkolu i sukces zdania matury. Porażki szkolne, pierwsze miłosne zawody, w których nie bardzo można dziecku pomóc, bo przecież musi samo doświadczyć wszystkiego, choroby dziecka, w których chciałoby się ulżyć w bólu i głupie decyzje, na które także nie możemy nic poradzić.
Szaleństwa młodości i odejście z domu w dorosłe życie. Uświadomienie sobie, że nasze dziecko już NIE jest dzieckiem, choć nigdy dla mnie dzieckiem być nie przestanie. Więzy krwi schodzą na dalszy plan. Moje dziecko jest dorosłą samodzielną osobą. Ma prawo do własnej wizji życia, do decyzji, z którymi ja czy jej/jego ukochany tatuś może się nie zgadzać.
Naszym obowiązkiem jest zrobić dwa a może i dużo więcej kroków do tyłu, odsunąć się i obserwować. To nie jest łatwe. I nie dlatego, że jestem wścibską matką, bo nie sądzę, że jestem. Ale często tak bardzo chciałoby się pomóc, być użyteczną, ale oni już tego nie potrzebują. Matki i ojcowie dorosłych dzieci uczą się tego przez długie lata. Czasami szybciej, czasami dłużej. Niektóre decyzje przychodzą łatwiej, inne są, zwłaszcza dla ojców długim “cierpieniem”. 🙂
Bywają chwile, kiedy ciosy są silne. Słowa potrafią ranić. Bolą, bardzo bolą.
Wszyscy tego doświadczyliśmy. Z naszymi rodzicami. Z dziećmi. I wszyscy to czujemy – jednakowo. Przełykamy. Ze łzami. W ciszy, w niemym krzyku. Czasem z poczuciem krzywdy.. Ale tak naprawdę wiemy, że im bardziej mocno kochamy, tym bardziej i bez sensu krzywdzimy tę drugą kochaną osobę. Dziwna jest natura ludzka. Dziwny ten nagły bunt w głowie, krzyk wydobywający się z naszych ust, bo tak naprawdę wcale tak nie myślimy i nie czujemy. I już za moment żałujemy tych wykrzyczanych słów.
A później zupełnie nie możemy dać sobie rady z własnym sercem kochającym największe “marcowe szczęścia”. To działa w obie strony. A gdy wyrównuje się, szybko znów uśmiechamy się do siebie, jest ciepło, dobrze, normalnie, zwyczajnie i rodzinnie – wiosna znowu jest wokół nas. Szczęście – najzwyczajniejsze, marcowe a może całoroczne, życiowe wraca… Wszystko wraca na właściwe miejsce.
Mój szwagier często mówi: “nikt nie obiecywał, że będzie łatwo..” (żyć)
Łatwo może nie, ale przyjemnie jest. A jeszcze lepiej, gdy mamy swoje miejsce i swoje szczęście. Te małe chwile szczęśliwe, małe sukcesy, uśmiechy, ciepłe słowa, przyjaciół, kwiaty wiosenne. Dzieci i wnuki. Zwykłe dni. Marzec i wiosnę przez cały rok.
Nie chcę tu prawić morałów i wymądrzać się jak stara baba, ale dziś myślę, że jeszcze kilka lat temu nie napisałabym tego wszystkiego. Nie otworzyłabym swojej głowy i nie wyrzuciłabym z siebie tylu trudnych słów.
Nie jest łatwo mówić o uczuciach, które są w nas każdego dnia, ale o nich nie rozmawiamy. Ani z najbliższymi, których te uczucia dotyczą, ani nawet z sobą samym. Te najtrudniejsze tematy są w nas i dlatego świat wydaje się taki skomplikowany. Lubimy czytać książki i oglądać filmy, fascynują nas skomplikowane ludzkie historie, a sami najczęściej nie dajemy sobie rady z własnymi relacjami. Szukamy przykładów i ich rozwiązań w innych ludziach, a swój świat zamykamy i głęboko skrywamy nasze uczucia.
Dopiero kiedy starzejemy się, zaczynamy rozumieć, że nie warto szukać czegoś, czego nie ma, czego nie możemy dosięgnąć. Warto pielęgnować swoją wiosnę radosną każdego dnia.
Mieć swoje małe “szczęśliwe szczęście”. Nawet jeśli bywa, że jest trudne i smutne, przygnębiające czy zatroskane…
Wiosna każdego roku jest na świecie! Każdy z nas ma swój własny „Marzec”.









