Niby nic, a tak to się zaczęło :) czyli koniec raczkowania!

02/6/2022

Nie, to nie był mój pomysł!  To nie była iskra jednej chwili!  To nie nagłe olśnienie ani przypływ zachcianki. Oczywiście czytałam różne blogi, wiedziałam, że piszą je młodzi, sprawni w słowie, w pomysłach ludzie. Często są to blogi tematyczne, mające jakiś od początku przewidziany cel i to mnie bardzo fascynowało.  Nic takiego nie widziałam dla siebie ani przed sobą. Broniłam się mocno. Zwłaszcza, że i komputerowo za bardzo sprawna nie byłam (gadam jakbym teraz była..) 

Znaczek małgośkam – czyli LOGO mojego blogu

Przyznaję, gdzieś głęboko w duszy czy z zakamarkach głowy marzyło mi się napisanie książki, choćby jednej w życiu. Ale im więcej czytałam im więcej myślałam tym bardziej nabierałam przekonania, że dobrej książki to ja nigdy nie napiszę.. Takie to były czasy, że wszyscy mieliśmy więcej kompleksów niż dobrych myśli o sobie, rzadko wierzyliśmy w swoje możliwości. Mało kiedy ktoś nas chwalił, raczej na początku dziennym było krytykowanie, karcenie za każdy nawet mały błąd. W domu byliśmy chowani bez zbędnych pochwał, w szkole nauczyciele straszyli a uczeń z zasady miał się bać. 

  I tak sobie “podpisywałam” w różnych momentach ważnych i mniej ważnych życia jakieś artykuły, opowiastki, listy, zwierzenia, bo mi to lepiej wychodziło niż rozmowy. Potem był teatr, zaczęłam robić adaptacje, wstępy do programów, kolejnych spektakli – jednym słowem coś tam skrobałam, ale trudno to nazwać pisaniem a co dopiero literackim.  

Mój Anioł stróż i ja 🙂

Właściwie to wszystko, co przydarzyło mi się w ostatnim roku – mogę przypisać Ani. Mój “Anioł stróż” od dawna, na długo zanim stałam się emerytką (no, taką trochę nie do końca) 🙂 namawiała mnie na pisanie blogu. Anioł stróż namawiał, szeptał do ucha, żartował, sugerował, pokazywał, dociskał i kusił jak nie Ania-Anioł a najlepszy “diabeł- kusiciel”. Mój Anioł miał jeszcze ten silny argument, że obiecał mi pomóc i zająć się oprawą komputerową i zdjęciową i to wtedy Anioł i kusiciel w jednym wcieleniu przekonał mnie, bym spróbowała. 

Moja pierwsza strona blogu. Dziś już mam drugą wersję.

Odwagi nabrałam, gdy usiadłyśmy obie przy komputerze na kilka dni, zatopiłyśmy się w studiowaniu możliwości jakie daje WordPress, by założyć własny blog. Ja – oczywiście głównie w roli asystentki, nieśmiało zgłaszającej co bym chciała, co mi się podoba, a Ania  z wrodzoną pasją i niesamowitą energią i zaparciem – zmieniając, dobierając, łącząc, koloryzując, dokonując jak dla mnie CUDÓW komputerowych. Ja tylko nieśmiało dopisywałam tu i ówdzie tekst, powoli poznawałam zasady nowego programu i tak z dnia na dzień posuwaliśmy się – najpierw razem, potem już osobno po moim nowym raczkującym bardzo nieumiejętnie blogu. 

Nie miałam pojęcia czego naprawdę chcę. Wiedziałam, że idę na żywioł i że każdy nowy dzień pokaże mi co z tego wyjdzie. Ba, wcale nie byłam pewna czy coś z tego wyniknie. Jedyne co miałam w planie to zamysł, że jeden z działów tego blogu ma być poświęcony Teatrowi Polskiemu w Houston, który kiedyś prowadziłam przez 20 lat. Chciałam ocalić od zapomnienia ten kawałek polskiej kultury i historii, przypomnieć aktorom, przyjaciołom wszystkie te piękne wspólne chwile. Od lat było to moim marzeniem, od lat przymierzałam się do tego projektu. Może więc to także był jeden z powodów powstania tego blogu?  

Ale to nie jest tylko blog teatralny. To MÓJ blog. Od początku Ania mi powtarzała: blog jest twój, możesz pisać co chcesz i jak chcesz! 

Założyłam więc, że blog piszę, by mieć poczucie wolności, nie przejmować się żadnymi ograniczeniami, wypowiadać swoje myśli tak jak siedzą w mojej głowie. Blog jest dostępny dla publiczności, ale może się zdarzyć, że nikt moich tekstów nie będzie czytać. Piszę go więc tak, jakbym pisała tylko dla siebie, do siebie. To było i nadal jest moim podstawowym założeniem. Nie przeczę, że doznałam bardzo miłego uczucia, gdy dowiedziałam się, że jednak mam pierwszego, drugiego czytelnika.. 

Ale ludzie czytają blog różnie – jedni (rzadko, ale są i tacy!) regularnie, inni od czasu do czasu. Jeszcze inni przypadkowo natykają się na coś, co ich tematycznie zaciekawi, albo dlatego, że jest coś we wpisie o nich, o ich dzieciach, o wydarzeniach z dawnych lat, które w nich samych wywołują własne wspomnienia. Jestem szczęśliwa, gdy zdarzają się komentarze, w których ktoś zwraca uwagę na elementy, które go poruszyły, bo są nie tylko moje, ale także jego. Jakieś okruszki wspomnień, skoki pamięci otwierające ich własne życiowe zdarzenia. Inni przypominają mi nasze wspólne przeżycia, uzupełniają moje dziury w pamięci, łączymy się przez chwilę w zdarzeniach sprzed 40 czy 50 lat. Wszystko to dla mnie jest bezcenne, niesamowite. Mój świat, moje życie wypełnia się po raz kolejny. 

To nic, że czasem wybieram sobie temat i moja droga wiedzie do A do wyznaczonego punktu Z, a po drodze nagle znajduję się na bezdrożach wcale niezaplanowanych. Na bocznych dróżkach i małych ścieżkach i jestem zupełnie gdzie indziej niż miałam się znaleźć. Jak w życiu. Nie zawsze jest prosto do celu. Czasem krążymy, spotykamy ciekawych ludzi, zdarzają się niezaplanowane przygody. 

Blog żyje podobnie. Mój blog to życie. Moje życie pierwsze, drugie, trzecie.. Moje długie – różne życia. To moje dzieciństwo, dom rodzinny, Kraków i Polska. To dorosłość w Sosnowcu, przyjaźnie z tamtych lat, te które minęły i te które przetrwały do dzisiaj. Nasza samodzielność solidarnościowych czasów i nasze małe dzieci. Mój świat, to nowe życie Houston i dziesiątki podróży po całym świecie.  Moi przyjaciele, którzy tutaj są dla mnie jak najbliższa rodzina. Dziesiątki setki wydarzeń i myśli, które zapełniają MÓJ blog, bo życzyłabym każdemu człowiekowi tak ciepłego i intensywnego życia jak moje. 

Nie powiem, że tylko łatwego. Nie. Każdy ma “swój krzyżyk”.  Nikt nam nie obiecywał, że będzie łatwo. O tym też mówię, nie używam “nadmiaru lukru”.

Jest luty. Za kilka dni będzie połowa miesiąca. 13-go lutego 2021 r trzęsącą się ręką kliknęłam niebieski prostokącik z napisem “Publish” i włożyłam na swój blog pierwszy własny wpis pt.“ Puste ściany.. Zadzwonię”. I tak to się zaczęło.

Czym jest dla mnie blog?  Przede wszystkim czymś, co bardzo lubię! Na początku pisząc każdy nowy tekst byłam bardzo zestresowana. Podenerwowana, z dreszczykiem emocji, czytałam go milion razy. Zmieniałam słowa, przestawiałam, szukałam zdjęć, bałam się, że niepotrzebnie coś nacisnę i wszystko gdzieś w przestrzeni wyparuje (tak też się zdarzyło :). Wtedy był wielki i głośny krzyk o pomoc do mojego Anioła stróża, który zawsze jakoś wyciągał mnie z opresji. Gdy już byłam w dołku rozpaczy ona mówiła: to nic, to tylko..  I tak powoli uspokoiłam się, przyzwyczaiłam się do swojego nowego dziecka. Bo to właśnie tak działało. Jak z pierwszym dzieckiem, gdy przyniesiesz je ze szpitala. Drżysz, zaglądasz co minutę czy wszystko jest w porządku, czy powinnaś coś poprawić. A potem powoli przyzwyczajasz się do zmian, jakie zaszły w twoim życiu i idzie ci coraz lepiej. 

Kolejne teksty pisałam łatwiej i szybciej, mniej się z nimi “cackałam”, łatwiej wyskakiwały ze mnie myśli i słowa. Cieszyły mnie i bawiły.  Właśnie! Gdy poczułam, że pisanie mnie bawi i sprawia mi przyjemność wiedziałam już, że chcę to robić. 

Nigdy nie myślałam o moim blogu, jako narzędziu zarabiania jakichkolwiek pieniędzy.  Nie taki był mój zamysł, ani nie takie przeznaczenie blogu. To raczej rodzaj terapii dla starszej pani, ćwiczenie dla mózgu i pamięci, uświadomienie samej sobie zmian, jakie zaszły i zachodzą we mnie. Czasem – nawiązanie niespodziewanych kontaktów z ludźmi, których odnalazłam dzięki wspomnieniom blogowym. No i.. cicha nadzieja, że kiedyś pozostanie po mnie coś dla moich najbliższych. Może zdarzy się, że ktoś trafi na moje opowieści, myśli i wspomni jakąś naszą wspólną chwilkę, gdy mnie już dawno nie będzie.. 

Może przecież tak się zdarzyć. 

Nie jestem specjalną entuzjastką statystyki, bo wiem, że to tylko suche liczby i nigdy dają prawdziwego obrazu “z duszą”. To tylko twarde fakty, numerki, często z jakiegoś powodu podwojone czy nawet jeszcze bardziej zwielokrotnione. Ale WordPress prowadzi statystyki i to wielowariantowe i kiedy kilka dni temu zaczęłam się im przyglądać, to niektóre podsumowania mnie zadziwiły. Miło jest zobaczyć, że (oprócz tego, co właśnie sobie tutaj dopisuję): 

> Od początku napisałam ponad 108 tysięcy słów, odwiedziło mnie blisko 1000 spoglądających na moje wpisy (nie powiem czytających, bo pewnie niektórzy uznali, że za długie, albo to nie temat dla nich, albo spojrzeli tylko na zdjęcia…) 

> Mój blog został w różny sposób i z różnych powodów, czy to z ciekawości i chęci przeczytania któregoś tekstu, czy po prostu przeze mnie, by go sprawdzić czy uzupełnić – otwarty ponad 8800 razy.    

Pisze się! 🙂

> 37 osób zostawiło pod tekstami swoje komentarze, wliczając w to moje odpowiedzi, natomiast, niestety nie ma tu wielu komentarzy, które dostałam  wielokrotnie w koleżeńskich sms-ach czy e-mailach. Wszystkie są dla mnie jednakowo cenne i miłe. Zarówno te chwalące jak i te krytyczne. Te dopełniające moje opowieści i wspomnienia czy dodające inne, kojarzące się moim czytelnikom z danym tematem. Nie mam pojęcia czy to dużo, czy to nic nie znaczące liczby. Wiem, że są blogi, które otwierają się setki razy dziennie i mają tłumy czytelników i jeszcze większe rzesze fanów.

> Mam siedmiu tzn. “followers” czyli takich zaprzyjaźnionych z moim blogiem, co zapisali się, by dostawać moje wpisy e-mailowo, zaraz po ich opublikowaniu.  Najwierniejszymi czytelnikami są Ania (wciąż jest moim Aniołem stróżem, która pierwsza czyta i sprawdza, zanim wydam “głos” publicznie – taka to już nasza tradycja 🙂 i mój mąż, który prawie zawsze dołącza potem swój komentarz. To bardzo miłe. 

 Mój blog jest malutki cichutki, no i ma dopiero “roczek”. Dzisiejszy wpis ma numer 60-ty! czyli zakładając, że rok ma 52 tygodnie, każdego tygodnia- średnio – napisałam (a raczej „opublikowałam”) 1,15 wpisu. Oczywiście nie jestem aż tak regularną „blogerką” – jak już mówiłam bawią mnie statystyki, więc i ta informacja jest kolejnym klockiem mojej zabawki.

Nie mam ambicji wypłynięcia na głębokie wody, zresztą zawsze lubiłam zaciszne spokojne zatoczki.  Byle było słonecznie, przyjaźnie i ciepło. Tak mi jest dobrze. Nie oczekuję już żadnego szaleństwa…


BACK

2 myśli na temat “Niby nic, a tak to się zaczęło :) czyli koniec raczkowania!

    1. Dzięki Marku! Jesteś nie tylko moim wiernym czytelnikiem ale także „wspólnikiem” naszej dawnej (dawnej dawnej 🙂 przeszłości – tej krakowskiej, szkolnej, harcerskiej. Także i tej bliższej – amerykańskiej. Wiele nas łączy, blog więc także trochę jest twój. Przynajmniej chciałabym byś tak się czasami czuł. Jesteś cząstką mojego/naszego życia..

      Polubienie

Dodaj komentarz