01/21/2022
(w DNIU BABCI – Babcie też mają swoje kaprysy 🙂 )
Sama się sobie dziwię, co mi czasem na stare lata do głowy przychodzi. Głupawki jakieś. Przecież to raczej przywilej dzierlatek i młodych szalonych kobiet.

Nie wiem dlaczego chcę podzielić się takimi wspomnieniami. Może raczej powinnam je nazwać postrzępionymi opowiastkami.
Coraz częściej nachodzi mnie potrzeba porządkowania wokół mnie śmieci. Śmieci życiowych. W każdym możliwym sensie.
Każdy człowiek, w każdym etapie życia lubi COŚ zbierać. Czasem są to zbiory bardzo przemyślane, sensownie zaplanowane (kiedyś już na ten temat napisałam osobny wpis) a czasem zupełnie przypadkowe rzeczy, które nagle nam się spodobają, zafascynują nas. Niekoniecznie nawet konkretne rzeczy. Bywa, że są to cytaty dla nas ważne, przemyślenia, zdjęcia, artykuły. Cuda! Po latach otwieramy pudło, szufladę, zapomniany kąt w domu, w piwnicy, na strychu i jesteśmy zdumieni, że to nasze! Nawet nie potrafimy sobie przypomnieć kontekstu, w którym powstał ten pomysł, skąd się wziął i kiedy. A czasem zupełnie odwrotnie – nagłe olśnienie! I niesamowita chwila fantastycznego wspomnienia! Zapomniana, zagubiona w niepamięci, a przecież ważna. I wtedy odtwarzamy kawałek życia, który wyciekł nam, umknął, a dzięki przypadkowemu znalezisku odnajdujemy ułamek siebie…
I to są “śmieci” istotne. Ciepłe. Ważne.
Tyle o zbieraniu, przechowywaniu, zatrzymywaniu i odtwarzaniu po latach w pamięci tego, co już dawno minęło. Każdy tak ma. Mniej czy bardziej, częściej czy rzadziej – jesteśmy ludźmi, a więc mamy ten przywilej od Boga, że myślimy, czujemy, przeżywamy, wracamy do przeszłości i planujemy własne wizje przyszłości. Są ludzie, którzy umieją o sobie i swych uczuciach mówić. Większość z nas, niestety, nie potrafi. Myśli ulatują szybciej niż się formułują w zdania, wydaje nam się, że druga osoba nie może nas zrozumieć, bo przecież jest “inna”. Tworzy się w nas blokada, która nie pozwala wypowiedzieć tego, co w nas ważne i tak żyjemy nie oczyszczając własnych “śmieci” w głowie – dobrych i tych złych. O ile świat byłby łatwiejszy, ludzie byliby sobie bliżsi, a przyjaźnie, małżeństwa trwałyby tak po prostu. Bez nieporozumień, cichych dni, kłótni, niedomówień. Ach.. idealnie, co? 🙂
No tak, wciąż jeszcze daleko jestem od mojego dzisiejszego tematu.. Ale to normalne. W głowie błądzi dużo ścieżek i miesza się ze sobą…
Choć jestem osobą mocno wierzącą w siłę jednej solidnie zbudowanej i trzymającej się razem rodziny, to życie pokazało mi wiele przykładów, że nie zawsze tak musi być. Widziałam wiele dowodów, że drugi mąż, trzecia partnerka, czasem “wielopoziomowa” rodzina są szczęśliwsze niż ta pierwsza “na wieki”. Cóż – życie bywa przewrotne, a wyjątki potwierdzają regułę. Starość (uupsss.. chciałam powiedzieć: długie lata życia na tym świecie 🙂 uczą doświadczenia. Dziś wiem, że może być różnie.
I choć jestem konserwatywna w tym temacie, przyznaję – i mnie zdarza się mieć dosyć i ja miewam mieszane ludzkie uczucia na tę okoliczność: złość, gniew, rozczarowanie, ból, poczucie krzywdy, smutek i dziesiątki innych. Pewnie jak wszyscy inni ludzie wokół. Na szczęście – umiem poradzić sobie z moimi “śmieciami” w mojej głowie. Za każdym razem wyczyszczam emocje i wracam do równowagi, choć przyznaję, nie jest to wcale łatwe. Może dlatego, że umiem mówić. Do siebie. Dla siebie. I nie tylko.
Gdybym miała spróbować przełożyć to na język obrazkowy, to powiedziałabym tak:
Od zawsze lubiłam zmieniać, porządkować rzeczy wokół siebie. Lubiłam zmiany. Odświeżanie! Jeszcze kiedy mieszkałam z rodzicami w małym dwupokojowym mieszkaniu w Krakowie i dzieliłam pokój z bratem, namówiłam kiedyś Mamę na wymianę starych dużych – wydawałoby się nienaruszalnych mebli, na nowe dużo lżejsze i wtedy już nowoczesne. Te, które stały u nas w pokoju były “od zawsze” . Miała je jeszcze Babcia, którą w dzieciństwie ledwie pamiętałam. Szczęśliwie rodzice pozbyli się wielkiego łóżka, ale szafa trzydrzwiowa została (kto takiej nie miał niech podniesie rękę!) i tapczan wielki dwuosobowy. Nie znosiłam tych mebli! A mój tata był niechętny do jakichkolwiek zmian, jak każdy w tamtych czasach, jak w ogóle i z zasady każdy facet.. Bez względu na czas. 🙂 Kupiłyśmy więc z Mamą “bez zezwolenia” małą zgrabną (tylko dwudrzwiową!) szafę, biblioteczkę, mały stolik, dwa fotele i dwa małe tapczaniki. Rewelacja! I REWOLUCJA na tamte czasy! Mama miała niezłą przeprawę z Tatą, ale dała sobie radę. Miałam wtedy może 15-16 lat. Potem doszło biurko. Potem Mama rozochociła się i powymieniała coś tam jeszcze. Długo nie posiedziałam w domu rodzinnym, bo wyszłam za mąż i wyjechałam z Krakowa mając 21 lat.
Przez pierwsze kilka lat mieszkaliśmy w różnych akademikach, wiadomo jak wyglądał wystrój takiego akademickiego pokoju. Każdy robił cuda, żeby choć trochę nadać takiemu miejscu wizerunek prywatności i poczucia “własnego domu”. Choćby na jeden rok. A my nie tylko byliśmy studentami (tzn. ja byłam studentką a Wacek już pracował jako asystent na uniwersytecie) to jeszcze jako małżeństwo naprawdę chcieliśmy mieć posmak przytulnego domu. Tak więc od pierwszego dnia oprócz elementów dekoracyjnych ciągle coś przesuwałam, zmieniałam układ mebli, przestawiałam, dodawałam. Proszę sobie wyobrazić jakie to było wyzwanie w pokoju, który miał kilkanaście metrów kwadratowych!
Oczywiście mieszkając w akademiku mieliśmy dziesiątki przyjaciół i znajomych, zarówno pracowników – kolegów Wacka jak i studentów. Drzwi się nie zamykały dniem i nocą. Graliśmy godzinami w brydża, piliśmy dobrą! kawę, nie “plujkę” (jako jedyni mieliśmy ekspres do kawy, bo dostaliśmy taki w prezencie ślubnym), paliliśmy papierosy i gadaliśmy o literaturze, nowych książkach, podziemnych wydaniach.. Wszyscy śmiali się i robili zakłady “co dziś będzie zmienione, przesunięte” w naszym pokoju, gdy przyjdą na kolejną kawę..
A potem już było tylko lepiej. W 1977 roku dostaliśmy pierwsze własne mieszkanie i mój żywioł zmian, przemian, ustawiań, kombinowań ogarniał mnie co kilka miesięcy na nowo. Odreagowywałam swoje stresy, potrzebę odczuwania “nowego”, świeżego. Nie mieliśmy wiele. Wszystko było trudne do zdobycia. Ale byliśmy młodzi i chcieliśmy, żeby było ładnie, modnie i nowocześnie.
Miałam kilka bardzo bliskich przyjaciółek – Teresę, Łucję, Martę. Wszystkie byłyśmy na etapie urządzania nowych mieszkań, lubiłyśmy kupować nowe ciuchy sobie, dzieciom. Byliśmy wszyscy młodzi i choć życie było w sklepach szare, trudne, niedostępne, to my mogłyśmy godzinami dyskutować, planować, wymieniać koncepcje, co byśmy chciały, co byśmy mogły… I choć każda z nas była inna, biegałyśmy po sklepach (np. niezapomniany butik naszej koleżanki J 🙂 i kupowałyśmy całkiem jak na tamte czasy nieprzeciętne sukienki. Czy w słynnej, dobrze zaopatrzonej “Modzie Polskiej” w Sosnowcu. Wtedy były bardzo modne eleganckie kostiumy. Nosiłyśmy je do pracy i na spotkania towarzyskie, a nawet na wieczorne imprezy. W tamtym czasie miałam ich kilka, były eleganckie, bardzo różne w stylu, świetne odszyte, z podszewką, doskonale wykończone i w różnych kolorach. Ciepłe, na chłodniejsze dni i zupełnie letnie z dobrych jedwabnych materiałów. Prezentowały się doskonale! No i my w nich też. Zresztą, miałyśmy po dwadzieścia kilka lat, doskonale figury i wszystko świetnie na nas pasowało. Szalałyśmy w tym sklepie! Sosnowiec jako “stolica Gierka” był wyjątkowo uprzywilejowanym miastem i zaopatrzenie wielu sklepów było zdecydowanie lepsze niż w innych regionach Polski.
Do pracy zawsze przychodziłam bardzo elegancko ubrana. I zawsze bardzo różnie! Bo ubrania też uwielbiałam ciągle zmieniać. Nie, nie jestem próżna! Zresztą.. Nie wiem jak psycholog specjalista by to określił. Dla mnie próżność to chęć olśniewania innych zewnętrzną powłoką, zwrócenie uwagi na siebie za pomocą wyglądu, posiadania czegoś np. samochodu, markowej torebki, markowych ciuchów. Ja takiego przesłania w sobie nie miałam. Ja zawsze miałam w sobie potrzebę, wręcz konieczność nieustających zmian. Widok tego samego ubrania, pomieszczenia, tej samej scenerii przez długi czas męczy mnie. Mój nastrój często się zmienia. Jednego dnia mam potrzebę na sportowy strój: jeansy, koszulę albo prostą bluzkę, a następnego dnia widzę siebie w bluzce z falbaną. Nie potrafię tego uzasadnić, wyjaśnić dlaczego tak się dzieje. Nie umiem powiedzieć do końca – JAKI jest mój styl? Wiem czego nie lubię i czego nie założyłabym na siebie. Czego nigdy nie wstawiłabym do mojego pokoju. Ale nie mogłabym powiedzieć, że coś lubię tak bardzo, że tylko TO i to jedno, na zawsze! Nudzi mnie monotonia. Nudzi mnie jednostajność. Nudzi mnie klasyka, co nie znaczy, że jej nie lubię, bo miewam dni i nastrój na klasyczne “co-nie-co”.
No i teraz, jeśli ktoś czuje się na siłach zdefiniować, co to za dziwny stwór osobowościowy, to niech sobie myśli o mnie co chce. 🙂
A ja właśnie dotarlam (albo docieram) do sedna mojego pierwotnego zamysłu na ten post.
Torebki. Patrzę na moją szafę (czy jak to tutaj w Ameryce nazywają, closet) i uważam, że są świetnym przykładem mojej natury zmienności. Natury każdej kobiety! Jak to mówią: pokaż mi swoja torebkę powiem ci kim jesteś. 🙂
Oczywiście nie pamiętam kiedy pojawiły się torebki w moim życiu jako ważny element codzienności i osobowości. Za to pamiętam, że do szkoły chodziłam z tornistrem, którego nienawidziłam! Były obrzydliwe brązowe, kwadratowe, twarde. Trochę później miałam taki jasno-brązowy z ładniejszego bardziej miękkiego plastiku, który miał udawać skórę. Nie mogę sobie przypomnieć w czym nosiłyśmy książki i zeszyty w liceum, ale plecaki wprowadzono grubo już po ukończeniu szkoły przez moje pokolenie.
Za mojej młodości, w Polsce nie było “markowych” torebek. A jeśli nawet były, to ja nic takiego nie pamiętam. Na pewno nie były dla nas dostępne ani znane. Zresztą podobnie jak i ubrania. Choć o ubraniach i ich twórcach wiedziałyśmy, bo tu i ówdzie udawało nam się od czasu do czasu oglądać katalogi, zdobywać wiadomości. Orientowałyśmy się co było modne, znałyśmy najważniejsze nazwiska twórców mody i trochę jej główne trendy. Ale torebki? Ten temat był zbyt szczegółowy i zbyt głęboki. W Polsce jednak dostępne były ładne wyroby skórzane, w tym torebki, coraz częściej o ciekawych kształtach i nawet zaczynały bywać w różnych kolorach. Jakość tych torebek była bardzo dobra. Cena też niemała..
Pamiętam, w Krakowie na ulicy Grodzkiej po prawej stronie, gdy szło się w kierunku Wawelu, był sklep z torebkami. Piękna prawdziwa skóra! W dodatku niektóre kolorowe: bordowe, ciemno-zielone, czarne, brązowe w kilku odcieniach. Nie tylko torebki, ale i torebki-worki o różnych kształtach i wielkościach. Był to czas kiedy już mieszkaliśmy w Sosnowcu (druga połowa lat 70-tych, początek 80-tych). Przyjeżdżaliśmy do Krakowa często z małymi dziećmi, do rodziców. Szwędaliśmy się po mieście godzinami. Wtedy jakoś odkryłam ten sklep i “zakochałam się” w torebkach. Miałam torebek – jak to mówią – “od metra i ciut ciut“, ale tamta wystawa urzekła mnie i oczarowywała za każdym kolejnym razem. Zwłaszcza, że wszystko na niej było jak ze snu – niedostępne, bo ceny tych torebek były po prostu zupełnie dla nas nieosiągalne. W tamtym czasie Wacek często jeździł z przyjacielem do Niemiec na wakacyjne zarabianie pieniędzy, bo tak w tamtych czasach większość z nas ratowała się, by przeżyć jakoś kolejny nadchodzący rok. Po jednym z takich wyjazdów zobaczyłam, że moja przyjaciółka ma ten “mój” wymarzony worek z wymarzonego sklepu. Ojej! Ale mnie ukłuło !! Ale jednak nie kupiłam go, czasy były takie, że torebka nie była najważniejszym zakupem.
Dziś gdybym go znów zobaczyła, mogłabym się skusić bez oporów, choć tyle pięknych torebek wisi w szafie. 🙂 Ale – może marzenia Niezrealizowane smakują najbardziej?!

Nigdy nie zabiegałam o torebki markowe z nazwiskami ważnych twórców. Nawet nie znam wielu, choć były i takie w mojej szafie, które miały naszywki ze znanymi nazwiskami. Kiedyś, dobrych kilka lat temu, moja córka (mój Boss w pracy) jako prezent gwiazdkowy wzięła całą naszą ekipę do firmowego sklepu Michael Kors, który był zamknięty przez dwie godziny tylko dla nas i tam za określoną kwotę mogłyśmy sobie kupić dowolne torebki lub inne firmowe artykuły.
Tak z racji poniekąd przypadku zaczęła się moja przygoda z torebkami z naszywką “Michael Kors”. Kupiłam wtedy jedną dużą zieloną, druga malutką. Później jeszcze kiedyś jasną gołąbkową, aż nagle doszłam do wniosku, że wszystkie są takie.. jednakowe, dość twarde. I w ogóle JUŻ nie chcę takich.. Potem odkryłam torebki – Patricia Nash. Mało kto wie, że Patricia Nash jest rodowitą Houstonką, którą życiowe losy związały z Mediolanem, a teraz od 2010 roku duża część jej kolekcji sprzedawana jest w dużych sieciach sklepów w Houston. Ja osobiście bardzo lubię jej styl.
Dobra skóra, mocna solidna, często kolorowa wesoła. Torebki bardzo różnorodne, od dużych nadających się świetnie do codziennej pełnej napakowanej torby dla kobiety pracującej, po malutkie służące do teatru lub na party. Tych w tej chwili mam najwięcej w swojej kolekcji ale tylko dlatego, bo są to akurat zakupy najpóźniejszych lat. Poza tym moje torebki nie mają żadnych uzasadnionych określeń – mam duże i małe i średnie.
Czarne, brązowe i bardzo kolorowe. Lubię wszystkie. I słowo daję – nie potrafię określić co i jakie lubię. Zależy na czym dziś moje oko się zatrzyma. Jedno mogę powiedzieć szczerze: moje oko zatrzymuje się już dużo rzadziej niż kiedyś na czymkolwiek!… Także na torebkach.
W tym roku moje porządki zdecydowanie zmierzają (raczej powinnam tu użyć też czasu przeszłego!) w kierunku usuwania ogromu rzeczy z domu. Moje szafy przerzedziły się o jedną trzecią posiadanych ubrań, torebek, butów itd. Teraz przyszedł czas na meble. Właśnie sprzedaję meble stare, duże, zamieniam na mniejsze, drobniejsze, wygodniejsze. Usuwam powoli to, co wydaje mi się zbędne nie dlatego, że tego nie lubię już, ale dlatego, że nie chcę rzeczy, których od lat NIE używamy, a które może mogą cieszyć innych i służyć innym praktycznie.
Coraz bardziej przeraża mnie ilość rzeczy, które mamy w domu. I coraz częściej rozumiem, że człowiek nie pozbywa się ich tylko z powodu własnego lenistwa. Z niechęci do ruszenia się, by zacząć przyglądać się temu CO mamy. Co przez lata zgromadziliśmy, a czego tak naprawdę od lat nie dotykamy, nie potrzebujemy i co najgorsze – nie chce nam się nawet myśleć o tym, że to nasze, że kiedyś trzeba by się tym zająć. Bo jak nie my, to ..
Właśnie – o tym najbardziej nie chcemy myśleć.
Wracam do torebek, żeby mnie nie rozsypało myślenie o ponurych stronach przyszłości.
Mam koleżanki, które noszą tylko jedną i tę samą torebkę i argumentują to niechęcią do przekładania zawartości do innej. Mówią, że każda zmiana torebki to na pewno zapomnienie czegoś ważnego, niedopatrzenie i brak.. klucza, prawa jazdy, karty kredytowej.. Może i tak być. Ja od “tysiąca lat” mam tak dopracowane w swojej głowie przekładanie rzeczy torebkowych, że nie stanowi to dla mnie żadnego problemu! Co, przyznaję, nie znaczy, że nie zdarzyło mi się czegoś tam zapomnieć. 🙂 Mam absolutnie wszystko poukładane w szufladach – głowie: w małej kieszonce z zamkiem – klucze samochodowe, malutki woreczek z trzema najważniejszymi lekarstwami i malusieńka książeczka z modlitwą, którą kiedyś dostałam od kogoś bardzo ważnego.. Po przeciwnej stronie – w kieszonkach: szminka, malutkie perfumy, błyszczyk, puder w sztyfcie czyli cały mój mini arsenał kosmetyczny. Reszta w środku to ID, karty kredytowe, nieszczęsna konieczność ostatnich dwóch lat czyli maski, krem do rąk, wazelina do ust, długopis, mały dezodorant, pilnik do paznokci, okulary, no i oczywiście niezastąpiony telefon. Od czasu do czasu jakieś gumy do żucia albo paczka krakersów, teraz już rzadziej, bo wnuki wydoroślały. Zdarza się mieć rzeczy “jednorazowe”, jak każdemu wedle nagłej potrzeby.
I jak przekładam mój “torebkowy bałagan” z jednej torebki do drugiej, to działam jak wyuczona (własna) maszyna – pierwsza idzie przegródka z zamkiem.. itd.
Torebki kupuję przypadkowo, w sklepach wcale nie-firmowych. Często w podróżach do innych krajów. Lubię mieć coś co jest oryginalne i co po prostu mi się podoba. Nie mam żadnych zasad w tym względzie. Mam zawsze nastrój i „oko”
I tu zapytacie: a co robię jak mam nastrój z dużej torby ( bo takie najczęściej używam na co dzień) do mniejszej albo całkiem małej? I jak na przykład ta całkiem mała nie ma kieszonki z zamkiem? Zazwyczaj staram się kupować takie torebki, które mają moje organizacyjne wymagania, a jak nie mają to.. w mojej głowie mam kieszonkę i na pewno ustawię w torebce wszystko tak, jakbym tam kieszonkę miała. Do małych zresztą nie zabieram wszystkiego, co mam w dużych. Mam swoją listę numer 1 i numer 2. 🙂
Mam dziesiątki nastrojów i humorów, jak każdy z nas. Jak każda kobieta. Budzę się z radością, bo świeci słońce, bo są święta, bo jesteśmy zdrowi. Jestem niespokojna, jestem zła, jestem zmęczona. Mam nastrój taki, owaki. Lepszy – gorszy.
Zmieniam torebki, bo lubię i mam dziś nastrój na taką, a nie na tamtą 🙂 Mogłabym napisać: piję dziś winko a nie metaxę, bo taki mam dziś smak. Słucham dziś muzyki country a nie Bacha, bo taki mam dziś nastrój..
Mój nastrój opowiastkowy zawędrował tym razem do torebki.
I wcale, wbrew pozorom, nie był tylko torebkowy. 🙂 🙂



