12/19/2021
Tak naprawdę to nawet nie wiem co to jest mój “święty spokój”. Chyba nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Pewnie dlatego, że nigdy tego tak na serio nie potrzebowałam, nie poszukiwałam. Moja osobowość, charakter pędzącej “rodzinnej i społecznej lokomotywy” nie pozostawiał miejsca na spokój i kontemplację.
Przez całe życie, na różnych jego etapach zawsze było coś, dla kogoś. Nie wiem skąd biorą się takie elementy w ludzkim mózgu, w myślach, w uczuciach, w emocjach, że mamy w sobie potrzebę bycia w nieustającym biegu.
Od wczesnego dzieciństwa nie umiałam wyłączyć się i odciąć tak od rzeczywistości wokół, by coś mnie nie przytłaczało, bym mogła nie czuć się odpowiedzialna za coś, co działo się obok mnie. By to coś nie pobudzało mnie do wiecznego nieustającego działania. Jako mała dziewczynka w drużynie zuchowej szybko poczułam się odpowiedzialna za najmniejsze nawet zadania, które druhna powierzała małym grupkom zwanych wtedy “szóstkami”. W szkole cokolwiek było do zrobienia, nawet jeśli nie było to moje zadanie, miałam poczucie, że muszę pomóc, muszę dopilnować, bo tak trzeba.
Harcerstwo i wieloletnie funkcje tam sprawowane nauczyły mnie tej odpowiedzialności potrójnie. Mogłam siedzieć nocami, byle tylko wywiązać się z obowiązków dla innych. Ja sama nie byłam dla siebie ważna. Ważni byli koledzy, koleżanki, przełożeni. Później rodzina – mąż, dzieci. Szkoła, praca, przyjaźnie. Dziesiątki, setki sytuacji, w których zawsze wybierałam na pierwszym miejscu innych. Nigdy siebie. Na każdym etapie życia w innym sposób ale z tym samym skutkiem. I nie mówię tego z żalem czy z pretensją do kogokolwiek. Po prostu – taka byłam. To przecież nie jest zła cecha. Z takiego działania wynikają same pozytywne efekty. A jednak – “pociąg pędzący przez życie” po latach prawie nie zatrzymywania się na przystankach, na miejscach swoich, zamkniętych wewnątrz siebie przestrzeni uświadamia sobie, że zaczyna brakować mu pary. Bywa duszno, bywa samotnie, choć ludzie są wszędzie wokoło. Ale wtedy już nie umiemy zatrzymać się sami z własnej woli, z uśmiechem i codziennie taką samą siłą biegniemy dalej. Tylko gdzieś w środku, w głowie, w sercu zaczyna czegoś brakować… Chciałoby się chwilami być częścią tego zewnętrznego świata, tego dla którego “pędzimy”, by ten świat przez chwilę pędził dla ciebie, adorował cię przez mały kwadrans, obrócił poukładany od lat system działania i przeniósł cię na tę “drugą stronę”. Na spokojną przestrzeń przystanku, na którym pędząca od lat lokomotywa – TY, może się w ciszy i spokoju zatrzymać. I pomyśleć – teraz jest moje pięć minut…
Nie pamiętam w życiu chwil, kiedy mogłabym powiedzieć, że “nudziłam się”. Nie znam takiego zjawiska. Kiedy dzieci były małe myślałam, że jak dorosną będę miała więcej czasu dla siebie. Nie miałam. Zmieniły się preferencje, potrzeby, rodzaj pracy, system życia. Tu w Houston stał się tak intensywny, że o jakimkolwiek czasie “własnym” już zupełnie nie pamiętałam. Pochłonęło mnie życie towarzyskie, nowa praca, wielogodzinne dojazdy, nowe wycieczki, nowe wyzwania. I znów – wiele akcji, w których czułam się odpowiedzialna i potrzebna innym ludziom. Ale – także sobie. Poświęcałam dziesiątki godzin, dni na próby w teatrze, by dopasować się do potrzeb indywidualnych aktorów, bo ich czas był dla mnie ważniejszy niż mój własny.
Lata mijały. Przyszła era wnuków. Czas dla nich. Każda godzina, każda minuta, jak mnie potrzebowały. Niezależnie od tego czy było mi łatwo czy nie, odbierałam, zawoziłam, jeździliśmy na wakacje, na mecze, na szkolne przedstawienia, gdziekolwiek i na cokolwiek trzeba było dowieźć, być obecnym. Uwielbialiśmy i uwielbiamy to! I nigdy czasu nie skąpimy, ani wysiłku ani sił. Byłam i jestem szczęśliwa w każdej minucie i sekundzie, którą spędziliśmy i spędzamy razem.

Aż nadszedł dzień, kiedy każdy człowiek doznaje obudzenia. Pewnego dnia otwieramy oczy i uświadamiamy sobie: jestem zmęczona. I pojawia się cicha myśl o emeryturze. Już nie w postaci żartu i myśli, że tylko “starzy ludzie są emerytami!” Ale zupełnie na serio, że emerytura, to naturalny kolejny etap życia każdego człowieka. I jeszcze to, że emerytura to niekoniecznie numer/wiek. To stan umysłu, samopoczucia, potrzeby zmiany sposobu swego naturalnego rozkładu “nowego dnia”. We mnie kiełkowało to wiele długich miesięcy. I nie miało nic wspólnego z lenistwem, z nagłą chęcią porzucenia pracy, z oderwaniem się od obowiązków rodzinnych czy zamknięciem się w sobie i spaniem do połowy dnia.

W moim pojęciu od początku emerytura kojarzyła mi się z czymś przyjemnym, na co zasłużyłam sobie ogromnie długą ilością przepracowanych lat (42!) I świadoma byłam, że nie pieniędzmi tu się kieruję, bo te w moim życiu nie za bardzo się udały (cóż, tak wyszło..) a poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, dobrze wykonanej życiowej roboty. I kiedy moja córka wyraźnie była niezadowolona, że chcę odejść z pracy (częściowo) ja byłam pewna mojej decyzji.
Wydawało mi się, że wreszcie dojrzeją moje plany przeczytania wszystkich książek, które chcę przeczytać, które mam wokół siebie jako zaległości absolutnie konieczne do nadrobienia, że będę miała czas na złapanie każdej nowości, każdego nowego i starego zapomnianego filmu..
Nic bardziej mylnego! Kilka miesięcy temu (no, już niedługo będzie rok!) powstał pomysł stworzenia tego blogu. Nie był to mój pomysł. Długo się opierałam i nie wierzyłam, że się uda, ale Ania zmobilizowała mnie, począwszy od organizacyjno-komputerowej jak i graficznej strony do omawiania innych szczegółów, a potem to już poszło jakoś samo. To ona nauczyła mnie miliona komputerowych, fotograficznych tajników i do dziś nie wiem jak wytrzymuje wszystkie moje pytania, błędy i ..znów te same pytania. 🙂
Moja emerytura ma też “ciemne” strony. Niestety, charakter człowieka nie zmienia się za bardzo nawet na stare lata. Nie umiem opanować swojego sposobu działania dla innych, a coraz bardziej mnie to męczy. Mam wrażenie, że właśnie teraz, kiedy mam coraz mniej sił każdy coś ode mnie chce! Na dodatek – ja nie umiem sobie z tym poradzić! Jestem coraz bardziej powolna, każde działanie zajmuje mi dużo więcej czasu niż kilka lat temu, co mnie bardzo denerwuje. Staję się zła na siebie i na innych wokół, wkurza mnie coraz więcej prostych faktów, o czym wiem, czego jestem w pełni świadoma. I to jeszcze bardziej mnie denerwuje. Zamiast pozbywać się mocnych i irytujących emocji, bywają dni, że mam ich w sobie zbyt dużo i zbyt silne. Szukam sama dla siebie rozwiązań, jak się od tego uwolnić. Jak znaleźć swój “święty spokój”, którego nigdy nie miałam i nigdy nie potrzebowałam tak bardzo i tak naprawdę jak teraz.
Umiem uczciwie siebie samą zanalizować, nie mam dla siebie samouwielbienia, nie wybielam swojego charakterku. Ale też wiem, co w życiu zrobiłam czy robiłam dobrego.
Zadaję sobie setki pytań (jak zresztą dziesiątki moich koleżanek-emerytek) jak to możliwe, że kiedyś pracowałam na pełny etat, miałam dwoje małych dzieci, najpierw w Polsce, gdzie miesiącami bywałam sama, bez samochodu, wożąc dzieci do żłobka czy przedszkola w zaspach śniegu, piorąc i susząc tetrowe pieluchy na kaloryferach, później tu w Stanach, jeżdżąc 27 mil do pracy, gotując obiady, robiąc prania, zakupy, udzielając się towarzysko itd. i dawałam rady, zdążałam ze wszystkim. Udawało mi się też przeczytać książkę, pójść na party i do kina..
Dziś – jedna rzecz w jeden dzień. Rano – kawa. A potem – jeśli lekcja polskiego na zoom z Christophkiem, to potem już tylko domowe prace, obiad i .. dość!!!!
Już chcę ŚWIĘTEGO SPOKOJU!! Ale go nie ma 🙂 bo jeszcze coś i jeszcze coś. Bo święta, bo pakowanie prezentów, bo brakuje szamponu w domu, bo trzeba zrobić dekorację, bo czas na lunch i ktoś głodny już się kręci koło lodówki 🙂 Bo właśnie trzeba wyciągnąć pranie z suszarki, poszukać miejsc na wakacyjny wyjazd, sprawdzić tysiące rzeczy, zadzwonić do lekarza.. Zawsze zawsze coś! Nieustająca potrzeba zrobienia czegoś. Konieczność biegania i działania. Nieumiejętność wyłączania się na stan: ZERO – odpoczynek. Spokój. Mój spokój:
„Robię co lubię co chcę i przez chwilę tylko dla siebie. NIKT mi nie przeszkadza. Nikt ode mnie NIC nie chce”
A może po prostu takie osoby jak ja nigdy takiego stanu nie osiągają? I w dodatku same są sobie winne takiego stanu rzeczy? Może dla takich jak ja święty spokój NIE istnieje, bo nie umiem go sobie sama wokół siebie stworzyć? może potrzebuję go tylko trochę, troszeczkę, bo…jestem jaka jestem 🙂
Czas aby się tego nauczyć.
Jest grudzień, za kilka dni święta Bożego Narodzenia. Moje ukochane najpiękniejsze święta. Jest dekoracja, jest choinka, jest kolorowo. Lodówka pełna produktów przygotowanych do potraw wigilijnych i świątecznych, które za kilka dni będę gotować. Jak co roku. Choć.. już chyba ze mną lepiej, bo w tym roku trochę z listy dwunastu obowiązkowych potraw wigilijnych odpuściłam Młodszym w rodzinie. 🙂
Może zaczęłam już poszukiwać mojego “świętego spokoju”?…
Mogłabym tradycyjnym amerykańskim sposobem włożyć go do “New Year Resolution bucket” (do wiaderka rzeczy/marzeń do spełnienia w 2022 roku) ale.. boję się, że nie spełni się i na dodatek sama sobie będę winna. 🙂
Mimo wszystko jestem gotowa do walki o siebie. Muszę poszukać pięknego miejsca i czasem przystanąć tam w ciszy i spokoju, sama ze sobą.
Czasem..

